wtorek, 12 stycznia 2021

Z historii Zblewa

 Z historii Zblewa             

                           Zdarzyło się dawno temu

O ile dobrze pamiętam,  zimą 1958 roku odwiedziłem pana Mariana Łąckiego. Był znanym szewcem w Zblewie, a swój warsztacik miał w pokoiku na strychu domu przy ulicy Kościelnej 3. Nie wiem, czy zaniosłem do naprawy obuwie, czy po prostu poszedłem do pana Mariana na pogawędkę. Lubiłem pana Łąckiego, był serdeczny, zawsze uśmiechnięty, a zwłaszcza, że byliśmy śpiewakami miejscowego chóru kościelnego p.w. św. Cecylii, popularnie zwanego „Cecylką”. Jakoś zawsze lubiłem przebywać w towarzystwie osób starszych, którzy często wspomnieniami wracali do przeszłości, do życia które znane mi było tylko z opowiadań rodziców czy dziadków. 

Moje spotkanie z panem Marianem odbyło się w czasie, kiedy nasz chór ćwiczył śpiew kolęd na nadchodzące święta Bożego Narodzenia. Pan Marian śpiewał w tenorach, ja w basach. Pamiętam, ze siedzieliśmy przy herbatce wzmocnionej kieliszkiem jakiegoś alkoholu i śpiewaliśmy „Lili lili laj moje dzieciąteczko” oczywiście swoimi głosami, a więc bas mieszał się z tenorem. Do akordu brakowało trzeciego głosu i byłoby już męskie trio. 

Kiedy już pośpiewaliśmy, również i niemiecką piosenkę żołnierską „ Ich hat eine kameraden” (nauczyła ją mnie moja mama, a mamę jej starszy brat służący w armii niemieckiej na froncie zachodnim I wojny światowej) )panu Marianowi zebrało się na wspomnienia.  A było tak. Po wkroczeniu Armii Czerwonej do Zblewa 6 marca 1945 roku, nastały inne czasy. Zaczęły się prześladowania miejscowej ludności, bowiem Armia Czerwona uważała mieszkańców Pomorza za sprzyjających okupantowi niemieckiemu. Przeprowadzano zatrzymania i wywózki na teren Związku Radzieckiego. Pewnego dnia przyszedł do pana Mariana jeden z mieszkańców Zblewa, by poszedł z nim na posterunek i poświadczył nowym władzom, że jest Polakiem. By świadectwo było bardziej wiarygodne poszedł zaświadczyć jeszcze jeden z mieszkańców Zblewa. Podobno powiedziano mu, jak przyprowadzi dwóch świadków, to go wypuszczą. Poszli we trójkę, miała być chwila… Pan Marian nie wraca, zaniepokojona rodzina dowiaduje się, że w spichlerzu (istniejącym do lat 80-tych w Zblewie) znajdują się wszyscy zatrzymani i czekają na dalszy los. Jak mi wspominał syn pana Mariana i Leonardy – mój przyjaciel Edmund (dla najbliższych i przyjaciół Dziuszek), bliscy zatrzymanych podchodzili pod spichlerz i kiwali do swoich mężów czy ojców. Jak mówił Dziuszek, tata kiwał do niego z górnego okienka spichlerza. W pewnym momencie, kiedy pan Marian żegnał się z bliskimi. Ściągnął skrycie ślubną obrączkę z palca, równie skrycie włożył ją do ust i całując się na pożegnanie z bliską osobą przekazał tą drogą pierścionek. Zatrzymanych wywieziono w nieznanym kierunku. Pana Mariana zawieźli do Archangielska nad morze Białe. Jak  opowiadał, było tam strasznie, zwłaszcza, że dokuczał głód, który częściowo zaspakajano trawą i pokrzywami. 

Wreszcie na mocy jakiegoś rozkazu pana Mariana zwolniono i 28 sierpnia 1945 roku przybył transportem do Iławy. 

Podobnych historii związanych z wyzwoleniem Polski przez Armię Czerwoną jest bardzo dużo i pewnie w każdej pomorskiej rodzinie można by coś podobnego opisać.  Oby nigdy więcej.

Serdecznie dziękuję Dziuszkowi za uzupełnienie wiadomości  związanych z zatrzymaniem Ojca.

Gdańsk  29 listopada 2020                                            Edmund Zieliński 








Sześćdziesiąt lat na twórczej drodze.

 Sześćdziesiąt lat na twórczej drodze.

                         Dlaczego ten czas tak szybko płynie? Zapewne wielu zadawało sobie to pytanie, wielu zadaje, i dopóki świat będzie istniał, człowiek będzie się nad tym zastanawiał. Smutnym w tym wszystkim jest to, że odpowiedzi, na zadane na wstępie pytanie, nigdy nie uzyskamy. Będąc dzieckiem zazdrościłem osobom dorosłym ich wieku, ich życia i wiedzy. Kiedy to ja dorosnę, by móc zasiąść do stołu z dorosłymi, zapalić papierosa czy wychylić kieliszek wódki.  W tamtym czasie te nawyki były czymś zupełnie normalnym i stąd moje tęsknoty za dorosłością.  No, bo jak to, że mój brat Jerzy zapalił z wujkami papierosa, jeździł na motocyklu, był w wojsku – a ja? Mnie na to wszystko trzeba było czekać jeszcze dziesięć lat, bo taka była różnica wieku między mną a ś. p. braciszkiem Jerzym. Jakże wolno ten czas upływał. Płynie w niezmienionym tempie od zarania dziejów. I dopłynął do momentu, gdy na mojej drodze życia, życia w mojej twórczości pojawiła się liczba 50. Przecież to połowa wieku. To tyle Edmundzie już biegasz po drogach folkloru i sztuki ludowej? To do tego już doszło, że na Pomorzu jesteś najstarszym rzeźbiarzem – regionalistą? (stażem) Niestety, jest to najprawdziwsza prawda. Bogu dzięki dożyłem moich „Złotych godów”. A jak to wszystko się zaczęło?                                

 Moją działalność mam udokumentowaną od wiosny 1961 roku, jednak początków należy szukać w drugiej klasie szkoły podstawowej w Białachowie, i gdyby to doliczyć, to mija już 62 lata w sztuce. To wracam do Białachowa.

                         Urodziłem się 3 czerwca 1940 roku w Białachowie, pod lasem, na wybudowaniu, jak u nas określa się wolno stojące gospodarstwa. Mieszkaliśmy w domu mojej babci Pauliny Redzimskiej z Kosiedowskich.  Piszę „babci”, ponieważ dziadek Franciszek zmarł 24 maja 1935 roku mając lat 74. Od tamtej pory z babcią gospodarzył wujek Antoni – syn dziadków. To było cudowne miejsce, tak osobiście odbieram tą zrębową chatę krytą strzechą. Jaki tam był spokój. Tam przyroda rządziła się swoimi prawami i nikt nie śmiał jej w tym przeszkadzać.  Tam widzieliśmy wschodzące i zachodzące słońce, i jako dzieci, zastanawialiśmy się, dlaczego ono jest tak wielkie, kiedy wschodzi, wielkie i czerwone, gdy zachodzi. Dopiero w szkole średniej pani profesor od geografii wyjaśniła mi to zjawisko.

                 Tam w Białachowie nie słuchaliśmy prognozy pogody, nie było radia i elektryczności. Wyznacznikiem pogody dnia następnego były zjawiska zachodzące w atmosferze i geosferze. Jak wieczorem była rosa na trawie, wiadomo, że będzie pogoda. Czerwone niebo wieczorem na zachodzie, zwiastowało wiatr na drugi dzień. Śpiew ptaszków i ich loty też wiele mówiły o czekających nas zjawiskach atmosferycznych.  Tam nasz świat dziecięcy ograniczony był do widocznego horyzontu i tyle. I to było piękne. Wyjazd do innej wsi, a zwłaszcza do Zblewa, był już ciekawym wydarzeniem, był czymś nowym. Jednak chętnie wracaliśmy pod naszą strzechę, gdzie w okapie dachu gnieździły się wróbelki, budząc nas swym porannym ćwierkotem. Cudowne było lato, ale i zimy nas nie zrażały. Kiedy śnieg zabielił okoliczne pola, potworzyły się zaspy na drogach, pozamarzały stawy i dziadkowe jezioro, to też była frajda dla nas dzieci, a starsi też z tego powodu nie załamywali rąk. W gospodarstwie było wszystko potrzebne do życia w takich warunkach. Wozy  i bryczki zamieniono na sanie. Wujkowie na siebie wdziewali porządne kożuchy, a dłonie skrywali w tak zwanych baucach, czyli w grubych, wełnianych rękawicach z jednym palcem. Bywało, że studnia została zawiana śniegiem a pompa zamarzła mimo słomianej otuliny. Wówczas braliśmy śnieg z otoczenia i roztapialiśmy go na palenisku, albo chodziliśmy po wodę do stawu z wyrąbanym przeręblem. Opału też nie brakowało. Szałerek (drewutnia)był zapełniony drewnem z gałęzi i szyszkami, a na podwórku stał pokaźnych rozmiarów stożek pociętego drewna czy sosnowych gałęzi. Paliwo do lamp – naftę zakupywano w większych ilościach, więc był zapas. Sklep (piwniczka pod podłogą mieszkania, najczęściej w pokoju) zapełniony był kartoflami, kapustą w beczce, marchwią, burakami, cebulą i zasolonym mięsem. Zimę mogliśmy przeżyć zupełnie spokojnie.

                   Nadszedł rok 1947. Wiedziałem, że muszę pójść do szkoły w Białachowie. Trochę się tego obawiałem. Nowe środowisko, koledzy, koleżanki, nauczyciel, to wszystko napawało mnie raczej obawą niż ciekawością. Pamiętam, że do szkoły pierwszy raz zaprowadziła mnie mama, a był to poniedziałek 2 września 1947 roku, i tak zaczęła się moja edukacja. Moim nauczycielem w Białachowie od pierwszej klasy do trzeciej był Stefan Giełdon. W czwartej klasie uczyła mnie pani Sikora, a następne klasy kończyłem w Zblewie.

                                Stefan Gełdon w mundurze Polskich Sił Zbrojnych we Włoszech 1944 rok


      


      Moja Danka, Stefan Gełdon i ja podczas wizyty i Stefana w Nowem czerwiec 2018 rok

              Nasz „Pan” był młodym człowiekiem, wysokim, energicznym i bardzo przyjaznym dla uczniów. Przeprowadzał z nami różne ciekawe doświadczenia na pracach ręcznych, często wychodziliśmy na wycieczki do okolicznych lasów, organizował różne szkolne przedstawienia z naszym udziałem i w końcu, chyba pod koniec roku szkolnego 1948/49 w drugiej klasie, zorganizował teatrzyk kukiełkowy, którego reżyserem był nasz „Pan”, a my jego aktorami.  To tam właśnie po raz pierwszy zetknąłem się ze sztuką. Przychodzimy rano do szkoły, a na naszych ławkach leżą grudy gliny. Pan Giełdon powiada, byśmy ulepili ludzkie główki. Jakoś mi to dobrze wyszło, bo dostałem dodatkowe zadanie lepienia główek. Konkurencji za dużej nie miałem, bo moja klasa liczyła zaledwie 5 chłopaków. Okazało się, że główki potrzebne były do lalek – kukiełek. Potem były rozdane role poszczególnym aktorom, budowa sceny, do oświetlenia której, służyły rowerowe żaróweczki zasilane prądem z rowerowej prądnicy. Tą z kolei poruszał Gerard Petka, kręcąc pedałami roweru postawionego na siodełku i kierownicy. Jaką nazwę miała ta sztuka teatralna, zupełnie zapomniałem. Dopiero po dziesięcioleciach, ale o tym w dalszej części.

                   Minęło kilkanaście lat. Była wiosna 1961 roku. Przyjaźniłem się z kolegą szkolnym Ryszardem Czapiewskim ze Zblewa. Jego rodzice budowali dom na byłych „księżych włókach’, jak nazywaliśmy ziemie odebrane kościołowi Zblewskiemu (jak w całej Polsce) przez system komunistyczny. Z rowów fundamentowych, Rysiu z ojcem, wyrzucali świetną glinę. Tą glinę natychmiast skojarzyłem z teatrzykiem w Białachowskiej szkole. Wziąłem do ręki grudę i ulepiłem ludzką główkę, jak wtedy w szkole. A Pan Czapiewski widząc to powiedział „wej to je czisti nasz wazónik” – popatrz to jest prawdziwy nasz ksiądz proboszcz (Alojzy Licznerski). Nazywaliśmy go „wazonikiem”, bowiem z uwagi na schorzenia reumatyczne kiwał się na boki podczas odprawiania mszy świętej.  Po ocenie mej „pracy” przez Pana Czapiewskiego, postanowiłem popracować w tej glinie. Zwiozłem do domu kilka wiader tej kopaliny, i się zaczęło. Najpierw rzeźbić zacząłem popiersia znanych ludzi. Wydaje mi się, że pierwszą figurą było popiersie Lenina, bo jego charakterystyczna twarz ułatwiała mi wykonanie podobieństwa. Później był Mickiewicz, Kościuszko, była moja kuzynka Jadzia Kaiser i wiele innych drobiazgów, z picassowskimi formami włącznie. Z poza domowników, pierwszym recenzentem mych prac był nasz organista Izydor Borzyszkowski. Kiedy zobaczył schnące rzeźby, patrząc na Kościuszkę powiedział „Edziuś, to ty zrobiłeś?” Bardzo mi się to spodobało i było zachętą do dalszej pracy. No dobrze, będziesz „tworzył” i co dalej? Napisałem do ówczesnego Wojewódzkiego Domu Twórczości Ludowej w Gdańsku, że coś tu robię w glinie. Owszem, odpisali, że zjawią się u mnie. Coś to długo trwało w moim mniemaniu, i zniecierpliwiony napisałem do Ministerstwa Kultury i Sztuki. To poskutkowało, bo zjawili się u mnie dość szybko. A przyjechali; Pani Stefania Liszkowska – Skurowa – etnograf, Pan Wojciech Błaszkowski – etnograf, i Pan Antoni Mironowski – artysta plastyk z Sopotu. Weszli do werandy, gdzie gromadziłem moją „glinę” i… miny ich, nie wzbudzały zaciekawienia. Pomyślałem, bracie to wszystko pewnie jest do kitu. Rzeczywiście tak było. Pan Mironowski powiedział artystą to pan nie jest, ale może być. Pozwoli pan, że pozbędziemy się najpierw tego pana. Wziął do rąk popiersie Lenina i upuścił go na betonową posadzkę. Lenin rozprysł się w drobny mak. Posunięcie było radykalne, co sprawiło, że glinę zarzuciłem. Wśród tych „dzieł” leżał sobie mały drewniany ptaszek, którego w międzyczasie w drewnie wyskrobałem. Pani Liszkowska widząc go powiedziała panie Edmundzie, a może pan spróbuje rzeźbić w drewnie? Bo zdolności manualne pan ma. Drodzy moi, glina była plastyczna, łatwa w obróbce, a drewno? Obiecałem jednak, że coś zrobię. 



 Moja pierwsza szopka z 1961 roku znajduje się w zbiorach Oddziału Etnografii Muzeum Narodowego w Gdańsku - Oliwie. Foto Katarzyna Kulikowska



W lewej ręce trzymam kompozycję "Matka Boża z Lourdes". Wykonałem w 1961 roku. Znajduje się w zbiorach Oddziału Etnografii Muzeum Narodowego w Gdańsku Oliwie. Foto Katarzyna Kulikowska.


                    Po miesiącu otrzymałem z WDTL-u zaproszenia do wzięcia udziału w wystawie Tradycyjnego Sprzętu i Sztuki Ludowej Kociewia w Starogardzie w salach Powiatowego Domu Kultury na ulicy Sobieskiego.  To zintensyfikowało moją twórczość do tego stopnia, że lekarz Bogdan Wrycza z Ośrodka Zdrowia w Zblewie musiał mi zszywać rozciętą dłoń u nasady kciuka. I tu ciekawostka, kiedy zainteresował się przyczyną powstania rany, sam zaczął rzeźbić i to bardzo realistycznie, powiem, że z chirurgiczną precyzją.

                     Otwarcie wystawy nastąpiło, już tak bardzo nie pamiętam, ale chyba w maju. W tamtym czasie takie imprezy zaszczycali swą obecnością gospodarze województwa i powiatu. Było zawsze uroczyste otwarcie wystawy, na tej wystawie również. Jaką ja miałem wtedy tremę, aż trudno opisać. Moje rzeźbki – szopka bożonarodzeniowa, scena z Drogi Krzyżowej, pastuszek i coś tam jeszcze, to były prawdziwe mizeroty w zestawieniu prac takich rzeźbiarzy jak Alojzego Stawowego z Bietowa, Stanisława Rekowskiego z Więckowych i Janka Giełdona z Czarnej Wody. Jednak z drugiej strony cieszyłem się, że znalazłem się w tak zacnym gronie. I to był mój debiut. Później ta wystawa objechała miasta powiatowe naszego województwa. 



                                          Alojzy Stawowy około 1970 roku w swojej pracowni



                           Stanisław Rekowski na otwarciu wystawy jego prac w Stacji Wiedzy o Regionie w                                 Starogardzie


                  Od tamtej pory nasiliły się moje kontakty z WDTL –em. Byłem zapraszany na różne kursy, w tym scenografii, choreografii czy malarstwa. W tamtym czasie to był zupełnie inny świat. To nic, że brakowało bardzo wiele z dzisiejszego zaopatrzenia, raczkowała telewizja, telefony były na korbkę i, że na zamawianą rozmowę ze Zblewa z abonentem w Starogardzie trzeba było czekać godzinę i więcej? To nic, czas płynął wolniej.  

                     Już od początku mej działalności interesowała się mną Centrala Przemysłu Ludowego i Artystycznego „Cepelia”. Zawiozłem kilka moich rzeźb i o dziwo, zostały zakupione przez tą spółdzielnię cepeliowską, której agenda mieściła się w Gdyni. Ale była radość – moje prace przyniosły mi pierwsze dochody z twórczej działalności. Ta współpraca z Cepelią trwała ponad czterdzieści lat. To była bardzo dobra instytucja dająca możliwość zarobku tysiącom rękodzielników w Polsce. Z chwilą przemian ustrojowych w naszym kraju, zlikwidowana została Cepelia w dotychczasowym kształcie. Cała rzesza ludzi straciła pracę i możliwość zarobkowania.  Różnie o Cepelii mówiono, ja natomiast złego słowa o niej powiedzieć nie mogę. Tutaj istniał Fundusz Rozwoju Twórczości Ludowej dysponujący środkami na stypendia, nagrody, zapomogi i subsydia. Organizowane były liczne konkursy, wystawy krajowe i zagraniczne, bardzo dużo dzieł twórców ludowych eksportowano za ocean. To wszystko się skończyło.

                    W 1965 roku odwiedził mnie pan Arpad Kowalski. Zbierał materiały do książki o twórcach ludowych Kaszub i Kociewia. Po kilku latach, mój znajomy redaktor z Chłopskiej Drogi Roman Wójcik przysłał mi książkę A. Kowalskiego pod tytułem „Śladami świątków”, w której i o mnie autor pisze. Bardzo się ucieszyłem z tego faktu, a książka jest do dziś w mojej bibliotece.

                  Opiekunem tworzących w rękodziele ludowym z ramienia WDTL-u była niezapomniana ś. p. mgr Stefania Liszkowska - Skurowa. Organizowała, co roku zjazdy twórców w jej siedzibie. Dyrektorem tej placówki była wtedy, równie oddana twórczości ludowej, ś. p. Leokadia Grewicz. Pamiętam, jak zostałem zaproszony na taki zjazd, a mieszkałem jeszcze w Zblewie. Wtedy pierwszy raz spotkałem tak liczne grono rzeźbiarzy, hafciarek, plecionkarzy, poetów. Poznałem wtedy bliżej takich rzeźbiarzy jak; Apolinary Pastwa z Wąglikowic, Izajasz Rzepa z Redy, Leon Golla z Helu, Władysław Lica z Wdzydz Tucholskich, Stanisław Rekowski z Więckowych, Alojzy Stawowy z Bietowa, Jan Giełdon z Czarnej Wody, Teodor Kałuski z Małego Krówna. A hafciarki? Władysława Wiśniewska, Jadwiga Hinc, Leokadia Turzyńska, Marta Bławat, Helena Grulkowska – wszystkie z Wdzydz Kiszewskich, Monika Hildebrandt z Żukowa, Elżbieta Ebel z Wejherowa, Anna Konkel z Wejherowa, Ewa Wendt z Kartuz. Był plecionkarz Alojzy Speiser z Motarzyna, Anka Ostrowska z Wdzydz Kiszewskich też plecionkarka. Był rogarz Henryk Petk z Sierakowic i Bronisława Radtke z Żelistrzewa tkająca szmaciaki. Nikt z nich (oprócz Heleny Grulkowskiej) już nie żyje. Byłem bardzo zadowolony z tego spotkania, bowiem spotkałem ludzi znanych już w naszym środowisku od lat. Ja dopiero byłem na progu drzwi do tego świata. Tak się stało, że jestem w tej chwili rzeźbiarzem o najdłuższym stażu na Pomorzu i jednym z niewielu w kraju, którzy obchodzą swoje pięćdziesięciolecie pracy twórczej.

                     W 1972 roku zostałem przyjęty do Stowarzyszenia Twórców Ludowych w Lublinie, które działało już pięć lat, a powstało w 1968 roku z przekształcenia się Klubu Pisarzy Ludowych w STL o ogólnopolskim działaniu. Moja legitymacja ma numer 262. Dziś nasza organizacja skupia ponad dwa tysiące członków i liczebność ta utrzymuje się od wielu lat na tym samym poziomie. Organizacyjnie podzieleni jesteśmy na poszczególne Oddziały. Oddział Gdański STL powstał w 1978 roku z inicjatywy Krystyny Szałaśnej i mojej. Pani Krystyna zastąpiła panią Stefanię Liszkowską na stanowisku opiekuna twórców ludowych na naszym terenie i cieszyliśmy się z jej obecności do 2005 roku, do czasu przejścia jej na zasłużoną emeryturę. To była wspaniała etnografka. Miałem szczęście współpracować z panią Krystyną. Zjeździliśmy wspólnie wzdłuż i wszerz nasze Pomorze odwiedzając artystów ludowych. Tu byłby temat na całą książkę.

                 Lata siedemdziesiąte XX wieku były najlepszym okresem dla powojennej sztuki ludowej. Organizowano liczne wystawy, konkursy, imprezy folklorystyczne. Bardzo mile wspominam mój udział w Ogólnopolskim Festiwalu Folklorystycznym w Płocku, w którym uczestniczyłem dziesięć razy. Tam poznałem wspaniałych ludzi – ludowych artystów pracujących w wielu dziedzinach rękodzieła ludowego. Kilku ich wymienię; Wincenty Krajewski z Zawidza Kościelnego, Tadeusz Cąkała i bracia Adamscy – z lubelskiego, Stanisław Korpa z kieleckiego, Tadeusz Kacalak i Antoni Kamiński z Kutna, Naumiuk z białostockiego, Boguszyński i Maik z Kujaw – to rzeźbiarze. A ceramicy, hafciarki, malarki? Już niewielu z nich zostało.

                 Mój udział w wystawach sztuki ludowej należy liczyć w dziesiątkach. Poczynając od Starogardu i miast naszego powiatu, poprzez Gdańsk, Toruń, Warszawę, Płock, Kraków, Wrocław, Białystok i inne miejscowości naszego kraju. Wystawiałem też zagranicą – Sakskøbing i Kopenhaga - to Dania, Turku i Sippola w Finlandii, Schwerin, Parchim, Frankfurt i Rostok w Niemczech, Luant we Francji, Budapeszt – Węgry. Dużo moich prac jest w USA, Australii i na wyspach Fidżi w rękach kolekcjonerów prywatnych.

                 Jak już wspomniałem, było wiele konkursów regionalnych i krajowych na rękodzieło ludowe.  I ja w nich brałem udział. Sukcesy? Były pierwsze nagrody i niższej klasy. Były też całkowite porażki. Nigdy nie starałem się za wszelką cenę być w czołówce. Zawsze chciałem tworzyć, a nie produkować. Raz zrobi się coś dobrego innym razem wychodzą knoty. I na tym chyba polega poszukiwanie w swojej sztuce właściwego kierunku. Nie trzymam się uparcie pewnej konwencji w sztuce. Porównując moje pierwsze prace z dzisiejszymi, dostrzegam ogromną różnicę w stylu. A zestawiając ze sobą prace z poszczególnych lat, widzę płynne przechodzenie do realizmu. Więcej tu jest sztuki amatorskiej niż „stylu ludowego”. Nie chcę stać uparcie w miejscu, by przypodobać się stronie komercyjnej. Słyszę nieraz, jak klient na jarmarku przy stoisku rzeźbiarza „ludowego”, szuka rzeźby w ludowym stylu, a twórca mu dopowiada, że zrobi mu, jaką sobie zamówi. Gdzie jest ta autentyczna ludowość? Ale tutaj już wchodzę na bardzo śliski grunt i pozostawiam go etnologom. 

                   Drugą dziedziną mego rękodzieła to malarstwo na szkle.  Tym również interesowałem się od dawna, bo już w 1959 roku poproszony zostałem przez Wojewódzki Dom Twórczości Ludowej w Gdańsku na warsztaty z malarstwa na szkle do Wejherowa. Dlaczego nie pojechałem? Pamięć nie odnotowała. Pewnie i dobrze, bowiem wtedy malowano na szkle bez oparcia o tradycyjne malarstwo na szkle, jakie na Pomorzu istniało.  Nikt o tym nie wiedział, lub nie chciano wiedzieć z czysto ideologicznego punktu widzenia. Bo jak pogodzić fakt walki z kościołem i organizować warsztaty malowania na szkle w oparciu o zachowane zabytki o treści sakralnej, bowiem tylko o takiej tematyce malunki na szkle istniały na Pomorzu.

                     Kończyła się epoka komunizmu w Polsce i nadchodziła demokracja. W 1988 roku pani Krystyna Szałaśna – etnograf Wojewódzkiego Ośrodka Kultury w Gdańsku i dr Aleksander Błachowski z muzeum etnograficznego w Toruniu, zorganizowali warsztaty z malarstwa na szkle w oparciu o zachowane malunki z XIX wieku. Kilka sztuk znajduje się w Muzeum Kaszubskim w Kartuzach i dwa obrazki w Muzeum Etnograficznym w Toruniu. To jest wszystko, co zostało z XIX wiecznego malarstwa na szkle. Na dodatek nie zachował się ani jeden obrazek z terenu Kociewia. Ja twierdzę, że i tu takie obrazki wisiały na ścianach wiejskich chałup. Na czym opieram swoje twierdzenie? A no na tym, że główny zbieracz tych obrazków Izydor Gulgowski był Kociewiakiem. Kiedy pod koniec XIX wieku otrzymał posadę nauczyciela we Wdzydzach Kiszewskich i zaczął penetrować okoliczne wsie w poszukiwaniu istniejących jeszcze obrazków na szkle, myślę, że w tych zabiegach nie pominął Kociewia – swoich stron rodzinnych. Kaszuby nie były rejonem odizolowanym od sąsiadów. Wpływy kulturowe Kaszub i Kociewia wzajemnie się uzupełniały. To, że obraźnicy z Dolnego Śląska przybywali na odpusty ze swymi wyrobami na Pomorze (bo to był początek zaistnienia obrazków na szkle na naszym terenie) z czysto komercyjnego punktu widzenia, nie ograniczali się wyłącznie do terenu Kaszub. To chyba jest logiczne.  Wracając do I. Gulgowskiego, kiedy ze swoją żoną Teodorą założyli skansen budownictwa wiejskiego w 1906 roku, tam w tej pierwszej chacie rybackiej gromadzili obrazki na szkle. Było tego kilka tysięcy. Niestety, pożar w czerwcu 1932 roku strawił zalążek skansenu wraz z zbiorami.

                       Pan dr Błachowski dogłębnie zbadał zachowane zabytki, które już nie wiele miały wspólnego z malarstwem dolnośląskim, bo były wytworem rodzimych artystów, i na ich podstawie poprowadził zajęcia z malarstwa na szkle.  Byłem też ich uczestnikiem. Od tamtej pory maluje na szkle i nie tylko, bo również udzielam lekcji z tej dziedziny, na różnego rodzaju warsztatach z młodzieżą szkolną, z nauczycielami i uzdolnionymi mieszkańcami wsi.

                       Od 1985 roku współpracuję z Kaszubskim Uniwersytetem Ludowym we Wieżycy. Początkowo polegało to na uczestnictwie w plenerach, a w miarę nabierania doświadczenia, stałem się wykładowcą na zajęciach z malarstwa na szkle, rzeźby, i konsultantem na corocznym plenerze dla twórców ludowych. KUL, to wspaniała instytucja opierająca swą działalność na fachowej dydaktyce w dziedzinie upowszechniania kultury ludowej Kaszub, Kociewia i Borów Tucholskich.  Cieszę się, że mogę edukować dzieci i młodzież mojego Kociewia. Odbywa się to zwłaszcza w Centrum Wystawienniczym i Regionalnym w Tczewie. W tym roku odwiedzę kilkanaście szkół Kociewia leżących w powiatach Tczewskim i Starogardzkim.  Moi podopieczni wręcz chłoną wiedzę z malarstwa na szkle, bo ani im w głowie wyjść na przerwę czy na śniadanie, i koniecznie chcą się spotkać ponownie. To jest obiecujące zjawisko.

            W dotychczasowej mojej działalności twórczej, największym osiągnięciem i wydarzeniem był osobisty udział w budowie ołtarza papieskiego w Sopocie. Spotkać tak wielkiego człowieka, jakim był Pan Marian Kołodziej – scenograf, można raz w swoim życiu. Ten, świętej pamięci już człowiek, zapadł głęboko w moje serce. W znaczącym stopniu wpłynął na moją rzeźbę i spojrzenie na sztukę z właściwej strony.  Ołtarz, do którego rzeźbione figury i kapliczki, z inspiracji pana M. Kołodzieja rzeźbiarze Pomorza wykonali, zapisał się na stałe w naszym krajobrazie. Wiele z tych kapliczek i figur zdobi nasze świątynie, stoją na rozstajach dróg, zdobią przydomowe kapliczki. A, że jestem zamiłowanym dokumentalistą zdarzeń z dziedziny folkloru i sztuki ludowej, na podstawie moich zbiorów napisałem książkę opisującą kulisy budowy ołtarza pod tytułem „OŁTARZ PAPIESKI DŁUTEM STWORZONY”. To moja druga książka, bo pierwsza nazywa się „Na ścieżkach wspomnień…” i mówi o moim życiu, życiu rodziny, zwyczajach obrzędach, życiu dawnej wsi. Obie pozycję mają niewielki nakład, bowiem wydałem je własnym kosztem. Zwracałem się o pomoc finansową do wielu instytucji, żadna nie pomogła. W 2010 wydałem „Na ścieżkach wspomnień II…” i zbieram materiał do trzeciego tomu mych wspomnień. W 2011 wydałem książkę „Moje życie we wspomnieniach” o życiu i twórczości kaszubskiego malarza Leona Bieszke. W 2016 napisałem i wydałem kolejną książkę - „Losy rodu Stachowiaków”, którą współfinansowali Hania i Janek Stachowiak z Breisach am Rhein. W tym roku ukarze się książka, którą wydam przy pomocy środków stypendialnych Urzędu Marszałkowskiego w Gdańsku,  zatytułowana „ Drogi Krzyżowe Kaszub i Kociewia”.  Zawsze lubiłem pisać. Napisałem setki felietonów do różnych gazet i czasopism i piszę dalej.

               Zbieractwo wszelkiego rodzaju przedmiotów kultury materialnej dawnej wsi, przez wiele lat było moim konikiem. Chciałem mieć własne małe muzeum. Życie zadecydowało inaczej. Cały wielki zbiór przekazałem do zbiorów muzeów w Oliwie i Starogardzie. Uważam, że tam będzie najlepsze miejsce dla tego rodzaju muzealiów. Gwoli ścisłości muszę dodać, że trochę z rodzinnych pamiątek pozostało w moim domu. Między innymi jest stary patefon i tłuczek do ziemniaków z kuchni babci Antoniny, liczący pewnie ze sto lat. To tym tłuczkiem, przez domowników nazywanym trampkiem, były gniecione szturane  kartofle do maślanki. Babcia mawiała; weźkaj jano trampek i uszturaj te bulwi, ja upsieka szpyrków.  Tłuczek nazywano też dukaczem, kartofle dukane,  mawiano też kartofle trampane. 

                   Pozwól drogi czytelniku, że wrócę do przerwanego wątku o teatrzyku w Białachowie. Wiele lat szukałem śladów mego „Pana” Stefana Gełdona (kiedyś pisał się Giełdon). By to zgłębić, odsyłam do mojej książki „Na ścieżkach wspomnień…”, tam wszystko opisałem. Tutaj chcę odnotować, że Pan Stefan Gełdon zaprosił mnie na jubileusz swojej działalności teatralnej, jako jednego z aktorów pierwszego przedstawienia. Po wielu latach dowiedziałem się, że w Białachowie przedstawialiśmy adaptację bajki Aleksandra Puszkina „O Popie i jego parobku Jełopie”. Jubileusz 60lecia pracy artystycznej i wychowawczej miał miejsce w Nowem w sobotę 17 października 2009 roku. To było bardzo miłe spotkanie, zwłaszcza, że po dziesięcioleciach spotkałem kolegę szkolnego Zygmunta Gołuńskiego, też jednego z pierwszych aktorów. Uhonorowani zostaliśmy pięknymi statuetkami teatralnymi. 

                   W 2005 roku Zblewo obchodziło 700lecie swego istnienia. Uczyniono mi z tego powodu bardzo miłą niespodziankę, bo Rada Gminy jednogłośnie przyznała mi tytuł Honorowego Obywatela Gminy Zblewo. Wójtem wówczas był pan inż. Andrzej Gajewski. Czy zasłużyłem na ten tytuł? Uważam, że byli inni, godniejsi ode mnie, ale serdecznie za to dziękuję.

                  Z okazji 750lecia miasta Tczewa uhonorowano mnie „Pierścieniem Mechtyldy”. Pierścień przyznała Rada Programowa Kociewskiego Kantoru Edytorskiego, jako wyróżnienie redakcyjne „Kociewskiego Magazynu Regionalnego” w kategorii: edukacja regionalna.

                   Jeśli już mówię o honorach, jakie mnie spotkały na mojej twórczej drodze, najbardziej cenię sobie medal Oskara Kolberga. Mam też medal Teodory i Izydora Gulgowskich, brązowy i srebrny medal Bene Merenti, Skra Ormuzdowa, Pierścień Mechtyldy, odznaki - Zasłużony dla Kultury Narodowej, Zasłużony Działacz Kultury, złoty i srebrny Krzyż Zasługi i medal Gloria Artis. Ja się tym nie chwalę. Myślę, że wszyscy po tylu latach działalności na polu upowszechniania kultury i sztuki ludowej Kociewia i Kaszub, powinni być czymś uhonorowani.


Od lewej Iwona Świętosławska, Edmund Zieliński, Regina Matuszewska i Wiktoria Blacharska z wizytą u pani Reginy Matuszewskiej w Czarnymlesie 26 maja 2011 roku.




Od lewej Tomek Szymański, Stanisław Plata i Edmund Zieliński w Instytucie Pamięci i Dokumentacji Jana Pawła II przy kościele Opatrzności Bożej  Gdańsk Zaspa, podczas otwarcia pokonkursowej wystawy na szopkę bożonarodzeniową - 7 grudnia 2014 roku.



               Z perspektywy 60 lat zajmowania się kulturą i sztuką ludową wyrobiłem sobie już pewne zdanie na temat współczesnego rękodzieła. Chciałbym się zatrzymać przy jednym temacie, mianowicie przy rzeźbiarzach, tak zwanych samorodnych twórcach ludowych.  50 lat temu spokojnie można było nazywać ówczesnych rzeźbiarzy właśnie twórcami ludowymi, co było zgodne z definicją określającą ten typ działalności. No tak, tylko, że wtedy był zupełnie inny świat, nijak mający się do XXI wieku. 

Kiedy zacząłem rzeźbić, była wiosna 1961 roku. W Zblewie stały jeszcze chaty pod strzechą, rolnik przemierzał kilometry za pługiem i kosił łany zbóż za pomocą kosy. Za stodołami stały rozwerki (kieraty) napędzające młockarnie czy sieczkarnie, a kartofle wybierało się na kolanach za pomocą trójzębnych haczek.  A ówcześni rzeźbiarze? To byli samorodni artyści tworzący na potrzeby wsi. Rzeźbili świątki do przydrożnych kapliczek, co zdolniejsi na potrzeby wiejskich kościołów. Dawna rzeźba ludowa była wyłącznie o tematyce sakralnej i pokryta polichromią. Czemu rzeźbiarze malowali swoje dzieła? Bo taka była tradycja, bo farba dodawała uroku, uwidaczniała poszczególne elementy – atrybuty przynależne danemu świętemu, stanowiła warstwę ochronną dla rzeźby wystawionej na działanie warunków atmosferycznych, no i niwelowała braki warsztatowe twórcy.  Jadąc z Trąbek Wielkich do Starogardu przejeżdżamy przez Gołębiewo. Tam stoją dwie kapliczki słupowe – jedna po lewej na początku wsi, druga po prawej przy wyjeździe. Nieznający tematu podróżni nie mają pojęcia, kogo przedstawiają figury na słupach. Te obecne figury są kopiami starych rzeźb przedstawiających św. Jana Nepomucena. Pod koniec XX wieku stare, piękne, pokryte polichromią rzeźby, z uwagi na postępującą degradację zostały przekazane do Muzeum Parku Etnograficznego we Wdzydzach Kiszewskich i zastąpione nowymi autorstwa ś.p. Zygmunta Bukowskiego. Pokryte zostały środkiem konserwującym i tyle. Polichromii już nie zastosowano – wielka szkoda. Tylko znawcy przedmiotu z trudem dostrzegą w figurach św. Jana Nepomucena.

              Dzisiejsi rzeźbiarze też chcą być nazywani twórcami ludowymi, chociaż z tym pojęciem niewiele mają wspólnego. Są to raczej odtwórcy, którzy chcą się przypodobać odbiorcy swych dzieł. Formę ludowej rzeźby znajdujemy nawet w warsztatach artystów z akademickim wykształceniem. Mało jest rzeźby o tematyce sakralnej, a jeśli już, to u tych najwybitniejszych twórców, szanujących tradycję. Wiele jest rzeźby o świeckim wizerunku - rybacy, kowale, Żydzi, praczki itp. pokrytej ciemną bejcą (dot. Pomorza), no, bo to się sprzedaje. 

             A jaka jest przyszłość w tej dziedzinie sztuki? Trzeba nazwać rzecz po imieniu i skończyć z przymiotnikiem „ludowy”. Bezpieczniej byłoby nazwać współczesnych rzeźbiarzy twórcami amatorami, lub odtwórcami dawnej rzeźby ludowej.  

   Gdańsk 3 grudnia 2020                                                                    Edmund Zieliński



czwartek, 19 listopada 2020

Ś. P. Teresa Danuta Skomorowska z Zielińskich

               Ś. p.

               Teresa Danuta Skomorowska z Zielińskich

 

            12 lipca 2020 roku, w niedzielę, w godzinach przedpołudniowych, przeniosła się do wieczności moja kochana siostra Danusia. 

Zmarła około godziny 13.15 (według zapisu w akcie zgonu). Według relacji Iwonki około godziny 11, bowiem o tej godzinie Iwonka przyszła do mieszkania Mamy i zastała Ją  leżącą w łazience. Przerażenie, płacz, może zemdlała? Niestety, była już zimna. A na kuchence stał czajnik z gotującą  się wodą. Zwyczajowo o tej porze piła kawę…  

           Odeszła tak, jak sobie życzyła „umrzeć nagle, by nie być dla nikogo ciężarem”. Była mi bardzo bliska, wiele Jej zawdzięczam. Kiedy zachorowałem w 19 roku życia na obustronne zapalenie płuc, nie odstępowała od szpitalnego łóżka w Bydgoszczy, bo pani doktor powiedziała – stan jest beznadziejny, proszę przygotować się na najgorsze. Przeżyłem, dzięki Jej opiece i zapewne gorącym modlitwom. Dziękuję Ci siostro Kochana, niech Ci Pan Bóg wynagrodzi wieczną szczęśliwością. 

           Mieliśmy ze sobą bardzo dobry kontakt. Nasze rodzinne spotkania, to była prawdziwa uczta duchowa. Wspominaliśmy stare dawne czasy, naszych przodków, krewnych i znajomych, a przy tym śpiewaliśmy na głosy dawne pieśni, gdzie sarenki biegały po leśnych ostępach, słychać było słowicze trele, czy szczęk broni na dawnych bojowiskach i wytęsknione spojrzenia dziewczyny w dal za ukochanym, co na rączym koniu odjechał tam, gdzie krwawe wojny wrą. To już historia i tęskne wspomnienia.  

             Była mi pomocna w wielu dziedzinach. Wspominaliśmy nasze młode lata, okupację, dawne obrzędy i zwyczaje, opowiadania naszych przodków. Wspominaliśmy jak smakował chleb moczony w wodzie i posypany cukrem, czy świeżo uparowane kartofle na paszę dla świń… Jeszcze niedawno, zaledwie kilka dni przed śmiercią, wspominaliśmy okupację niemiecką, jak to rodzice upominali nas, by w domu po polsku mówić szeptem, bo szpicle podsłuchiwali wieczorami pod oknami, zwłaszcza tych mieszkańców, którzy nie podpisali  Volkslisty (lista narodowościowa), a myśmy do nich należeli.


                        

                                          Danuta Skomorowska z Zielińskich  2020
 


                                                      Władysław Skomorowski



                  Danuta Skomorowska z wnuczkami Gizeli i Rajmunda Zielińskich  Igą i Polą

                                                                         2019


                   Od lewej Rajmund Zieliński, jego żona Gizela, Edmund Zieliński z żoną Danutą

                                w towarzystwie siostry i szwagierki Danuty Skomorowskiej

                                                                        2019



           Urodziła się 15 stycznia 1934 roku w Białachowie. Rodzicami Danusi (nie lubiła, by wołano na nią Teresa) byli: Bernard i Zofia z Redzimskich. Jej rodzeństwo to: Jerzy, Franciszek, Bernard, Edmund i Rajmund. 


    Danusia na stopniach szkoły w Białachowie. Tutaj, w czasie okupacji,  przez prawie 6 lat uczyła się języka niemieckiego. Jak wspominała, klasa podzielona została na dwie  części - dzieci rodziców którzy podpisali listę narodowościową siedziały od strony okien, dzieci polskie po drugiej stronie, ciemniejszej. To była forma dyskryminacji. Zdjęcie z maja 2016 roku.


Od Białachowa przez Zblewo i Starogard zawędrowała za mężem do Bydgoszczy, by po kilku latach w 1964 roku osiąść w Wejherowie, gdzie Jej mąż Władysław pełnił służbę żołnierza zawodowego w wojskach Obrony Powietrznej Kraju. Mieszkali zgodnie i szczęśliwie. Byłem tu częstym gościem z moją rodzinką. To było bardzo  gościnne mieszkanie. 

            Zgodnie z wolą zmarłej najbliższa rodzina postanowiła ciało Danusi poddać kremacji, co miało miejsce w Gdańsku (Srebrzysko) dnia 16 lipca 2020 r. o godzinie 15.00 – w Godzinie Miłosierdzia Bożego. 

          Pogrzeb odbył się w piątek 17 lipca 2020 po mszy świętej, która odprawiona została w Jej kościele parafialnym w Wejherowie o godzinie 12.00 z udziałem licznej rzeszy krewnych, przyjaciół i znajomych.  Spoczęła w grobie swego męża Władysława, który poprzedził ją do wieczności 11 sierpnia 1992 roku. 



                                            Urna z prochami Danuty Skomorowskiej   



                                                 Spoczywaj w Pokoju


                                             Krzysiu przed grobem Mamy

 

            Przeczytałem kiedyś, że Oni są nieprawdopodobnie blisko nas. Ja to czuję, że tak zupełnie siostro od nas nie odeszłaś, i niech tak będzie. Da Bóg, kiedyś się spotkamy i dalej będziemy razem. Do zobaczenia siostro kochana!

            Kochana nasza Mamusiu, Babciu, Prababciu, Siostro, Matko Chrzestna, Ciociu, Kuzynko i Szwagierko, niech Dobry Bóg da Ci Wieczne Spoczywanie i sprawi, byśmy się kiedyś spotkali z Tobą i naszymi bliskimi, by uwielbiać Oblicze naszego Pana Jezusa Chrystusa. Śpij w Pokoju.

Gdańsk 20 lipca 2020


           Pożegnanie Danuty Skomorowskiej. Napisała Jej wnuczka Oksana Drujiĉ. 


                                              Oksana - wnuczka Danuty Skomorowskiej


                    Odczytano nad grobem w dniu pogrzebu 17 lipca 2020 na cmentarzu w Wejherowie.

           Śmierć jest końcem ziemskiej pielgrzymki człowieka. Jest końcem czasu łaski i miłosierdzia, jaki Bóg ofiaruje człowiekowi, by zrealizował swoje ziemskie życie. W chwili śmierci poznajemy prawdziwego Boga, poznajemy miłość absolutną, bezwarunkową.

            Śmierć zawsze niesie za sobą zmianę, ale nasza wiara pomoże nam przekonać się o bliskości, pomocy i towarzystwie osoby ukochanej. Rozmowa ze zmarłą może być dla nas siłą, pomocą i nadzieją. Bliscy odchodzą z tego świata, aby przygotować nam mieszkanie w Raju, zabierając część nas samych w wieczność. Poprzez śmierć bliskiej osoby, wzajemne uczucia, doświadczenia, rozmowy, bóle i radości sięgają Boga. W obliczu śmierci człowiek doświadcza wolności.

            Nasza najukochańsza Mamusiu, Babciulko i Prababciu odeszłaś. Czas leciał tak szybko. Każdego dnia było nam Ciebie za mało. Tłumaczyłaś nam świat. Przedstawiałaś trudy i problemy dnia codziennego, które da się pokonać. To dzięki Tobie Mamusiu, Babciu i Prababciu czuliśmy się bezpiecznie. Przepełniałaś Nas spokojem. Pełniłaś rolę Duchowej Matki dla tych, które wcześniej pożegnały swoje Mamy. Twój dom był otwarty dla każdego. 

Dorastaliśmy w ogromnej miłości. Nasz dom traktowaliśmy jak bezpieczną przystań, wiedzieliśmy, że w nim zawsze czekasz z otwartym sercem i ciepłym słowem. Zawsze byłaś skromna, nie skupiona na sobie, przepełniona bezinteresowną dobrocią i chęcią pomocy innym. Cudowna, Wierząca, Mądra, Szanująca, Ciepła, Wrażliwa, Uczuciowa, Kochająca, Troskliwa,Bezinteresowna, Niekrytykująca, Nieoceniająca, taka byłaś, zawsze z otwartymi ramionami, w których mógł się skryć każdy z nas.  Nigdy się nie skarżyłaś, nie narzekałaś. Dawałaś przykład całą sobą jak być dobrym człowiekiem, jakie wartości są ważne, jak traktować z szacunkiem innych, nawet jeśli się z nimi nie zgadzałaś.

Miałaś wspaniałych rodziców i umiałaś przekazać dalej to czego Cię nauczyli, jak powinien wyglądać prawdziwy dom i relacje w nim. Miałaś cudownych braci i bratowe, a Wasze więzi zawsze były przepełnione szacunkiem i troską. Miałaś ciepłe kontakty rodzinne - codzienne telefoniczne rozmowy, które dawały Ci ogrom siły. Miałaś przyjaciół, którzy zawsze wspierali ciepłym słowem i miłym gestem. Miałaś wnuki i prawnuki, dla których byłaś schronieniem i nadzieją na lepsze jutro. 

            Pozostaje dużo wspomnień, przepięknych chwil, które na zawsze będą z nami. Ziarna które zasiałaś: ziarna dobroci dla drugiego człowieka kiełkują i sprawiają że świat w około staję się lepszy. Zostawiłaś nam olbrzymi spadek WIARĘ, NADZIEJĘ I MIŁOŚĆ, a jedynym testamentem są Twoje słowa: Kochajcie się i szanujcie, żeby Waszej Miłości nic nie zburzyło. Obiecujemy ze tak właśnie będzie. 

          Wierzymy, że jesteś już wolna od trosk i zmartwień dnia codziennego, otoczona gronem bliskich których sama wcześniej pożegnałaś.

          Dziękujemy Ci za całą Twoją pielgrzymkę, po Twoich śladach Mamusiu, Babciu i Prababciu będziemy podążać. Spoczywaj w spokoju. 


Mówimy zmarli,

A trzymają w ręku złoty klucz do wieczności.

Niby oddaleni,

a przecież są bliżej niż kiedykolwiek.

Nierozłączni spacerują alejami rozpłomienionej pamięci.

Szeptają wiatrem,

Nadzieje rozsyłają promieniami słońca,

Ciszę kołyszą myślami,

Uśmiechają szczęściem.

Kiedy wsłuchani w modlitwy gwiazd zasypiamy

To właśnie oni wymierzają siły na zamiary

A raniusieńko otwierają okna na świat.

             Dziękujemy wszystkim, którzy towarzyszyli w tej ostatniej drodze Naszej Mamusi, Babciulce i Prababci. 




środa, 18 listopada 2020

Z Cisa przez Żuławy do Mosiny

  Z Cisa przez Żuławy do Mosiny

            Los każdego człowieka, to splot różnorakich wydarzeń na drodze jego życia. Od dzieciństwa przez życie dorosłe, dojrzałe,  do późnej starości, o ile Bóg pozwoli nam dożyć sędziwego wieku. O takim szczęściu, czy łasce, może mówić Szanowna Pani Stanisława Gołuńska, która 5 września 2020 roku skończyła 100 lat swego życia. 



          Pani Stanisława to rodowita Kociewianka, urodziła się w miejscowości Cis, z rodziców Marianny i Jana.  Według zapisu w Księdze Chrztów parafii Zblewo urodziła się 8 września 1920 w Starym Cisie. Ochrzczona została 19 września 1920 roku przez księdza Hoffmanna. Rodzicami chrzestnymi byli – małżonkowie Marta i Stanisław Buchholz. Pani Stanisława może poszczycić się licznym rodzeństwem, co w tamtych latach było czymś normalnym. Miała czterech braci i pięć sióstr: – Edmund, Zofia, Leonarda, Stefania, Jan,  Wanda, Władysława, Kazimierz , Mieczysław.

           Lata okupacji niemieckiej, to trudny czas w życiu naszej Jubilatki. Okupanci korzystali z taniej siły roboczej, jaką była ludność okupowanych terenów. Nie oszczędzili i Pani Stanisławy. Została skierowana na roboty u bauera na Żuławach. Tam po jakimś czasie zlitowała się nad nią żona bauera i spowodowała, że została skierowana do pracy na plebani u pastora kościoła ewangelickiego ówczesnej dzielnicy Langfuhr  (Gdańsk Wrzeszcz). Miała tam dużo pracy, ale to nie to samo, co  praca w polu i obrządkach gospodarczych. 

Zbliżał się koniec wojny, Niemcy uciekali na zachód, pani Stanisława wróciła do Cisa. 

                W 1947 roku zamieszkała w Mosinie i do tej pory mieszka w tym mieście otoczona rodzinną miłością. Pani Stanisława całe życie starała się być pozytywnie ustawiona do świata, do codziennego życia. Mimo ciężkich chorób, śmierci syna, nie załamywała się. Zapewne jedną z przyczyn Jej długowieczności (jak napisała Pani Katarzyna Łącka) to dzieciństwo i młode lata spędzone w Borach Tucholskich, a ściślej na Kociewiu w gospodarstwie rodziców wśród zdrowej żywności . 



                    Gratulacje od Burmistrza Gminy Mosiny Pana Przemysława Mielocha



           Piękny uśmiech Jubilatki przy równie pięknym i apetycznym jubileuszowym torcie



                                                Jubilatka wśród Przyjaciół i Rodziny





               Z okazji jubileuszu 100 rocznicy urodzin Szacownej Jubilatce życzenia złożył osobiście Burmistrz Gminy Mosina Przemysław Mieloch, który także   przekazał  list gratulacyjny  z Kancelarii Premiera Mateusza Morawieckiego. Gratulacje Jubilatce złożyła również Kierownik Urzędu Stanu Cywilnego Marzena Obst.   

              Szanowna Pani Stanisławo, proszę i ode mnie przyjąć szczere życzenia, przede wszystkim zdrowia i Bożej opieki na dalsze lata życia. 

Gdańsk 14 września 2020                                               Edmund Zieliński


Za pomoc w realizacji tego wspomnienia dziękuję: ks. prałatowi Zenonowi Góreckiemu, pani Katarzynie Łąckiej, panu Edmundowi Łąckiemu, a szczególnie panu Gerardowi Sulewskiemu, który rzucił  myśl, by takie wspomnienie napisać.  


niedziela, 4 października 2020

Historia upamiętniona

  Historia upamiętniona


                   Ponad rok temu napisałem do Rady Gminy Zblewo prośbę, by w jakiś sposób upamiętnić ślady historycznych miejsc w Zblewie, a ściślej, miejsce starego cmentarza i dawnych kościołów. 

Na moją petycję otrzymałem od Rady w miłych słowach zapewnienie, że moja prośba jest godna uwagi i zostanie rozpatrzona. Pilotowania tej sprawy podjął się Pan Wojciech Birna radny gminy Zblewo.  Treść petycji zamieściłem na moim blogu 20 kwietnia 2019 roku. W między czasie uzgodniliśmy treść informacji, jaka znajdzie się na tablicy pamiątkowej. 24 września 2020 r. otrzymałem miłego maila:


 Szanowny Panie Edmundzie!

Z wielką radością spieszę donieść, że obiecane przez mnie tablice upamiętniające stary cmentarz doczekały się finału i dzisiaj (24 września 2020 r.) zostały posadowione w odpowiednim dla nich miejscu. Zgodnie z zapowiedzią jedna z nich jest napisana po polsku , a druga - dla gości z zagranicy - po angielsku. Kiedy będzie Pan w Zblewie, zapraszam do ich obejrzenia. Są widoczne z daleka. Muszę dodać, że z chwilą zamontowania pojawili się pierwsi ludzie i z wielkim zaciekawieniem spoglądali i czytali teksty umieszczony na tablicy. Wcześniej miejsce usytuowania tablic zaakceptowali: ksiądz proboszcz Zenon Górecki i wójt Artur Herold, który dzisiaj nie ukrywał zadowolenia z faktu zakończenia sprawy. Ja również czuję wielką satysfakcję i radość, że udało się mi zrealizować Pana pomysł. Potwierdzeniem na słowa, które napisałem niech będą zdjęcia zrobione przeze mnie zaraz po ustawieniu tablic. Wysyłam je Panu w załączniku. Myślę, że był to doskonały pomysł upamiętnienia naszych przodków. Cieszę się bardzo, że wszystko pomyślnie się zakończyło. Jestem niezmiernie dumny z tego osiągnięcia.

Serdecznie pozdrawiam Pana i zacną małżonkę. Specjalne pozdrowienia dla syn Wojciecha - spotkaliśmy się pewnego wakacyjnego dnia w Zblewie na cmentarzu parafialnym. Tym sposobem miałem okazję poznać kolejnego członka rodziny Zielińskich. Wcześniej znałem mojego imiennika tylko z opowiadań, które przekazała mi Justyna, c. Rajmunda, z którą pracowałem przez długie lata w zblewskiej szkole.

Jeszcze raz serdecznie Państwa pozdrawiam i życzę dużo, dużo zdrowia w tych ciężkich czasach.

Z wyrazami szacunku Wojciech Birna

Oczywiście natychmiast odpisałem:

             Szanowny i Drogi Panie Wojciechu, 

Kłaniam się nisko i serdecznie dziękuję za miłą wiadomość o upamiętnieniu tablicami informacyjnymi historycznego miejsca w naszej wsi. To należało się społeczeństwu Zblewa, a dzięki Panu zostało zrealizowane.  Jeszcze raz serdecznie Panu dziękuję.

 Serdecznie pozdrawiam Pana i Jego Szanowną małżonkę. Życzę dobrej nocy i zdrowia w ciężkim okresie pandemii.


O tym miłym fakcie powiadomiłem również moich przyjaciół, zblewiaków, mieszkających w Trójmieście – Gerarda Sulewskiego i Edmunda Łąckiego. Gerard Sulewski tak napisał:

                   Dziękuję; wreszcie doczekaliśmy się....gratulacje i szacunek dla pomysłodawcy i realizatorów! Może udałoby się znaleźć-odtworzyć zarys fundamentów kościoła oraz cmentarza? Pozdrawiam Pana Prezesa oraz Ciebie Edmundzie-niestrudzonego miłośnika i badacza historii naszej zblewskiej małej ojczyzny. Gerard Sulewski; 

PS. odwiedziłem z żoną Barbarą Zblewo; cmentarz- 23 września br.  ex ante; będzie więc asumpt, by ponownie wybrać się z Gdyni do Zblewa...

--

W sobotę 26 września napisałem również do miłej Pani Magdaleny Apostołowicz prośbę, by zamieściła na stronie Zblewa moje podziękowanie, co też uczyniła, za co jestem wdzięczny.

 Szanowna Pani Magdaleno, mam prośbę. Mogłaby Pani zamieścić na stronie Zblewa moje podziękowanie?

W niezwykłe miłych słowach otrzymałem wiadomość od Pana Radnego Wojciecha Birny, że zrealizowany został mój pomysł upamiętnienia miejsca byłych kościołów i cmentarza w Zblewie. Stanęły pięknie wykonane tablice informacyjne mówiące od historycznych obiektach starego Zblewa.

Serdecznie dziękuję wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób przyczynili się do realizacji tego pięknego zadania, a zwłaszcza Panu Wojciechowi Birnie.

                                                                                              Edmund Zieliński

                                        

                                                       






                                               Zdjęcia wykonał pan Wojciech Birna

niedziela, 12 lipca 2020

Trochę inaczej było


Trochę inaczej było
·        O KONKURSIE
·        JURY KONKURSU
·        PARTNERZY I PATRONI
·        DODAJ KAPLICZKĘ
·        ZGŁOSZONE KAPLICZKI
·        POMYSŁODAWCZYNI KONKURSU
·        KONTAKT
·        O KONKURSIE
·        JURY KONKURSU
·        PARTNERZY I PATRONI
·        DODAJ KAPLICZKĘ
·        ZGŁOSZONE KAPLICZKI
·        POMYSŁODAWCZYNI KONKURSU
·        KONTAKT

Pomysłodawczyni konkursu

foto Wojtek Wełnicki

W różańcu róża ukryta rozkwita

Dlaczego napisałam motto naszego Konkursu?

Wędrując po Polsce wiele razy zatrzymywał mnie urok spotykanych przy drogach, czy na ich rozstajach, wiejskich kapliczek.
A także te podwórkowe, czy uliczne, naszych miast i miasteczek wielekroć emanowały mocą emocji i piękna. I tak powstał pomysł, a potem konkretny już projekt ogólnodostępnego konkursu o temacie polskie kapliczki.
Marlena Wilbik mieszka w Warszawie. Propagatorka tradycji i kultury Kresów.
Realizatorka koncepcji konkursu na fraszkę dla młodzieży i seniorów Piękno naszego języka w codzienności umyka.
Dziennikarka publikująca w pismach ekonomicznych, specjalistka public relations. Autorka powieści oraz sześciu tomików fraszek.
Napisała powieść obyczajowo-kryminalną Trup oraz tomiki fraszek Chwila motylaKwiatki z rabatkiZiółka, Wianek, Chabry i kąkole oraz Na miedzy. Aktualnie kończy pracę nad siódmym tomikiem, którego tytuł to Błękitny len. Jej utwory tak są recenzowane:
Historia rodzimej miniatury literackiej rozpoczęta przez Jana Kochanowskiego nie skończyła się na Janie Sztaudyngerze. Apetyt na fraszki trwa i po jego odejściu, Marlena Wilbik odpowiada na to wyzwanie. Fraszki wymagają ogromnej literackiej kultury. Przede wszystkim dlatego, by nie przekroczyć delikatnej, niewidzialnej linii między dowcipem a wulgarnością, pikanterią a złym gustem. W trudnej sztuce balansowania na tej cienkiej linii Wilbik osiąga mistrzostwo.
Marlena Wilbik jest także autorką profesjonalnych opracowań o historii piłki nożnej, pełni funkcję Pełnomocnika Zarządu Stowarzyszenia Orłów Górskiego ds. medialnych.
W 2011 roku wydała trzystustronicowy album Kazimierz Górski i jego Orły wypełniony rozmowami, wspomnieniami, czy osobistymi wypowiedziami polityków, sportowców, menadżerów, artystów.
Trochę romantyczka i pośród stosu książek ma jeszcze w domu dwa koty i psa…



1 marca 2019
by
Zblewo
https://i0.wp.com/przydroznekapliczki.pl/wp-content/uploads/2019/02/Zblewo.jpg?fit=788%2C523&ssl=1
Autor: Adam Murawski
Kapliczka stoi od 2009 r. przy drodze nr 22 przy skręcie do ul. Chojnickiej. Powstała z inspiracji kociewskich rzeźbiarzy. Samo miejsce wybrał pan Bernard Damaszka. Ustawiono ją w miejscu, gdzie nawieziona została ziemia z dawnego cmentarza katolickiego, zniszczonego przy budowie tzw. berlinki (niedokończonej autostrady z Berlina do ówczesnego Königsbergu, budowanej przez Niemców), obecnie drogi nr 22. Intencją twórców kapliczki było również upamiętnienie ofiar wypadków, do których dochodzi dość często w okolicy skrzyżowania, na którym kapliczka została ustawiona.
Sama kapliczka ma postać ściętego pnia, okorowanego drzewa z odchodzącymi bocznymi konarami na którym umieszczono dwie przeszklone skrzynki. W ich wnętrzu są umieszczone figury świętych, w tej zawieszonej wyżej znajduje się rzeźbiona w drewnie postać Św. Franciszka z Asyżu, którą wykonał Marek Pawelec, rzeźbiarz ze Zblewa. W skrzynce umieszczonej pod nią umieszczono figurę Św. Krzysztofa wykonaną przez innego twórcę ludowego, Edmunda Zielińskiego. To honorowy prezes Stowarzyszenia Twórców Ludowych Oddziału Gdańsk. Choć od wielu lat mieszka w Gdańsku nigdy nie zerwał więzi z rodzinnymi stronami. Urodził się niedaleko Zblewa, w Białachowie.
Mieszkający w sąsiedztwie państwo Drawscy wykonali drewniany płotek wokół kapliczki. Pani Mirosława Drawska zadbała o nasadzenie wokół iglaków i innych kwiatów. Kapliczkę uroczyście poświęcono 25.07.2009 r. W sierpniu 2014 r. miała miejsce jej renowacja. Krzysztof Trawicki, wójt gminy Zblewo sfinansował to przedsięwzięcie. Odpowiednim środkiem konserwującym drewno dwukrotnie pokrył całą kapliczkę (pień drzewa) pan Henryk Klin. Ta operacja na pewno przyczyni się do przedłużenia żywota kapliczki.
 
Szanowny Panie Adamie,
Konieczna jest korekta do powyższego tekstu. Otóż inicjatorem powstania kapliczki byłem ja i tylko ja. W pierwotnym założeniu kapliczka miała stanąć na skrzyżowaniu koło młyna w Zblewie (skrzyżowanie dróg Kościerzyna - Skórcz i Starogard – Chojnice), gdyż tam właśnie leży cmentarna ziemia zwieziona z miejscowego cmentarza przez który budowana była w 1941 roku autostrada Berlin – Królewiec. W rejonie tego skrzyżowania miała stanąć kapliczka upamiętniająca cmentarne szczątki jak i ofiary wypadków (dziesiątki) na tym skrzyżowaniu. Niestety, włodarze dróg nie zgodzili się na postawienie kapliczki bo odwracałaby uwagę kierowców, co mogłoby powodować kolejne wypadki drogowe. Tłumaczenie z pogranicza hipokryzji – krzykliwe bilbordy licznie stojące wzdłuż naszych dróg nie zakłócają uwagi kierowcom. Po kilku latach wróciłem do tego tematu i przy pomocy mego przyjaciela Bernarda Damaszka udało się pozyskać grunt pod kapliczkę (po kilku innych przymiarkach lokalizacyjnych).
Zaproponowałem, by kapliczkę wykonać w drewnie dębowym, najlepiej z zachowaniem jego licznych konarów. Pan Bernard pozyskał zgodę na wycięcie dębu z posiadłości pana Szarafina w Białachowie. Pojechaliśmy tam, wybrałem odpowiednie drzewo, z inicjatywy Pana Damaszka zostało ścięte i zwiezione do Zblewa. Poprosiłem pana Marka Pawelca o wzięcie na siebie zadania przygotowania tego pnia i wykonanie skrzynek na figury, jak i samej figury św. Franciszka.
25 lipca 2009 roku miało miejsce poświęcenie kapliczki. Państwo Drawscy zasługują na szczególną cześć i chwałę za opiekę nad tym obiektem sakralnym.
Mam nadzieję Panie Adamie, że w żaden sposób nie uraziłem Pana moim sprostowaniem. Jestem przekonany, że napisał Pan w dobrej wierze to, o czym został poinformowany na temat tej kapliczki.
Szanownej Pani Marlenie Wilbik serdecznie gratuluję pomysłu. To świetna inicjatywa godna pochwały i wszelkiego wsparcia. Pozdrawiam Panią serdecznie.
      Gdańsk 9 lipca  2020                                                               Edmund Zieliński









Pamiątkowe zdjęcie w dniu poświęcenia kapliczki 25 lipca 2009 (niedziela)
Od lewej - harcerka pełniącą wartę honorową, Marta Puttkamer, Franciszek Puttkamer, Erwin Dorawa, Renata Damaszk, Edmund Zieliński, Danuta Zielińska, Bożena Pawelec, Marek Pawelec i harcerka z warty honorowej. Foto Wojciech Zieliński