piątek, 19 lutego 2021

Rękodzielnicy Kociewia część III

 

Rękodzielnicy Kociewia część III

 

                     W poprzednich opracowaniach dotyczących rękodzielników Kociewia przypomniałem sylwetki A. Stawowego, S.Rekowskiego, J. Giełdona, Z. Bukowskiego, A. Dmochewicza i K. Gołuńskiego. Właściwie uważałem, że na tym zakończę. Kiedy pani Iza z Muzeum Ziemi Kociewskiej w Starogardzie poprosiła mnie  – a może pan pociągnie dalej rękodzielników Kociewia?  Odmówić nie mogłem, zwłaszcza że ten temat jest bliski memu sercu. Więc czytajcie, drodzy czytelnicy, dalszych opowieści o tych, co tworzyli i żyli wśród nas.

            Alfons Paschilke urodził się w 1919 roku  w Brusach koło Chojnic. Wyuczył się zawodu szewca i rymarza. Po II wojnie światowej zamieszkał w Smętowie Granicznym na Kociewiu.  Po przejściu na rentę chorobową w latach siedemdziesiątych zaczął zajmować się rzeźbą, co stało się jego życiową pasją. Wykonywał rzeźbę figuralną, płaskorzeźbę i scenki rodzajowe, w których przedstawiał życie swojej wsi. Był pastuch z kozami, rybak naprawiający sieci, biesiada przy piwie i zestaw muzykantów. Prace tego artysty znajdują się w zbiorach muzeum etnograficznego w Oliwie, miedzy innymi godna uwagi  „Golgota”. Pan Paschilke rzeźbił też ptaszki.  One  zasługują tu na szczególną uwagę.

                 12 lipca 1988 roku, wraz z Krystyną Śzałaśną -  kustoszem Oddziału Etnografii Muzeum Narodowego w Gdańsku, gościłem u pana Alfonsa. Podczas naszej wizyty opowiadał o swej twórczości, o planach na przyszłość i o kopii ołtarza Wita Stwosza z kościoła Mariackiego w Krakowie, nad która pracuje. Zauważyliśmy stojący w pokoju jakiś mebel przykryty zasłoną. Pan Paschilke zdjął zasłonę i naszym oczom ukazał się tryptyk z misternie rzeźbionymi detalami przypominającymi pracę mistrza Wita Stwosza. Pamiętam, jak pan Alfons rozprawiał nad przyszłością tego dzieła. Wspominał, że jest zainteresowanie ze strony Niemiec. Jakie były losy tego wielkiego dzieła mistrza Paschilke – nie wiem. Podczas dalszej rozmowy przy herbatce, pan Paschilke podał mi  ptaszka i zapytał, w jakim gatunku drewna został wykonany. Ptaszek był mały, z doklejonymi skrzydełkami przylegającymi do tułowia, w naturalnym kolorze drewna. A właściwie nienaturalnym, bowiem nie przypominało mi znanych gatunków drewna stosowanego przez kolegów rzeźbiarzy. Ptaszek miał smużki   przebarwień w stonowanych odcieniach brązu. Odpowiednio dobrane drewno na skrzydełka swą kolorystyką przypominało naturalny układ upierzenia otaczającego nas ptactwa. Ptaszek osadzony był na kawałku czarnej dębiny wydobywanej z torfowisk. Głowiłem się nad tą zagadką, wymieniałem różne gatunki drzew, a pan Paschilke tylko przecząco kręcił głową. Długo strzegł swej tajemnicy nasz mistrz. Dopiero przy kolejnym  spotkaniu powiedział mi, że do wyrobu ptaszków używa drewna kaliny. Nigdy bym na to nie wpadł. Był chyba jedynym rzeźbiarzem na Kociewiu wykorzystującym w swych pracach kalinę. A ptaszek – zagadka?  Znajduje się w mojej kolekcji jako prezent od mistrza Alfonsa.

             W swoim sztambuchu zapisałem: „Wczoraj 16 stycznia odebrałem telefon od pani Krystyny Szałasnej, że 14 stycznia 1996 roku zmarł Alfons Paschilke ze Smętowa. Był dobrym rzeźbiarzem i walnie przyczynił się dla dobra naszej kultury ludowej. Niech mu Pan Bóg użyczy kawałka nieba, by dalej mógł strugać swoje kalinowe ptaszki”.

 

 

 

                                                  Teodor Kałuski

 

               Pana Teodora Kałuskiego poznałem w pierwszych latach mej działalności, chyba na zjeździe twórców ludowych w siedzibie Wojewódzkiego Domu Twórczości Ludowej w Gdańsku przy ulicy Korzennej 33/35,  około 1965 roku. Coroczne zjazdy organizowała opiekunka twórców ludowych z ramienia WDTL-u pani etnograf mgr Stefania Liszkowska – Skurowa. To były wspaniałe spotkania, zwłaszcza dla mnie młodego człowieka wkraczającego w świat sztuki ludowej. Pamiętam, że każdy z uczestników spotkania przywoził ze sobą jakąś najnowszą pracę. Rzeźbiarze jakieś figurki, hafciarki serwetki, plecionkarze koszyki, rogarze tabakiery. Prace te w całości stanowiły pokaźną wystawę najnowszych prac. Zazdrośnie patrzyłem na rzeźby moich ziomków Alojzego Stawowego, Stanisława Rekowskiego, Janka Giełdona. Wspaniale prezentowały się prace Apolinarego Pastwy, Izajasza Rzepy, czy Leona Golli – braci Kaszubów. Wśród tych rzeźb stały niepozorne figurki pana Teodora Kałuskiego. Pan Teodor za bardzo nie wcinał się narzędziem w obrabiane drewno. Jego rzeźby były dość oszczędnie wyrzeźbione, smukłe, były inne.

                   Pan Teodor urodził się 23 czerwca 1918 roku w Gladbeck (Westfalia) w Niemczech, dokąd rodzice pana Teodora wyjechali za chlebem. Po jakimś czasie państwo Kałuscy wrócili do ojczyzny, zamieszkali  w Chojnicach, gdzie pan Teodor ukończył szkołę podstawowa.  W czasie II wojny światowej przebywał na robotach przymusowych na terenie Rzeszy Niemieckiej. Po wojnie zamieszkali w Zdrojnie na Kociewiu. Pracował w Państwowym Gospodarstwie Rolnym jako stelmach (tak pisze w swoim życiorysie). Przez 10 lat pracował  w Spółdzielni „Las” w Skórczu, gdzie wykonywał skrzynki na jabłka. Stąd przeszedł na rentę inwalidzką II grupy.   W 1963 roku kupił kawałek ziemi w Małym Krównie, wybudował domek i od tej pory zaczął rzeźbić. Rzeźbił w drewnie lipowym posługując się nożem szewskim i płaskim dłutem, co może tłumaczyć jego płytko rzeźbione prace. W rzeźbie często pozostawiał korę, jako element dekoracyjny. Nie spotkałem rzeźb malowanych pana Teodora. Chociaż farby i pędzel nie były mu obce, bo w jego mieszkaniu wisiały też obrazy malowane z erotycznymi akcentami.

          W latach 70 tych był dość znanym twórcą, a jego prace miały powodzenie. Interesowała się nim prasa, radio i telewizja.

          Od 1964 do 1979 współpracował ze Spółdzielnią „Cepelia”, zwłaszcza z Regionalna Spółdzielnią Rękodzieła Ludowego i Artystycznego „Art.-Region’ w Sopocie, dokąd odstawiał swe prace rzeźbiarskie. Tam też brał udział w konkursach na sztukę  ludową (1972, 1976, 1978), gdzie jego prace były nagradzane. Za swą działalność Wojewódzki Ośrodek Kultury w Gdańsku dwukrotnie nagrodził pana Teodora nagrodami pieniężnymi – 1980 i 1983r.

Od 1972 roku był członkiem Stowarzyszenia Twórców Ludowych w Lublinie. Jego legitymacja nosiła numer 238.

           W swoich opracowaniach naukowych wspominali  pana Teodora dr Aleksander Jackowski, gdzie podsumował udział w konkursie na sztukę ludową Polski Północnej i dr Longin Malicki w książce „Kociewska Sztuka Ludowa”.

Prace pana Teodora kałuskiego znajdują się w licznych kolekcjach prywatnych i zbiorach Oddziału Etnografii Muzeum Narodowego w Gdańsku.

            W moim sztambuchu pod datą 3.04.1981 zapisałem: dziś z panią Krystyna Szałaśną byłem u kilku twórców ludowych Kociewia. Odwiedziliśmy kolejno – Stanisława Rekowskiego z Więcków, Alojzego Stawowego z Bietowa (nie zastaliśmy- była tylko jego żona). Teodora Kałuskiego z Małego Krówna, Władysława Landowskiego z Byłiczka, Jana Giełdona z Czarnej Wody i Rajmunda Zielińskiego ze Zblewa. Zakupiłem kilka rzeźb – św. Franciszka i Matkę Bożą od Janka Giełdona po 500 zł.  za sztukę. Ptaszki od Landowskiego po 40 zł za sztukę, dwie rzeźby od Kałuskiego za 350 złotych i ptaszka od Rekowskiego za 100 złotych.

 

 

                                                       Jerzy Kamiński

 

 

                  9 czerwca 1997 poniedziałek:  odbyłem  z panią Krystyną Szałaną wspaniałą wycieczkę do twórców ludowych Kociewia. Wyjechaliśmy o 8.45 moim samochodem do Szpęgawska, do pani Krystyny Górnowicz. Kiedyś dzwonił do mnie jej mąż, że żona haftuje i chciałaby się skonsultować z kimś, kto się na tym zna. Okazało się to nieporozumieniem. To była wyłącznie inicjatywa męża, ale obiecaliśmy ją zapraszać na konkursy.

                  Ze Szpęgawska pojechaliśmy do Czarnegolasu. Tam gościliśmy u państwa Reginy i Stanisława Matuszewskich. Otrzymaliśmy po ptaszku wykonanym przez panią Reginę. Wspaniale rzeźbi ptaszki. Ma mnóstwo nowych obrazów (naiwnych). Dostałem wiele sadzonek kwiatów.

              Od państwa Matuszewskich pojechaliśmy do Barłożna. By do tej miejscowości pojechać, zasugerowała mnie audycja Radia Gdańsk „Pomorskiej Ziemi Skarbnica”, którą redagował ś. p. Dominik Sowa. Pan Dominik w tej audycji rozmawiał z zupełnie nieznanym mi rzeźbiarzem Jerzym Kamińskim z Barłożna. Postanowiłem odwiedzić tego pana. Nigdy nie byłem w Barłożne. Kiedy wjechaliśmy do tej wsi trzeba było zasięgnąć języka o panu Kamińskim. Wstąpiłem do sklepu i pytam się o drogę do kamińskich. – powiada sprzedawca – pojedziata kele kościoła z lewi strony i durch prosto. Dali się pytejta, bo Kamńińści só dalek za wioskó. No to jedziemy, jesteśmy już za wsią Barłożno. Zatrzymuję się przy ogrodzeniu gospodarstwa, gdzie po podwórku krząta się jakiś pan. Proszę pana, jak dojechać do Jerzego Kamińskiego? Pan podchodzi do ogrodzenia i powiada – a to tyn ogrodnik. Musita jechać dali durch prosto tó drogó i wjedzieta do Kamnińskiygo. Jedziemy polną drogą wśród łanów zbóż. Była taka urocza, że zatrzymywałem auto, siedliśmy na skarpie, by rozkoszować się widokiem skąpanych słońcem pól, zapachem kwitnących ziół i świergotem ptaszków gnieżdżących się w przydrożnych krzakach dzikiego bzu, jaśminu i dzikiej róży. I tak zajechaliśmy do gospodarstwa państwa Marii i Jerzego Kamińskich. Tam, na wybudowaniu, przecudnie mieszka i od dwóch lat rzeźbi Jerzy Kamiński. Siedzieliśmy w pięknie urządzonym ogrodzie z oczkiem wodnym obłożonym kamieniami, gdzie był wodotrysk i wodospad. Pan Kamiński rzeźbi duże postacie i trzeba przyznać, że nie wzoruje się na nikim. Był bardzo uradowany, że odwiedziliśmy go. W rozmowie z Jerzym na temat jego początków na twórczej drodze powiedział, że zawsze w nim coś takiego siedziało. Impulsem były dłuta podarowane przez krewniaka i kloc ściętej lipy u sąsiada. No i zaczęło się.

           Spowodowałem, by Jerzego zapraszano na plenery i konkursy. W spotkaniach plenerowych nad klocami lipowego drewna nasz Jerzy uczestniczył dziesiątki razy. Chyba najwięcej w Kaszubskim Uniwersytecie Ludowym we Wieżycy i w małej wsi Bytonia, gdzie od wielu lat odbywają się plenery artystów ludowych. Ma swój udział w budowie (w rzeźbieniu) trzech Dróg Krzyżowych. Jego stacje Męki Pańskiej stoją w Sianowie, Hopowie i Bytoni. W wielu kościołach i muzeach znajdują się podarowane przez niego szopki bożonarodzeniowe i figury sakralne. Przy drogach Pomorza, i nie tylko, stoją Jerzego kapliczki z Chrystusem Frasobliwym i innymi wizerunkami świętych. A ile tego jest w prywatnych kolekcjach? Może ktoś kiedyś policzy, bo ja nie. Jerzy był bardzo płodnym rzeźbiarzem o wysokich zdolnościach manualnych. Dzięki swym zdolnościom wypracował swój własny styl, jakże cenny dla każdego artysty. Jego prace były nagradzane pierwszymi nagrodami w konkursach na sztukę ludową, tak w regionie jak i w imprezach ogólnokrajowych.

                   Opowiadając o swojej twórczości, Jerzy używał naszej gwary, co podnosiło koloryt jego opowieściom o naszym Kociewiu. A słuchaczy w tym względzie miał licznych, bowiem był częstym gościem na spotkaniach z młodzieżą szkolną.

              Przy każdym spotkaniu z Jerzym, wręcz namawiałem go, by swoje prace pokrywał polichromią, bowiem dawna rzeźba ludowa była zawsze malowana i o tematyce sakralnej. Jakoś trudno było mu się z tym zgodzić, bo rzeźbił to co chciał i czuł, że obrał właściwą drogę. A wiyszkaj, mówił, to tam czasym moja (moja – odnosiło się do jego żony Marii) coś pomaluje. Tak było.

               Będąc innym razem u państwa Kamińskich, do ich domostwa zaprowadziła nas już asfaltowa szosa, pod którą biegnie nowoczesna autostrada, a stara droga została tylko we wspomnieniach. Dobrze, że państwo Kamińscy odgrodzili się lasem od mknących po autostradzie aut. Tu, w zaciszu podwórka, czas jakby się zatrzymał. Słychać tylko ptaszki, cieszą oczy kwitnące truskawki, szemrzący strumyk wody spadający kaskadą do przemyślnie wybudowanego oczka wodnego i altana zatopiona w zieleni. Oczywiście stoi kapliczka świętego Franciszka i grota Matki Bożej z Lourdes. To przed nią usiadłem z Jerzym, a pani Iwonka Świętosławska uwieczniła nas na fotografii.



                                Stacja II Drogi Krzyżowej w Sianowie. Rzeźbił Jerzy Kamiński


                Towarzyszę Jerzemu przy jego kapliczce. Foto Iwona Świętosławska



   Jerzy Kamiński i Stanisław Plata na zjeździe twórców ludowych w Gdańsku w 2008 r.



Jerzy Kamiński i Edmund Zieliński przy stacji VIII Drogi Krzyżowej w Sianowie 21 maja 2008. Tę stację rzeźbił Rajmund Zieliński


Kapliczka w Małkowie u państwa Buraczyńskich na Kaszubach, którą pobudował Jerzy Kamiński. Figury rzeźbił Edmund Zieliński. 2008 rok.



       Jerzy Kamiński i Szymon Wojak na kiermaszu rękodzieła ludowego w Starogardzie 1 lipca 2006


   Jerzy Kamiński na plenerze w Kaszubskim Uniwersytecie Ludowym w Starbieninie 21 czerwca 2006


   Jerzy rzeźbi swoją stację do Drogi Krzyżowej u Jerzego Walkusza w Hopowie 12 sierpnia 2011




                        Wystawa prac Jerzego Kamińskiego w muzeum w Starogardzie   9. 12. 2016 r.


                                Spotkanie na cześć Jerzego 6 sierpnia 2016 roku


                              Spotkanie na cześć Jerzego 6 sierpnia 2016 roki



Ma wspaniałych chłopców, córkę i miłą żonę.

Kiedy Jerzy zachorował, jego dzieci zorganizowały mu uroczyste spotkanie  z okazji dwudziestolecia Jego pracy twórczej. 6 sierpnia 2016 roku zjechało się dziesiątki twórców ludowych i sympatyków  twórczości Jerzego. Były przemówienia i gratulacje. Napisałem z tej okazji wierszyk okolicznościowy:

 

Tu w Barłożnie gdzieś pod lasem

Gdzie zajączek kica czasem                   

Tu lisica z dzieciakami                                        .  

Norę ma pod wykrotami

Sarny łanie nie próżnują

Dziki w poszyciu buchtują                                                 

Tutaj Jerzy się urodził                                                                   

Mało leżał szybko chodził

Wrastał w swoje otoczenie

Wstaje rankiem z rosy tchnieniem

Ma dysputy z ptaszętami

Z brzozą, buczkiem i świerkami

Czasem z flintą chadzał w lesie

Maria myśli – coś przyniesie

Będzie kaczka albo zając

Jerzy wraca nic nie mając

Bo Jerzemu żal stworzenia

Z którym żył od urodzenia

I stało się coś dziwnego

Dostał dłuta od wuja swego

Rzeźbić zaczął od niechcenia

Od tak sobie od znudzenia

Bardzo szybko złapał dryg

Piękną szopkę zrobił w mig

I następną i rycerze

Święci Pańscy i żołnierze

Jest Franciszek Matka Boża

Pasą krowy koszą zboża

Tematyka tu wszechstronna

Jest tu las i łąka wonna

Są kapliczki krzyż u wzgórza

Strumyk szemrze u podnóża

Żyj nam długo Przyjacielu

Życzę ja i jeszcze wielu

Niech się dłuto w rękach pali

Niech Twa pracę Pan Bóg chwali

 

6 sierpnia 2016 roku

 





                                                       Msza święta Pogrzebowa




 Z mego sztambucha. 7 listopada 2016: Jerzy Kamiński nie żyje. Wczoraj, w niedzielę 6 listopada 2016r.  o godzinie 8.25   zmarł Jerzy Kamiński z Barłożna. Długo zmagał się z ciężką chorobą, której nie zdołał pokonać. Odszedł człowiek wielkiego formatu. Swoją działalnością twórczą zaskarbił sobie szacunek i uznanie społeczeństwa. Jego liczne kapliczki przydrożne i wiele innych dzieł to świadectwa umiłowania kultury i sztuki ludowej Kociewia.

Przyjacielu nasz Drogi! Niech Ci Pan Bóg przychyli nieba i znajdzie w tym bezkresie szczęśliwości wiecznej kawałek miejsca, byś dalej tworzył i chwalił Jego Imię.

             Pochowaliśmy Jerzego. Wczoraj informowałem o śmierci naszego Przyjaciela Jerzego Kamińskiego. Dziś 8 listopada 2016  uczestniczyłem w Jego pogrzebie, który miał miejsce w Barłożnie. Na tę smutną  uroczystość przyjechało wiele jego kolegów i koleżanek. Żegnali go najbliżsi, przyjaciele i sąsiedzi. W kaplicy cmentarnej po różańcu i innych modlitwach można było osobiście pożegnać się z Jerzym, co bardzo wielu uczyniło. Następnie orszak żałobny odprowadził trumnę ze zmarłym do miejscowego, przepięknego  kościoła. Tam ksiądz proboszcz odprawił mszę świętą. W  wygłoszonej   homilii pokreślił zasługi  Jerzego poniesione na polu upowszechniania kultury ludowej Kociewia, jego wiarę i miłość do Boga. Zastanawiałem się, w której ławce siadał  Jerzy podczas nabożeństw, gdzieś w tyle, w środku, czy na przedzie?  Zapewne jego wzrok niejednokrotnie zatrzymywał się na  misternie rzeźbionych elementach wystroju kościoła, a może niektóre z nich były inspiracją w jego twórczości?

                


                                              Ostanie pożegnanie Jerzego

    Po mszy świętej  poszliśmy z Jerzym w ostatnią drogę na miejsce Jego wiecznego spoczynku, gdzie zgodnie z naszą wiarą będzie oczekiwał swego zmartwychwstania. Tam pod specjalnym namiotem ustawione było urządzenie do spuszczania trumny do grobu. Po modlitwach przy grobie Jerzego ktoś z obsługi technicznej spowodował, że trumna powoli zanurzała się w niszy grobowej. Jak to się wszystko zmieniło na przestrzeni lat. Kiedy w Zblewie chowaliśmy naszych bliskich trumna stała nad grobem na drążkach i w odpowiednim momencie czterech mężczyzn za pomocą lin wpuszczało ją do grobu.  Ani namiotu, ani automatu do wpuszczania trumny, ani trąbki nie było. Zresztą, tutaj też ktoś zauważył, że nie było trąbki na cmentarzu. Bo Jerzy tak chciał. On znał doskonale nasze zwyczaje i obyczaje. Płynąca melodia z trąbki przywędrowała do nas z zupełnie innego rejonu świata. Ja też jej nie chcę.

Śpij w Pokoju Wiecznym nasz Przyjacielu.

              Kto będzie następny w moich opracowaniach? Jak Bóg da zdrowie i jeszcze trochę pożyć, w następnym opracowaniu napiszę o naszej „Kurpiowskiej Kociewiance” – jak kiedyś nazwałem naszą nieocenioną Reginę Matuszewską z Czarnegolasu, i  Jej mężu Stanisławie. 

            Tego rodzaju opracowań jest bardzo mało i czuję szaloną potrzebę utrwalania w formie pisanej historii naszej kultury i sztuki ludowej, zwłaszcza tej minionej, autentycznej, nieskażonej współczesnością, gdzie nastąpiło potworne pomieszanie pojęć, co jeszcze jest kulturą ludową, a co wymysłem na potrzeby czysto komercyjne. Edmund, nie zapędzaj się, pozostaw ten temat znawcom przedmiotu.

               

               Gdańsk 29 grudnia 2019                                     Edmund Zieliński

 

Rękodzielnicy Kociewia część II

  Rękodzielnicy Kociewia część II


Zygmunt Bukowski

Alojzy Dmochewicz

Kazimierz Gołuński    


           Pozwolę sobie przypomnieć, że część pierwsza o rękodzielnikach Kociewia ukazała się w poprzednim numerze. Uważam, że o tych artystach parających się rękodziełem za wiele nie napisano, i to skłoniło mnie do kontynuacji opisu ich artystycznego życia, które niestety mają już za sobą. Ich już nie ma, pozostawili  po sobie swoje dzieła i miłe wspomnienia. Wspomnienia oparte o liczne kontakty z nimi w ich pracowniach, na wystawach, konkursach czy wymianie korespondencji.  To tyle tytułem wstępu. 


                                                     Zygmunt Bukowski


Zygmunta poznałem u samego początku Jego drogi twórczej w 1974 roku. Początkowo jako poetę, później jako rzeźbiarza. Pewnego dnia, na konsultacjach u pani Stefanii Liszkowskiej w Wojewódzkim Domu Kultury, dowiedziałem się, że pojawił się nowy twórca o nazwisku Bukowski i mieszka w Mierzeszynie. Pani Stefania powiedziała, że to dobrze zapowiadający się poeta i rzeźbiarz. Rzeczywiście tak było. 

Zygmunt od samego początku torował swoją własną drogę. Jego rzeźby  odstawały od prac innych rzeźbiarzy. Starał się zachować w nich odpowiednie proporcje zbliżone do realizmu. Zygmunt potrafił być krytyczny wobec innych rzeźbiarzy. Wykazywał ich nieudolności warsztatowe, zastój twórczy, brak nowych pomysłów i dążenia do doskonałości. To nie wszystkim się spodobało. Z czasem przekonali się, że Zygmunt miał rację. 

Zygmunt wręcz domagał się większego zainteresowania swoją twórczością przez etnografów, muzea i instytucje mające statutowy obowiązek opieki nad twórcami ludowymi. Cenił swoją twórczość, chciał być doceniony i to osiągnął. Jeśli powiem, że był najlepszym rzeźbiarzem na Pomorzu i jednym z wielkich w Polsce,  w niczym nie przesadziłem. Zygmunt wybierał najlepsze gatunki drewna, nie stronił od drewna twardego, wykorzystywał surowiec z gruszy, śliwy, dębu. Używał oszczędnej polichromii. Jego przepiękne płaskorzeźby przedstawiające życie kociewskiej wsi, z wygnaniem jego rodziny do Generalnej Guberni włącznie, są czymś wyjątkowym.   A jego kamienne głowy? Tu  też wykazał się nieprzeciętnymi zdolnościami. Za to wszystko mu Cześć i Chwała!

Z moim Przyjacielem Zygmuntem spotykałem się fizycznie, telefonicznie i ostatnio na łączach internetowych. Zachwalaliśmy możliwość porozmawiania za pomocą SKIPE, bo mogliśmy się również widzieć. Zygmunt pisał swoją ostatnią książkę i prosił mnie o różne dane z naszej drogi twórczej. Wiedział, że lubię  archiwizować różne wydarzenia z kultury i sztuki ludowej, a ja chętnie mu je udostępniałem. 

Pewnego dnia Zygmunt do mnie zatelefonował mówiąc: Edmund, jestem ciężko chory, ja już długo nie pożyję, mam niedotlenienie mózgu. Powiedziałem, że chyba żartuje sobie. Mówiłem mu, żeby się nie załamywał, że będzie wszystko dobrze, że to się leczy. Niestety, dobrze już nie było. Śmierć przyszła w niedzielę dnia 20 lipca 2008 roku, w siedemdziesiątym drugim roku życia, bo Zygmunt urodził się 30 kwietnia 1936 roku na pograniczu Kaszub i Kociewia -  w Wysinie.

 Uczestniczyłem w tej smutnej uroczystości, jaką jest pogrzeb bliskiej osoby. Pojechałem z panem Stanisławem Pestką, który literacko współpracował z Zygmuntem. Były ewangelicki kościół  w Mierzeszynie,  ledwo mieścił zgromadzonych żałobników. Żegnali zmarłego uczniowie i nauczyciele szkoły w Czerniewie, której Zygmunt Bukowski patronuje. Były delegacje samorządowe, przedstawiciele świata kultury, Stowarzyszenia Twórców Ludowych, Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, Kociewskiego Kantoru Wydawniczego w Tczewie, był prezes Instytutu Kaszubskiego prof. Józef Borzyszkowski. Widziałem dziennikarzy Gazety Kociewskiej. Kiedy ruszył kondukt pogrzebowy na miejscowy cmentarz, rozciągnął się na przestrzeni kilkuset metrów, tylu krewnych, przyjaciół i znajomych żegnało tego znanego artystę.

Spoczął w ziemi, którą ukochał nad życie, czemu dał wyraz w swojej prozie i poezji.  Wierszem Zygmunta „Kiedy mi ziemia” chcę zakończyć to wspomnienie o wielkim człowieku, który choć umarł dla ciała, żyje w wieczności i licznych dziełach dłutem i piórem zrodzonych.


Kiedy mi ziemia przysłoni

Jasny wielki świat

Nie zakrywajcie grobu betonem

Niech rosną na nim kwiaty polne

U wezgłowia postawcie drewnianą kapliczkę

A gdy zapomną wszyscy

Przyjdź najdroższa

I przynieś bukiet piękny

Ze wszystkich dni naszych

Wiem że będą w nim

Chabry marcinki wrotycz i macierzanki

Tylko nie płacz

Bo kwiatom do których przeniknąłem

Z żalu pękną serduszka złote

Dopisz jedynie zielonym kolorem

Kiedy Bóg zgasił 

Moją gwiazdę na niebie  







                            A tak wspominam  Alojzego Dmochewicza


         Chciałbym teraz przypomnieć sylwetkę znanego przed laty rzeźbiarza kociewskiego z Gniewa - Alojzego Dmochewicza. Urodził się w 1934 roku w Wielkich Walichnowach k/Gniewa. Wychowywał się wśród sześciorga rodzeństwa. Szkołę Podstawową ukończył w 1949 roku. Mając piętnaście lat już pracował fizycznie, a to w brygadzie „Służba Polsce” na Śląsku, to jako rybak na Wiśle i przy regulacji tej rzeki. Był słabego zdrowia i w 1958 roku przeszedł  na rentę inwalidzką. Wraz z siostrą Teresą kupili domek w Gniewie w 1976 roku i tam zamieszkali. Pan Alojzy w przydomowym warsztaciku zaczął coś „majstrować”. Okazało się, że pan Dmochewicz, nie chwaląc się nikomu, wykonywał piękne rzeźby w lipowym drewnie. Zaczęto   zapraszać pana Dmochewicza do udziału w konkursach, wystawach i różnych imprezach folklorystycznych. Godne uwagi jest to, że komisje konkursowe dostrzegły w Dmochewiczu wielki talent, czego dowodem były liczne nagrody  i wyróżnienia w konkursach na sztukę ludową Kociewia. Wymienię niektóre z nich. W 1986 roku Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury w Gniewie zorganizował konkurs na sztukę ludową – pan Alojzy otrzymał I nagrodę. W konkursie na sztukę ludową Kociewia organizowanym przez Bibliotekę Publiczną  w Tczewie w 1987 roku otrzymał również  I nagrodę. Jeszcze w tym roku PAX w Gdańsku przyznał mu również I nagrodę w konkursie na sztukę sakralną. To był  dobry rok dla pana Dmochewicza, bo Starogardzkie Centrum Kultury przyznało panu Alojzemu nagrodę specjalną, a w Płocku i  Warszawie zdobywał wyróżnienie. Rok 1988 też dobrze zapisał się w osiągnięciach Dmochewicza. W konkursie na szopki bożonarodzeniowe zorganizowanym przez ART-REGION w Sopocie otrzymał II nagrodę. W tym samym roku miał indywidualną wystawę w Austrii. W 1989 wygrał konkurs „Diabły w rzeźbie ludowej” organizowany przez  Muzeum Park Etnograficzny we Wdzydzach. Kolejny konkurs na sztukę ludową Kociewia w Tczewie i kolejna I nagroda. W 1990 Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury w Gniewie przyznał panu Alojzemu I nagrodę w konkursie na sztukę ludową. Muzeum Etnograficzne w Toruniu zorganizowało konkurs na sztukę ludową Polski Północnej, w którym nasz artysta także otrzymał I nagrodę. Jeszcze jeden konkurs w Tczewie i jeszcze jedna I nagroda. W 1991 roku PAX w Chojnicach zorganizował ogólnopolski konkurs na rzeźbę sakralną i pan Dmochewicz zdobył  II nagrodę. Ta była ostatnią w jego krótkim życiu artystycznym. 31 sierpnia 1992 roku Alojzy Dmochewicz umiera. We własnoręcznie napisanym życiorysie tak o sobie napisał: ...nie traktuję tego jako zawód czy zarobek, lecz jako hobby i zamiłowanie. Jest tyle talentów czy to sakralnych, wiejskich czy innych, żeby starczyło do końca najdłuższego życia. Latem większą część spędzam na działce, tam czuję się najlepiej wśród drzew i kwiatów, tam można obserwować prawdziwe piękno. Nawet trawa, jak się przyjrzeć, ma swój urok. Na Wielkanoc chodziliśmy z rózgami brzozowymi po domach siekać po nogach i mówiło się „za te Boże rany”. Gospodyni dawała kawałek placka lub jajek. Na św. Jana paliło się ognisko na wale nadwiślańskim...

24 marca 1993 roku Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury w Gniewie zorganizował panu Alojzemu pośmiertną wystawę. Byłem na jej otwarciu. Zobaczyliśmy tam piękne rzeźby, prawie od pierwszej do ostatniej. Rzeźbił tylko 12 lat, ale jak rzeźbił! To są prawdziwe arcydzieła  rzeźby ludowej. Wkładał w swe dzieła  wiele wysiłku i serca. To nie były ledwie obrzeźbione  klocki. Zagłębiał swe dłuto w najdalsze zakamarki lipowego drewna. Nikogo nie naśladował. Był skromnym człowiekiem, krytycznie spoglądającym na swe prace, a przy tym wychwalał innych. Na otwarciu tej wystawy były deklaracje o stworzeniu Izby Regionalnej im. Dmochewicza. Chciano w niej zgromadzić dorobek twórczy artysty. Nie wyszło. Kolekcją artysty zainteresowałem wszelkie możliwe instytucje naszego regionu. I władze Miasta Gdańska, Urzędu Wojewódzkiego, Starostwo w Starogardzie i Ministerstwo Kultury. Miałem nadzieję, że rzeźby pana Alojzego zasilą zbiory Muzeum Kociewskiego. Daremny Trud. Znalazł się jednak dobrodziej, dzięki któremu, kolekcja Alojzego Dmochewicza znalazła godziwe miejsce. Znajdują się w zbiorach etnograficznych Muzeum Narodowego w Gdańsku. Są ozdobą rzeźby ludowej Pomorza. 




                                                        Alojzy Dmochewicz


                                                                                             

                                            Kazimierz Gołuński z Bytoni

                    Podczas przeglądania moich archiwaliów zwróciłem uwagę na wydarzenie sprzed dwudziestu lat. To latem 1998 roku odsłonięta została figura Matki Bożej Królowej Polski na odrestaurowanym pomniku w Zblewie.  Przywrócony został monument, który stał tu już przed wojną i przez okupanta został  zniszczony. Film, na którym uwieczniłem całą uroczystość, jest dziś już dokumentem historycznym. Podczas projekcji dostrzegłem osoby, których dziś nie ma już wśród nas. Nie żyją już Maksymilian Gilla, jego siostra Marta Putkamer, jej mąż Franek Putkamer, Władysław i Jerzy Zielińscy, Roman Rozkwitalski, Leszek Prorok, Paweł Libiszewski, Ala Koziatek,  Zbyszek Bruski, Bernard Damaszk i pewnie inni uczestnicy tej uroczystości. Czołową postacią podczas ceremonii poświęcenia pomnika był Kazimierz Gołuński, któremu powierzono zaszczyt jego  odsłonięcia. Minęło już  9 lat od chwili gdy Kazimierz opuścił ten świat. Stało się to 20 września 2009 o godzinie 20.00. Pochowany został na cmentarzu w Zblewie w środę 23 września.

 Pana Kazimierza znam od dawna. Jego brat Gerard, chodził ze mną do szkoły. Kuzynka Kazimierza - Wanda, była  żonką mego nauczyciela Stefana Gełdona (do chwili wymiany dowodu osobistego na nowy pisał się Giełdon), o którym już pisałem. Często przechodziłem koło domu państwa Gołuńskich, którzy mieszkali na ulicy Białachowskiej, wracając z kolegami ze szkoły w Zblewie.

To wszystko, o czym chcę napisać o panu Kazimierzu i jego rodzinie, nie zmieści się na jednej kartce. Mój bohater ma bardzo ciekawy życiorys, był aktywnym człowiekiem i miał  niecodzienne pasje - dokumentował dzieje swego rodu i rzeźbił piękne ptaszki. Wiedziałem od dawna, że pan Kazimierz coś tam w drewnie robi i postanowiłem odwiedzić znajomego z dawnych lat. Wybrałem się do Bytoni, gdzie pan Gołuński mieszka przy ulicy o pięknej nazwie – Gajowa,  pasującej w sam raz do życiorysu pana Kazimierza.

Pojechałem do pana Gołuńskiego w towarzystwie pani Krystyny Szałaśnej – etnograf z Muzeum Narodowego w Gdańsku, w środę dnia 30 czerwca 2004 roku. Już przed domkiem pana Kazimierza zobaczyliśmy mnóstwo drewnianych ptaszków w ogródku. To był znak, że trafiliśmy pod właściwy adres. Zostaliśmy przyjęci miło i serdecznie. Pani Krystyna spisała krótki życiorys twórczy na potrzeby muzeum, a pan Gołuński rozłożył na stole księgę swego rodu. Bardzo mnie to zainteresowało, zwłaszcza, że mogłem nareszcie dowiedzieć się gdzie przebywa Stefan Gełdon, mój nauczyciel. Dowiedziałem się wiele ciekawych rzeczy z przeszłości dużego rodu Gołuniów. O rodzie innym razem, teraz kilka zdań o twórczości artystycznej Pana Gołuńskiego. Serdecznie zachęciliśmy nowego twórcę do brania udziału w konkursach na sztukę ludową Kociewia. Bardzo się wykręcał, tłumacząc, że to co robi, robi dla siebie i nie chce się pokazywać na zewnątrz. Jednak przełamał swój wewnętrzny opór i wyrzeźbił kilkanaście ptaszków na konkurs „Sztuka Ludowa Kociewia” organizowany przez Starogardzkie Centrum Kultury.  Od razu sukces – został nagrodzony. Widziałem na twarzy pana Kazimierza uśmiech zadowolenia, kiedy odbierał nagrodę. Oby tak dalej.

Kazimierz Gołuński urodził się 28 listopada 1926 roku w Zblewie z ojca Jana  i matki Jadwigi z Brzoskowskich. Miał cztery siostry i dwóch braci;  Irena, Małgorzata, Bernadeta,  Władysława, Michał i Gerard. W 1939 roku kończy 6 klas Szkoły Podstawowej. Kiedy wybuchła wojna, 9 października 1939 roku zaczął chodzić do szkoły niemieckiej, którą ukończył 28 marca 1941. Jak wspomina w swym życiorysie, wtedy na szkolnym korytarzu stali Niemcy i zabierali do pracy w swoich posiadłościach. Pana Kazimierza zatrudnił Rudolf Wolf do pracy w swoim majątku. Młyn również należał do tej rodziny i rządził nim Franz Wolf – senior (po wojnie gospodarzył tam pan Krajewski Franciszek, było tam Kółko Rolnicze, a młynem zawiadywała Gminna Spółdzielnia). Tam dostał pięć koni, które musiał doglądać – karmić, czyścić, wyrzucać obornik, powozić, pracować w polu – piątek, świątek i niedziele od 4 rano do nocy. Kiedy skończył 16 lat dostał uprawnienia woźnicy do jazdy zaprzęgiem w ruchu ulicznym.

                 Szanowny czytelniku, o wojennych losach pana Gołuńskiego,  życiu po powrocie do kraju i wiele innych ciekawych wątków z życiorysu pana Kazimierza postaram się zamieścić w następnym opracowaniu. 

                 Przeglądając moje zapiski, zdjęcia, czy nagrania, materiału jest tyle, że mogę myśleć już o następnym artykule o rękodzielnikach Kociewia. Zapewne będę chciał zająć się również innymi dziedzinami rękodzieła, jakie wykonywali nasi artyści kociewscy. Myślę o hafcie, malarstwie na szkle, zabawkarstwie i innych zapomnianych profesjach, o których już mało kto pamięta jak, wyroby z gliny czy modne kiedyś tabakiery z brzozowej kory. Tak, tak, Kociewiacy też zażywali tabakę. 

                 Lubię wędrować ścieżkami przeszłości, zwłaszcza tymi, które prowadziły do artystów ludowych. Czuję się od razu młodszym, wraca energia i chęć do życia, widzę uśmiechnięte twarze autorów, kiedy z uznaniem wyrażałem się  o wyrzeźbionym świątku, ptaszku czy płaskorzeźbie. Wracam do świata, którego już niema, pozostał we wspomnieniach i dziełach naszych artystów.     










   17 października 2018                                                                      Edmund Zieliński




wtorek, 12 stycznia 2021

Z historii Zblewa

 Z historii Zblewa             

                           Zdarzyło się dawno temu

O ile dobrze pamiętam,  zimą 1958 roku odwiedziłem pana Mariana Łąckiego. Był znanym szewcem w Zblewie, a swój warsztacik miał w pokoiku na strychu domu przy ulicy Kościelnej 3. Nie wiem, czy zaniosłem do naprawy obuwie, czy po prostu poszedłem do pana Mariana na pogawędkę. Lubiłem pana Łąckiego, był serdeczny, zawsze uśmiechnięty, a zwłaszcza, że byliśmy śpiewakami miejscowego chóru kościelnego p.w. św. Cecylii, popularnie zwanego „Cecylką”. Jakoś zawsze lubiłem przebywać w towarzystwie osób starszych, którzy często wspomnieniami wracali do przeszłości, do życia które znane mi było tylko z opowiadań rodziców czy dziadków. 

Moje spotkanie z panem Marianem odbyło się w czasie, kiedy nasz chór ćwiczył śpiew kolęd na nadchodzące święta Bożego Narodzenia. Pan Marian śpiewał w tenorach, ja w basach. Pamiętam, ze siedzieliśmy przy herbatce wzmocnionej kieliszkiem jakiegoś alkoholu i śpiewaliśmy „Lili lili laj moje dzieciąteczko” oczywiście swoimi głosami, a więc bas mieszał się z tenorem. Do akordu brakowało trzeciego głosu i byłoby już męskie trio. 

Kiedy już pośpiewaliśmy, również i niemiecką piosenkę żołnierską „ Ich hat eine kameraden” (nauczyła ją mnie moja mama, a mamę jej starszy brat służący w armii niemieckiej na froncie zachodnim I wojny światowej) )panu Marianowi zebrało się na wspomnienia.  A było tak. Po wkroczeniu Armii Czerwonej do Zblewa 6 marca 1945 roku, nastały inne czasy. Zaczęły się prześladowania miejscowej ludności, bowiem Armia Czerwona uważała mieszkańców Pomorza za sprzyjających okupantowi niemieckiemu. Przeprowadzano zatrzymania i wywózki na teren Związku Radzieckiego. Pewnego dnia przyszedł do pana Mariana jeden z mieszkańców Zblewa, by poszedł z nim na posterunek i poświadczył nowym władzom, że jest Polakiem. By świadectwo było bardziej wiarygodne poszedł zaświadczyć jeszcze jeden z mieszkańców Zblewa. Podobno powiedziano mu, jak przyprowadzi dwóch świadków, to go wypuszczą. Poszli we trójkę, miała być chwila… Pan Marian nie wraca, zaniepokojona rodzina dowiaduje się, że w spichlerzu (istniejącym do lat 80-tych w Zblewie) znajdują się wszyscy zatrzymani i czekają na dalszy los. Jak mi wspominał syn pana Mariana i Leonardy – mój przyjaciel Edmund (dla najbliższych i przyjaciół Dziuszek), bliscy zatrzymanych podchodzili pod spichlerz i kiwali do swoich mężów czy ojców. Jak mówił Dziuszek, tata kiwał do niego z górnego okienka spichlerza. W pewnym momencie, kiedy pan Marian żegnał się z bliskimi. Ściągnął skrycie ślubną obrączkę z palca, równie skrycie włożył ją do ust i całując się na pożegnanie z bliską osobą przekazał tą drogą pierścionek. Zatrzymanych wywieziono w nieznanym kierunku. Pana Mariana zawieźli do Archangielska nad morze Białe. Jak  opowiadał, było tam strasznie, zwłaszcza, że dokuczał głód, który częściowo zaspakajano trawą i pokrzywami. 

Wreszcie na mocy jakiegoś rozkazu pana Mariana zwolniono i 28 sierpnia 1945 roku przybył transportem do Iławy. 

Podobnych historii związanych z wyzwoleniem Polski przez Armię Czerwoną jest bardzo dużo i pewnie w każdej pomorskiej rodzinie można by coś podobnego opisać.  Oby nigdy więcej.

Serdecznie dziękuję Dziuszkowi za uzupełnienie wiadomości  związanych z zatrzymaniem Ojca.

Gdańsk  29 listopada 2020                                            Edmund Zieliński 








Sześćdziesiąt lat na twórczej drodze.

 Sześćdziesiąt lat na twórczej drodze.

                         Dlaczego ten czas tak szybko płynie? Zapewne wielu zadawało sobie to pytanie, wielu zadaje, i dopóki świat będzie istniał, człowiek będzie się nad tym zastanawiał. Smutnym w tym wszystkim jest to, że odpowiedzi, na zadane na wstępie pytanie, nigdy nie uzyskamy. Będąc dzieckiem zazdrościłem osobom dorosłym ich wieku, ich życia i wiedzy. Kiedy to ja dorosnę, by móc zasiąść do stołu z dorosłymi, zapalić papierosa czy wychylić kieliszek wódki.  W tamtym czasie te nawyki były czymś zupełnie normalnym i stąd moje tęsknoty za dorosłością.  No, bo jak to, że mój brat Jerzy zapalił z wujkami papierosa, jeździł na motocyklu, był w wojsku – a ja? Mnie na to wszystko trzeba było czekać jeszcze dziesięć lat, bo taka była różnica wieku między mną a ś. p. braciszkiem Jerzym. Jakże wolno ten czas upływał. Płynie w niezmienionym tempie od zarania dziejów. I dopłynął do momentu, gdy na mojej drodze życia, życia w mojej twórczości pojawiła się liczba 50. Przecież to połowa wieku. To tyle Edmundzie już biegasz po drogach folkloru i sztuki ludowej? To do tego już doszło, że na Pomorzu jesteś najstarszym rzeźbiarzem – regionalistą? (stażem) Niestety, jest to najprawdziwsza prawda. Bogu dzięki dożyłem moich „Złotych godów”. A jak to wszystko się zaczęło?                                

 Moją działalność mam udokumentowaną od wiosny 1961 roku, jednak początków należy szukać w drugiej klasie szkoły podstawowej w Białachowie, i gdyby to doliczyć, to mija już 62 lata w sztuce. To wracam do Białachowa.

                         Urodziłem się 3 czerwca 1940 roku w Białachowie, pod lasem, na wybudowaniu, jak u nas określa się wolno stojące gospodarstwa. Mieszkaliśmy w domu mojej babci Pauliny Redzimskiej z Kosiedowskich.  Piszę „babci”, ponieważ dziadek Franciszek zmarł 24 maja 1935 roku mając lat 74. Od tamtej pory z babcią gospodarzył wujek Antoni – syn dziadków. To było cudowne miejsce, tak osobiście odbieram tą zrębową chatę krytą strzechą. Jaki tam był spokój. Tam przyroda rządziła się swoimi prawami i nikt nie śmiał jej w tym przeszkadzać.  Tam widzieliśmy wschodzące i zachodzące słońce, i jako dzieci, zastanawialiśmy się, dlaczego ono jest tak wielkie, kiedy wschodzi, wielkie i czerwone, gdy zachodzi. Dopiero w szkole średniej pani profesor od geografii wyjaśniła mi to zjawisko.

                 Tam w Białachowie nie słuchaliśmy prognozy pogody, nie było radia i elektryczności. Wyznacznikiem pogody dnia następnego były zjawiska zachodzące w atmosferze i geosferze. Jak wieczorem była rosa na trawie, wiadomo, że będzie pogoda. Czerwone niebo wieczorem na zachodzie, zwiastowało wiatr na drugi dzień. Śpiew ptaszków i ich loty też wiele mówiły o czekających nas zjawiskach atmosferycznych.  Tam nasz świat dziecięcy ograniczony był do widocznego horyzontu i tyle. I to było piękne. Wyjazd do innej wsi, a zwłaszcza do Zblewa, był już ciekawym wydarzeniem, był czymś nowym. Jednak chętnie wracaliśmy pod naszą strzechę, gdzie w okapie dachu gnieździły się wróbelki, budząc nas swym porannym ćwierkotem. Cudowne było lato, ale i zimy nas nie zrażały. Kiedy śnieg zabielił okoliczne pola, potworzyły się zaspy na drogach, pozamarzały stawy i dziadkowe jezioro, to też była frajda dla nas dzieci, a starsi też z tego powodu nie załamywali rąk. W gospodarstwie było wszystko potrzebne do życia w takich warunkach. Wozy  i bryczki zamieniono na sanie. Wujkowie na siebie wdziewali porządne kożuchy, a dłonie skrywali w tak zwanych baucach, czyli w grubych, wełnianych rękawicach z jednym palcem. Bywało, że studnia została zawiana śniegiem a pompa zamarzła mimo słomianej otuliny. Wówczas braliśmy śnieg z otoczenia i roztapialiśmy go na palenisku, albo chodziliśmy po wodę do stawu z wyrąbanym przeręblem. Opału też nie brakowało. Szałerek (drewutnia)był zapełniony drewnem z gałęzi i szyszkami, a na podwórku stał pokaźnych rozmiarów stożek pociętego drewna czy sosnowych gałęzi. Paliwo do lamp – naftę zakupywano w większych ilościach, więc był zapas. Sklep (piwniczka pod podłogą mieszkania, najczęściej w pokoju) zapełniony był kartoflami, kapustą w beczce, marchwią, burakami, cebulą i zasolonym mięsem. Zimę mogliśmy przeżyć zupełnie spokojnie.

                   Nadszedł rok 1947. Wiedziałem, że muszę pójść do szkoły w Białachowie. Trochę się tego obawiałem. Nowe środowisko, koledzy, koleżanki, nauczyciel, to wszystko napawało mnie raczej obawą niż ciekawością. Pamiętam, że do szkoły pierwszy raz zaprowadziła mnie mama, a był to poniedziałek 2 września 1947 roku, i tak zaczęła się moja edukacja. Moim nauczycielem w Białachowie od pierwszej klasy do trzeciej był Stefan Giełdon. W czwartej klasie uczyła mnie pani Sikora, a następne klasy kończyłem w Zblewie.

                                Stefan Gełdon w mundurze Polskich Sił Zbrojnych we Włoszech 1944 rok


      


      Moja Danka, Stefan Gełdon i ja podczas wizyty i Stefana w Nowem czerwiec 2018 rok

              Nasz „Pan” był młodym człowiekiem, wysokim, energicznym i bardzo przyjaznym dla uczniów. Przeprowadzał z nami różne ciekawe doświadczenia na pracach ręcznych, często wychodziliśmy na wycieczki do okolicznych lasów, organizował różne szkolne przedstawienia z naszym udziałem i w końcu, chyba pod koniec roku szkolnego 1948/49 w drugiej klasie, zorganizował teatrzyk kukiełkowy, którego reżyserem był nasz „Pan”, a my jego aktorami.  To tam właśnie po raz pierwszy zetknąłem się ze sztuką. Przychodzimy rano do szkoły, a na naszych ławkach leżą grudy gliny. Pan Giełdon powiada, byśmy ulepili ludzkie główki. Jakoś mi to dobrze wyszło, bo dostałem dodatkowe zadanie lepienia główek. Konkurencji za dużej nie miałem, bo moja klasa liczyła zaledwie 5 chłopaków. Okazało się, że główki potrzebne były do lalek – kukiełek. Potem były rozdane role poszczególnym aktorom, budowa sceny, do oświetlenia której, służyły rowerowe żaróweczki zasilane prądem z rowerowej prądnicy. Tą z kolei poruszał Gerard Petka, kręcąc pedałami roweru postawionego na siodełku i kierownicy. Jaką nazwę miała ta sztuka teatralna, zupełnie zapomniałem. Dopiero po dziesięcioleciach, ale o tym w dalszej części.

                   Minęło kilkanaście lat. Była wiosna 1961 roku. Przyjaźniłem się z kolegą szkolnym Ryszardem Czapiewskim ze Zblewa. Jego rodzice budowali dom na byłych „księżych włókach’, jak nazywaliśmy ziemie odebrane kościołowi Zblewskiemu (jak w całej Polsce) przez system komunistyczny. Z rowów fundamentowych, Rysiu z ojcem, wyrzucali świetną glinę. Tą glinę natychmiast skojarzyłem z teatrzykiem w Białachowskiej szkole. Wziąłem do ręki grudę i ulepiłem ludzką główkę, jak wtedy w szkole. A Pan Czapiewski widząc to powiedział „wej to je czisti nasz wazónik” – popatrz to jest prawdziwy nasz ksiądz proboszcz (Alojzy Licznerski). Nazywaliśmy go „wazonikiem”, bowiem z uwagi na schorzenia reumatyczne kiwał się na boki podczas odprawiania mszy świętej.  Po ocenie mej „pracy” przez Pana Czapiewskiego, postanowiłem popracować w tej glinie. Zwiozłem do domu kilka wiader tej kopaliny, i się zaczęło. Najpierw rzeźbić zacząłem popiersia znanych ludzi. Wydaje mi się, że pierwszą figurą było popiersie Lenina, bo jego charakterystyczna twarz ułatwiała mi wykonanie podobieństwa. Później był Mickiewicz, Kościuszko, była moja kuzynka Jadzia Kaiser i wiele innych drobiazgów, z picassowskimi formami włącznie. Z poza domowników, pierwszym recenzentem mych prac był nasz organista Izydor Borzyszkowski. Kiedy zobaczył schnące rzeźby, patrząc na Kościuszkę powiedział „Edziuś, to ty zrobiłeś?” Bardzo mi się to spodobało i było zachętą do dalszej pracy. No dobrze, będziesz „tworzył” i co dalej? Napisałem do ówczesnego Wojewódzkiego Domu Twórczości Ludowej w Gdańsku, że coś tu robię w glinie. Owszem, odpisali, że zjawią się u mnie. Coś to długo trwało w moim mniemaniu, i zniecierpliwiony napisałem do Ministerstwa Kultury i Sztuki. To poskutkowało, bo zjawili się u mnie dość szybko. A przyjechali; Pani Stefania Liszkowska – Skurowa – etnograf, Pan Wojciech Błaszkowski – etnograf, i Pan Antoni Mironowski – artysta plastyk z Sopotu. Weszli do werandy, gdzie gromadziłem moją „glinę” i… miny ich, nie wzbudzały zaciekawienia. Pomyślałem, bracie to wszystko pewnie jest do kitu. Rzeczywiście tak było. Pan Mironowski powiedział artystą to pan nie jest, ale może być. Pozwoli pan, że pozbędziemy się najpierw tego pana. Wziął do rąk popiersie Lenina i upuścił go na betonową posadzkę. Lenin rozprysł się w drobny mak. Posunięcie było radykalne, co sprawiło, że glinę zarzuciłem. Wśród tych „dzieł” leżał sobie mały drewniany ptaszek, którego w międzyczasie w drewnie wyskrobałem. Pani Liszkowska widząc go powiedziała panie Edmundzie, a może pan spróbuje rzeźbić w drewnie? Bo zdolności manualne pan ma. Drodzy moi, glina była plastyczna, łatwa w obróbce, a drewno? Obiecałem jednak, że coś zrobię. 



 Moja pierwsza szopka z 1961 roku znajduje się w zbiorach Oddziału Etnografii Muzeum Narodowego w Gdańsku - Oliwie. Foto Katarzyna Kulikowska



W lewej ręce trzymam kompozycję "Matka Boża z Lourdes". Wykonałem w 1961 roku. Znajduje się w zbiorach Oddziału Etnografii Muzeum Narodowego w Gdańsku Oliwie. Foto Katarzyna Kulikowska.


                    Po miesiącu otrzymałem z WDTL-u zaproszenia do wzięcia udziału w wystawie Tradycyjnego Sprzętu i Sztuki Ludowej Kociewia w Starogardzie w salach Powiatowego Domu Kultury na ulicy Sobieskiego.  To zintensyfikowało moją twórczość do tego stopnia, że lekarz Bogdan Wrycza z Ośrodka Zdrowia w Zblewie musiał mi zszywać rozciętą dłoń u nasady kciuka. I tu ciekawostka, kiedy zainteresował się przyczyną powstania rany, sam zaczął rzeźbić i to bardzo realistycznie, powiem, że z chirurgiczną precyzją.

                     Otwarcie wystawy nastąpiło, już tak bardzo nie pamiętam, ale chyba w maju. W tamtym czasie takie imprezy zaszczycali swą obecnością gospodarze województwa i powiatu. Było zawsze uroczyste otwarcie wystawy, na tej wystawie również. Jaką ja miałem wtedy tremę, aż trudno opisać. Moje rzeźbki – szopka bożonarodzeniowa, scena z Drogi Krzyżowej, pastuszek i coś tam jeszcze, to były prawdziwe mizeroty w zestawieniu prac takich rzeźbiarzy jak Alojzego Stawowego z Bietowa, Stanisława Rekowskiego z Więckowych i Janka Giełdona z Czarnej Wody. Jednak z drugiej strony cieszyłem się, że znalazłem się w tak zacnym gronie. I to był mój debiut. Później ta wystawa objechała miasta powiatowe naszego województwa. 



                                          Alojzy Stawowy około 1970 roku w swojej pracowni



                           Stanisław Rekowski na otwarciu wystawy jego prac w Stacji Wiedzy o Regionie w                                 Starogardzie


                  Od tamtej pory nasiliły się moje kontakty z WDTL –em. Byłem zapraszany na różne kursy, w tym scenografii, choreografii czy malarstwa. W tamtym czasie to był zupełnie inny świat. To nic, że brakowało bardzo wiele z dzisiejszego zaopatrzenia, raczkowała telewizja, telefony były na korbkę i, że na zamawianą rozmowę ze Zblewa z abonentem w Starogardzie trzeba było czekać godzinę i więcej? To nic, czas płynął wolniej.  

                     Już od początku mej działalności interesowała się mną Centrala Przemysłu Ludowego i Artystycznego „Cepelia”. Zawiozłem kilka moich rzeźb i o dziwo, zostały zakupione przez tą spółdzielnię cepeliowską, której agenda mieściła się w Gdyni. Ale była radość – moje prace przyniosły mi pierwsze dochody z twórczej działalności. Ta współpraca z Cepelią trwała ponad czterdzieści lat. To była bardzo dobra instytucja dająca możliwość zarobku tysiącom rękodzielników w Polsce. Z chwilą przemian ustrojowych w naszym kraju, zlikwidowana została Cepelia w dotychczasowym kształcie. Cała rzesza ludzi straciła pracę i możliwość zarobkowania.  Różnie o Cepelii mówiono, ja natomiast złego słowa o niej powiedzieć nie mogę. Tutaj istniał Fundusz Rozwoju Twórczości Ludowej dysponujący środkami na stypendia, nagrody, zapomogi i subsydia. Organizowane były liczne konkursy, wystawy krajowe i zagraniczne, bardzo dużo dzieł twórców ludowych eksportowano za ocean. To wszystko się skończyło.

                    W 1965 roku odwiedził mnie pan Arpad Kowalski. Zbierał materiały do książki o twórcach ludowych Kaszub i Kociewia. Po kilku latach, mój znajomy redaktor z Chłopskiej Drogi Roman Wójcik przysłał mi książkę A. Kowalskiego pod tytułem „Śladami świątków”, w której i o mnie autor pisze. Bardzo się ucieszyłem z tego faktu, a książka jest do dziś w mojej bibliotece.

                  Opiekunem tworzących w rękodziele ludowym z ramienia WDTL-u była niezapomniana ś. p. mgr Stefania Liszkowska - Skurowa. Organizowała, co roku zjazdy twórców w jej siedzibie. Dyrektorem tej placówki była wtedy, równie oddana twórczości ludowej, ś. p. Leokadia Grewicz. Pamiętam, jak zostałem zaproszony na taki zjazd, a mieszkałem jeszcze w Zblewie. Wtedy pierwszy raz spotkałem tak liczne grono rzeźbiarzy, hafciarek, plecionkarzy, poetów. Poznałem wtedy bliżej takich rzeźbiarzy jak; Apolinary Pastwa z Wąglikowic, Izajasz Rzepa z Redy, Leon Golla z Helu, Władysław Lica z Wdzydz Tucholskich, Stanisław Rekowski z Więckowych, Alojzy Stawowy z Bietowa, Jan Giełdon z Czarnej Wody, Teodor Kałuski z Małego Krówna. A hafciarki? Władysława Wiśniewska, Jadwiga Hinc, Leokadia Turzyńska, Marta Bławat, Helena Grulkowska – wszystkie z Wdzydz Kiszewskich, Monika Hildebrandt z Żukowa, Elżbieta Ebel z Wejherowa, Anna Konkel z Wejherowa, Ewa Wendt z Kartuz. Był plecionkarz Alojzy Speiser z Motarzyna, Anka Ostrowska z Wdzydz Kiszewskich też plecionkarka. Był rogarz Henryk Petk z Sierakowic i Bronisława Radtke z Żelistrzewa tkająca szmaciaki. Nikt z nich (oprócz Heleny Grulkowskiej) już nie żyje. Byłem bardzo zadowolony z tego spotkania, bowiem spotkałem ludzi znanych już w naszym środowisku od lat. Ja dopiero byłem na progu drzwi do tego świata. Tak się stało, że jestem w tej chwili rzeźbiarzem o najdłuższym stażu na Pomorzu i jednym z niewielu w kraju, którzy obchodzą swoje pięćdziesięciolecie pracy twórczej.

                     W 1972 roku zostałem przyjęty do Stowarzyszenia Twórców Ludowych w Lublinie, które działało już pięć lat, a powstało w 1968 roku z przekształcenia się Klubu Pisarzy Ludowych w STL o ogólnopolskim działaniu. Moja legitymacja ma numer 262. Dziś nasza organizacja skupia ponad dwa tysiące członków i liczebność ta utrzymuje się od wielu lat na tym samym poziomie. Organizacyjnie podzieleni jesteśmy na poszczególne Oddziały. Oddział Gdański STL powstał w 1978 roku z inicjatywy Krystyny Szałaśnej i mojej. Pani Krystyna zastąpiła panią Stefanię Liszkowską na stanowisku opiekuna twórców ludowych na naszym terenie i cieszyliśmy się z jej obecności do 2005 roku, do czasu przejścia jej na zasłużoną emeryturę. To była wspaniała etnografka. Miałem szczęście współpracować z panią Krystyną. Zjeździliśmy wspólnie wzdłuż i wszerz nasze Pomorze odwiedzając artystów ludowych. Tu byłby temat na całą książkę.

                 Lata siedemdziesiąte XX wieku były najlepszym okresem dla powojennej sztuki ludowej. Organizowano liczne wystawy, konkursy, imprezy folklorystyczne. Bardzo mile wspominam mój udział w Ogólnopolskim Festiwalu Folklorystycznym w Płocku, w którym uczestniczyłem dziesięć razy. Tam poznałem wspaniałych ludzi – ludowych artystów pracujących w wielu dziedzinach rękodzieła ludowego. Kilku ich wymienię; Wincenty Krajewski z Zawidza Kościelnego, Tadeusz Cąkała i bracia Adamscy – z lubelskiego, Stanisław Korpa z kieleckiego, Tadeusz Kacalak i Antoni Kamiński z Kutna, Naumiuk z białostockiego, Boguszyński i Maik z Kujaw – to rzeźbiarze. A ceramicy, hafciarki, malarki? Już niewielu z nich zostało.

                 Mój udział w wystawach sztuki ludowej należy liczyć w dziesiątkach. Poczynając od Starogardu i miast naszego powiatu, poprzez Gdańsk, Toruń, Warszawę, Płock, Kraków, Wrocław, Białystok i inne miejscowości naszego kraju. Wystawiałem też zagranicą – Sakskøbing i Kopenhaga - to Dania, Turku i Sippola w Finlandii, Schwerin, Parchim, Frankfurt i Rostok w Niemczech, Luant we Francji, Budapeszt – Węgry. Dużo moich prac jest w USA, Australii i na wyspach Fidżi w rękach kolekcjonerów prywatnych.

                 Jak już wspomniałem, było wiele konkursów regionalnych i krajowych na rękodzieło ludowe.  I ja w nich brałem udział. Sukcesy? Były pierwsze nagrody i niższej klasy. Były też całkowite porażki. Nigdy nie starałem się za wszelką cenę być w czołówce. Zawsze chciałem tworzyć, a nie produkować. Raz zrobi się coś dobrego innym razem wychodzą knoty. I na tym chyba polega poszukiwanie w swojej sztuce właściwego kierunku. Nie trzymam się uparcie pewnej konwencji w sztuce. Porównując moje pierwsze prace z dzisiejszymi, dostrzegam ogromną różnicę w stylu. A zestawiając ze sobą prace z poszczególnych lat, widzę płynne przechodzenie do realizmu. Więcej tu jest sztuki amatorskiej niż „stylu ludowego”. Nie chcę stać uparcie w miejscu, by przypodobać się stronie komercyjnej. Słyszę nieraz, jak klient na jarmarku przy stoisku rzeźbiarza „ludowego”, szuka rzeźby w ludowym stylu, a twórca mu dopowiada, że zrobi mu, jaką sobie zamówi. Gdzie jest ta autentyczna ludowość? Ale tutaj już wchodzę na bardzo śliski grunt i pozostawiam go etnologom. 

                   Drugą dziedziną mego rękodzieła to malarstwo na szkle.  Tym również interesowałem się od dawna, bo już w 1959 roku poproszony zostałem przez Wojewódzki Dom Twórczości Ludowej w Gdańsku na warsztaty z malarstwa na szkle do Wejherowa. Dlaczego nie pojechałem? Pamięć nie odnotowała. Pewnie i dobrze, bowiem wtedy malowano na szkle bez oparcia o tradycyjne malarstwo na szkle, jakie na Pomorzu istniało.  Nikt o tym nie wiedział, lub nie chciano wiedzieć z czysto ideologicznego punktu widzenia. Bo jak pogodzić fakt walki z kościołem i organizować warsztaty malowania na szkle w oparciu o zachowane zabytki o treści sakralnej, bowiem tylko o takiej tematyce malunki na szkle istniały na Pomorzu.

                     Kończyła się epoka komunizmu w Polsce i nadchodziła demokracja. W 1988 roku pani Krystyna Szałaśna – etnograf Wojewódzkiego Ośrodka Kultury w Gdańsku i dr Aleksander Błachowski z muzeum etnograficznego w Toruniu, zorganizowali warsztaty z malarstwa na szkle w oparciu o zachowane malunki z XIX wieku. Kilka sztuk znajduje się w Muzeum Kaszubskim w Kartuzach i dwa obrazki w Muzeum Etnograficznym w Toruniu. To jest wszystko, co zostało z XIX wiecznego malarstwa na szkle. Na dodatek nie zachował się ani jeden obrazek z terenu Kociewia. Ja twierdzę, że i tu takie obrazki wisiały na ścianach wiejskich chałup. Na czym opieram swoje twierdzenie? A no na tym, że główny zbieracz tych obrazków Izydor Gulgowski był Kociewiakiem. Kiedy pod koniec XIX wieku otrzymał posadę nauczyciela we Wdzydzach Kiszewskich i zaczął penetrować okoliczne wsie w poszukiwaniu istniejących jeszcze obrazków na szkle, myślę, że w tych zabiegach nie pominął Kociewia – swoich stron rodzinnych. Kaszuby nie były rejonem odizolowanym od sąsiadów. Wpływy kulturowe Kaszub i Kociewia wzajemnie się uzupełniały. To, że obraźnicy z Dolnego Śląska przybywali na odpusty ze swymi wyrobami na Pomorze (bo to był początek zaistnienia obrazków na szkle na naszym terenie) z czysto komercyjnego punktu widzenia, nie ograniczali się wyłącznie do terenu Kaszub. To chyba jest logiczne.  Wracając do I. Gulgowskiego, kiedy ze swoją żoną Teodorą założyli skansen budownictwa wiejskiego w 1906 roku, tam w tej pierwszej chacie rybackiej gromadzili obrazki na szkle. Było tego kilka tysięcy. Niestety, pożar w czerwcu 1932 roku strawił zalążek skansenu wraz z zbiorami.

                       Pan dr Błachowski dogłębnie zbadał zachowane zabytki, które już nie wiele miały wspólnego z malarstwem dolnośląskim, bo były wytworem rodzimych artystów, i na ich podstawie poprowadził zajęcia z malarstwa na szkle.  Byłem też ich uczestnikiem. Od tamtej pory maluje na szkle i nie tylko, bo również udzielam lekcji z tej dziedziny, na różnego rodzaju warsztatach z młodzieżą szkolną, z nauczycielami i uzdolnionymi mieszkańcami wsi.

                       Od 1985 roku współpracuję z Kaszubskim Uniwersytetem Ludowym we Wieżycy. Początkowo polegało to na uczestnictwie w plenerach, a w miarę nabierania doświadczenia, stałem się wykładowcą na zajęciach z malarstwa na szkle, rzeźby, i konsultantem na corocznym plenerze dla twórców ludowych. KUL, to wspaniała instytucja opierająca swą działalność na fachowej dydaktyce w dziedzinie upowszechniania kultury ludowej Kaszub, Kociewia i Borów Tucholskich.  Cieszę się, że mogę edukować dzieci i młodzież mojego Kociewia. Odbywa się to zwłaszcza w Centrum Wystawienniczym i Regionalnym w Tczewie. W tym roku odwiedzę kilkanaście szkół Kociewia leżących w powiatach Tczewskim i Starogardzkim.  Moi podopieczni wręcz chłoną wiedzę z malarstwa na szkle, bo ani im w głowie wyjść na przerwę czy na śniadanie, i koniecznie chcą się spotkać ponownie. To jest obiecujące zjawisko.

            W dotychczasowej mojej działalności twórczej, największym osiągnięciem i wydarzeniem był osobisty udział w budowie ołtarza papieskiego w Sopocie. Spotkać tak wielkiego człowieka, jakim był Pan Marian Kołodziej – scenograf, można raz w swoim życiu. Ten, świętej pamięci już człowiek, zapadł głęboko w moje serce. W znaczącym stopniu wpłynął na moją rzeźbę i spojrzenie na sztukę z właściwej strony.  Ołtarz, do którego rzeźbione figury i kapliczki, z inspiracji pana M. Kołodzieja rzeźbiarze Pomorza wykonali, zapisał się na stałe w naszym krajobrazie. Wiele z tych kapliczek i figur zdobi nasze świątynie, stoją na rozstajach dróg, zdobią przydomowe kapliczki. A, że jestem zamiłowanym dokumentalistą zdarzeń z dziedziny folkloru i sztuki ludowej, na podstawie moich zbiorów napisałem książkę opisującą kulisy budowy ołtarza pod tytułem „OŁTARZ PAPIESKI DŁUTEM STWORZONY”. To moja druga książka, bo pierwsza nazywa się „Na ścieżkach wspomnień…” i mówi o moim życiu, życiu rodziny, zwyczajach obrzędach, życiu dawnej wsi. Obie pozycję mają niewielki nakład, bowiem wydałem je własnym kosztem. Zwracałem się o pomoc finansową do wielu instytucji, żadna nie pomogła. W 2010 wydałem „Na ścieżkach wspomnień II…” i zbieram materiał do trzeciego tomu mych wspomnień. W 2011 wydałem książkę „Moje życie we wspomnieniach” o życiu i twórczości kaszubskiego malarza Leona Bieszke. W 2016 napisałem i wydałem kolejną książkę - „Losy rodu Stachowiaków”, którą współfinansowali Hania i Janek Stachowiak z Breisach am Rhein. W tym roku ukarze się książka, którą wydam przy pomocy środków stypendialnych Urzędu Marszałkowskiego w Gdańsku,  zatytułowana „ Drogi Krzyżowe Kaszub i Kociewia”.  Zawsze lubiłem pisać. Napisałem setki felietonów do różnych gazet i czasopism i piszę dalej.

               Zbieractwo wszelkiego rodzaju przedmiotów kultury materialnej dawnej wsi, przez wiele lat było moim konikiem. Chciałem mieć własne małe muzeum. Życie zadecydowało inaczej. Cały wielki zbiór przekazałem do zbiorów muzeów w Oliwie i Starogardzie. Uważam, że tam będzie najlepsze miejsce dla tego rodzaju muzealiów. Gwoli ścisłości muszę dodać, że trochę z rodzinnych pamiątek pozostało w moim domu. Między innymi jest stary patefon i tłuczek do ziemniaków z kuchni babci Antoniny, liczący pewnie ze sto lat. To tym tłuczkiem, przez domowników nazywanym trampkiem, były gniecione szturane  kartofle do maślanki. Babcia mawiała; weźkaj jano trampek i uszturaj te bulwi, ja upsieka szpyrków.  Tłuczek nazywano też dukaczem, kartofle dukane,  mawiano też kartofle trampane. 

                   Pozwól drogi czytelniku, że wrócę do przerwanego wątku o teatrzyku w Białachowie. Wiele lat szukałem śladów mego „Pana” Stefana Gełdona (kiedyś pisał się Giełdon). By to zgłębić, odsyłam do mojej książki „Na ścieżkach wspomnień…”, tam wszystko opisałem. Tutaj chcę odnotować, że Pan Stefan Gełdon zaprosił mnie na jubileusz swojej działalności teatralnej, jako jednego z aktorów pierwszego przedstawienia. Po wielu latach dowiedziałem się, że w Białachowie przedstawialiśmy adaptację bajki Aleksandra Puszkina „O Popie i jego parobku Jełopie”. Jubileusz 60lecia pracy artystycznej i wychowawczej miał miejsce w Nowem w sobotę 17 października 2009 roku. To było bardzo miłe spotkanie, zwłaszcza, że po dziesięcioleciach spotkałem kolegę szkolnego Zygmunta Gołuńskiego, też jednego z pierwszych aktorów. Uhonorowani zostaliśmy pięknymi statuetkami teatralnymi. 

                   W 2005 roku Zblewo obchodziło 700lecie swego istnienia. Uczyniono mi z tego powodu bardzo miłą niespodziankę, bo Rada Gminy jednogłośnie przyznała mi tytuł Honorowego Obywatela Gminy Zblewo. Wójtem wówczas był pan inż. Andrzej Gajewski. Czy zasłużyłem na ten tytuł? Uważam, że byli inni, godniejsi ode mnie, ale serdecznie za to dziękuję.

                  Z okazji 750lecia miasta Tczewa uhonorowano mnie „Pierścieniem Mechtyldy”. Pierścień przyznała Rada Programowa Kociewskiego Kantoru Edytorskiego, jako wyróżnienie redakcyjne „Kociewskiego Magazynu Regionalnego” w kategorii: edukacja regionalna.

                   Jeśli już mówię o honorach, jakie mnie spotkały na mojej twórczej drodze, najbardziej cenię sobie medal Oskara Kolberga. Mam też medal Teodory i Izydora Gulgowskich, brązowy i srebrny medal Bene Merenti, Skra Ormuzdowa, Pierścień Mechtyldy, odznaki - Zasłużony dla Kultury Narodowej, Zasłużony Działacz Kultury, złoty i srebrny Krzyż Zasługi i medal Gloria Artis. Ja się tym nie chwalę. Myślę, że wszyscy po tylu latach działalności na polu upowszechniania kultury i sztuki ludowej Kociewia i Kaszub, powinni być czymś uhonorowani.


Od lewej Iwona Świętosławska, Edmund Zieliński, Regina Matuszewska i Wiktoria Blacharska z wizytą u pani Reginy Matuszewskiej w Czarnymlesie 26 maja 2011 roku.




Od lewej Tomek Szymański, Stanisław Plata i Edmund Zieliński w Instytucie Pamięci i Dokumentacji Jana Pawła II przy kościele Opatrzności Bożej  Gdańsk Zaspa, podczas otwarcia pokonkursowej wystawy na szopkę bożonarodzeniową - 7 grudnia 2014 roku.



               Z perspektywy 60 lat zajmowania się kulturą i sztuką ludową wyrobiłem sobie już pewne zdanie na temat współczesnego rękodzieła. Chciałbym się zatrzymać przy jednym temacie, mianowicie przy rzeźbiarzach, tak zwanych samorodnych twórcach ludowych.  50 lat temu spokojnie można było nazywać ówczesnych rzeźbiarzy właśnie twórcami ludowymi, co było zgodne z definicją określającą ten typ działalności. No tak, tylko, że wtedy był zupełnie inny świat, nijak mający się do XXI wieku. 

Kiedy zacząłem rzeźbić, była wiosna 1961 roku. W Zblewie stały jeszcze chaty pod strzechą, rolnik przemierzał kilometry za pługiem i kosił łany zbóż za pomocą kosy. Za stodołami stały rozwerki (kieraty) napędzające młockarnie czy sieczkarnie, a kartofle wybierało się na kolanach za pomocą trójzębnych haczek.  A ówcześni rzeźbiarze? To byli samorodni artyści tworzący na potrzeby wsi. Rzeźbili świątki do przydrożnych kapliczek, co zdolniejsi na potrzeby wiejskich kościołów. Dawna rzeźba ludowa była wyłącznie o tematyce sakralnej i pokryta polichromią. Czemu rzeźbiarze malowali swoje dzieła? Bo taka była tradycja, bo farba dodawała uroku, uwidaczniała poszczególne elementy – atrybuty przynależne danemu świętemu, stanowiła warstwę ochronną dla rzeźby wystawionej na działanie warunków atmosferycznych, no i niwelowała braki warsztatowe twórcy.  Jadąc z Trąbek Wielkich do Starogardu przejeżdżamy przez Gołębiewo. Tam stoją dwie kapliczki słupowe – jedna po lewej na początku wsi, druga po prawej przy wyjeździe. Nieznający tematu podróżni nie mają pojęcia, kogo przedstawiają figury na słupach. Te obecne figury są kopiami starych rzeźb przedstawiających św. Jana Nepomucena. Pod koniec XX wieku stare, piękne, pokryte polichromią rzeźby, z uwagi na postępującą degradację zostały przekazane do Muzeum Parku Etnograficznego we Wdzydzach Kiszewskich i zastąpione nowymi autorstwa ś.p. Zygmunta Bukowskiego. Pokryte zostały środkiem konserwującym i tyle. Polichromii już nie zastosowano – wielka szkoda. Tylko znawcy przedmiotu z trudem dostrzegą w figurach św. Jana Nepomucena.

              Dzisiejsi rzeźbiarze też chcą być nazywani twórcami ludowymi, chociaż z tym pojęciem niewiele mają wspólnego. Są to raczej odtwórcy, którzy chcą się przypodobać odbiorcy swych dzieł. Formę ludowej rzeźby znajdujemy nawet w warsztatach artystów z akademickim wykształceniem. Mało jest rzeźby o tematyce sakralnej, a jeśli już, to u tych najwybitniejszych twórców, szanujących tradycję. Wiele jest rzeźby o świeckim wizerunku - rybacy, kowale, Żydzi, praczki itp. pokrytej ciemną bejcą (dot. Pomorza), no, bo to się sprzedaje. 

             A jaka jest przyszłość w tej dziedzinie sztuki? Trzeba nazwać rzecz po imieniu i skończyć z przymiotnikiem „ludowy”. Bezpieczniej byłoby nazwać współczesnych rzeźbiarzy twórcami amatorami, lub odtwórcami dawnej rzeźby ludowej.  

   Gdańsk 3 grudnia 2020                                                                    Edmund Zieliński



czwartek, 19 listopada 2020

Ś. P. Teresa Danuta Skomorowska z Zielińskich

               Ś. p.

               Teresa Danuta Skomorowska z Zielińskich

 

            12 lipca 2020 roku, w niedzielę, w godzinach przedpołudniowych, przeniosła się do wieczności moja kochana siostra Danusia. 

Zmarła około godziny 13.15 (według zapisu w akcie zgonu). Według relacji Iwonki około godziny 11, bowiem o tej godzinie Iwonka przyszła do mieszkania Mamy i zastała Ją  leżącą w łazience. Przerażenie, płacz, może zemdlała? Niestety, była już zimna. A na kuchence stał czajnik z gotującą  się wodą. Zwyczajowo o tej porze piła kawę…  

           Odeszła tak, jak sobie życzyła „umrzeć nagle, by nie być dla nikogo ciężarem”. Była mi bardzo bliska, wiele Jej zawdzięczam. Kiedy zachorowałem w 19 roku życia na obustronne zapalenie płuc, nie odstępowała od szpitalnego łóżka w Bydgoszczy, bo pani doktor powiedziała – stan jest beznadziejny, proszę przygotować się na najgorsze. Przeżyłem, dzięki Jej opiece i zapewne gorącym modlitwom. Dziękuję Ci siostro Kochana, niech Ci Pan Bóg wynagrodzi wieczną szczęśliwością. 

           Mieliśmy ze sobą bardzo dobry kontakt. Nasze rodzinne spotkania, to była prawdziwa uczta duchowa. Wspominaliśmy stare dawne czasy, naszych przodków, krewnych i znajomych, a przy tym śpiewaliśmy na głosy dawne pieśni, gdzie sarenki biegały po leśnych ostępach, słychać było słowicze trele, czy szczęk broni na dawnych bojowiskach i wytęsknione spojrzenia dziewczyny w dal za ukochanym, co na rączym koniu odjechał tam, gdzie krwawe wojny wrą. To już historia i tęskne wspomnienia.  

             Była mi pomocna w wielu dziedzinach. Wspominaliśmy nasze młode lata, okupację, dawne obrzędy i zwyczaje, opowiadania naszych przodków. Wspominaliśmy jak smakował chleb moczony w wodzie i posypany cukrem, czy świeżo uparowane kartofle na paszę dla świń… Jeszcze niedawno, zaledwie kilka dni przed śmiercią, wspominaliśmy okupację niemiecką, jak to rodzice upominali nas, by w domu po polsku mówić szeptem, bo szpicle podsłuchiwali wieczorami pod oknami, zwłaszcza tych mieszkańców, którzy nie podpisali  Volkslisty (lista narodowościowa), a myśmy do nich należeli.


                        

                                          Danuta Skomorowska z Zielińskich  2020
 


                                                      Władysław Skomorowski



                  Danuta Skomorowska z wnuczkami Gizeli i Rajmunda Zielińskich  Igą i Polą

                                                                         2019


                   Od lewej Rajmund Zieliński, jego żona Gizela, Edmund Zieliński z żoną Danutą

                                w towarzystwie siostry i szwagierki Danuty Skomorowskiej

                                                                        2019



           Urodziła się 15 stycznia 1934 roku w Białachowie. Rodzicami Danusi (nie lubiła, by wołano na nią Teresa) byli: Bernard i Zofia z Redzimskich. Jej rodzeństwo to: Jerzy, Franciszek, Bernard, Edmund i Rajmund. 


    Danusia na stopniach szkoły w Białachowie. Tutaj, w czasie okupacji,  przez prawie 6 lat uczyła się języka niemieckiego. Jak wspominała, klasa podzielona została na dwie  części - dzieci rodziców którzy podpisali listę narodowościową siedziały od strony okien, dzieci polskie po drugiej stronie, ciemniejszej. To była forma dyskryminacji. Zdjęcie z maja 2016 roku.


Od Białachowa przez Zblewo i Starogard zawędrowała za mężem do Bydgoszczy, by po kilku latach w 1964 roku osiąść w Wejherowie, gdzie Jej mąż Władysław pełnił służbę żołnierza zawodowego w wojskach Obrony Powietrznej Kraju. Mieszkali zgodnie i szczęśliwie. Byłem tu częstym gościem z moją rodzinką. To było bardzo  gościnne mieszkanie. 

            Zgodnie z wolą zmarłej najbliższa rodzina postanowiła ciało Danusi poddać kremacji, co miało miejsce w Gdańsku (Srebrzysko) dnia 16 lipca 2020 r. o godzinie 15.00 – w Godzinie Miłosierdzia Bożego. 

          Pogrzeb odbył się w piątek 17 lipca 2020 po mszy świętej, która odprawiona została w Jej kościele parafialnym w Wejherowie o godzinie 12.00 z udziałem licznej rzeszy krewnych, przyjaciół i znajomych.  Spoczęła w grobie swego męża Władysława, który poprzedził ją do wieczności 11 sierpnia 1992 roku. 



                                            Urna z prochami Danuty Skomorowskiej   



                                                 Spoczywaj w Pokoju


                                             Krzysiu przed grobem Mamy

 

            Przeczytałem kiedyś, że Oni są nieprawdopodobnie blisko nas. Ja to czuję, że tak zupełnie siostro od nas nie odeszłaś, i niech tak będzie. Da Bóg, kiedyś się spotkamy i dalej będziemy razem. Do zobaczenia siostro kochana!

            Kochana nasza Mamusiu, Babciu, Prababciu, Siostro, Matko Chrzestna, Ciociu, Kuzynko i Szwagierko, niech Dobry Bóg da Ci Wieczne Spoczywanie i sprawi, byśmy się kiedyś spotkali z Tobą i naszymi bliskimi, by uwielbiać Oblicze naszego Pana Jezusa Chrystusa. Śpij w Pokoju.

Gdańsk 20 lipca 2020


           Pożegnanie Danuty Skomorowskiej. Napisała Jej wnuczka Oksana Drujiĉ. 


                                              Oksana - wnuczka Danuty Skomorowskiej


                    Odczytano nad grobem w dniu pogrzebu 17 lipca 2020 na cmentarzu w Wejherowie.

           Śmierć jest końcem ziemskiej pielgrzymki człowieka. Jest końcem czasu łaski i miłosierdzia, jaki Bóg ofiaruje człowiekowi, by zrealizował swoje ziemskie życie. W chwili śmierci poznajemy prawdziwego Boga, poznajemy miłość absolutną, bezwarunkową.

            Śmierć zawsze niesie za sobą zmianę, ale nasza wiara pomoże nam przekonać się o bliskości, pomocy i towarzystwie osoby ukochanej. Rozmowa ze zmarłą może być dla nas siłą, pomocą i nadzieją. Bliscy odchodzą z tego świata, aby przygotować nam mieszkanie w Raju, zabierając część nas samych w wieczność. Poprzez śmierć bliskiej osoby, wzajemne uczucia, doświadczenia, rozmowy, bóle i radości sięgają Boga. W obliczu śmierci człowiek doświadcza wolności.

            Nasza najukochańsza Mamusiu, Babciulko i Prababciu odeszłaś. Czas leciał tak szybko. Każdego dnia było nam Ciebie za mało. Tłumaczyłaś nam świat. Przedstawiałaś trudy i problemy dnia codziennego, które da się pokonać. To dzięki Tobie Mamusiu, Babciu i Prababciu czuliśmy się bezpiecznie. Przepełniałaś Nas spokojem. Pełniłaś rolę Duchowej Matki dla tych, które wcześniej pożegnały swoje Mamy. Twój dom był otwarty dla każdego. 

Dorastaliśmy w ogromnej miłości. Nasz dom traktowaliśmy jak bezpieczną przystań, wiedzieliśmy, że w nim zawsze czekasz z otwartym sercem i ciepłym słowem. Zawsze byłaś skromna, nie skupiona na sobie, przepełniona bezinteresowną dobrocią i chęcią pomocy innym. Cudowna, Wierząca, Mądra, Szanująca, Ciepła, Wrażliwa, Uczuciowa, Kochająca, Troskliwa,Bezinteresowna, Niekrytykująca, Nieoceniająca, taka byłaś, zawsze z otwartymi ramionami, w których mógł się skryć każdy z nas.  Nigdy się nie skarżyłaś, nie narzekałaś. Dawałaś przykład całą sobą jak być dobrym człowiekiem, jakie wartości są ważne, jak traktować z szacunkiem innych, nawet jeśli się z nimi nie zgadzałaś.

Miałaś wspaniałych rodziców i umiałaś przekazać dalej to czego Cię nauczyli, jak powinien wyglądać prawdziwy dom i relacje w nim. Miałaś cudownych braci i bratowe, a Wasze więzi zawsze były przepełnione szacunkiem i troską. Miałaś ciepłe kontakty rodzinne - codzienne telefoniczne rozmowy, które dawały Ci ogrom siły. Miałaś przyjaciół, którzy zawsze wspierali ciepłym słowem i miłym gestem. Miałaś wnuki i prawnuki, dla których byłaś schronieniem i nadzieją na lepsze jutro. 

            Pozostaje dużo wspomnień, przepięknych chwil, które na zawsze będą z nami. Ziarna które zasiałaś: ziarna dobroci dla drugiego człowieka kiełkują i sprawiają że świat w około staję się lepszy. Zostawiłaś nam olbrzymi spadek WIARĘ, NADZIEJĘ I MIŁOŚĆ, a jedynym testamentem są Twoje słowa: Kochajcie się i szanujcie, żeby Waszej Miłości nic nie zburzyło. Obiecujemy ze tak właśnie będzie. 

          Wierzymy, że jesteś już wolna od trosk i zmartwień dnia codziennego, otoczona gronem bliskich których sama wcześniej pożegnałaś.

          Dziękujemy Ci za całą Twoją pielgrzymkę, po Twoich śladach Mamusiu, Babciu i Prababciu będziemy podążać. Spoczywaj w spokoju. 


Mówimy zmarli,

A trzymają w ręku złoty klucz do wieczności.

Niby oddaleni,

a przecież są bliżej niż kiedykolwiek.

Nierozłączni spacerują alejami rozpłomienionej pamięci.

Szeptają wiatrem,

Nadzieje rozsyłają promieniami słońca,

Ciszę kołyszą myślami,

Uśmiechają szczęściem.

Kiedy wsłuchani w modlitwy gwiazd zasypiamy

To właśnie oni wymierzają siły na zamiary

A raniusieńko otwierają okna na świat.

             Dziękujemy wszystkim, którzy towarzyszyli w tej ostatniej drodze Naszej Mamusi, Babciulce i Prababci. 




środa, 18 listopada 2020

Z Cisa przez Żuławy do Mosiny

  Z Cisa przez Żuławy do Mosiny

            Los każdego człowieka, to splot różnorakich wydarzeń na drodze jego życia. Od dzieciństwa przez życie dorosłe, dojrzałe,  do późnej starości, o ile Bóg pozwoli nam dożyć sędziwego wieku. O takim szczęściu, czy łasce, może mówić Szanowna Pani Stanisława Gołuńska, która 5 września 2020 roku skończyła 100 lat swego życia. 



          Pani Stanisława to rodowita Kociewianka, urodziła się w miejscowości Cis, z rodziców Marianny i Jana.  Według zapisu w Księdze Chrztów parafii Zblewo urodziła się 8 września 1920 w Starym Cisie. Ochrzczona została 19 września 1920 roku przez księdza Hoffmanna. Rodzicami chrzestnymi byli – małżonkowie Marta i Stanisław Buchholz. Pani Stanisława może poszczycić się licznym rodzeństwem, co w tamtych latach było czymś normalnym. Miała czterech braci i pięć sióstr: – Edmund, Zofia, Leonarda, Stefania, Jan,  Wanda, Władysława, Kazimierz , Mieczysław.

           Lata okupacji niemieckiej, to trudny czas w życiu naszej Jubilatki. Okupanci korzystali z taniej siły roboczej, jaką była ludność okupowanych terenów. Nie oszczędzili i Pani Stanisławy. Została skierowana na roboty u bauera na Żuławach. Tam po jakimś czasie zlitowała się nad nią żona bauera i spowodowała, że została skierowana do pracy na plebani u pastora kościoła ewangelickiego ówczesnej dzielnicy Langfuhr  (Gdańsk Wrzeszcz). Miała tam dużo pracy, ale to nie to samo, co  praca w polu i obrządkach gospodarczych. 

Zbliżał się koniec wojny, Niemcy uciekali na zachód, pani Stanisława wróciła do Cisa. 

                W 1947 roku zamieszkała w Mosinie i do tej pory mieszka w tym mieście otoczona rodzinną miłością. Pani Stanisława całe życie starała się być pozytywnie ustawiona do świata, do codziennego życia. Mimo ciężkich chorób, śmierci syna, nie załamywała się. Zapewne jedną z przyczyn Jej długowieczności (jak napisała Pani Katarzyna Łącka) to dzieciństwo i młode lata spędzone w Borach Tucholskich, a ściślej na Kociewiu w gospodarstwie rodziców wśród zdrowej żywności . 



                    Gratulacje od Burmistrza Gminy Mosiny Pana Przemysława Mielocha



           Piękny uśmiech Jubilatki przy równie pięknym i apetycznym jubileuszowym torcie



                                                Jubilatka wśród Przyjaciół i Rodziny





               Z okazji jubileuszu 100 rocznicy urodzin Szacownej Jubilatce życzenia złożył osobiście Burmistrz Gminy Mosina Przemysław Mieloch, który także   przekazał  list gratulacyjny  z Kancelarii Premiera Mateusza Morawieckiego. Gratulacje Jubilatce złożyła również Kierownik Urzędu Stanu Cywilnego Marzena Obst.   

              Szanowna Pani Stanisławo, proszę i ode mnie przyjąć szczere życzenia, przede wszystkim zdrowia i Bożej opieki na dalsze lata życia. 

Gdańsk 14 września 2020                                               Edmund Zieliński


Za pomoc w realizacji tego wspomnienia dziękuję: ks. prałatowi Zenonowi Góreckiemu, pani Katarzynie Łąckiej, panu Edmundowi Łąckiemu, a szczególnie panu Gerardowi Sulewskiemu, który rzucił  myśl, by takie wspomnienie napisać.