wtorek, 10 czerwca 2014

KURPIOWSKA KOCIEWIANKA CZYLI REGINA MATUSZEWSKA Z CZARNEGOLASU CZĘŚĆ IIIDrukujE-mail
wtorek, 10 czerwiec 2014
Czy ktoś dziś na wsi gotuje zupę z komosy? Pamiętam jej smak z dzieciństwa, bo na stole babci ta potrawa jeszcze istniała. Sam zbierałem świeżutkie listki tej rośliny do koszyczka i zanosiłem babci do kuchni.

Wiem, że po ugotowaniu babcia zaprawiała zupę śmietaną i wkładała do niej pokrojone w kostkę ugotowane jajka. Jakie składniki jeszcze w niej były? Tego nie pamiętam.
No to idźmy śladami wczesnej młodości Pani Reginy. Zanurzmy się w krajobraz kurpiowskiej wsi, popatrzmy jak ciężko ci ludzie pracowali. Usiądźmy z nimi przy ognisku, pojedzmy pieczonych kartofli i popijmy osoloną wodą z cebulą. Zero cholesterolu.

Gospodarstwo Matuszewskich w Czarnymlesie

Na wiosnę chłop zasiał kobiecie kawałek pola lnu. Musiała ten len wypleć. Proso też trzeba było pleć, suszyć potem, na piecu się suszyło, gdy już było wymłócone i czysto wywiane, często na wietrze, i robiona była kasza w specjalnych drewnianych stępach. Stępy były robione z kloca. Kloc był w środku wyżłobiony na głaciutko, sypało się do tego kloca proso i stęporem z drzewa się obtłukiwało proso na kaszę, a jęczmień na pęczak. Ale miałam napisać o lnie, a piszę o prosie. 
Jak ten len dojrzał, to trzeba było go wyrwać, wysuszyć, potem zebrać i powiązać w snopki. Wtedy chłop przywiózł len do stodoły i tam na klepisku kobieta musiała go kijanką wytłuc, powiązać w snopki i znowu ułożyć na wóz i chłop jechał z kobietą, żeby ten len namoczyć gdzieś do rowu do wody. Przyłożyć trzeba go było drążkami, kępami i len musiał jakiś czas moknąć. Gdy już był miękki, chłop pomógł kobiecie wyciągnąć len na ugór, a kobieta rozpostarła go cienko na tym ugorze. Tak długo leżał, aż włókno odchodziło od łodyg. Wtedy w pogodny dzień kobieta zebrała, powiązała i chłop przywiózł do szopy.
Po tej robocie nadchodziła jesień, trzeba było poszyć worki, stare połatać i przygotować się do wykopów. Wykopki trwały od połowy września do połowy października. Kobiety kopały haczkami – motykami wszystkie kartofle. Wrzucały w koszyki, duże do jednego, a małe do drugiego. Chłop wieczorem przyjeżdżał na pole i kładł z kobietą worki na wóz i chłop wiózł worki do głębokiego wądoła (kopiec – E.Z.). Ludzie wstawali jak najraniej (wcześnie rano – E.Z.). Kobiety gotowały kartofle dla świń i dla konia, a gdy się rozwidniało, jedli już śniadanie. Też kartofle z kapustą czy barszczykiem, na koniec musiała być przygotywka, czyli kasza albo kluski na mleku. Najlepsze kluski były z gryczanej mąki. Wolałam jak pszenne, choć pszenne mało kiedy były. Po śniadaniu starsze dzieci pasły krowy albo szły do szkoły. Te dzieci, co szły rano do szkoły, zastępowały te, co pasły z rana. Nie miały kiedy się uczyć, musiały pomagać przy każdej robocie. W szkole było cztery klasy. Uczyły się w dwóch. Czwarta i trzecia szły do szkoły na ósmą, a druga i pierwsza szła na jedenastą. Gdy niektórzy rodzice nie puścili dzieci do szkoły przez dłuższy czas, byli wzywani do gminy, do wójta. Wójt sadzał na kilka dni ojca do aresztu. Nie wiem, co robili z tymi, które musieli oddać dzieci na służbę do pasienia krów. Niektórzy gospodarze mieli dużo dzieci i nie mogli ich sami wychować, oddawali dzieci na lato i wiosnę i jesień paść krowy. Zarobiły kilka worków kartofli albo innej ognarii (produktów rolnych – E.Z.). Tak to się wtedy nazywało. Mój sąsiad miał zawsze pastucha.
Rozalia Ciecierska z córką Heleną

Teściowa i synowa wstawały o 3 – 4 rano. Wydoiły 7 krów, budziły pastucha, pomogły wygonić krowy i cielaki na paśnik. Jak był deszcz, to z worka od kartofli robiło się kaptur i pastuch zakładał na głowę i plecy. Nogi miał bose, krowa sikała, to on te bose nogi ogrzewał. Na św. Jana pastuch z kwiatów polnych porobił wianki i krowom te wianki poprzywiązywał do rogów. Zbliżało się południe, pognał krowy do chlewa. Jak było gorąco, to nieraz krowy się gździły (wpadały w panikę gdy dopadły je gzy – E.Z.). Gez je ugryzł, to same uciekały do chlewa. Nieraz słońce przygrzewało, nie chciało się paść krów, to się mówiło głośno przy krowach; brygz, brygz… Cielaki pierwsze się gździły i uciekały , a krowy za nimi. Dla mnie paść krowy, to była najgorsza robota. 
Mój ojciec był krawcem, ale i ziemię miał, jednego konia, trzy krowy i ze trzy cielaki zawsze były. Mój ojciec z drągów i kolczastego drutu ogrodził ze dwa hektary łąki i tam krowy chodziły. Ale czasem trzeba było popaść na rżyskach, albo jak łąki były skoszone, na łąkach. Trzeba było pilnować nie tylko od kartofli, ale i od stoga. Jak krowa otarła się o stóg, to ze dwa pęki siana wyleciało (wypadło z kopy – E.Z.). Nieraz stogi były ludzkie (inni byli ich właścicielami – E.Z.) i łąki też ludzkie. Właściciele mieszkali dalej i nie widzieli, co się robi na łące. Najgorzej, jak kogo złapali, krowy mógł zająć, ale przeważnie na krzyku i kłótni z właścicielem krów się kończyło. Ci co paśli krowy, mówili, że robią przysługę, bo krowy starzysko wyżrą (wyjedzą starą trawę – E.Z.) i lepsza trawa urośnie. Mnie się nudziło, to rwałam krowom tużyce (sierść – E.Z.) i kulałam piłki. Były czerwone, czarne i białe, podobne do wielbłądziej wełny. Twarde były, ale można było do siebie rzucać. 

Regina Matuszewska i Edmund Zieliński
Jednego razu wzięłam igłę, nożyczki i białe płótno – żeby się nie nudziło, będę haftować, Łysa (imię krowy – E.Z.) poszła w żyto i musiałam odwrócić (przypędzić z powrotem – E.Z.), a Organa zjadła to płócienko nici i nożyczki małe. Nikomu o tym nie mówiłam, ale nic się nie stało. Wianki krowom też przywiązywałam z moją siostrą Genią. Ojciec nam dał po dwa grosze od krowy. Każda krowa była nazwana. Były dzięcielichy, jaskóły, okulory, bziołe i corne i graniaste. Na św. Marcina były robione przez pastucha „Marcinki”. Brało się dużą rózgę, obcinało się grube rózgi, w czubku zostawiało się tyle móżdżków ile było krów. Przy rękojeści wyrzynało się nożem krowy i cielaki, dostawało się coś za „marcinkę” i kończyło się pasienie krów. W jesieni pasło się krowy cały dzień. Już tak rano nie było wyganiane, ale południa już nie było dla pastucha. Dostawał w torbę kawałek chleba i w butelkę mleka. Tą butelką potrząsał tak długo, aż zrobiło się masło. Mógł sobie chleb posmarować, a maślankę wypić.
Gdy się krowy goniło na łąki, każdy dzieciak pasł na swojej łące, ale nieraz się uzbierało kilku i rozpalali malutkie ognisko. Nazbierali gałązek, zawsze tam jakieś krzaki czy drzewa rosły, podszukali (wybrali spod krzewu rosnących ziemniaków – E.Z.) kilka kartofli i piekli. Na łąkowej ziemi rodziły się kartofle, mówiło się, że rosną na nowinie (ziemia, na której dotąd nie sadzono ziemniaków. Nowinami u mego dziadka nazywano nowo posadzony las na ziemi, która dotąd była rola uprawną – E.Z.). Takie się porodziły jak drwa. Po południu wszystkie dzieci już były w domu. Z krowami posyłało się młodsze dziecko. Starszy pomagał rodzicom w polu, dziewczynki pomagały len pielić, proso, len rwać i w stodole tłuc kijankami od prania bielizny, którą się płukało przy studni. We żniwa też pomagały przy odbieraniu zboża. Z konopi trzeba było wyrwać płoskunki. To były nie zapylone konopie. Były cieńsze i gdy ich nie wyrywał, to by uschły i nie byłoby z nich żadnego pożytku. Z konopi gospodynie tkały worki i płótno na prześcieradła. 

Rzeźby Reginy Matuszewskiej
Dziewczynki okopywały kapustę, ale najpierw pomogły posadzić brukiew i warzywo, buraczki, marchew i fasolę. Pasternak już zanikał. Nie wiem, dlaczego. Moja matka jak ugotowała, tośmy nie mogły się nacieszyć, taki był dobry. Może dlatego wyginął, że rósł pomiędzy dobrym jakiś kołowaty. Jak tego kołowatego ugotował, to gorzej jak by się wódki napił. Mąż mi opowiadał, jak jego znajomy mówił; żona jego poszła do kościoła, a oni sobie nagotowali pasternaku kołowatego, bo jak to chłopy – się nie znali, który dobry. Żona wraca z kościoła, a jej mąż siedzi na piecu w długiej koszuli kobiecej, a szwagier pod stołem - też w długiej koszuli. Oni myśleli, że dobrze robią. Przebrali się za organistego i księdza. Śpiewali po łacinie na cały głos. Żona dała im zsiadłego mleka i zaczęli do siebie dochodzić. Męża babki opowiadały, że jeszcze dawniej, jak byliśmy pod ruskim zaborem. Ruski pilnowali granicy Prus Wschodnich. Mieli niedaleko granicy swój kordon i czasem w wolnej chwili przychodzili do wieśniaków na pogawędkę. Wieśniaczka miała ugotowany pasternak i Ruska poczęstowała tym przysmakiem. Ruskowi tak zasmakował i zaczął często przychodzić na pasternak. Co dzień się tej potrawy nie gotowało i dla tej kobiety był kłopot. Wpadła na pomysł i ugotowała pasternaku kołowatego. Rusek przyszedł, najadł się i poszedł. Więcej nie przyszedł. Na placówce wyprawiał brewerie, opowiadali jego kamraci.
Regina Matuszewska na pastwisku w Czarnymlesie 
W pszenicy niektóre kłosy miały jakiś pasożyt nazywany Bździuchem. Jak go było dużo, to też od tego mógł dostać jakieś wizje.
Myślę, że Chińczycy polecają swoją kuchnię. Oni mówią, czym strawa dłużej gotowana, tym ma więcej energii. Jak człowiek ma dużo energii, to ma mniejsze zapotrzebowanie na witaminy. Nasi rodzice nic nie wiedzieli o witaminach. Na surowo to tylko czasem kapusta kiszona była dodatkiem posiłku. Kapustę kisiło się w kłodach dębowych. Do kłody się kroiło, a te lichsze główki się siekało w specjalnych korytach i kisiło się siekaną w cebrze. Jak kapusta ukisła, wynosiło się ją do chłodniejszego pomieszczenia. Najpierw się ją wybrało, bo nikt by jej nie uradził, no i kapusta zgubiła gorycz. Na dno kłody włożyło się całych główek, a potem ubijało się tą kiszoną. Na wiosnę zostały całe główki. Jak kogo głowa bolała, to przyniósł główkę, obłożył głowę i przestała boleć. Kapusta była gotowana co dzień. Czasami rano kapusta, a na wieczerzę kapuścianka. Kapusta była zasypana kaszą jęczmienną, dodane suszone grzybki. W poście przeważnie krasili grzybami, śmietaną i olejem lnianym.
Chińczycy piszą, że jęczmień tyle chorób leczy, nawet siwe włosy ciemnieją. Nie tylko jęczmień, ale wszystkie zboża. Proso leczy nawet nowotwory, żyto miażdżycowe choroby, owies na trawienie, pszenica krew oczyszcza, len na wypróżnianie. Dla nas chińszczyzna to nie nowość, bo myśmy się kiedyś kaszami karmili, gotowali fasolę, grochy, marchew, brukiew z ziemniakami, dynię z kaszą jaglaną. Wszystko to było mlekiem kraszone. A jakie to smaczne było to jedzenie. Musiała matka całe swoje serce włożyć w to gotowanie. Zboża było mniej, to gotowali nieraz trzy razy dziennie, aby głodu nikt nie miał. Teraz po jedzeniu jest jakiś kompot zimny, kiedyś była gotowana jakaś kasza, czy kluski z mlekiem. W zimie dużo gotowało się kapusty, fasoli i grochu. Na wiosnę szukało się szczawiu, komosy. Też gotowało się z jęczmienną kaszą i świeżym masełkiem. Najlepiej lubiłam buraczki z botwinką i śmietanką i młode ziemniaki. 
W lecie gotowało się dużo barszczów. Z kwasu chlebowego, maślanki i serwatki. W lecie kury się niosły, były jajka po troszę (spożywało się nie wielkie ilości – E.Z.), bo do miasta się nosiło, żeby jakiś Żyd kupił. W jesieni gotowało się dużo dyni, kartofle piekli ludzie na obiad. Wszyscy byli przy wykopkach. Do ogniska wołało się sąsiadów, oni jutro zawołają nas. Jak było więcej ludzi, to obydwa sąsiedzi razem piekli przy jednym ognisku. Kobieta poleciała do domu, ukroiła cebuli na miskę, osoliła, do pełnej miski dolała wody, wymieszała. Wzięła łyżki i w papierek soli i przyszła do ogniska. Kartofle trzeba było mieszać kosiorem, żeby się równo upiekły. Jak już były miękkie, to wyjmowali z ogniska, kładli do szorstkiego worka i otrząsali. Jedno chwyciło za jeden koniec, drugie za drugi i nad ziemią do siebie pociągali tak długo, aż ta spalenizna z nich spadła. Wszyscy obsiedli ten worek, brali ziemniaki w rękę, solili i zapijali wodą z cebulą, łyżkami z jednej miski. Naopowiadali sobie nowinek. Poplotkowali sobie. Życzyli sobie zdrowia. Chłopy zapalili tabaki i rozchodzili się każdy do swoich kartofli. Żeby te kartofle upiec, szło się do chojniaku albo do małego zagajnika i bosakiem się na obrywało oszczegli (suchych gałęzi – E.Z.) i oblotów (opadłych gałęzi – E.Z.) od sosnowych drzew. Trzeba było uważać, żeby gajowy nie złapał za rękę. Bo jak się widziało, że idzie, to się uciekło i szukaj wiatru w polu. Te suche oszczegle wiązało się powrozem, zarzuciło się na plecy i przynosiło się do ogniska starego miejsca. Tą robotę robili chłopy, albo ich syny. 
Regina i Stanisław Matuszewscy z dziećmi i babcią Marianna Matuszewską
Chłopy kartofli nie kopali, chyba, że w tej rodzinie było więcej siły męskiej. Chłopy orali, bronowali, sieli. Tak robili, żeby w tydzień Mateuszowy (około św. Mateusza – E.Z.) zasiać żyto, bo wtedy najlepiej się urodziło. Kobiety kopały w worki. Nad wieczorem chłop przyjechał i z kobietą pokładli na wóz worki z kartoflami. Zawieźli do wądoła, okrągłego i głębokiego. Okryli słomą i przykopywali ziemią. Jak się swoje kartofle wykopało prędzej, to się pomogło sąsiadce z jeden dzień, albo biednej wdowie. Wszyscy się zlecieli i pomogli przy trudniejszych robotach. Wdowa się cieszyła i na koniec roboty coś dobrego postawiła swoim sąsiadom.
Wieczorem znów kobieta wstawiała duże gary świniom i koniowi, w tym czasie skrobała ziemniaki łyżką do skrobania. Jak wystawiła ugotowane gary świniom i koniowi, to wstawiała ziemniaki. Przygrzewała rańszą (wcześniej ugotowaną – E.Z.) kapustę, albo gotowała jakiś barszcz do zapijania ugotowanych kartofli. W trzeciej fajerze (otwór paleniska w kuchni – E.Z.) gotowała się kasza. Niektórzy mówili, że jak nie ma przygotywki, to nie ma jedzenia. Chleb jadło się na obiad, albo jak się kiedyś zachciało pojeść chleba. Kobiety skończyły kopanie, to brały się za tarcie lnu. Jak len był wytarty, to trzeba go było wyklepać i wyczesać. Przy klepaniu klepadłem spadały pakoły (pakuły E.Z.). Te pakoły przędło się na grube nici, na wątek do chodników lub worków. Przy czesani zlatywały ze lnu scząski, czyli paczesie. Z paczesiów przędło się cieńsze nici na postawę. Z samego lnu przędło się cieniutkie nitki na part. Part był na wiosnę wynoszony na bielnik. Polany wodą, jak wysechł i słońce wybieliło na ładne, białe płótno. Z płótna na przednówku kobiety szyły koszule, jak nie było jeszcze maszyn do szycia.
Kobiety miały dużo zajęcia. Musiały być zdrowe, pracowite i sprytne.

Następny odcinek będzie jeszcze ciekawszy.
Gdańsk 5 czerwca 2014 Edmund Zieliński


sobota, 7 czerwca 2014

EDMUND ZIELIŃSKI. TCZEWSKICH DZIECI NA SZKLE MALOWANIEDrukujE-mail
sobota, 07 czerwiec 2014


Międzynarodowy Dzień Dziecka to święto szczególne. Nasze dzieci to nasza przyszłość. Mądrze powiedział Andrzej Frycz Modrzewski (1503 – 1572) - „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”. No to przekażmy naszym dzieciom wiedzę o dobrym i złym, o naszej kulturze i dziejach naszych przodków. 
Ja, poprzez moje zainteresowania kulturą i sztuką ludową, czynię to już pół wieku. Z tego też powodu znalazłem się w Dniu Dziecka na Placu Hallera w Tczewie, by przybliżyć naszym milusińskim i wszystkim chętnym wiedzę praktyczną z malarstwa na szkle, jakie powszechnie występowało na Pomorzu.
Zachowało się tylko kilka obrazków z XIX-wiecznego malarstwa na szkle z terenu Kaszub, bo w 1932 roku pożar strawił chatę rybacką we Wdzydzach Kiszewskich i zgromadzone w niej tysiące malunków na szkle. Czy tylko z Kaszub? Śmiem twierdzić, że były tam też obrazki z terenu Kociewia.
Wielka zasługę w ratowaniu zabytków malatur na szkle ma Izydor Gulgowski z Iwiczna na Kociewiu. To on, kiedy otrzymał pod koniec XIX wieku posadę nauczyciela w szkółce we Wdzydzach Kiszewskich, zaczął zbierać resztki malarstwa na szkle z wiejskich chałup, a właściwie strychów, bowiem tradycyjne malarstwo na szkle zastępowano oleodrukami. A wędrując w poszukiwaniu starych obrazków na szkle ograniczył się tylko do Kaszub? Śmiem twierdzić, że nie. Logicznie rozumując, przywiązanie do stron rodzinnych, jakie każdy z nas posiada, zawiodło naszego szkólnygo do rodzinnej wsi i innych miejscowości położonych na Kociewiu (wówczas mało znanym) w poszukiwaniu przedmiotów kultury materialnej wsi, w tym obrazków malowanych na szkle.
To tyle o historii malarstwa na szkle, a jak było w Tczewie?
Organizatorzy przygotowali 100 szkieł formatu A-5, były farbki, pędzle i markery do konturowania. Wobec tego, że świętowaliśmy Dzień Dziecka, to najmłodszym daliśmy pierwszeństwo wykazania się posługiwaniem markerami i pędzelkami. Odeszliśmy od tradycyjnych wzorów, które zastąpione zostały rysunkami zwierzątek, postaci z bajek, kwiatków itp. W przeciągu kilku godzin przygotowany zapas szkieł się skończył, ku niezadowoleniu jeszcze wielu chętnych do malowania. Każde dziecko biorące udział w malowaniu odchodziło od stołu dumnie trzymając w rączce namalowany przez siebie pierwszy obrazek na szkle. Z nie mniejszym zadowoleniem spoglądały na swoje pociechy rodzice i dziadkowie. Wiele z tych młodych artystów deklarowało, że powiesi swój obrazek w domu na ścianie.
Zanim zająłem się malowaniem z dziećmi, obszedłem cały rynek z rozstawionymi kramami z przeróżnym asortymentem. Szukałem wyrobów rękodzieła ludowego. Było stoisko z haftem, obok z kwiatami z bibułek, nieopodal mała dziewczynka rozłożyła swój kramik, zapewne ze swoimi drobiazgami z wczesnego dzieciństwa i co chwilę umieszczała na karteczkach coraz to niższe ceny. Małego pluszowego miśka wyceniła na dwa złote, jakieś rysuneczki po złotówce, książeczki po pięćdziesiąt groszy. Już miałem szczerą chęć wykupić ten biedniutki kramik, ale pomyślałem sobie - do wieczora jeszcze długo, zapewne coś tam sprzeda, a może nabierze przekonania, że na wszystko trzeba zapracować.
Zauważyłem z daleka stoisko z bliskimi mi wyrobami – drewniane ptaszki, aniołki, płaskorzeźby i rzeźby. Zastanawiałem się, kto może być autorem tych prac. Okazało się, że wykonali je wychowankowie Domu Dziecka w Narkowach. Przyznać muszę, spodobały mi się drewniane ptaszki w pięknych kolorach. Jeden z nich znalazł się w mojej kolekcji.
Prawie po środku targowiska usadowił się pan kataryniarz z papugą, a jakże - żywą. Z katarynki płynęły stare melodie, które starszym osobom (mnie też) przypominały młode lata, gdzie melodie wpadały w ucho, a muzyki słuchało się z przyjemnością i zrozumieniem.
Wokół rynku wzbudzając sensację jeździli na XIX-wiecznych bicyklach dwaj panowie. Była też para na szczudłach przechadzająca się w śród gawiedzi górując nad wszystkimi. Było gwarnie i wesoło, zwłaszcza, że dzień był ciepły i słoneczny. Za rok będzie podobnie.
Gdańsk 2.6.2014 Edmund Zieliński

Na szkle żabka się zieleni
Dzieci malują na szkle
Kamila Gillmeister z koleżanką z „Fabryki Sztuk” w Tczewie
Stoisko Domu Dziecka w Narkowach
Stoisko Domu Dziecka w Narkowach
Stoisko Domu Dziecka w Narkowach

Dzieci malują piaskiem
Widok na targowisko
Widok na targowisko

wtorek, 3 czerwca 2014

MÓWILI JAK SUKA NIE DA, TO PIES NIE WEŹMIE; NIE STÓJ PANNO KOŁO BZU, NIE WIERZ CHŁOPCU JAKO PSUDrukujE-mail
wtorek, 03 czerwiec 2014

Kurpiowska Kociewianka  czyli Regina Matuszewska z Czarnegolasu część II


Zachęcam do czytania wspomnień pani Reginy Matuszewskiej. To niezwykła opowieść o dawnym życiu  na wsi. Czytając, przenosimy się w zupełnie inny świat. Obrzędy, zwyczaje, zabawy, smutki i radości – z detalami opisane ręką pani Reginy. Chyba nie przesadzę, jeśli powiem, że wspomnienia pani Matuszewskiej mogłyby być kanwą do napisania pracy magisterskiej z życia dawnej wsi. 
  

                


Ale najładniej to chyba było na Wielkanoc. Już w czasie postu we wszystkich wioskach zbierali się chłopcy, wybrali energicznego chłopa, który służył w wojsku i uczył ich wojskowej musztry  - jak maszerować, jak stać na baczność, jak czyścić broń. Broń - to mieli drewniane karabiny,  na nich drewniane bagnety – pomalowane wyglądały jak prawdziwe. Przez cały post się uczyli, wieczorem zawsze było słychać głos bębna do wtóru maszerowania.

W Wielki Piątek wszyscy kolejno po dwóch trzymali wartę przy grobie Chrystusa.  Gdy się zebrało to wojsko z całej parafii, wtedy się ustawiali  według wzrostu. Najwyżsi  szli na przedzie, najmniejsi na końcu. Najładniejszy był ich strój. Na ciemnych ubraniach mieli skrzyżowane białe pasy, podobnie jak francuskie wojsko. Mieli czapki porobione z tektury, wysokie, u góry odkryte, tylko cztery paski tekturowe je przecinały  na krzyż, w samym czubku pawie piórko, pełno pazłotka (srebrne i złote papierki, w które zawijane były cukierki i czekolada E.Z.), frędzelków i czym tylko się dało stroili, żeby czapka była najładniejsza.

Rano, w pierwsze święto wielkanocne, każdy leciał na rezurekcję na szóstą. Nie tak na nabożeństwo my dzieci leciały, jak na to, by zobaczyć żołnierzy. Chociaż widzieliśmy ich we wielkie dni (dni Wielkiego Tygodnia –  E.Z.) w kościele, ale  samą Wielkanoc było najuroczyściej. Jak we wszystkie bębny zabębnili, jak zasalutowali, jak przemaszerowali, to dzieci za nimi cała urma (gromada E.Z.) leciała, a i dorośli aż na drogę wyszli, żeby zobaczyć kochanych żołnierzy. W kościele było długo, żołnierze stali ładnie w dwuszeregu. Po skończonym nabożeństwie ustawiali się i każda grupa oddzielnie szła do swojej wioski w dwuszeregu. Kolędując od domu do domu i witając domowników „Wesoły nam dzień dziś nastał”. Po odśpiewaniu i salutach, gospodyni dawała żołnierzom wykup w postaci jajek, placków, lub gospodarz poczęstował wódką, ale to się mniej zdarzało.

Gdy w jakimś domu była dziewczyna, wtedy zaczęło się oblewanie wodą, czyli tak zwany dyngus. Mieli w tych drewnianych karabinach porobione sikawki i dziewczyny gonili z wodą, a jak która odważna ich oblała, wtedy gonitwa nie miała granic. Pod studnię niejedną przyprowadzili i porządnie wiadrem zlali.             

Gdy już obeszli całą wieś, wszystkie produkty zebrane, co można było sprzedać, jak jajka surowe - sprzedali i te pieniądze mieli na muzykanta. Muzyka odbywała się w trzecie święto wielkanocne, bo w drugim kolędowali. Gdy już muzykant był ugodzony, musieli chłopcy prosić jakiegoś gospodarza o izbę do tańcowania. Ludzie gdy budowali domy, nie myśleli jak dziś, o wygodach. Każdy tylko się starał, żeby miał dużą izbę do tańca, gdy przyjdą chłopcy prosić. Alkierz mógł być mniejszy i kuchnia, czyli tak zwana izbetka. W izbetce mieszkało się i gotowało w lecie. Natomiast w zimie  wszyscy się przenosili z gotowaniem i spaniem do dużej izby. Tu przyjmowano księdza po kolędzie i innych gości. Szykowanie i odbywanie wesel i pogrzeby.  No i gdy ojciec miał córki, nigdy młodym nie odmówił izby do zabawy. Z taką muzyką, zabawą, nie było dużo kłopotu. Tańczono bez stolików, przekąsek i wypicia. Ale zabawy były udane.  Przerwy pomiędzy tańcami wypełniały przyśpiewki dziewcząt. Chwytały się za ręce, robiły kółko i z podskakiwaniem śpiewały skoczne ludowe piosenki. Jak muzykant zaczął grać, żeby rozpędzić dziewuchy, chłopcy podchodzili do dziewcząt i zapraszali do tańca. Nie kłaniali się jak dziś, po prostu mówił chodź i każda szła, choć z byle Kosiorem (ofermą, niedorajdą, ciamajdą – E.Z.). 

Kawaler, gdy mu panna odmówiła tańca, miał prawo ją usmolić na muzyce. Gdy miała dziewczyna  brata lub narzeczonego, to za nią obstał, najgorzej było samotnym. Robiła tak, żeby zgodzić się z chłopcami.  Na zabawę przychodzili chłopcy z okolicznych wiosek, natomiast dziewczynom nie wolno było iść do innej wioski. Taką dziewczynę też mógł ktoś wysmolić sadzami na zabawie w innej wsi. Na zabawę dziewczynie samej nie wypadało iść. Rodzice mówili; za naszych czasów musiał kawaler przyjść, ojca, matkę w rękę pocałować, do nóg upaść i prosić dziewczynę na potańcówkę. Gdy dziewczyna miała swojego chłopaka, było w porządku, ale gdy jej się żaden nie spodobał, albo ona się nie spodobała, wtedy pozostały koleżanki i z nimi się szło. Czasem sąsiad kolega przyszedł po koleżankę, ale chciał i odprowadzić. Takie odprowadzenie czasem drogo dziewczynę  kosztowało. Dziewczyna musiała się nieraz mocować z takim dobrodziejem.  Rodzice mówili, jak przyprowadzi i odprowadzi to w porządku, z takim pozwolą córce iść na muzykę. Gdyby wiedzieli nieraz, to by woleli puścić ją samą.
                     
Dziś się chłopak z dziewczyną liczy, ma ją za równego kumpla i w ogóle liczy się z konsekwencjami, jakie musiałby ponosić z powodu zhańbienia dziewczyny. Dawniej te sprawy były zostawione dziewczynie. Ona ponosiła winę za wszystko, chociaż niejedna była przekonana, że bocian dzieci nosi, a gdy jej przyniósł, dowiedziała się, jak sprawy stoją. Wtedy była pośmiewiskiem wsi. Wszyscy jej ubliżali od najgorszych, wprost palcami była wytykana. Chłopcu to uszło bezkarnie, nieraz jeszcze sam się z niej podśmiewał  z innymi razem. Ludzie też go bardziej bronili, mówili jak suka nie da, to pies nie weźmie, albo - nie stój panno koło bzu, nie wierz chłopcu jako psu. Chłopcy naiwne dziewczyny uwiedli, a potem się z nich naśmiewali, mieli się za coś lepszego. Dziewczyna, która wytańczyła, wyśpiewała, miała wszystkich w nosie. Ale taka, która wszystkich talentów nie miała, musiała iść za wolą chłopca, nieraz bez miłości, aby nie siedzieć przy piecu, tylko tańczyć razem z innymi. Nie było mowy o miłości. Te  słowa miłości było wstydliwe, o tym się nie mówiło i publicznie tego nikt nie okazywał, wszystko było skryte. Nawet sam na sam wszystko było bardziej powściągliwe i przymusowe.

Gdy teraz wyświetlany jest film „Chłopi” według powieści Władysława Reymonta, jest w nim pokazane, jak Antek całuje żonę w piersi, to bym nie wiem o co szła w zakład, że tak nie było. Ludzie dawniej nigdy by na to nie wpadli, tak się miłować. Chociaż się kochali, ale nigdy tego nie okazywali po sobie. W arystokracji na pewno tak, ale nie ludziom ze wsi. Nie wolno było robić dużo rzeczy. Niechby ktoś coś takiego zrobił, to by go ksiądz z ambony wywołał za takie rzeczy. Za mojej pamięci jeden rolnik sprężynową broną pole bronował i siadł na sprężynówkę, bo mu było ciężko, to i za to go ksiądz z ambony wywołał. Wyzwał go przy tym od nierobów i rozmaitych leniów. Dziś to ludzie robią i nikt się nie dziwi, jak ktoś sobie pracę uprości. Ksiądz mówi; lżej wam dobrzy ludzie dostać się z tych słabych piasków do nieba, aniżeli ty bogaczu. Nie szukajcie nigdzie lepiej, bo tylko tu możecie się dostać do Królestwa Bożego. Ale tylko do tego Królestwa Bożego mogli się te ludziska dostać, bo więcej nigdzie. I jeszcze kto był potulny, to się dostał, a kto był zawalidrogą, musiał się mszami świętymi wypłacać. Biedaka na to też nie było stać.

Dużo też ludzi potępionych po nocach się włóczyło. Straszyło nie w jednym miejscu, a przeważnie o dwunastej w nocy. Świetliki się włóczyły, niejeden przysięgał, że widział na własne oczy na drogach. Jeden drugiego straszył, a przeważnie dzieci. Jeden bez drugiego na dwór wieczór sam nie wyszedł. Straszyli małych dzieci dziadem, babą i różnymi potworami. Dzieci wrażliwe zazwyczaj  były chore na nerwice. Jak takiego dziada żebrzącego zobaczył, to uciekał gdzie mógł. Bo pomiędzy dziadami, czyli żebrakami, chodzili ludzie chorzy umysłowo, którzy nie byli szkodliwi. Z nich nieraz było wielkie widowisko przy kościele, na jarmarkach lub przy karczmie. Podśmiewali się z nich i urządzali wesołe widowisko dla wszystkich za darmo. Nie było miejsca dla takich ludzi. Gdy jakiś chory dostawał szału, wiązali go chłopy i wieźli do gminy do wójta. Wójt przeważnie odsyłał do domu, bo musiałby zapłacić szpitalowi za ludzkie pieniądze, a tak opiekowała się rodzina chorego. Wiązali i zamykali chorych w mieszkaniu.

Piszę o smutnych sprawach, ale przecież zawsze wspominam, że było tak wesoło, muszę o tej wesołości trochę napisać. Ludziom choć się tak nie powodziło jak dziś, to jakoś to wszystko inaczej przeżywali. Po prostu żyli ze sobą, dzielili się czym mieli i mogli. Do samej wojny w 1939 roku, gdy moi rodzice upiekli chleb, osiem bochenków. Piszę rodzice, bo wszystkie prace przy chlebie, robiła matka, jak rozczyniać, przyczynić, napalić w piecu, jak już było napalone, to matka kładła ciasto na łopatę formując bochenki, a ojciec wsuwał bochenki do piekarnika. Najsampierw sadzali na łopatę dwa płaskie kołacze. Łopata była podsypana podsypką, taką grubą mąką i kładło się trochę ciasta, rozgniatało się na całej łopacie, z wierzchu pogładziło się wodą, ręką narysowała matka krzyż, posypała po wierzchu solą i ojciec wsunął do piekarnika takie dwa kołacze. Szybko się upiekły, po ich wysadzeniu dopiero sadzało się bochenki. Taki kołacz nazywał się wychopień i jeden zawsze nosiliśmy najbliższym sąsiadom. Oni, gdy chleb piekli przynosili dla nas. Ciepły był jedzony z zimnym mlekiem. Taki chleb kobiety piekły co półtora tygodnia lub co dwa tygodnie. Kobiety musiały dużo pracować, więc tak robiły, żeby tego chleba starczyło jak najdłużej.

Wiele z tego, o czym pisze pani Regina Matuszewska, można było  spotkać na Kociewiu, choć nie w tak bogatej oprawie. To „wojsko” przy grobie Pańskim na Kurpiach, przygotowania tego oddziału do pełnienia służby, umundurowanie i uzbrojenie - rzeczywiście robiło wrażenie na mieszkańcach, a zwłaszcza dzieciakach, które całą urmą – jak pisze panie Regina, biegały za żołnierzami.
Polewania się wodą w naszym regionie nie znano, tutaj istniał zwyczaj szmagania panien po nogach brzozowymi witkami  z wplecionymi gałązkami jałowca.
O dalszym życiu na Kurpiach naszej Kurpiowskiej Kociewianki w następnym odcinku.
Gdańsk 25 maja 2014                                           
Edmund Zieliński


 Zdjęcia:


Palma z Niedzieli Palmowej w  parafii Łyse 2008 rok.
Reprodukcja ze strony internetowej w/w parafii.



Reprodukcja ze strony internetowej – śmigus dyngus na Kurpiach




„Wiosna” obraz olejny R. Matuszewskiej  z  mojej kolekcji




Para królewska  - rzeźby Reginy Matuszewskiej z mojej kolekcji




Ptaszki R. Matuszewskiej z mojej kolekcji




Wycinanka kurpiowska R. Matuszewskiej  z  1993 roku  z mojej kolekcji





Wycinanka kurpiowska R. Matuszewskiej z 1993 roku  z mojej kolekcji




 Wycinanka kurpiowska R. Matuszewskiej z 1993 roku z  mojej kolekcji

dalej »

niedziela, 25 maja 2014

EDMUND ZIELIŃSKI. 50 LAT W SŁUŻBIE BOGU KS. RYSZARDA KWIATKADrukujE-mail
sobota, 24 maj 2014

17 maja 2014 roku minęło 50 lat od chwili, kiedy w katedrze pelplińskiej ks. bp. Kazimierz Kowalski udzielił sakramentu kapłaństwa diakonowi Ryszardowi Kwiatkowi. Pierwszą parafią w której zaczął pełnić posługę duszpasterską jako wikary było Zblewo. W tym czasie proboszczem w naszej wsi był ks. Franciszek Wróblewski. Neoprezbiter ks. Ryszard Kwiatek nie mógł trafić lepiej – ks. proboszcz Wróblewski był księdzem, który szedł przez życie czyniąc wszędzie dobro.




Pamiętam, jak miłe wrażenie zrobił na parafianach młody ksiądz Ryszard. Wysoki, przystojny szatyn, głos o barwie barytonu, a na twarzy zawsze gościł uśmiech, tym samym budził powszechny szacunek dla swej osoby. Mieszkałem wtedy w sąsiedztwie plebanii, a że jestem z tego samego rocznika co ks. Ryszard, szybko nawiązaliśmy koleżeńskie stosunki, które z biegiem lat przerodziły się w prawdziwą przyjaźń trwającą do dziś.

W 1966 roku ksiądz Kwiatek przeniesiony został na stanowisko wikarego do jednej starogardzkich parafii, a ja zamieszkałem w Gdyni. Na kilka lat kontakt z ks. Ryszardem się zerwał. W między czasie ks. Kwiatek ze starogardzkiej parafii przeniesiony został do Lubawy.

Gdzieś w połowie roku 1969 dowiedziałem się od naszej cioci Agnieszki Osowskiej z Gdyni, że w jej parafii pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa pracuje nowy wikary i nazywa się Ryszard Kwiatek. Bardzo z tej wiadomości się ucieszyłem – przecież to mój dobry kolega ze Zblewa! Zadzwoniłem na centralę telefoniczną i poprosiłem o numer telefonu do tej parafii. Już po chwili odezwał się ktoś na plebanii, poprosiłem o rozmowę z księdzem Kwiatkiem. Po chwili słyszę w słuchawce ten piękny baryton – obustronna radość! Oczywiście umówiłem się na spotkanie w plebanii, później odwiedzaliśmy się wielokrotnie u nas na ul. Lotników i w mieszkaniu ks. Ryszarda.

No i przyszedł czas na objęcie stanowiska proboszcza przez ks. Ryszarda Kwiatka w toruńskim kościele pw. św. Jana. Tam przebywał do 1989 roku, poc zym we wrześniu tego roku otrzymał nominację na proboszcza parafii pw. św. Wawrzyńca w Gdyni - Wielkim Kacku i jest tu do dnia dzisiejszego. 
Kościół p.w. św. Wawrzyńca na Wielkim Kacku. Odrestaurowany z zabytkową wieżą włącznie z inicjatywy księdza prałata Ryszarda Kwiatka.

Tutaj znowu odświeżyliśmy naszą przyjaźń. Tu przy „Wawrzyńcu” stanęły moje kapliczki z ołtarza papieskiego w Sopocie, w kościele stoi figura św. Tadeusza mego dłuta. Tutaj są rzeźby mego brata Rajmunda – św. Wojciecha wewnątrz kościoła, a w kruchcie wita wiernych Mały Pan Jezus z ołtarza papieskiego. Na Boże Narodzenie wystawiana jest szopka, do której figury wykonali bracia – Rajmund i Edmund Zielińscy. We wnęce muru okalającego kościół stoi figura św. Andrzeja Boboli, jak za dawnych lat, też mego dłuta. Płyciny balustrady chóru wypełnione są płaskorzeźbami – scenami z życia św. Jana Pawła II - też dłuta braci Zielińskich. Nieopodal kościoła w przydrożnej kapliczce stoją cztery figury autorstwa braci Zielińskich. Do tego należy dołączyć jeszcze figurę św. Wawrzyńca mego dłuta, która stoi w kapliczce przed hospicjum w Gdyni. Te dzieła to inicjatywa i ogromna zasługa naszego Drogiego Jubilata ks. Ryszarda. My byliśmy tylko wykonawcami. Bóg Ci zapłać – Dobrodzieju!

Wróciliśmy z uroczystości i miłego przyjęcia z okazji 50 lecia kapłaństwa Ryszarda Kwiatka. Podczas dziękczynnej mszy świętej, sprawowanej przez księdza jubilata, miłe słowa skierował do niego ks. bp. Senior Tadeusz Gocłowski. Scharakteryzował jego drogę do kapłaństwa i w kapłaństwie. Wiele delegacji złożyło jubilatowi serdeczne życzenia, a prezydent Gdyni Wojciech Szczurek przyznał jubilatowi medal. 
Ksiądz Ryszard Kwiatek rozgrywa partie szachów podczas otwarcia klubu szachistów na Wielkim Kacku. Zdjęcie z tygodnika „Niedziela” 2007

Na zakończenie sprawowanej przez siebie mszy dziękczynnej jubilat wszystkim podziękował za życzenia i za dobro, jakiego doznał od parafian pełniąc tu obowiązki pasterza parafii. Ks. Rysiu na moment wrócił pamięcią do dzieciństwa i opowiedział, jak to chodził na majowe i na różaniec z latarką podgrzaną na piecu w celu pozyskania lepszego światła. Mówił – już słychać było motorówkę (pociąg motorowy – E.Z.) , a mieszkaliśmy na dworcu, szybko zbiegliśmy, by pojechać na różaniec…

Księże prałacie - Ryszardzie Drogi! Przyjmij jeszcze raz od starego druha najszczersze życzenia zdrowia i Bożej Opieki w dalszym pasterzowaniu. Myślę, że starzy mieszkańcy Zblewa, którzy pamiętają wikarego księdza Kwiatka, dołączą się do mych życzeń.

Gdańsk 17 maja 2014 
Edmund Zieliński


Pierwsze zdjęcie. 
Ks. Ryszard Kwiatek i jego klacz Gracja. Zdjęcie z tygodnika „Niedziela”
nr 40/2004










                                                        Cudowne miejsce "Źródło Maryi" na Wielkim Kacku








Danuta Zielińska przy kapliczce Edmunda Zielińskiego z ołtarza papieskiego posadowionej przy kościele św. Wawrzyńca na Wielkim Kacku.
















środa, 14 maja 2014

EDMUND ZIELIŃSKI. KURPIOWSKA KOCIEWIANKA CZYLI REGINA MATUSZEWSKA Z CZARNEGOLASUDrukujE-mail
środa, 14 maj 2014
Dużo napisałem o Pani Reginie Matuszewskiej, bo o niej będzie tu mowa, w związku z tym ograniczę się do wybranych fragmentów z Jej bogatego rękopisu - życiorysu, który swego czasu przepisałem do mego komputera. By upewnić się, że mogę publikować pani Reginy wspomnienia, zadzwoniłem do Czarnegolasu do państwa Matuszewskich i otrzymałem pełną zgodę na umieszczenie wspomnień pani Reginy na portalu WIRTUALNE KOCIEWIE. Mało tego, pani Regina wyraziła wielka radość z tego powodu. I ja się cieszę.

Już wiele lat temu, bo w 1972 roku, pani Regina zaczęła spisywać do zeszytu swoje wspomnienia. Impulsem do tego działania były pewnie dzieci pani Reginy i Stanisława Matuszewskich. Zapewne przy długich zimowych wieczorach zaczęła gromadce swoich pociech opowiadać, jak to dawniej było w jej rodzinnych stronach na Kurpiach, a później już tu na Kociewiu. Myślę, że czas oddać głos pani Reginie.
Nieraz dzieci moje prosiły - niech mamusia opowie, jak była mała. Cóż ja im mogę ciekawego powiedzieć o sobie. Najczęściej opowiadałam im, jak się topiłam mając niecałe dwa latka. Były wielkie dni przed Wielkanocą. Moja matka poszła do kościoła w wielkie dni, jak obyczaj nakazywał. Mnie zostawiła przy ojcu moim, który był krawcem na wsi i przychodziło do niego dużo chłopów ze wsi, aby czas im prędzej zszedł na rozmowach. Dawniej chłopi mieli więcej czasu, nie myśleli o produkcji w gospodarstwie. Mawiali; co Bóg da, to będzie. Urodzaj w polu zależał od woli Bożej. Faktycznie tak było, kto miał do tego ziemię dobrze położoną, co mu nie wymokło i nie wywiało, takiego Pan Bóg mniej karał. Koło mojej wioski było pełno łąk i pastwisk. Dzisiaj to są pola uprawne i łąki użytkowe, dawniej to przeważnie woda na nich stała i nie było z nich żadnego pożytku. Nikt nad tym nie myślał, jak je osuszyć, zresztą któż nad tym miał myśleć. Dziś, jak co komu nie pasuje, pisze do Warszawy i zawsze otrzymuje jakąś pomoc, jakieś rozwiązanie tej sprawy, ktoś pomoże. Dawniej – gdzie miał pisać, gdy mu się krzywda działa, jak nie jeden i podpisać się nie umiał, tylko krzyżyki stawiał, gdy od niego wymagali.
Był rok 1929, gdy ja się urodziłam. Było to na Kurpiach we wsi Łączki. Te czasy, chociaż są odległe, pamiętam dobrze, co przeżywali nasi rodzice. Chociaż ja miałam u swoich rodziców jeszcze nie najgorzej. Może dlatego, że byli bardzo pracowici. Muszę to zawdzięczać chyba jeszcze swojej babce, która dbała o naukę dla swoich pięciu synów. Najstarszego syna chciała wyuczyć na księdza, nauka mu szła, nie wiem w jakich szkołach się uczył, mówili, że sześć języków znał. Były to czasy rosyjskie, ale księdzem nie został, gdyż zakochał się w kuzynce i nie pomagały żadne tłumaczenia i gańby (groźby ? pretensje? E.Z.). Mówiono do siebie po cichu, żeby i my nie słyszeli, że ta stryjenka musiała się przed stryjkiem rozebrać, bo mówili, że ma nążyce, nie wiem co to była za choroba, a i to nie pomogło, stryjek się z nią ożenił i żyją do dziś (1972 rok – E.Z.). Czy jest szczęśliwy, nie wiem, bo zawsze był z dala od rodziny swojej i nigdy się nic przed nikim nie żalił.



Dziadkowie pani Reginy - Antoni Ksepka



Babcia pani Reginy - Marianna Ksepka


Rodzice i siostry pani Reginy

Mój ojciec był drugim synem babki, więc gdy tamten się uczył na księdza, ten pracował w domu, bo dziadek był w Ameryce i przysyłał babce dolary. Mieli duże gospodarstwo i ojca do szkoły babka nie posłała, mam jej to za złe, ale gdy skończył 21 lat, dała go wyuczyć na krawca, pisać i czytać sam się uczył przez całe swoje życie. Pamiętam, jak matka kupiła mu książkę do mszy świętej z grubym drukiem i jak składał litery, potem mszę umiał na pamięć. Myślę nieraz, jak on mógł nauczyć się kroju z książek, bo miał tytuł mistrza krawieckiego. Trzeciemu synowi babka dała gospodarować przy niej na gospodarstwie. Dopiero czwarty syn został księdzem. Piąty uczęszczał do szkoły rolniczej i dostał od babki 7 hektarów dobrej ziemi szlacheckiej koło Kolna. Mojemu ojcu babka kupiła nieduże gospodarstwo na Kurpiach. Gospodarował rok sam jako kawaler, a później babka ojca ożeniła się z moją matką - z tej samej wioski co i ojciec. Piszę "ożeniła", bo babka o wszystkim decydowała i nieraz ojcu wygadywała, że mu dała gospodarstwo, żonę i dzieci. Rodzice pochodzili ze wsi Cieloszka woj. Łomża.
Babka była niedużego wzrostu i szczupła, a miała jakąś moc nadprzyrodzoną, że jej się wszyscy bali, nawet dziadek nie miał nic do gadania, choć był wysoki, bo później wrócił z Ameryki. Zawsze mówił, że woli w Polsce pieczone kartofle, aniżeli amerykańskie frykasy.
Mój ojciec był małego wzrostu i czułam, że babka go najgorzej traktuje, i rzeczywiście był biedniejszy od swoich braci. Oni się chwalili swoim bogactwem. Babka była bardzo religijna i wszystkim ze siebie to wpoiła. Matka moja pochodziła z rodziny biedniejszej, ojciec im nie kupił żadnych majątków, bo już tu większą rolę odgrywał dziadek. Ale za to im wpoił miłość do książek. Miał dużo książek, sam dużo czytał i ludzi zachęcał, a szczególnie swoje dzieci. Miał pięć córek i jednego syna. Szkół nie było tak jak dziś, uczyli się z książek od nabożeństwa, liter nauczyli się w domu. Dziadek po kolei każdego z nich brał na kolana i tak długo trzymał aż w głowę wpoił co zadał do nauczenia. Matka, gdy poszła do szkoły do wsi, uczyli się po domach kolejno. Musiała pomóc nauczycielce uczyć słabszych od siebie.
Dziadek, matki ojciec, prędko zmarł, ja już go nie pamiętam. Tylko od matki wiedziałam, że ładnie śpiewał, po pogrzebach chodził śpiewać, nawet mnie jednej piosenki nauczyła po dziadku. Babka była cicha i żadnego rozgłosu z siebie nie dała i taką ją wszyscy lubili, bo nie lubiła kłótni i żadnych krzyków.



Pierwsza z prawej Regina Matuszewska z rodzicami i siostrami w swojej rodzinnej wsi

Wcale nie myślałam pisać o swoich dziadkach, chciałam napisać dzieciom, jak byłam mała, bo choć i tyle razy to opowiadałam, zawsze proszą te najmłodsze; mamusiu, opowiedz gdy byłaś mała. Więc im opowiadam niektóre szczegóły, które mi bardziej w pamięć weszły. I chcę je po kolei po trosze opisać. Więc najpierw gdy się topiłam. Ojciec mało uwagi zwracał na mnie, bawiłam się najwięcej z dziećmi sąsiadów, więc i tym razem myślał, że ja jestem u sąsiada, jeszcze dla pewności się spytał sąsiada, czy jestem u nich w domu. Sąsiad powiedział, że szłam. No ja się z nim spotykałam, tylko, że ja szłam za mamą do kościoła. Miałam obute białe pończoszki i czarne lakierki na sznurowadła. To mi ciążyło, więc rozzułam i wzięłam w rękę. Szłam prosto w kierunku kościoła, choć widziałam, że dalej woda, to nic nie pomogło. Chciałam być z mamą w kościele. I teraz po tylu latach wszystkiego nie pamiętam, tylko to jak się z sąsiadem spotkałam, i jak byłam obuta, i jak mnie ojciec położył na łóżko w białe poduszki, które były haftowane, i którymi matka się chlubiła. Jak się przebudziłam, bo musiałam być nieprzytomna, to pamiętam, że te białe poduszki były pobrudzone czarnym błotem. To dzięki dwóm kobietom, które miały daleko do kościoła i szły później i zauważyły jak woda mnie wyrzuca, i one mnie wyratowały i przyniosły do ojca. Na pewno się ucieszyli, że tak się wszystko dobrze się skończyło. Nie było mowy o jakimkolwiek wynadgradzeniu (wdzięczności E.Z.). Ludzie dawniej na wsi nie robili w takich sprawach żadnych ceregieli.



Regina Matuszewska (z prawej) z koleżanką Marysią Gryczewską
Moje dzieciństwo było niewesołe, bo mając dziewięć lat, zaczęła chorować moja matka, ale jeszcze dziś miło mi wspomnieć, gdy brała mnie za rękę i prowadziła do kościoła. W kościele zapamiętałam najpiękniejszy głos mojej matki. Najmilsze było dla mnie szykowanie plonu i pójście z nim do kościoła. Było przyjemnie lecieć rano w niedzielę i przynieść z każdej rośliny gałązkę plonu. Musiało w plonie być wszystko. Plon z żyta uszykowany był, gdy kończyło się kosić żyto. Wtedy się zebrało ładnych kłosów w pęczek i przynosiło do domu. Ci co przynieśli plon, oblewało się ich wodą. Nieraz było ganianie wokół domu. Ten plon z żyta zakładało się za obraz, a w święto Matki Boskiej Zielnej się go przystrajało. Był w nim jeszcze i kłos owsa, i lnu, i prosa, grochu, marchew czerwona ładnie umyta, korzonkiem do góry stroiła. Makówki i kwiaty musiały być obowiązkowo, jak kto swoich nie miał, to od sąsiadki dostał, a plon musiał być ładny. Jeden na drugiego patrzył, kto ma ładniejszy. Z plonami szły kobiety i dzieci, chłopy szli bez plonów. W kościele lewa strona była męska, a prawa żeńska. Przeważnie każdy stał na swej stronie, jedynie pod chórem wszystko trochę się mieszało. Druga niedziela, również piękna, to była Palmowa. W sobotę biegłam do boru po borówki i po zegleń, czy kocie łapki, czyli widłaki, i z tego matka robiła mi ładną palmę, dodając kolorowe kwiatki z bibułki. Gdy byłam mniejszą, około sześć lat, miałam palmę półmetrową, gdy dorastałam palmę dostawałam coraz większą. Lecz takiej, jak inne dzieci miały nie dostałam nigdy. Jedynie mogłam się im napatrzeć, gdy się huśtały przy wielkim ołtarzu, rozpuszczając jedwabne wstęgi. Kto miał dużą palmę szedł przed wielki ołtarz i tam później trzeba byłą tę palmę dwumetrową zostawić. Niejedno dziecko z wielkim bólem zostawiło swoją palmę. Dorośli mieli małe palemki z rozpuszczonej porzeczki, brzózki albo baziów, ale każdy miał trochę ozdobioną kwiatkami z bibułki.
Jak pani Regina opisuje Wielkanoc i przygotowania do tych świąt dowiemy się w drugiej części wspomnień pani Reginy Matuszewskiej.
Gdańsk 30 kwietnia 2014 Edmund Zieliński



Regina Ksepka przed wyjściem za mąż za Stanisława Matuszewskiego


Przyszły mąż pani Reginy Stanisław Matuszewski


Kurpianka i Kurp w ludowym stroju 
Zdjęcia z archiwum Reginy Matuszewskiej

dalej »

wtorek, 13 maja 2014

EDMUND ZIELIŃSKI. Pierwszego KURS MOTOCYKLOWY W ZBLEWIEDrukujAdres e-mail
WTOREK, 12 maja 2014


Było to 59 lat temu, bo w 1955 Roku. Po wiosce rozeszła się wieść, że zorganizowany zostanie Kurs Motorowy - tak go wtedy nazywano, na prowadzenie motocykli z trójkołowymi pojazdami włącznie
 
           
Miałem skończone 15 Lat i bardzo mi się marzyło prawo jazdy na motocykl. Już zapisywano się, już wpłacano 100  złotych za kurs. Pamiętam, że  mój starszy brat  Jerzy też się zapisał. Zauważyłem, że mój Ojciec z Jerzym prowadzili jakieś tajemnicze rozmowy na na temat tego kursu. Wkrótce wydało się, że  dotyczyły mojej osoby - "dać mu 100 złotych na kurs, czy jest za młody  jeszcze". Dostałem! . Ale była radość i jednocześnie duma, że ja , jeszcze chłopiec, będę uczył się prowadzić motocykle.            Organizatorem kursu była  Liga Przyjaciół Żołnierza  w Starogardzie. Kto  przyjmował zapisy na Kurs - nie pamiętam. Był chyba październik, jak zebraliśmy się wieczorem w salce Małej Szkoły (Dziś mieści się tu przedszkole ) na zebraniu organizacyjnym. Był przedstawiciel Zarządu Powiatowego LPŻ  i instruktor zajęć teoretycznych  i praktycznych pan Rajkowski. Na Tym spotkaniu ustaliliśmy dni, w których będziemy wieczorami chodzić na Zajęcia teoretyczne i na naukę Jazdy w dzień. Powiedziano nam, że teoria odbywać będzie się w Małej Szkole, a nauka jazdy na starym boisku przy ulicy Chojnickiej. Dowiedzieliśmy się również, że za  dodatkowe 300 złotych możemy ukończyć kurs na prowadzenie samochodu. Nie  było chętnych. Kto wtedy marzył o samochodzie -. W Zblewie był tylko jeden jeden u Pana Franciszka Krajewskiego. Motocykl, to było coś, o czym marzyło wiele młodych (i nie tylko) ludzi.            Na Kurs zapisało się 46 osób, w tym trzy kobiety. Najmłodszym kursantem Był Henio Urban z  ul. Chojnickiej - miał zaledwie 14 Lat. Większość kursantów pochodziła Ze Zblewa, byli też  z Białachowa, z Kaliska.            Zaczęły się  zajęcia teoretyczne. Pan Rajkowski przyjeżdżał na nie nie na motocyklu Marki Jawa 250. Na głowie miał pilotkę z okularami. Odziany w płaszcz koloru  khaki, przepasany był wojskowym pasem. Pamiętam, że przywiózł ze sobą kilka Książek o budowie motocykla Marki Junak produkowanego w fabryce w Szczecinie. I ja tę książkę kupiłem (za pieniądze ojca) i marzyłem, by kiedyś jeździć taką maszyną. Ziściło się to za 15 lat, kiedy dosiadłem własnego Junaka, ale grubo wcześniej jeździłem na Junaku Brata Jerzego -. Ale to już inna historia.   Pan Rajkowski objaśniając mechanizm, układ elektryczny czy zapłonowy, często mawiał - na chłopski rozum  tak to wygląda i dalej  rzeczowo zaznajamiał nas z działaniem silnika motocyklowego.           Chyba po dwóch tygodniach zaczęliśmy dosiadać Jawę pana Rajkowskiego na starym przedwojennym boisku. Z drżeniem rąk ująłem w dłonie kierownicę, kopnąłem prawą nogą w dźwignię rozrusznika. Silnik pięknie zawarczał, moje serce skoczyło mi do gardła. Siadłem na siodełku, pan Rajkowski posadowił się na tylnym siodełku i zaczął instruować jak ruszyć. Wyciśnij sprzęgło, włącz pierwszego bieg, powoli dodawaj gazu i puszczaj sprzęgło - ruszamy. Niestety, za szybko puściłem dźwignię sprzęgła. Motocykl szarpnął i silnik zgasł. Przy ponownej probie poszło już łatwiej, ruszyliśmy z miejsca, by wykonać kilka okrążeń na pierwszym biegu. Udało się. I tak po kolei wszyscy kursanci rozpoczynali swoją naukę jazdy. Był wśród nas kursant, chyba z Kalisk, który na zajęcia przyjeżdżał na własnym motocyklu, o ile dobrze pamiętam była Victoria 350. On mógłby nie brać udziału w nauce jazdy, jednak pan  Rajkowski konsekwentnie uczył go  jeździć.          Na następnej lekcji nauki jazdy włączaliśmy już  drugi bieg i dalej  z panem Rajkowskim  na tylnym siodełku  kręciliśmy Kółka i ósemki. Po iluś tam lekcjach zaczęliśmy jeździć sami. Tak było do samego egzaminu, który odbył się 15 grudnia 1955 Roku. Najpierw zdawaliśmy z teorii. Ktoś z komisji egzaminacyjne wywoływał trzy osoby i przed jej obliczem odpowiadaliśmy na zadawane pytania. Każdy otrzymał trzy, jedno z budowy silnika i dwa z przepisów ruchu drogowego. Tego samego dnia zdawaliśmy egzamin z Jazdy. . Mogę się mylić, ale z całego kursu nie zdały tylko trzy osoby.          W międzyczasie, nasz kursant - Lekarz, Boguś Kwaśniewski, przyjmował nas W miejscowym Ośrodku Zdrowia i po przebadaniu wystawiał zaświadczenia o zdolności do prowadzenia Motocykli.            Na Koniec egzaminu ustawiliśmy się przed wejściem do Małej Szkoły, uczestnik kursu motorowego pan Lisiewicz - miejscowy fotograf, wykonał pamiątkowe zdjęcie, które do Tego felietonu załączam. Rozpoznaję uczestników i opisuję:            Od lewej - w pilotce i okularach pan Rajkowski nasz instruktor, pan Ramion - Szewc, Henryk Kuchta - Rzeźnik, Jan Piłat - naczelnik Poczty i starosta kursu, Stasiu Buca, Jan Błaszkowski, milicjant - Stanisław Stolarz, prawej po jego stronie Stanisław Komorowski - nauczyciel. Po lewej Stronie Stolarza stoi Józef Tomczak z Białachowa. W skórzany płaszczu -egzaminator. Po jego lewej Pani Zofia Schrock - pielęgniarka miejscowego Ośrodka Zdrowia. Pomiędzy nią a egzaminatorem z tyłu stoi pan Józef Hetscher - leśniczy z Cisa. Za leśniczym stoi Boguś Kwaśniewski - lekarz. Obik Bogusia Erwin Dorawa - malarz. Obok Dorawy Kazik (?) Śliwa. W skórzanej kurtce kolejny egzaminator. Od prawej na dole - Henio Urban lat 14.  W pilotce i jasnych spodniach Teresa Miłymuth - położna z miejscowej Izby Porodowej. Z tyłu po jej prawej stronie Edmund Birna, obok niego Hubert Baniecki. Z tyłu Edmunda Birny - Paweł Libiszewski. Po lewej stronie głowy pani Miłymuth stoi Feliks Birna - miejscowy fryzjer. Obok niego  Cieśliński. Z tyłu Cieślińskiego w okrągłej czapce  - Czesław Birna. Obok niego Wenanty Kwaśniewski, obok Wenantego stoi Kazik Belczewski. Z tyłu W. Kwaśniewskiego jest Kazik Wasilewski. Po lewej stronie głowy Wasilewskiego jest Roman Kosecki, po Jego prawej stoi Edmund Zieliński. W czapce przy drzwiach jest Jasiu Ila, przed nim  Klemens Janca. Z głową na numerze na drzwiach stoi Stanisław Redzimski. Z tyłu niego Eugeniusz Wasilewski. Na Wprost Wasilewskiego obok Redzimskiego stoi Zygmunt Weisbrodt. Po jego prawej stronie wyżej  Władek Dysarz z ul. Białachowskiej. Przed nim stoi Czesław Zielonka - elektryk.  Drugi po prawej stronie Dysarza stoi Jerzy Zieliński, a przed nim  Makowskiego. Obok Makowskiego po jego prawej stronie stoi Sikorski - monter radiofonii przewodowej w Zblewie. Co do pozostałych osób, nie mogę sobie przypomnieć nazwisk.          Niestety, niewielu uczestników tamtego kursu jest jeszcze pośród nas. 

Gdańsk 8 maja 2014 Edmund Zieliński  


































DALEJ »