sobota, 20 kwietnia 2019

    Szanowni Państwo
    Nominowani i Laureaci Nagrody „Kociewskie Pióro 2018”
Przyjmijcie, proszę, od starego zblewiaka, serdeczne gratulacje z okazji zauważenia Państwa, a tym samym, nagrodzenia tą miłą nagrodą, waszego zaangażowania w życie społeczne, gospodarcze i kulturalne naszego kochanego KOCIEWIA.
Niech ta nagroda uskrzydli Wasze działania, by o naszej Małej Ojczyźnie mówiła  cała Rzeczypospolita.
                                                         Serdecznie pozdrawiam
                                                              Edmund Zieliński
Gdańsk 29 marca 2019 roku.                               

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Franciszek Wysokiński Przyjaciel chorych nie żyje



                                                                 



Miałem przyjemność spotkać się osobiście z lekarzem Panem Franciszkaiem Wysokińskim. Ale najbardziej znałem go z opowiadań ludzi chorych. Był postacią bardzo znaną, nigdy nieodmawiającą pomocy ludziom w różnych dolegliwościach. Często chorzy polecali, jeden drugiemu, lekarza Pana Franciszka mówiąc; jyno idź do Wisokińskiygo, ón ci pomoże. Jego diagnozy były zazwyczaj trafne, jednak nie wymądrzał się i w razie jakichkolwiek wątpliwości kierował pacjenta do właściwego specjalisty.
Po skończonych studiach, od 1953 roku praktykował w Szpitalu Powiatowym w Starogardzie,  dziś znajduje się tam Dom Opieki Społecznej. Po sześciu latach podejmuje praktykę w Gminnym Ośrodku Zdrowia w Osiecznej. Po kilku latach, bo w 1962 roku podjął praktykę w  Ośrodku Zdrowia w Kaliskach, gdzie leczył ludzi do końca swoich dni.
Kiedy zachorował mój starszy brat, ten poprosił o zbadanie Pana Franciszka Wysokińskieko. Diagnoza była jednoznaczna – nowotwór trzustki. Miałem okazję jechać do szpitala w Starogradzie na wizytę do mego brata samochodem Pana Franciszka Wysokińskiego. Jadąc, rozmawialiśmy o różnych sprawach. O chorobie brata też. To było moje przedostatnie spotkanie z tym zacnym człowiekiem. Ostatni raz spotkaliśmy się u naszego przyjaciela w ogrodzie, było to latem, może z sześć lat temu. Odwiedziłem przy jakiejś okazji państwa Bernarda i Renatę Danaszków. Rozsiedliśmy się przy herbacie w ogrodzie pełnym drzew i dojrzewających owoców. Jednym  z tematów był wpływ herbaty rumiankowej na nasz organizm, że jednym służy innym nie, że też ma swoje skutki uboczne. Ja odjechałem, a Pan Franciszek Wysokiński rozprawiał dalej z Bernardem.
Dziś nie ma już wśród nas ani Bernarda, ani Pana Wysokińskiego. Może dalej debatują w niebieskim ogrodzie, tym razem o ziemskim życiu i jego wpływie na uzyskanie szczęśliwości wiecznej.
Szanowny Panie Franciszku! Dziękujemy za twoje dobre serce, że dla chorego byłeś nie tylko lekarzem, ale przede wszystkim przyjaznym człowiekiem. Dobry Boże obdarz Go Szczęśliwością Wieczną.
W 2003 roku  Rada Gminy w Kaliskach uhonorowała Pana Franciszka Wysokińskiego tytułem Honorowego Obywatela Gminy Kaliska.

Gdańsk 7 stycznia 2019                                                 Edmund Zieliński

Julek

  Często wspomnieniami wracam do mojego Zblewa i szukam w pamięci ludzi, którzy kiedyś żyli w tej wsi i w jakiś sposób zapisali się w mojej pamięci. Do takich osób należy, dawno nieżyjący już pan Julek.  Nie wiedziałem  skąd się wziął, gdzie jego ród, według wspomnień ś.p. Konrada Mindykowskiego, nazywał się Prabucki. Dzięki pani Hani z USC w Zblewie, uzupełniłem dane naszego Julka. Rzeczywiście nazywał się Prabucki i miał na imię Juliusz. Urodził się 25 czerwca 1901 roku w Zblewie przy ul Głównej 32. 
                 Kiedy zamieszkaliśmy w Zblewie, Julek już tam był. Mieszkał przy ulicy Głównej w starym przedszkolu, gdzie mieszkali państwo Lubiejewscy, Zalewscy, Jasińscy i inni. Mieszkał sam, nie wadząc nikomu. Z czego się utrzymywał? Jak napalił w piecu w miejscowej gospodzie, i pozbierał ze stolików kufle po piwie, to pewnie  papierosy i jedzenie dostał. Ale jego szczególnym zajęciem było utrzymywanie w czystości ulicy Głównej. Miał dwukołowy wózek ze skrzynią, do której ładował wszelkie nieczystości. Najwięcej było końskiego nawozu, który zmiatał z jezdni. Sprzątał też rynek po czwartkowych targach, gdzie handlowano wszystkim, warzywami, prosiakami czy pasmanterią. A, że gospodarze zajeżdżali furmankami konnymi, to i słoma się walała, siano i koński nawóz. Przypomnę, że rynek był tu, gdzie dziś jest parking samochodowy i Dom Kultury stoi.  Zimową porą odśnieżał również chodniki. Zapewne za tą czynność gmina jakieś pieniądze Julkowi wypłacała. To był bardzo spokojny człowiek. Niewiele mówił, chodził przy laseczce z pochyloną głową, jakby szukając śladów swej przeszłości.
                 Przyszedł taki dzień, że zabrakło Julka z wózkiem na ulicy. Dla wielu było dziwnym, że go nie widać . Czyżby zachorował? Okazało się, że został umieszczony w Domu Pomocy Społecznej w Kościerzynie. Kto mu to załatwił – nie wiem do dziś. Zapewne miałby tam spokój, wikt i opierunek. To jednak Julkowi nie przypadło do gustu. Był człowiekiem wolnym i z dnia na dzień znalazł się w smutnej rzeczywistości, gdzie obowiązywał regulamin, obce twarze, na których rzadko pojawiał się uśmiech czy zwyczajna życzliwość. Czuł się jak ptak w klatce, który dostaje jeść, każą mu śpiewać, ale brakuje wolności, jaka należna jest każdemu stworzeniu. Jednego dnia zamknął za sobą drzwi nowego siedliska, i pieszo, jak pielgrzym, przywędrował do swojej wsi. Złapał za dyszel swojego wózka i jak dawniej, doglądał czystości swojej ulicy. Chciał być wśród swoich i czuł się im  potrzebny.
                     Z jakichś przyczyn Julek w 1963 roku przeprowadził się do gminy Przodkowo. Zapewne dawno, jak pożegnał ten świat. Obraz Zblewa, a szczególnie ulicy Głównej, znacznie odbiega od czasów Julka. Zmienił się wystrój, wiele starych domów zastąpiono nowymi. Nie ma starego spichlerza. Powstało wiele innych obiektów jak, Bank, Dom Towarowy, Straż Pożarna, Urząd Gminy, Poczta. To zupełnie inny świat, w którym Julek, ze swoim wózkiem, stał się już prawie zapomnianym faktem z dziejów dawnego Zblewa.
Gdańsk 16 grudnia 2018 (niedziela)                                               Edmund Zieliński

wtorek, 13 listopada 2018

Drogą Krzyżową ku Niepodległej

 Drogą Krzyżową ku Niepodległej
             
                   Gdybym mógł się cofnąć w czasie do lat, kiedy żyli jeszcze moi dziadkowie, rodzice, wujkowie i ciocie, zapewne dowiedziałbym się, jak powitali koniec I wojny światowej i powrót Pomorza do Polski.  Owszem, coś tam wspominali i niewiele z tego zapamiętałem. Wiem, że mój dziadek Franciszek wrócił z frontu zachodniego z okolic Lille we Francji. Wrócił też z tamtych stron mój wujek Konrad. To była okrutna wojna, zwłaszcza dla żołnierzy pochodzenia polskiego.     Tak potoczyły się ich losy  na poplątanych ścieżkach tamtej wojny, że niejednokrotnie walczyli przeciwko sobie. Zaborcy, na potrzeby swych frontów, zaciągali w szeregi armii  mężczyzn z zagrabionych terenów Rzeczypospolitej. Strzelający do siebie niejednokrotnie słyszeli w przeciwnym okopie jęki i zawołania – Jezus Maria, czy mamo! Wypowiedziane w ostatnim tchnieniu w języku polskim. Niejednemu żołnierzowi pękało serce z rozpaczy – zabiłem swego rodaka! To głównie dotyczyło frontu wschodniego.
               Wreszcie nadszedł ten upragniony, przez walczące strony, dzień. Zamilkły działa, a w wagonie kolejowym  w Compiégne Niemcy podpisali podyktowane przez państwa ententy warunki rozejmu. Było to 11 listopada 1918 roku o godzinie 11. W  powojennym chaosie, gdzie wszyscy chcieli rządzić, gdzie komuniści pchnęli Niemców do rewolucji – odradzała się nasza Rzeczypospolita Polska. Na Pomorze wróciła kilkanaście miesięcy później. Gen. Haller ze swoją błękitna armią do Zblewa wkroczył na początku lutego 1920 roku, a 10 lutego dokonał w Pucku zaślubin z Bałtykiem.
          Moi dziadkowie Redzimscy w tym czasie mieszkali w Janinie, parafia Godziszewo. Tam urodziła się moja mama i jej siostra Agata. Ciocia Aga tak wspomina uroczystość związaną z odzyskaniem przez Polskę niepodległości: Chodziłam do szkoły w Jastrzębiu, a do kościoła jeździliśmy bryczką do Godziszewa i Obozina – był tam taki mały kościółek, filia parafii w Godziszewie. W tamtym czasie msze święte w Obozinie sprawowane były raz na miesiąc. Moim nauczycielem był pan Bolesław Brzóskowski. To on zorganizował tę uroczystość, a ja deklamowałam wiersz. Pamiętam go i powiem:

Wiary, wiary Ci potrzeba ukochany Polski ludu.
Wiesz, ze Polska zmartwychwstała i dożyłeś tego cudu?
Nie trać wiary drogi ludu, choćby piekło się zmówiło,
Choćby jeszcze w krwawszej doli cały naród pogrążyło.
Wierz i pracuj dla tej Ziemi, w której naszych ojców kości
modlą się prochami swymi.
Żadna przemoc nas nie złamie,
żaden wróg nas nie pokona,
dopóki ta wiara żywa,
w własnej piersi nam nie skona.

               W 1994 roku namalowałem na szkle „Kociewska Drogę Krzyżową” i przekazałem z odpowiednim komentarze do zbiorów muzeum etnograficznego w Oliwie. Komentarz do poszczególnych stacji nawiązuje do czasów związanych z odzyskiwanie niepodległości na terenie Kociewia. Zamieściłem w tym opracowaniu wyjątki z komentarza związane z dążeniami mieszkańców Kociewia do odzyskania niepodległości.
                „Ucisk germanizacyjny, powolne tempo uwłaszczania i trudności gospodarcze, szczególnie w latach 1841 – 1847, spowodowały sprzyjający klimat dla działalności emigracyjnego Towarzystwa Demokratycznego Polskiego, kierującego przygotowania do zbrojnego powstania w całym kraju” (Ziemia Starogardzka - Wacław Odyniec, Kazimierz Podoski, Andrzej Sobociński  str.58). Czyniono przygotowania do powstania w Starogardzie. Wyprawie powstańców na Starogard przewodził Florian Ceynowa. Informacje o przygotowaniach do walki zbrojnej  dotarły do władz pruskich, które postawiły w stan alarmu garnizon w Starogardzie. Wyprawa skończyła się niepowodzeniem. Władze pruskie dokonały licznych aresztowań. W procesie berlińskim  z 1847 roku, oskarżono z całego zaboru pruskiego 254 osoby, w tym 66 osób z Pomorza Gdańskiego. Na karę śmierci skazano Elżanowskiego, Ceynowę, księdza Łobudzkiego, Kleszczyńskiego i Sadowskiego. Rewolucja marcowa 1848 w Berlinie uwolniła skazanych.
                          W roku 1887 zmarł właściciel Pinczyna – Niemiec Freundt. Ziemia, którą pozostawił liczyła 1200 hektarów. Chłopi z Pinczyna postanowili wykupić ten areał. 8 lipca 1888 roku zawiązano spółkę o nazwie „Związek Rolny i Kredytowy”. Działki, budynki i inwentarz żywy i martwy, był własnością spółki. Do chłopów należały jedynie płody rolne. Niewolno było na działkach budować żadnych obiektów. Władze pruskie liczyły, że te utrudnienia zniechęcą chłopów do gospodarowania. Niejaki Stopa kupił sobie  wóz cygański i w nim zamieszkał, przesuwając go co kilka metrów, by władze nie mogły uznać go za coś stałego. Tak trudzono się 5 lat. W roku 1893 nowy Zarząd, a w szczególności ksiądz Józef Larisch wprowadził spółdzielców na dogodniejsze drogi.
               Zaborcy, by umocnić się na tych terenach, rugowały język polski z sądownictwa, administracji, wreszcie ze szkół elementarnych. W lipcu 1873 roku Nadprezydent  prowincji Prus Wschodnich i Zachodnich wydał zarządzenie, że w szkołach ludowych „we wszystkich przedmiotach naukowych, językiem wykładowym jest język niemiecki. Wyjątek stanowi jedynie nauka religii i śpiewu kościelnego w niższym oddziale”. I te resztki języka polskiego zniesiono w 1887 roku. Te i inne zarządzenia doczekały się odwetu w postaci strajku szkolnego na Pomorzu, który objął około 100 tysięcy dzieci. Na wiecu w Starogardzie  13 listopada 1906 roku mówił poseł Jan Brejski – Dzieciom polskim należy się w szkole nie tylko polska nauka religii, lecz także nauka polskiego czytania i pisania i polski wykład wszystkich innych przedmiotów, bo tak nakazuje zdrowy rozum. O wytrwanie i do oporu agitował również ksiądz Jan Olszewski z Osieka. Strajk rozpoczął się w październiku 1906 roku i strajkowało wtedy 31 szkół. W listopadzie zastrajkowało dalszych 11 szkół . Łącznie strajkiem objętych było 48 szkół na 89 istniejących w powiecie Starogardzkim. Na 8 tysięcy dzieci, 5,5 tysiąca strajkowało. Nauczyciele, Niemcy, nie żałowali trzcin. Niekiedy musiał interweniować lekarz.  Ujmującymi się za swoimi dziećmi rodzicom wytoczono procesy. Skazano 25 osób na kary więzienia i grzywny. Strajk na Kociewiu dał wyraz dążności do połączenia się z innymi ziemiami Polski.
            U progu niepodległości chłopi na Kociewiu nie czekali bezczynnie, aż nadejdą wojska polskie. Niejaki Maksymilian Kitowski – murarz, zorganizował oddział chłopów z Kościelnej i Starej Jani. Uzbroili się w łomy i łopaty i ruszyli na Bobrowiec, gdzie zamieszkiwali koloniści niemieccy. Była to jesień 1918 roku. Koloniści niemieccy byli uzbrojeni, a celem oddziału Kitowskiego było rozbrojenie ich, pozyskanie broni palnej oraz zamanifestowanie praw Polski do ziemi kociewskiej i całego Pomorza. Podobne wystąpienia miały miejsce w Pinczynie, Szpęgawsku, Zdunach, Wolentalu.
                         Od listopada 1918 roku, na skutek żądań opinii polskiej, przy landracie pruskim urzędował komisarz polski, który miał prawo ingerować w wszelkie zarządzenia pruskie o charakterze lokalnym. Był nim właściciel fabryki chemicznej w Starogardzie – Czesław Nagórski.
Pod wpływem Narodowej Demokracji, w powiecie starogardzkim powstała Powiatowa Rada Ludowa, Straż Policyjna i władze administracyjne. Staraniem Powiatowej Rady Ludowej wprowadzony został w szkołach język polski jako wykładowy. W styczniu Rada Powiatowa i gminne powołały do życia Komitety Obywatelskie, które przyjmowały żołnierzy polskich 29 stycznia 1920 roku. Tym samym i Pomorze włączone zostało w granice Rzeczypospolitej Polski.
          Jest wiele osób zasłużonych na drodze wiodącej ku niepodległości. Wymienię kilka z nich: ks. Stanisław Hoffman proboszcz z Pinczyna, ks. Gregorkiewicz, ks. Konstantyn Krefft. To on wraz z wójtem Władysławem Szwedowskim witał  po staropolsku, czyli chlebem i solą,  żołnierzy polskich przyłączających Zblewo do Polski.  Wieś nasza, wraz z odzyskaną wolnością, rozwijała się gospodarczo, kulturalnie i sportowo. Kwitł handel różnych branż, były restauracje i hotele. Nie brakowało warsztatów usługowych, były tartaki i młyny.
               Tak Zblewo, jak i  nasz kraj wkroczył na drogę dynamicznego rozwoju w każdej dziedzinie. Powstało nowe miasto Gdynia z jej najnowocześniejszym portem na Bałtyku. Prężnie rozwijał się  Centralny Okręg Przemysłowy, powstawały nowe gałęzie przemysłu. Niemal od podstaw zbudowano przemysł zbrojeniowy, w którym produkowano nowoczesne uzbrojenie, w wielu wypadkach przewyższające techniczne rozwiązania krajów rozwiniętych. Rozrastała się flota morska i powietrzna. Z każdym rokiem żyło się coraz lepiej. Trzeba nam było jeszcze pięć lat, by stać się potęgą Europy. Niestety, naszym sąsiadom, zwłaszcza Niemcom, niebyło to w smak i robiono wszystko, by nas unicestwić. Jak to było dalej? Wiemy i oby nigdy więcej to się nie powtórzyło.  W Bogu nadzieja.
Gdańsk 11.11.1918                                                        Edmund Zieliński




Zblewo ul Główna w czasie zaborów. Po prawej dom pana Kamińskiego, piekarza. Po prawejtego domu już nie ma. Stał jeszcze w latach 60. Za nim stoi nieistniejący dom pana Rekowskiego (Zajazd, hotel, sklep)


Zblewo dzisiejsza ul Główna. Po prawej stara poczta - zburzona w 1945 roku. Bliżej, w części niższej  tego budynku,  po II wojnie światowej mieścił się Ośrodek Zdrowia i Izba Porodowa. 



Zblewo ulica Główna - dziś po prawej stronie stoi Urząd Gminy. Zabudowy po lewej stronie dziś nie ma. W domu głębiej  po lewej stronie mieściły się biura Gminnej Spółdzielni Samopomoc Chłopska. 


wtorek, 2 października 2018

Kociewie kulturą stoi

 Kociewie kulturą stoi

                 I Walne Plachandry w Piasecznie,  I Jarmark Kociewski w arboretum w  Wirtach  i XII Plener Artystów Ludowych Pomorza w Bytoni, to trzy imprezy, jakie odbyły się w sierpniu 2018 roku. Ile w to trzeba było włożyć wysiłku organizacyjnego,  mogą powiedzieć organizatorzy z prezesem Oddziału Kociewskiego Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego w Zblewie panem Tomaszem Damaszkiem na czele. Jest nadzieja, że wymienione imprezy na stałe wpiszą się w działalność kulturalna Kociewia.
                  Zostałem poproszony do udziału w jury rozstrzygającego konkurs na „Sztukę Ludową Kociewia, Kaszub i Borów Tucholskich”. Tematem konkursu była Matka Boża Piasecka w sztuce ludowej Pomorza, oraz w fotografii przedstawiających kapliczki przydrożne z Matką Bożą. 
                 17 sierpnia 2018 r.  w towarzystwie koleżanek z muzeum etnograficznego w Oliwie pojechałem do Powiatowej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Gniewie, gdzie zgromadzone zostały prace konkursowe.
                 Na konkurs nadesłano kilkadziesiąt prac z rzeźby, haftu, malarstwa na płótnie,  malarstwa na szkle i fotografie przydrożnych kapliczek.
W jury konkursu udział wzięli:
1.Tomasz Damaszk – prezes Oddziału Kociewskiego Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego w Zblewie.
2.Ks. Ireneusz Smagliński  -  Radio Głos w Pelplinie
3.Izabela Czogała – adiunkt Muzeum Ziemi Kociewskiej w Starogardzie
4.Barbara Maciejewska – etnograf Muzeum Etnograficzne w Oliwie
5.Ewa Gilewska – etnograf Muzeum Etnograficzne w Oliwie
6.Piotr Wróblewski – sekretarz Oddziału Kociewskiego Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego w Zblewie
7.Jadwiga Mielkie – dyrektor Powiatowej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Gniewie
8.Edmund Zieliński – honorowy prezes Oddziału Gdańskiego Stowarzyszenia Twórców Ludowych
                Rozpoczynający obrady komisji Tomasz Damaszk zaproponował Edmunda Zielińskiego na przewodniczącego jury, co obecni przyjęli jednogłośnie.
                Oceniając nadesłane prace stwierdziliśmy, że  w ogromnej większości  prace spełniały warunki regulaminu. Komisja konkursowa miała dość trudne zadanie wyłonienia prac najlepszych zasługujących na nagrody i wyróżnienia. Po długiej naradzie jury postanowiło nie przyznawać poszczególnych miejsc pracom pretendującym do nagrody  ( I, II, III miejsce itd.), tylko ograniczyć się do przyznania nagród i wyróżnień. I tak, nagrody w wysokości 600 złotych otrzymali:
Alfons Zwara  - za obraz olejny przedstawiający legendę związaną z objawieniem się Matki Bożej w Pisaecznie.
Anna Przytarska -  za misternie wyhaftowany obraz Matki Bożej Piaseckiej
Witold Piernicki – za monumentalną rzeźbę Matki Bożej Piaseckiej.
Wyróżnienia po 300 złotych przyznano:
Leszek Baczkowski – za kompozycję rzeźbiarską z figurą Matki Bożej Piaseckiej
Józef Semmerling – za płaskorzeźbę z Matka Bożą Pisaecką
Krzysztof Bagorski – za obrazy z kapliczkami przydrożnymi z figurami Matki Bożej
Marek Pawelec – za zestaw rzeźb.
                   Postanowiono, że nagrody i wyróżnienia zostaną wręczone podczas I Walnych Plachandrów w Piasecznie dnia 25 sierpnia połączonych z obchodami   50. rocznicy koronacji figury Matki Bożej w Piasecznie przez ówczesnego bpa Karola Wojtyłę – dzisiejszego świętego Jana Pawła II.
                   Uroczystości zorganizowano w wielkim rozmachem. Uczestniczyli w nich: wojewoda, marszałkowie, posłowie, pomorski kurator oświaty, starostowie, burmistrzowie, wójtowie i radni kociewskich powiatów i gmin. Wszyscy w żółtych szalikach z napisem KOCIEWIE.
                 Odbyła się uroczysta msza święta, po niej przemarsz uczestników na plac przed cudownym źródełkiem, gdzie procesjonalnie przeniesiono kopię cudownej figury Matki Bożej Piaseckiej, przy której przez cały czas trwania uroczystości wartę pełnili harcerze.  Na scenie odbył się  XXV Przegląd Zespołów Folklorystycznych. Cała impreza ubogacona została grą w kapele, prezentacją potraw regionalnych i gadkami w gwarze kociewskiej.
                      Zostały przyznane statuetki i tytuły Ambasadora Kociewia. Tym mianem zaszczycono Wojciecha Cejrowskiego i zespół folklorystyczny „Modraki”.  Natomiast „Perełkami Kociewia” wyróżniono: Izabelę Czogałę – adiunkta z Muzeum Ziemi Kociewskiej w Starogardzie i Patryka Podwojskiego – wirtuoza gry na organach. 
Oto jak wspomina tę uroczystość etnograf Barbara Maciejewska z muzeum w Oliwie:
                  Piaseczno, duchowe serce Kociewia, było w ostatnią sobotę sierpnia miejscem spotkania nie tylko mieszkańców tego malowniczego regionu, stało się również okazją do zaprezentowania tradycji i folkloru Kociewia, licznie zgromadzonym tu w tym dniu gościom, którzy przybyli na uroczystą inaugurację I Walnych Plachandrów.
               Pod tym regionalnym określeniem kryje się ciekawa i cenna inicjatywa, zamierzająca wspierać twórczą aktywność ludzi, którzy tu żyją, pracują i chcą pielęgnować rodzimą tradycję. W trakcie starannie przygotowanych obchodów wręczono zaszczytny tytuł Ambasadora Kociewia, który od tej pory będzie przyznawany osobom i instytucjom szczególnie zasłużonym dla promocji regionu. Młodym, pracowitym, utalentowanym  osobom o wyjątkowym dorobku wręczono wyróżnienie Perełka Kociewia.
                Pierwsze Walne Plachandry odbyły się w miejscu szczególnym dla ziemi kociewskiej, które od wieków przyciągało rzesze pątników i jak przekazuje tradycja w miejscu Łaskami Słynącym, przy źródełku z uzdrawiającą wodą.
Spotkać tu można było wielu niezwykłych ludzi, kociewskie zespoły folklorystyczne, ludowych artystów, a koła gospodyń przygotowały potrawy  tradycyjnej kuchni kociewskiej.
                Przyciągały uwagę prace artystów ludowych z Kociewia, Kaszub i Borów Tucholskich, którzy w rzeźbie, obrazach i hafcie utrwalili wizerunek Matki Bożej Piaseckiej. Przydrożne kapliczki  Kociewia z Figurką Matki Bożej uwieczniono w barwnych fotografiach. To rezultat ogłoszonego konkursu w związku z przypadającym w tym roku jubileuszem  50-lecia koronacji Figury Matki Bożej Piaseckiej koronami papieskimi.
               Cieszy, że świadkami tego szczególnego wydarzenia była licznie uczestnicząca w nim młodzież i najmłodsze pokolenie Kociewian.
Dzień umykał zbyt szybko w tym wyjątkowym, niezwykle radosnym, barwnym, pełnym dobrych intencji miejscu.
                To prawda, chciałoby się jeszcze przebywać w tym niezwykłym miejscu, niestety, trzeba było wracać do Gdańska, zwłaszcza, że następnego dnia miała miejsce kolejna impreza – I Jarmark Kociewski w leśnictwie Wirty. Tak, jak poprzedniego dnia, moja żonka, Barbara Maciejewska i ja, pojechaliśmy do Wirt. Pogoda wyśmienita zapowiadała przyjemny dzień. Dobrze, że u sympatycznego Kuby Piechowiaka z leśnictwa „zaklepałem” miejsce parkingowe, bo gdzie tylko było można, na poboczach, polankach, łąkach stały rzędy samochodów. Jak mnie poinformowano, w tej imprezie uczestniczyło około 7 tysięcy gości.
              I Jarmark Kociewski zorganizowany został przez Nadleśnictwo w Kaliskach i oddział kociewski Zrzeszenia Kaszubsko – Pomorskiego w Zblewie. Wokół pięknej zielonej polany otoczonej wiekowym lasem prezentowały swoje rękodzieło uczestnicy XII pleneru i przybyli specjalnie na tę imprezę twórcy z Pomorza. Można było zaopatrzyć się w cudowne hafty, rzeźbę w drewnie, ceramikę, plecionkę i malarstwo. Nie brakło różnego rodzaju jadła od dzika poczynając, na smakowitych wyrobach pań z Kół Gospodyń Wiejskich Borzechowa, Bytoni, Osiecznej, Zblewa kończąc.
                 Gościem specjalnym Jarmarku był Wojciech Cejrowski, który tutaj odebrał tytuł Ambasadora Kociewia, nie mogąc tego uczynić w Piasecznie.
                  Jarmark Kociewski zakończył się rozdaniem dyplomów uczestnictwa twórcom ludowym uczestniczącym w bytońskim plenerze, który sfinansowany został dzięki projektowi LGD Chata Kociewska. Projekt nosił tytuł: Jarmark Kociewski w Wirtach owocem warsztatów sztuki ludowej, rękodzieła i recyklingu.
Uczestnikami XII pleneru byli:  Bogumiła Błażejewska, Krystyna Engler, Maria Leszman, Katarzyna Nowak, Barbara Okonek, Ewa Piotrowska, Irena Szczepańska, Krzysztof Bagorski, Krystyna Chwojnicka, Włodzimierz Drozd, Malwina Dzwonkowska, Brygida Śniatecka, Józef Śniatecki, Alfons Zwara, Leszek Baczkowski, Tomasz Bednarczyk, Marek Pawelec, Jolanta Pawłowska.

                                                                          Edmund Zieliński 
Gdańsk 3 września 2018

Artystyczna dusza Marka Pawelca

 Artystyczna dusza Marka Pawelca
Urodził się w Kleszczewie, przyszłą żonę poznał w Zblewie  i tu mieszkają.
           Pana Marka poznałem przed trzydziestu laty, kiedy rozpocząłem budowę domu w tej wsi. Jest wziętym stolarzem, ale i rzeźbiarzem. A z rzeźbą to było tak.
             Był rok 1998. Rozpoczęły się przygotowania do wizyta naszego papieża Jana Pawła II w Polsce. Było wiadomo, że ma przyjechać  do Trójmiasta. Przy wyborze miejsca brano pod uwagę Sopot i Gdynię. Ostatecznie władze kościelne i administracyjne zadecydowały, że ołtarz papieski stanie na hipodromie w Sopocie. Scenograf pan Marian Kołodziej opracował cały plan sytuacyjny i zaproponował, by wystrój ołtarza papieskiego wykonali rzeźbiarze ludowi z Pomorza. Z racji pełnionej przeze mnie funkcji prezesa Oddziału Gdańskiego Stowarzyszenia Twórców Ludowych, organizatorzy całego przedsięwzięcia poprosili mnie o pomoc w naborze rzeźbiarzy do wystroju ołtarza. To niebyło trudne, wielu znałem osobiście, o wielu słyszałem. Tutaj pomyślałem o stolarzu Marku Pawelcu i zaproponowałem mu wykonanie krzyża z pasyjką do ołtarza papieskiego. Marek pasyjkę wyrzeźbił, krzyż wykonał i dzieło to stanęło w sąsiedztwie mojego krzyża na prawym skrzydle ołtarza papieskiego. I tak zaczęła się przygoda Marka Pawelca z rzeźbą. Najważniejsze, że nie był to epizod – artystyczna praca w drewnie trwa do dziś. Dowodem jego działalności artystycznej są liczne kapliczki przydrożne i krzyże stojące na terenie Kociewia. Najwięcej serca i swych umiejętności artysta włożył w wykonanie kopii Matki Bożej Łąkowskiej z XIX wieku. Oryginał znajduje się w Muzeum Ziemi Kociewskiej w Starogardzie, natomiast kopia zajęła miejsce oryginału w Bożej Męce  w Zblewie u zbiegu ulic – Głównej, Kościelnej, Chojnickiej, Dworcowej i Północnej.
Marek Pawelec wypracował swój własny styl, co jest cenną cechą każdego artysty.
Gdańsk 6 czerwca 2018                                                    Edmund Zieliński

Ps. Umiejętności Marka Pawelca i niebywałe zaangażowanie w rzeźbie ludowej, znalazło swoje odzwierciedlenie podczas rozpatrywania wniosku M. Pawelca o przyjęcie do Stowarzyszenia Twórców Ludowych. Tutaj Rada Naukowa działająca przy Zarządzie Głównym STL jednogłośnie podjęła uchwałę o przyjęciu pana Marka Pawelca w poczet członków tej organizacji.  Stało się to 10 września 2018 r.

Gdańsk 2 października 2018
             

sobota, 4 sierpnia 2018

Laudacja Pani Haliny Słojewskiej – Kołodziej, wygłoszona na promocji mojej książki „Ołtarz papieski dłutem stworzony” w Instytucie Kaszubskim w Gdańsku, dnia 18 marca 2010 roku.

Laudacja Pani Haliny Słojewskiej – Kołodziej, wygłoszona na promocji mojej książki „Ołtarz papieski dłutem stworzony” w Instytucie Kaszubskim w Gdańsku, dnia 18 marca 2010 roku.


Mówi Pani Halina Słojewska – Kołodziej.
Określiłeś w zaproszeniu (do prof. Józefa Borzyszkowskiego), że o książce opowie ta i ta. Musicie mi państwo po prostu darować, ponieważ ja tę książkę przeżyłam niesłychanie osobiście poprzez moje wzruszenie, moje prywatne, dzięki temu, co napisał, co stworzył pan Edmund. Ale każda strona tej książki wzbudza moje poruszenie i boję się, że ja się temu wzruszeniu za bardzo poddam, i to proszę mi darować. Ale sytuacja jest taka, że musicie państwo to zrozumieć, bo był czas , jak myślę, wszystkich państwa, którzy współtworzyli ten ołtarz. To był czas wyjątkowy. Dla każdego z nas coś innego to znaczyło w życiu prywatnym, zawodowym, osobistym i jak najbardziej twórczym, że każdy z was to też  w jakiś sposób wyjątkowy przeżył. I tu może to moje .. raz, że się do tego grona tak przyczepiłam poprzez Kołodzieja. Bo przecież nie mogłam go zostawić samego, a w różnych sytuacjach pomagać. A poza tym, byłam świadkiem jak on wyrysowywał te propozycję tych figur. W związku z tym to moje opowiadanie o książce będzie szalenie subiektywne, prosiłabym żebyście państwo … może uda mi się przywołać nastrój tamtych dni, który dla każdego ma inną barwę, co innego wspomina, a tutaj musicie jakoś państwo przyjąć to moje wrażenie. Wiecie państwo, że mamy szczęście, że tak wyjątkową sytuację, jaka była przy budowie tego ołtarza, dokumentował pan Edmund. Bo nie wszystkie   wydarzenia wtedy jeszcze… bo technika była inna w porównaniu z tą obecną.  Właściwie dzięki temu, krok po kroku, od samego początku naszego spotkania w Łączyńskiej Hucie, ten człowiek z tą kamerą chodził, rejestrował, kazał patrzeć i słuchać. Ręce mu mdlały, jak w którymś momencie pisze, bo wtedy nie był taki sprzęt jak teraz, komórką można nagrywać i już. A on to dokumentował. I mamy szczęście, bo dzięki  takiemu wiernemu zapisowi, bo to był również zapis wypowiedzi kolegów, twórców wszystkich i eminencji i profesorostwa. Dzięki temu powstało coś,  prostu powstało coś, z czym się możemy dzięki tej książce identyfikować, pomoże nam przypomnieć, jak to było, co przez te pół roku było takie ważne dla nas. Co w tej chwili, pewno taka jest natura ludzka, że  na początku w trakcie działania były jakieś zgrzyty, jakieś nieporozumienia, przecież w każdym przedsięwzięciu ludzkim się zdarzają. A z upływem  czasu to wszystko przestaje być ważne. Ważne jest to, co było wspaniałe, to, co było w naszych sercach, to, co było  w naszym entuzjazmie, to co było w naszych poszukiwaniach, bo tak to było, bo to była  taka zbiorowa wspólna twórcza praca. I to wszystko zawdzięczamy panu Edmundowi. Ja to tak w każdym razie odbieram. Ponieważ on to uparcie od pierwszego spotkania, aż do samego końca dokumentował, bo są zdjęcia z  rozbiórki ołtarza i  ostatnie wspólne  zdjęcie nas wszystkich  na ołtarzu. 
To jest nieprzecenione dla mnie, to co on tutaj zrobił. Ale tak ogólnie – panu Edmundowi należą się za to nasze niezmierne akty wdzięczności, bo każdy z państwa który brał udział, coś tam znajdzie takiego swojego. Mało tego, mnie to szalenie ujęło to,  że pan Edmund mówi o tych swoich kolegach po imieniu: a Michaś to, a Stanisław to, Rysiu tamto, że  przez taki drobiazg to się przewija, bo widzę, że  Henryk chciał powiedzieć to i to, a Michał tam znowu to i to, że to wiecie, to jest drobiazg, ale to przywołuje tę atmosferę, która się  może  po miesiącu, po dwóch, po trzech  się wytworzyła, takiej wspólnoty miedzy wami twórcami, bo   najpierw było to natchnienie Kołodzieja, potem różne mądre i serdeczne gesty. Chciałam powiedzieć, że jądro tego wszystkiego co się zdarzyło przy naszym Janie Pawle II tam na tym ołtarzu, to jądro, to ja to odczuwam tak, że to wy, twórcy, poruszeni jakąś wspólną myślą, która się rodziła czasem opornie, czasem w proteście, a czasem w entuzjazmie, a pomału się rodziła, że to się zdarzyło dla naszego Jana Pawła II przez was, dzięki wam. Był prof. Józef Borzyszkowski, przygarnął nas wszystkich w swojej checzy w Łączyńskiej Hucie i stworzył atmosferę taką, że każdy mógł powiedzieć co o tym myśli. Były osoby, jakby w sensie organizacyjnym też to wszystko ujęły. Istota rzeczy, i to myślę też, jestem panie Edmundzie  wdzięczna za wierną dokumentację także słów Kołodzieja, że on daje tylko generalny obrys tych rzeźb, natomiast chciałby uzyskać od was wasze indywidualne widzenie tego. Tak było. 
 Muszę jeszcze sięgnąć dalej wstecz, że jak powstał ten pomysł Kołodzieja, to zaczęliśmy jeździć, ciągle jeździliśmy na Kaszuby, ale pojechaliśmy na przykład do Skansenu do Wdzydz Kiszewskich, i tam, i z panią Szałaśną, i byliśmy w muzeum etnograficznym w Oliwie, gdzie udostępniono nam te wzory tych dawnych kaszubskich kapliczek, figur, Bożych Mąk i to właściwie było tą iskrą, która się zapaliła w Kołodzieju, że można by na tych naszych Kaszubach jakby przywołać tę przeszłość artystyczną, serdeczną, prostą i dlatego Kołodziejowi zależało na tym, żeby oczywiście w generalnym zarysie    rzeźby było jego, ale wyraz indywidualny musiał być każdego z was. I to się sprawdziło. No, były wątpliwości, bo wielu z państwa takich gabarytów nigdy nie rzeźbiło, więc to był pierwszy znak zapytania, czy to się uda. Występowała kwestia polichromowania tych rzeźb, były różne fazy ustawienia tego na ołtarzu. Ale jakże on się cieszył jak widział inwencję rzeźbiarza. Musze przypomnieć anioła pani Reginy Matuszewskiej. Marian troszeczkę inaczej tego anioła narysował. Ten  anioł u Kołodzieja był taki z rozwartymi skrzydłami, taki porządny anioł, którego nie powstydziłby się Józek Chełmowski. No a pani Matuszewska dostała jakiś taki kloc lipy, no i przyjeżdżamy do niej na konsultacje, zobaczyć jak jej ta praca idzie, i co my widzimy, że anioł pani Matuszewskiej ma takie skulone skrzydła, nie żaden taki pyszny, ma te stulone skrzydła, ale wyraz tego anioła jest taki, że po prostu Kołodzieja zatkało. Ona go tak wspaniale zakomponowała, bo taki miała pień drewna. To taki przykład. Uparcie do tego wracam, bo w moim życiu też były takie dwa okresy – pierwszy ołtarz i potem po dwunastu latach ten ołtarz, gdzie zagarnął cała moją istotę. Te zadania z tym związane. Ja nie zapomnę nigdy kiedy jeździliśmy z Kołodziejem na te korekty tak zwane, kiedy on patrzył co to się rodzi. No bo jak mówię, to karkołomne było zadanie, to na pewno na początku państwo tak myśleli. Ale potem jak rozpakowaliście się przy tej robocie, zauważyliście, że po prostu umiecie to zrobić, że dacie radę. Nie taka kapliczka czy nie taka figurka, ale taki chłop Pan Jezus czy Józef, czy jakiś inny. Ta idea Kołodzieja żeby te rzeźby wasze stanęły na Kaszubach. No różnie to potem się okazało, szkoda, że to się nie mogło zrealizować. W wyobraźni Kołodzieja była kapela kaszubska nad jeziorem Raduńskim, bo tam łódź była, też płynęli łodzią, czy na przykład Jan Chrzciciel, też będzie gdzieś nad wodą, że będą wtopione te postacie w ten pejzaż kaszubski. Tutaj tak się wzruszyłam, bo tu przywołał pan Edmund ten temat, który był poruszany na którymś zebraniu, jak to będzie i gdzie to będzie, a Kołodziej mówił -  ja mam swój kamień koło Łączyńskiej Huty i tam jak czytam  siadam sobie. I tak sobie wyobraziłem, że jak mnie już nie będzie, to tam będzie siedział Jezus Frasobliwy, że się go tam umieści. No tak wydaje się, że to piękna myśl, miał szalenie bogatą wyobraźnie, on tam widział te postacie, no, że to się nie udało, może szkoda. Tak, że myślę sobie, że dane nam było coś przeżyć takiego nieporównywalnego z innymi zdarzeniami w życiu naszym. Bo tutaj się jak gdyby ta metafizyka i nasza religia i nasza miłość do Jana Pawła II i wasze twórcze natchnienia, które mieliście i to się wszystko jakoś w ten jeden akt zestrzeliło. Powtarzam, żeby nie pan Edmund, to byśmy sobie…  to tam  hodowali w sercu, każdy coś innego. Natomiast on to dokonał na papierze, i to jest ilustrowane zdjęciami, które też mnie bardzo wzruszały (pani Halina wspomina tutaj zmarłego męża Kołodzieja), jeszcze nie bardzo mogę patrzeć na te zdjęcia Kołodzieja, jakoś mi jest ciężko bardzo, ale  dzięki temu co on zrobił to, to będzie trwało i może tam gdzieś jeszcze się uda, bo rzeźby które są w Matemblewie - jest taki pomysł - żeby je pokazać, gdzieś czerwcu, może na takiej wielkiej wystawie w kościele Mariackim.  Z drżeniem serca pojadę do Matemblewa zobaczyć w jakim one są stanie prawda? Kołodziej parokrotnie mówił, że jemu nie przeszkadza, że to drewno popęka, że tak jak stoją te Boże Męki na skraju wsi czy na skrzyżowaniu dróg, czy w kapliczkach, pada na nie śnieg, deszcz, wieje wiatr i to też ma swój wyraz artystyczny. Myślę, że gdyby się to udało, to wtedy byście przyjechali zobaczyć swoje działa. Dziękuję panie Edmundzie i cenię sobie szalenie wysoko pana dzieło. Nie wiem czy oddałam wszystko, bo taka jestem trochę  poruszona tym wszystkim. Musicie mi wybaczyć. 
 Kiedy Pani Halina skończyła, wstałem i powiedziałem: Drodzy Państwo, ja nie śmiałbym już nic dodać. Ponieważ pani Halina tak pięknie o wszystkim powiedziała, że przypadkiem żebym czegoś nie zburzył. Ja chcę tylko serdecznie Pani Halinie podziękować. Ja kwiatków nie mam, ale pozwolę sobie to otworzyć (odwija zapakowane drzewko z ptaszkami) mam coś, czym się zajmuję na co dzień, i myślę, że to będzie gdzieś tam stało i przypominało nasze działania. Pani Halina mówi - dziękuję serdecznie pani Edmundzie i powiem jeszcze, że ta książka mnie uświadomiła, że pan Edmund to jest nie tylko prozaik i epik, ale i wiersze pisze. Ja tu jeden wiersz przeczytam panie Edmundzie,  oto on:

Kołodziej się zwierza, że dla papieża
Ołtarz zbudują rzeźbiarze.
Zebrało się wiele, w plebanii, kościele
Twórczości ludowej szafarze.

Projekty wybrali, ci wielcy i mali,
I bracia trzej Kociewiacy
By Ojcu Świętemu, ziomkowi naszemu
Pokłon złożyć w tej pracy.

Już kloce zwiezione tam w Zblewie złożone
Czekają na dłuto Jerzego.
A nasz brat Jerzy w szpitalu leży
I myśli, czy wyjdzie z niego.

Lecz śmierć już bieży i zwierza się Jerzy
Że rzeźby już nie dla niego.
Pan brata zabiera, myśl głowę uwiera,
Zrobimy za brata naszego.

I tak to powstała ta rzeźba niemała
Co bracia Jerzego zrobili,
I Stanisław Plata, kolega nasz, brata,
To wszystko za niego rzeźbili.


Zebrani nagrodzili panią Słojewską wielkimi brawami.

P.s. Pani Halina Słojewska zmarła w czwartek wieczorem 1 listopada 2018 r. Tydzień później w czwartek 8 listopada w kościele p.w. Św. Jana w Gdańsku o godzinie 16 odbyło się nabożeństwo żałobne przy urnie z prochami zmarłej Haliny Słojewskiej. Urna została przewieziona na miejsce spoczynku Jej męża pana Mariana Kołodzieja w Centrum Św. Maksymiliana  w Harmężach.