środa, 27 sierpnia 2014

OKRĘCAŁO SIĘ ZĄB, PRZYWIĄZYWAŁO DO KLAMKI... REGINA MATUSZEWSKA - CZ. XDrukujE-mail
środa, 27 sierpień 2014
Funkcjonuje jeszcze w społeczeństwie takie powiedzenie: O zęby, zęby, żeby nie te zęby, to byłaby d… z gęby. Zaraz po wojnie i ja pojechałem z siostrą Danusią do dentysty w Starogardzie z bolącym zębem. Cały w strachu wsiadłem do pociągu na stacji w Zblewie. Podróż mi się wcale nie dłużyła, wręcz przeciwnie, minęła błyskawicznie. W którym miejscu, na jakiej ulicy mieścił się gabinet dentystyczny, nie pamiętam. 












Dobrze zapamiętałem poczekalnię i siedzących pacjentów, a szczególnie pojękiwania dochodzące z gabinetu dentysty. Kiedy nadeszła moja kolej, chciałem uciekać, ale mocny uścisk siostrzanej dłoni za ramię poprowadził mnie na fotel. I w żaden sposób nie mogę sobie przypomnieć, co było dalej. Natomiast świetnie podobne sytuacje opisuje Pani Regina. Poczytajmy.

Św. Rodzina Reginy Matuszewskiej

Ja mam sześćdziesiąt cztery lata (rok 1993 – E.Z.), a czuję się szczęśliwa i swoim szczęściem chciałabym się z innymi podzielić. Cieszę się ze wszystkiego, co mi każdy dzień przynosi. Wychowałam razem z mężem dwóch synów i cztery córki. Każde urodzenie dziecka dawało nam dużo radości. Uśmiech i gaworzenie, pierwsze powiedzenie mama i tata. Pierwsze kroki i psoty i ich zabawy. Smutek był tylko wtedy, gdy któreś zachorowało. Do doktora było daleko, trzeba było samemu leczyć. Bańki miałyśmy z sąsiadką na spółkę. Jak u niej ktoś był chory, ona brała bańki, gdy u nas, ja brałam. 
Młodszym dzieciom niemowlakom, baniek się nie przystawiało. Przesmażyło się smalec z czosnkiem, natarło się całe ciałko i owinęło ciepło. Na różne przeziębienia połączone z katarem, kaszlem i temperaturą moja teściowa brała polewany kubeczek, wlała w niego trzy łyżki wody, jedną łyżkę miodu, jedną łyżkę cukru, jedną cebulę wkroiła i główkę czosnku oraz jedną łyżkę masła. Przykryła i na wolnym ogniu gotowała godzinę. Dawało się choremu dziecku co godzinę jedną łyżeczkę wypić. Przykładało się cienki pas słoniny na pierśki. Smarowało się stopy smalcem. Na wypróżnienie, biegunkę gotowało się kaszę jęczmienną i marchew. Na zaparcia dawało się dzieciom czerwone buraczki. Dorosłym na biegunkę gotowało się szyszki olszynowe. Zaparć nie było, bo jedli gruby, czarny chleb. Gdy komu w palec drzazga weszła, to przykładali zajęczy smalec. Mówili, zając ucieka do lasu, to i drzazgę wyciągnie z palca do lasu. 

Rzeźba św. Florian Reginy Matuszewskiej

Jak kto miał wrzód, to przykładali cebulę doniczkową. Dzieci kiedyś często strupy miały na brodzie. Przepalało się wtedy słodką śmietankę i tym tłuszczem smarowali różne krosty. Dzieci chodziły boso, miały często odbicia pod stopą. Skóra pod stopą twarda, a tam zebrała się flegma. Żółciło się, nie mogło się wydobyć. Miałam takie odbicie. Ze trzy dni mnie bolało, jak się już zażółciło, matka wyjęła z kołka od przędzenia przetyczkę – taki ostry drut, co trzymał len przy kółku. Upaliła na czerwono i przytknęła mi do tego zażółconego miejsca. Nie zdążyłam dobrze krzyknąć, a już nie bolało. Ranę się zawinęło i uszyło się z lnianego płótna na chorą nogę chodaczek. Nosiłam go, aż się zagoiło. 

Dziś się mówi, że dzieci zęby bolą od słodkości. Kiedyś tej słodkości dzieci za dużo nie miały. Nikt nie znał mycia zębów. Może to od tego, ale byli ludzie, że do późnej starości mieli swoje zęby. Moja matka mając czterdzieści trzy lata zmarła na płuca. Zęby miała zdrowe. Może to geny po rodzicach. Moje dwie siostry też mają zdrowe zęby. Ja z najmłodszą siostrą chyba po ojcu mamy liche zęby. Jeszcze byłam mała, już mnie bolały. Matka mi wtedy kartofle śmietaną polała, a mnie nic nie smakowało. Raz w nocy tak mnie zabolało, że płakałam w niebogłosy. Ojciec wstał z łóżka, ubrał się. Poszedł zaprząc konia do woza i pojechał ze mną do Antonii. 
W Łączkach nie było rwacza od zębów. W Antonii obudził ojciec tych ludzi. Posadzili mnie na krześle. Ojciec mnie trzymał za głowę, a ten chłop wyjął taki żelazny rywal. Tym rywalem wykręcił mi chory ząb. Już nie bolało, ale było to przykre wrażenie. Drugi raz mnie zabolał, gdy chodziłam do drugiej klasy. Ząb znowu bolał. Kuliłam się, płakałam i cierpiałam. Bałam się tego wyrywania. 

Odsłonięcie kapliczki z figurą św. Floriana we wsi Wysoka

Raz w niedzielę na wieczór zabolał mnie tak mocno, że zaczęłam ojca prosić, żeby ze mną jechał do Antonii. W niedzielę u tego chłopa byli sąsiedzi, lampa się ładnie świeciła i oni wesoło rozmawiali. Był miły nastrój, żeby nie ten strach. Ząb już jakby nie bolał, ale kto by się wracał, tyle drogi na darmo. Znowu posadzili mnie na krzesło. Wyjął zawinięty w papier rywal i kazał tym obcym chłopom mnie trzymać za głowę. Wcale na niego rywal nie mówili. Był gospodarzem i za wyrywanie zęba pieniędzy nie brał. Starał się ludziom pomóc. Za to go ludzie we wsi szanowali. Na doktora nie stać było i daleko szukać. 
Mleczne zęby wyrywali dzieciom sznurkiem. Była to gruba nić, okręcało się ząb, przywiązywało do klamki u drzwi. Ktoś drzwiami trzasnął i ząb się wyrywał. Ząb kazali rodzice rzucić na piec i prosić myszkę, żeby dała nowy ząb. Mówiło się: Myszko, myszko, dam ci ząb gliniany, a ty mnie daj żelazny. Taki miałam strach przed wyrywaniem zębów, ten ból trzeszczący w głowie pamiętałam kilka lat. Zęby bolały mnie często. Schowałam się gdzieś pod poduszki, żeby tak nie bolał. Przykładało się różne krople na watkę i sól się sypało, i wodą polewało, i krwawnik na miazgę się utarło. Na chwilę przestał i znów bolał. 
Gdy miałam szesnaście lat sama się wybrałam wyrwać ząb. Nie szłam do Antonii. Dowiedziałam się, że w Zalesiu sołtys wyrywa zęby. Przyszłam, kazał mi sołtys usiąść mi na krześle. Żona jego przytrzymała mnie za głowę i poszło jakoś lżej. Ten miał cęgi i ciągnął, nie wykręcał. Powiedziałam im Bóg zapłać i zostajcie z Bogiem i to wszystko, bez rejestracji i bez pieniędzy. Ten sołtys pewnie tych Bóg zapłać miał pełną górę, czyli pełen strych.
Był w Cieloszce sąsiad mojego ojca - Pieklik się nazywał. Był kiedyś na wojnie i w niewoli u Rusków. W drugiej wojnie u Niemców był w niewoli. Sam opowiadał, jak Ruski w niewoli pytali się, kto jest gramatny (piśmienny – E.Z.). On wystąpił i mówi, że ja, bo szkółkę jakąś skończył, a Rusek mówi: To chadziaj, będziesz kartoszki skrobać. Sam się z tego śmiał, myślał, że będzie pisać. On był poszukiwany w całej okolicy. Kto nogę złamał czy rękę, jechali z chorym do Pieklika. Pieklik brał dwie deseczki – laseczki. Najpierw rękami dobrze kości złożył. Przyłożył laseczki z jednej strony i drugiej, owinął dookoła i kazał nie ruszać, aż nie będzie bolało. Miał w rękach takie wyczucie, że nikomu źle nie złożył. Był niepozorny chłopek, a tyle dobrego dał ludziom za darmo, jedynie te Bóg zapłać. Nastawić rękę czy nogę, jak kto zwichnął, to (ktoś – E.Z.) był w innej wsi.
Mój ojciec jak przyszedł do Łączek, to zaczął ludziom szyć. Chłopom spancery bajowe i na zimę sukienne. Portki na lato z cejku (z drelichu – E.Z.), a na zimę z sukna. Sukno kobiety tkały na krosnach. Jechało się z tym suknem do folusa. Tam było w wielkim korycie polewane wrzątkiem i ubijane. Sukno było z siwej wełny, niektórzy farbowali na czarno. Takim czarnym suknem pokrywali skóry baranie. W takim kożuchu mógł jechać wszędzie, buty długie czarne, na głowie czapka czarna z karakułów. Kołnierz do kożucha też z jakiegoś futerka. Na co dzień mógł chodzić w chodakach, ale do ludzi musiał ubrać się. Kto nie miał, to pożyczał czasem, gdy musiał gdzieś pokazać.
W niedzielę każdy miał lżej, jedynie o dobytek trzeba było zadbać. Gdzieś popaść na jakiejś łączce czy na rżysku. Ugotować śniadanie. Sprzątnąć i zdążyć do kościoła. Po kościele można było odpocząć trochę, albo kogoś odwiedzić. Ojciec zawsze opowiadał, jak był jeszcze kawalerem, sam jeden na gospodarce. Wtedy do niego w niedzielę przychodzili sąsiednie chłopaki. Czasem z nudów się biodowali (siłowali – E.Z.). Mówi jeden sąsiad do ojca. Władku – chodź ze mną w biody. Ojciec nie chciał iść bo tamten był wyższy. On dalej do ojca; co, boisz się? A ojciec mówi; co, ja mam się bać? chodźcie wszyscy na murawę. Ojciec mówi, jak się ujęli w pasie, on ojca wyżej, a ojciec Stasia niżej. Jak go chwycił, podniósł do góry i przewrócił go na murawę. A Staś mówi – o Jezu. Ręka jemu w ramieniu wyskoczyła. Ojciec szybko konia zaprzągł i pojechał do innej wsi, do nastawiacza, żeby Stasiowi rękę uszykował. Staś ma rękę sprawną. Od tej pory nie prosili ojca, żeby szedł z nimi w biody.
C.d. nastąpi
Gdańsk 12 sierpnia 2014 Edmund Zieliński


dalej »