środa, 28 marca 2012

EDMUND ZIELIŃSKI. SPEŁNIŁEM ŻĄDANIE ANONIMOWEGO STUDENTA SPRZED 44DrukujE-mail
poniedziałek, 12 marzec 2012
Marcowa ulotka 1968
Pracowałem wtedy w Wojewódzkim Przedsiębiorstwie Hurtu Artykułów Gospodarstwa Domowego w Gdańsku Oruni przy ulicy Sandomierskiej 11. Kierowałem dużym magazynem z artykułami oświetleniowymi... 

Dostawcami towarów było wiele zakładów z całego kraju. MEOS Warszawa (Zakłady Mechaniczno–Oświetleniowe)  dostarczał szeroki asortyment oświetleniowy do mieszkań – żyrandole, kinkiety, lampki nocne, modne wówczas lampy gabinetowe, lampy biurowe itp. Fabryki żarówek, LUMEN z Piły, HELIOS z Katowic i OSRAM z Pabianic, zaopatrywały nas w żarówki głównego szeregu - E-27. Natomiast klosze do lamp oświetleniowych dostarczała huta szkła w Pieńsku. Częstochowska Fabryka Latarek dostarczałam nam latarki kieszonkowe. Już nie pamiętam, kto przywoził nam żelazka elektryczne i piecyki grzewcze. Pamiętam, że obciążony byłem materialnie, przeciętnie, na sumę dwóch milionów złotych, a moja pensja wynosiła 2500 złotych netto. Obciążenie się zwiększało lub zmniejszało w zależności od przepływu towaru.
Kierownikiem Działu Elektrycznego tego przedsiębiorstwa był Tadeusz Szykuła., kapitan rezerwy Ludowego Wojska Polskiego. Przeszedł szlak bojowy od Lenino do Berlina. Pamiętam, jak opowiadał o forsowaniu Odry 16 kwietnia 1945 roku. Podczas przeprawy wszyscy obserwowali padające pociski artylerii niemieckiej i czekali, który trafi w nich. Jeśli pierwszy padł przed celem, drugi za, trzeci powinien być w celu. Szczęśliwie przeprawili się na drugi brzeg i kierunek Berlin.
Moimi pracownikami magazynu byli: Józef Wiśniewski – mój zastępca, Zofia Wypych – kartotekarka (wprowadzała na kartoteki przychody i rozchody magazynowe), Władysława Sarnowska, Anna Kowalska z Osieka i Jadwiga Olszewska. Mile wspominam panią Annę. Ta pochodząca z Kociewia osoba mieszkała na Oruni, w starym pięknym mieszkaniu, którego wyposażenie sięgało lat dwudziestych XX wieku. Często wspominała swoje strony rodzinne kierując wzrok w południową stronę, jakby szukając za horyzontem swojego Osieka. Naszym przewoźnikiem było Wojewódzkie Przedsiębiorstwo Transportu Handlu Wewnętrznego z Gdańska. Często zabierał towar z naszego magazynu samochód, którego kierowcą był Władysław Ropel, bardzo przyzwoity, inteligentny człowiek. Konwojentem był Tadeusz Kossakowski z Wileńszczyzny. Och, jak on nienawidził komunistów, że jego nie zamknęli za głośne pomstowanie? Ładowaczem na tym samochodzie był Stanisław Garbacz. Wozili towar samochodem ciężarowym marki Star 25 z blaszaną budą. Na owe czasy był nowoczesnym autem.
Każda partia towaru dostarczona do magazynu, zanim trafiła do sklepów, musiała przejść odbiór jakościowy. Tym zajmował się towaroznawca Mieczysław Tuszyński. Kiedy Mieciu był na urlopie lub chorował, ja zajmowałem się odbiorem jakościowym mając ku temu odpowiednie przygotowanie. To był wspaniały człowiek. Był warszawiakiem i walczył w Powstaniu Warszawskim. Zaraz po wojnie osiadł z rodziną w Gdańsku i pracował jako tłumacz podczas przesłuchań Niemców podejrzanych o zbrodnie wojenne. Dobrze znał język niemiecki, był też świetnym rysownikiem.
Trochę się rozpisałem o mojej pracy w PRL-u, chcąc czytelnikom, zwłaszcza młodszym, przybliżyć wiedzę o handlu w latach 60. XX wieku. Przechodzę do tematu związanego z tytułem felietonu.
Pracę kończyłem o godzinie 15. Przed bramą mojego przedsiębiorstwa usytuowany był przystanek tramwajowy linii 6 kursujący na trasie Targ Węglowy – Orunia. Jadąc do pracy wsiadałem na Targu Węglowy, z pracy wysiadałem przy Bramie Wyżynnej i pieszo do dworca PKP. W tamtym czasie kolejkę Gdańsk – Wejherowo obsługiwał tabor kolejowy otrzymany w ramach repasacji wojennych. Otrzymaliśmy wagony z berlińskiego metra U-Bahn. Były dość niskie, miały więcej drzwi, co ułatwiało pasażerom sprawniejsze wsiadanie i wysiadanie. 
Na stacji Gdańsk - Stocznia do mojego wagonu wskoczył młody człowiek i w pośpiechu rozdawał ręcznie napisane ulotki. Miało to związek z protestami młodzieży studenckiej Uniwersytetu Warszawskiego z powodu zdjęcia ze sceny Teatru Narodowego utworu A. Mickiewicza „Dziady” w reżyserii Kazimierza Dejmka. Wtedy wiadomości na temat tych wydarzeń docierały do nas pocztą pantoflową i z rozgłośni Radia Wolna Europa. W Gdańsku widzieliśmy wzmożone ruchy milicyjnych aut. Wracając wtedy do domu widziałem wiele milicyjnych „suk” – samochodów do przewozu milicjantów na akcję jak i osób zatrzymanych. Tabor ten stał na Placu Zebrań Ludowych. Z uwagi na trudności z odczytaniem ulotki przytoczę jej treść.
Rezolucja studentów Politechniki Gdańskiej podjęta na wiecu zorganizowanym przez ZSP za zezwoleniem władz Uczelni dnia 12 marca 1968 roku.
1. Solidaryzujemy się ze społeczeństwem, a przede wszystkim
2. Zdecydowanie popieramy studentów Warszawy
3. Potępiamy policyjne metody zastosowane przy rozładowaniu sytuacji na wiecu w Warszawie (bicie, kopanie, stosowanie gazów łzawiących)
4. Odcinamy się od chuliganów i rozrabiaczy, niemniej uważamy, że najwyższy czas, by nie traktować naszych wystąpień jako wybryki bananowych awanturujących się studentów i chuliganów, lecz jako wystąpienia ludzi, których pierwszym celem jest sprawa socjalizmu i demokracji.
5. Domagamy się uczciwego, dogłębnego i wspólnego ze studentami rozważenia sytuacji środowiska akademickiego i społeczeństwa.
6. Zdecydowanie potępiamy dotychczasowe informacje prasowe jako tendencyjne, ubliżające godności obywatela i żądamy oficjalnego odwołania w prasie.
7. Domagamy się równości prasy, publikacji i widowisk oraz weryfikacji metod funkcjonowania organów kontroli.
8. Domagamy się i żądamy cofnięcia represji wobec studentów Warszawy, którzy brali udział w wiecach protestacyjnych.
9. Domagamy się eksterytorialności wyższych uczelni.
10. Żądamy zagwarantowania pełnych swobód obywatelskich dla wszystkich uczestników wieców i zgromadzeń poświęconych ostatnim zajściom, które odbyły się i być może będą się odbywać.
11. Domagamy się i żądamy zamieszczania powyższej rezolucji w prasie, radiu i TV
Robotnicy!!!
Jesteśmy postawieni w trudnym położeniu i prosimy o zrozumienie i poparcie.
Przeczytasz, podaj dalej.

Ja dalej nie podałem, schowałem do kieszeni i dziś mogłem tę historyczną ulotkę wykorzystać w moim felietonie. Trochę ryzykowałem, bo gdyby zauważył to jakiś smutny pan z postawionym kołnierzem, mógłbym się mocno tłumaczyć. To podpadało pod paragraf mówiący o próbie obalenia ustroju socjalistycznego. Tak, takie paragrafy były w kraju demokracji ludowej.
W jakiś sposób spełniłem żądanie anonimowego studenta sprzed 44 lat i opublikowałem treść ulotki. Że w internecie? Takie mamy teraz czasy.
Gdańsk marzec 2012 Edmund Zieliński 



 
wstecz dalej »

EDMUND ZIELIŃSKI. MALOWANIE W LIPACHDrukujE-mail
środa, 21 marzec 2012
Lipy to mała wieś leżąca na zachodnich krańcach Kociewia w gminie Stara Kiszewa. To już nie ta, którą zapamiętałem sprzed ponad pół wieku. W tym odległym czasie byłem tam po raz pierwszy. Wtedy było więcej strzech na dachach domostw niż dachówek. Trzeba, by upłynęło wiele dziesiątek lat, bym znalazł się tam ponownie. Wtedy pojechałem wozem konnym z wujkiem Frankiem Redzimskim po siano. Właściwie była to już mocno spóźniona zwózka tego suszu, bo panował mróz i ziemia z lekka pokryta była śniegiem. Oj, zmarzłem wówczas na kość. Rozgrzałem się przy załadunku siana i wtulony w jego objęciach wróciłem z wujkiem do Zblewa....








Kilka tygodni temu otrzymałem wiadomość od wspaniałej Mirki Müller z propozycją przeprowadzenia warsztatów z malarstwa na szkle dla młodzieży z pogranicza kociewsko-kaszubskiego. Oczywiście się zgodziłem. 
W sobotę 17 marca 2012 pojechałem do Lip. Moi bliscy jechali do Zblewa, więc po drodze zabrali mnie do swego auta. Benzyna droga, więc dlaczego jechać dwoma samochodami? Do Lip wjechaliśmy od strony Bożego Pola nową, asfaltową szosą. Myśleliśmy, że zagroda agroturystyczna państwa Plutowskich znajduje się w samej wsi. Niestety, okazało się, że zlokalizowana jest na wybudowaniu i wiedzie do niej polna droga przez las. Po pewnych perturbacjach z ustaleniem kierunku do tego siedliska udało się dotrzeć na podwórko niewielkiego gospodarstwa. Już z daleka widać było stodołę z otwartymi na oścież wrotami. 
Przywitała nas młoda sympatyczna właścicielka gospodarstwa agroturystycznego o nazwie „Zagroda Powroty” - pani Agnieszka Plutowska. Od razu powiem, że pani Agnieszka jest prezesem Kociewskiej Akademii Dobrego Rozwoju „KADR” z siedzibą w Lipach. Jest także pomysłodawcą i organizatorem projektu „Po kociewskiej stronie Wierzycy”, w ramach którego odbędą się warsztaty z malarstwa na szkle, rzeźby (poprowadzi Jerzy Kamiński z Barłożna), plenery malarsko-fotograficzne, warsztaty tańca ludowego, oczywiście pod dyrekcją Mirki Müller, a nawet zajęcia z graffiti. Projekt realizowany jest dla młodzieży gminy Stara Kiszewa. 
Jak poinformowała mnie pani Mirka, projekt ma za zadanie prowokować młodzież do działania, wymyślania własnych koncepcji i naukę, dotykania różnych dziedzin, które świadczą o historii, tożsamości i kulturze i to tej najbliższej. Ma to wszystko odbywać się poprzez spotkania z autorytetami regionu, twórcami - i poprzez te spotkania – warsztaty poznanie małej ojczyzny. Projekt zakończy się imprezą plenerową z wystawą prac poplenerowych, będą koncerty zespołów ludowych i wspaniała biesiada.
W stodole przy prostych drewnianych ławach siedziała młodzież ze Starej Kiszewy i okolicy. Omówiłem historie malarstwa na szkle na Kaszubach i Kociewiu, jego początki, rolę Izydora Gulgowskiego w ratowaniu zabytków kultury materialnej wsi, ze szczególnym uwzględnieniem malowanych obrazków na szkle. Zaznajomiłem młodzież z techniką malowania i przystąpiliśmy do pracy. 
Miło było patrzeć, jak młodzi ludzie ochoczo zabierają się do malowania. Dotąd nie malowali, a wydawało mi się, że ta dziedzina rękodzieła nie jest im obca. Powstało ponad dwadzieścia obrazków i to w dobrym wykonaniu. Cieszę się, że kolejna grupa młodzieży poznała tajniki tej trudnej dziedziny. Trudnej, bo wbrew pozorom to malowanie jest trudniejsze od malowania na płótnie. Malując na szkle, po jego odwróceniu widzimy prawdziwy obraz.
Gratuluję pani Agnieszce pomysłu, zwłaszcza, że idzie w kierunku upowszechniania kultury i sztuki ludowej Kociewia. Inicjatywa godna wszelkiego wsparcia ze strony władz regionu. Jeszcze jedno spodobało mi się w „Zagrodzie Powroty” – zwyczajność, prostota, wizerunek gospodarstwa, jakich już niewiele. Kurki biegają, piesek się łasi, kotek ociera o nogi i panuje błogi spokój. Że komórka nie ma zasięgu? Jeszcze niedawno jej nie było i też się żyło. Pamiętam modne w latach sześćdziesiątych „wczasy pod gruszą”, z których korzystali wszyscy chcący zasmakować tej normalnej wsi. Dziś większość chce mieć pokoje z łazienkami, telewizorem, gospodarstwo, żeby pachniało, broń Boże oborą. Tylko po co wtedy wyjeżdżać na wieś? Hoteli z gwiazdkami jest multum, można w nich „wczasować”. Tam jednak kurka nie zagdacze, kogut nie zapieje i skowronek nie zaśpiewa. Nie nazrywasz kwiecia z łąk, nie nazbierasz malin, nie usłyszysz śpiewu drozdów. A ja to przeżyłem, jak w piosence: gdzie sosny dęby dają miłą cień, spędziłem swej młodości życia sen.
Edmund Zieliński


dalej »

EDMUND ZIELIŃSKI. MALOWANIE W LIPACHDrukujE-mail
środa, 21 marzec 2012
Lipy to mała wieś leżąca na zachodnich krańcach Kociewia w gminie Stara Kiszewa. To już nie ta, którą zapamiętałem sprzed ponad pół wieku. W tym odległym czasie byłem tam po raz pierwszy. Wtedy było więcej strzech na dachach domostw niż dachówek. Trzeba, by upłynęło wiele dziesiątek lat, bym znalazł się tam ponownie. Wtedy pojechałem wozem konnym z wujkiem Frankiem Redzimskim po siano. Właściwie była to już mocno spóźniona zwózka tego suszu, bo panował mróz i ziemia z lekka pokryta była śniegiem. Oj, zmarzłem wówczas na kość. Rozgrzałem się przy załadunku siana i wtulony w jego objęciach wróciłem z wujkiem do Zblewa....








Kilka tygodni temu otrzymałem wiadomość od wspaniałej Mirki Müller z propozycją przeprowadzenia warsztatów z malarstwa na szkle dla młodzieży z pogranicza kociewsko-kaszubskiego. Oczywiście się zgodziłem. 
W sobotę 17 marca 2012 pojechałem do Lip. Moi bliscy jechali do Zblewa, więc po drodze zabrali mnie do swego auta. Benzyna droga, więc dlaczego jechać dwoma samochodami? Do Lip wjechaliśmy od strony Bożego Pola nową, asfaltową szosą. Myśleliśmy, że zagroda agroturystyczna państwa Plutowskich znajduje się w samej wsi. Niestety, okazało się, że zlokalizowana jest na wybudowaniu i wiedzie do niej polna droga przez las. Po pewnych perturbacjach z ustaleniem kierunku do tego siedliska udało się dotrzeć na podwórko niewielkiego gospodarstwa. Już z daleka widać było stodołę z otwartymi na oścież wrotami. 
Przywitała nas młoda sympatyczna właścicielka gospodarstwa agroturystycznego o nazwie „Zagroda Powroty” - pani Agnieszka Plutowska. Od razu powiem, że pani Agnieszka jest prezesem Kociewskiej Akademii Dobrego Rozwoju „KADR” z siedzibą w Lipach. Jest także pomysłodawcą i organizatorem projektu „Po kociewskiej stronie Wierzycy”, w ramach którego odbędą się warsztaty z malarstwa na szkle, rzeźby (poprowadzi Jerzy Kamiński z Barłożna), plenery malarsko-fotograficzne, warsztaty tańca ludowego, oczywiście pod dyrekcją Mirki Müller, a nawet zajęcia z graffiti. Projekt realizowany jest dla młodzieży gminy Stara Kiszewa. 
Jak poinformowała mnie pani Mirka, projekt ma za zadanie prowokować młodzież do działania, wymyślania własnych koncepcji i naukę, dotykania różnych dziedzin, które świadczą o historii, tożsamości i kulturze i to tej najbliższej. Ma to wszystko odbywać się poprzez spotkania z autorytetami regionu, twórcami - i poprzez te spotkania – warsztaty poznanie małej ojczyzny. Projekt zakończy się imprezą plenerową z wystawą prac poplenerowych, będą koncerty zespołów ludowych i wspaniała biesiada.
W stodole przy prostych drewnianych ławach siedziała młodzież ze Starej Kiszewy i okolicy. Omówiłem historie malarstwa na szkle na Kaszubach i Kociewiu, jego początki, rolę Izydora Gulgowskiego w ratowaniu zabytków kultury materialnej wsi, ze szczególnym uwzględnieniem malowanych obrazków na szkle. Zaznajomiłem młodzież z techniką malowania i przystąpiliśmy do pracy. 
Miło było patrzeć, jak młodzi ludzie ochoczo zabierają się do malowania. Dotąd nie malowali, a wydawało mi się, że ta dziedzina rękodzieła nie jest im obca. Powstało ponad dwadzieścia obrazków i to w dobrym wykonaniu. Cieszę się, że kolejna grupa młodzieży poznała tajniki tej trudnej dziedziny. Trudnej, bo wbrew pozorom to malowanie jest trudniejsze od malowania na płótnie. Malując na szkle, po jego odwróceniu widzimy prawdziwy obraz.
Gratuluję pani Agnieszce pomysłu, zwłaszcza, że idzie w kierunku upowszechniania kultury i sztuki ludowej Kociewia. Inicjatywa godna wszelkiego wsparcia ze strony władz regionu. Jeszcze jedno spodobało mi się w „Zagrodzie Powroty” – zwyczajność, prostota, wizerunek gospodarstwa, jakich już niewiele. Kurki biegają, piesek się łasi, kotek ociera o nogi i panuje błogi spokój. Że komórka nie ma zasięgu? Jeszcze niedawno jej nie było i też się żyło. Pamiętam modne w latach sześćdziesiątych „wczasy pod gruszą”, z których korzystali wszyscy chcący zasmakować tej normalnej wsi. Dziś większość chce mieć pokoje z łazienkami, telewizorem, gospodarstwo, żeby pachniało, broń Boże oborą. Tylko po co wtedy wyjeżdżać na wieś? Hoteli z gwiazdkami jest multum, można w nich „wczasować”. Tam jednak kurka nie zagdacze, kogut nie zapieje i skowronek nie zaśpiewa. Nie nazrywasz kwiecia z łąk, nie nazbierasz malin, nie usłyszysz śpiewu drozdów. A ja to przeżyłem, jak w piosence: gdzie sosny dęby dają miłą cień, spędziłem swej młodości życia sen.
Edmund Zieliński

 
dalej »

czwartek, 2 lutego 2012

EDMUND ZIELIŃSKI. JĘZYK NIEMIECKI W MOIM DOMUDrukujE-mail
środa, 01 luty 2012
Język Goethe’go na Pomorzu był w powszechnym użyciu. Uwarunkowania historyczne sprawiły, że ludność zamieszkująca te tereny, zmuszona była do posługiwania się językiem niemieckim w urzędach, szkołach i innych miejscach publicznych, zwłaszcza podczas II wojny światowej.  Zabory, okupacja, pozostawiły niezatarte ślady w mowie naszych przodków. Moi rodzice i starsze rodzeństwo posiadło umiejętność mówienia, pisania i liczenia po niemiecku. Mnie i młodszemu bratu język niemiecki był mniej znany...                      
Byliśmy raczej osłuchani w tej mowie i rozumieliśmy ją w znacznym stopniu. Przecież w czasie okupacji mowa polska na Pomorzu była zabroniona pod karą wywiezienia do K.L. Stuttchof – obozu koncentracyjnego (Konzentrazion Lager). Siłą rzeczy musieliśmy, chociaż szczątkowo, znać podstawy języka niemieckiego. Właściwie to żałuję, że rodzice nie nauczyli nas mówić perfekt po niemiecku. Fakt, że okupacja siała nienawiść Polaków do Schwabów, jak nazywaliśmy Niemców, i język niemiecki był złem koniecznym, ale myśląc przyszłościowo rodzice mogli spowodować, że bylibyśmy dziś dwujęzyczni. Mój brat, Jerzy, tylko dwa lata chodził do szkoły polskiej, resztę spędził na uczeniu się języka niemieckiego, gdzie w izbie szkolnej zamiast orła wisiała swastyka (hakenkreuz). Trzeba przyznać, że był bardzo dobry w „niemieckim”. Jeszcze w latach powojennych często posługiwał się zwrotami niemieckimi np. Wo ist Fater?  (gdzie jest tata?) czy w nazewnictwie poszczególnych przedmiotów, czynności, zwrotów. 


Mój dziadek Franciszek w czasie I wojny światowej. 

               Stałą zasadą było wyrażanie się w obecności dzieci w  języku niemieckim: achte Kinder, Achtung auf den Kindern, Kinder hören (uważaj dzieci, uwaga na dzieci, dzieci słyszą). Ojciec mój sumując jakieś liczby w gminnych sprawozdaniach używał wyłącznie j. niemieckiego. Codziennością było używanie nazw narzędzi, przyborów, czynności w j. niemieckim. Mój brat Jerzy w swoim warsztacie naprawczym używał bardzo wiele zwrotów i słów w języku niemieckim np. zdejmij keta, daj gumelejzung, odkręć brymza, weź schraubenzier, naostrz na szmerglu,wyczyść glaspapieremhalte fest ten pakiettreger i wiele innych. Wujkowie w gospodarstwie też podobnie mówili. Przez wiele lat  łopatę nazywałem szypą,  widły gablami a zęby u brony czy grabi cynkami. Chcąc młócić wujek mawiał: będzim draszować. Maszyna do młócenia była zawsze dreszmaszynó, krowa uwiązana była do koryta halzketó, naszyjnik u konia był koplym. Zimą w podkowy kowal wkręcał sztole. Wychodząc wieczorem do sąsiada brało się taszlampe.

                  Niemieckie piosenki o nostalgicznym wydźwięku czy marsze wojskowe (a nie wszystkie były o faszystowskiej treści) często były w repertuarze spotkań, zabaw czy w prywatnym odtwarzaniu starych płyt. Osoby, które miały na sobie mundur wojsk niemiecki, obojętnie w jakim okresie często śpiewały starą wojskową niemiecką pieśń, która i dziś śpiewana jest w wielu armiach świata jako pieśń pogrzebowa w ceremoniale wojskowy. Napisał ją Ludwig Uhland w 1809 roku, zaś muzykę utworzył Friedrich Silcher w 1825 roku. Jej tytuł to Ich hatt` einen Kameraden. Przytoczę ją w całości.

Ich hatt‘ einen kamera den,                                   Miałem kiedyś brata broni 
Einen bessern findst du nit.                                    Najlepszego z wszystkich w kół
Die Trommel schlug zum Streite,                         Gdy zagrały surmy zbrojne
Er ging an meiner Seite                                          Razem poszliśmy na wojnę
In gleichen Schritt und Tritt.                                 Całość tworzyliśmy z pół

Eine Kugel kam geflogen,                                      Gdy świstały wokół kule    
Gilt‘s mir oder gilt es dir?                                      Te do niego i do mnie
Ihn hat es weggerissen,                                        Jedna w cel swój utrafiła
Er liegt mir vor den Füssen.                                    Mego brata powaliła
Als wär`s ein Stück von mir.                                 Upadł wprost pod nogi me

Will mir Hand noch reichen,                                 Gdy wyciągnął do mnie rękę
Der weil ich eben lad.                                            Ładowałem swoją broń
Kann dir die Hand nicht geben,                            Nie na długo się żegnamy
Bleib du im ew‘gen Leben                                     W Życiu Wiecznym się spotkamy
Mein guter Kamerad                                              Tam uścisnę Twoją dłoń.

                     Kawalerka zblewska lat pięćdziesiątych  bardzo często śpiewała stare niemieckie piosenki, zwłaszcza po jednym głębszym. Były  to: Wo die nordseewellen, Junge komm bald wieder, Drei weisse birken,  o, mein Papa i wiele innych. Pewnie gdybyśmy zamieszkiwali tereny wschodniej Polski, zaszłości historyczne byłyby przyczyną śpiewania czastuszek czy innych pieśni kultury rosyjskiej i używania wtrętów języka wschodniego sąsiada. Mam przyjaciela z tamtych stron. Opowiadał mi, że jego ojciec bardzo dobrze posługiwał się językiem rosyjskim pod trzema postaciami – w mowie, piśmie i rachunkach. Na przestrzeni dziejów, w wyniku ekspansji sąsiadów na nasze tereny, przenikała do naszego życia kultura niemiecka i rosyjska. A jak to będzie w przyszłości? Bóg raczy wiedzieć. Pewnie będzie jakaś mieszanina języków. Powód? Globalizacja. Obym się mylił.  

 4 stycznia 2011

 

piątek, 20 stycznia 2012

Tekst Tadeusza Majewskiego i mój komentarz

TADEUSZ MAJEWSKI. ALBUM ZBLEWSKIEGO DWUDZIESTOLECIA II RPDrukujE-mail
wtorek, 17 styczeń 2012
Nieraz odkrywamy czy znajdujemy coś przypadkowo. Skamienielinę, odcisk palca na gotyckiej cegle, stare zdjęcie. Ale najbardziej cieszy, gdy jest to odkrycie jakby przez nas wywołane. Tak było z odkryciem niezwykłych i bardzo istotnych dla historii Zblewa zdjęć, jakie znajdują się w albumie rodziny Piotrzkowskich. Po publikacji materiału Edmunda Zielińskiego pt. „Zblewski handel w połowie XX wieku” w grudniowym numerze „KZ” zgłosił się Krystian Piotrzkowski. Był rozżalony, że w tekście nie ma mowy o jego pradziadku Leonardzie – przedwojennym zblewskim rzeźniku (nie było mowy, gdyż pan Edmund pisał o handlu powojennym)... 

Pojechałem do Jezierc - do rodziny Piotrzkowskich. Przeglądałem zdjęcia w rozłożonym na stole rodzinnym albumie z rosnącym zdumieniem. Takie odkrycie w ciągu 20 lat zdarzyło mi się tylko raz – u pani Rybickiej w Bobowie. O tym, co przedstawiają zdjęcia, mówili mi Waldemar Piotrzkowski – wnuk Leonarda i Wiktorii, Halina (ur. w 1936 r.) – synowa oraz wspomniany wyżej Krystian – wnuk Haliny. 
Porobiłem zdjęcia ze zdjęć. Najciekawsze umieściłem już na stronie www.zblewo.pl, z grubsza starając się zachować układ chronologiczny (po doprecyzowaniu czasu ich powstania przestawię kolejność). Niemniej już wyszła z tego 20-letnia historia polskiego Zblewa jak gdyby w niemieckiej ramówce. 

Leonard i Wiktoria
Jedno z najstarszych zdjęć przedstawia dom Wiktorii Brzoskowskiej („ulica Główna, za Maksem Gillą”), w którym mieściła się piekarnia. Po wyjściu za mąż za Leonarda Piotrzkowskiego, który przybył z Nowej Wsi Rzecznej do Zblewa w nieznanym rodzinie roku, piekarnię zlikwidowano, a otworzono sklep mięsny, natomiast od strony podwórza - co wynika ze zdjęć - ubojnię. 
Wiktoria i Leonard wzięli ślub w dniu 5 listopada 1919 r. w USC w Zblewie. Akt ślubu informacje, że Leonard urodził się w dn. 28 czerwca 1889 r. i był rzeźnikiem, natomiast Wiktoria urodziła się 26 lutego 1899 r. 
Na stronie internetowej gminy jako pierwsze dałem zdjęcie przedstawiające żołnierzy pruskiej armii z 1916 roku. Najprawdopodobniej jest na nim Leonard, gdyż co by to zdjęcie robiło w albumie? 
Brzoskowscy byli majętną rodziną. W tamtych czasach zapewne piekarnia ze sklepem przynosiła niezłe dochody. Leonard Piotrzkowski też nie narzekał na brak pieniędzy. „Kiedyś tak było – komentowała zdjęcia ślubne pani Halina – że zawsze bogaty żenił się z bogatym”. Na takie dictum odpowiedziałem pytaniem: „Czy dziś jest inaczej? Czy kiedykolwiek było”.
Leonard Piotrzkowski był postawnym mężczyzną o regularnych rysach twarzy i przenikliwym spojrzeniu. Nic mu nie odbierała przedwczesna łysina. Wiktoria z 1918 roku była kobietą puszystą. Na zdjęciu wykonanym w jakimś atelier około 1914 roku jest jeszcze szczupła. 

Nieźle im się powodziło 
Zakład masarski ze sklepem musiał znakomicie prosperować. Według rodziny Piotrzkowscy byli jednymi z najbogatszych zblewiaków. O ich zamożności świadczą zdjęcia przedstawiające dwa samochody. Osobowy był podobno pierwszym w Zblewie. Na zdjęciu stoi na podwórzu, na zapleczu masarni, a siedzi w nim aż siedem osób (czwarty od lewej to Brunon, syn Leonarda, później mąż pani Haliny). Te siedem osób to drużyna strażaków. Niektórzy mają niespotykane dziś sumiaste wąsy. Strażacy podobno przyszli na podwórze Piotrzkowskich, by sobie zrobić takie właśnie paradne zdjęcie w aucie. Znawcy starych samochodów z pewnością określą, jaki to model. Zdjęcie przedstawiające samochód dostawczy bardzo wyblakło. Zupełnie jakby nie chciało trzymać wyrazistości utrudzonego pojazdu, który regularnie rozwoził produkty z masarni do Starogardu i Tczewa. 
Firma musiała być spora. „Była ubojnia, masarnia i sklep, tak jak aktualnie firma Heroldów” – zauważyli Piotrzkowscy. Zaskakują nietypowe pamiątkowe zdjęcia z bykami. Zapewne miały one uwiecznić chwałę przedsiębiorstwa. Przy okazji - to jeszcze jedno świadectwo zamożności, no bo kogo wtedy było stać na robienie takich zdjęć czy wynajmowanie fotografa? 

Niezwykły dokument
Zdjęcia w rodzinnym albumie Piotrzkowskich są z uwagi na swoją tematyczną różnorodność niezwykłym dokumentem pod każdym względem. Niektóre przedstawiają architekturę miejscowości, która już wtedy będąc miasteczkiem udawała wieś, inne to świadectwa ważnych wydarzeń państwowych obchodzonych w w Zblewie – na przykład przemarsz patriotyczny bodajże Związku Powstańców i Wojaków czy uroczystość z okazji dziesięciolecia II Rzeczpospolitej (Leonard stoi drugi od prawej), jaka miała miejsce w dużej sali z teatralną sceną, o czym świadczy budka suflera. Jeszcze inne to świadectwo życia codziennego: przejażdżka bryczką ulicą Główną, spotkanie towarzyskie – rozmowa Leonarda Piotrzkowskiego z księdzem („Leonard dużo dawał na kościół”), zrobione na pamiątkę przed pomnikiem Matki Boskiej postawionym w 1922 roku po wojnie z bolszewikami („przy pomniku stoi Leonard – musiała być jakaś rocznica”). Zdaje się, że pomnik był wyższy niż ten dzisiejszy – można porównać. Wreszcie ten album to kapitalny katalog mody. Na jednym ze zdjęć w białym stroju stoi Wiktoria, w ciemnym pani Kamińska ze Starogardu, jej siostra. Podobnie jak na innych zdjęciach dokładnie widać zdobienia sukni, niemające nic wspólnego ze strojami regionalnymi. Jakieś zdobione kołnierzyki, koronki, różnej długości korale. Na niektórych zdjęciach fascynują długie, obszerne płaszcze, czapki, muszki, wysokie obuwie, no i oczywiście jakże inne niż dzisiaj fryzury pań. 

Wiktoria dała Leonardowi sześcioro dzieci
Leonard miał tytuł rzeźnika. Zatrudniał czeladnika i trzech uczniów. To on najprawdopodobniej prowadził interes. Wiktoria zajmowała się dziećmi. Na jednym ze zdjęć siedzi na krześle trzymając chłopca, a stoją przy niej trzy kobiety – według Piotrzkowskich były to: opiekunka do dzieci, kucharka i sprzątaczka. 
Wiktoria urodziła Leonardowi sześcioro dzieci: córkę i pięciu synów. Oto kolejność według starszeństwa. Kazimierz („podczas wojny szedł z polskim wojskiem, jako polski żołnierz dostał się do Anglii, nie wrócił” - mówiła pani Halina), Wiktor („był w czasie okupacji w Jugosławii, wrócił do Zblewa po wojnie”), Henio („musiał pójść do armii niemieckiej w wieku 18 lat, a zginął w wieku 19 lat – przysłali zdjęcie na pamiątkę; wygląda jak Niemiec”), Łucja („wyszła za mąż za Jerzego Filipowskiego, zmarła w Starogardzie”), Brunon („urodził się w 1932 roku, a ożenił się ze mną w 1955 r.”), Zygfryd – podczas okupacji był dzieckiem, ożenił się, pracował w Polfie. 

Był już tak blisko
W czasie okupacji Leonard Piotrzkowski normalnie prowadził swoją działalność. By tak było, podpisał w 1939 r. listę. Gdyby tego nie zrobił, straciłby firmę i dom. Taki był jego wybór. Oczywiście nie wszyscy mieszkańcy Pomorza otrzymywali takie propozycje. Jedynie ci, którzy mieli "pruskie" korzenie. Tu wróciłem myślami do pierwszego zdjęcia – kim był Piotrzkowski w 1916 roku w armii pruskiej? Wybór, który zemścił się po pięciu latach, gdy do Zblewa weszli Rosjanie. Został z kilkudziesięcioma innymi wywieziony do łagru. Waldemar zna przejmującą historię jego powrotu. Opowiedział mu ją ojciec Józefa Stypy z Pałubinka, który przesiedział w łagrze razem z Leonardem niecałe dziesięć lat (przyjmijmy te niecałe dziesięć lat jako prawdopodobne, może to mieć związek ze śmiercią Stalina). Wracali do Polski wagonami towarowymi. Przed Piesienicą Leonard zmarł (z wycieńczenia, choroby, wzruszenia? - nikt już tego nie powie), a jego ciało wyrzucono z wagonu. A był tak blisko. 

Wiktoria za ladą
Piotrzkowscy z Jezierc nie bardzo wiedzą, co działo się po wojnie z masarnią. Nie ma żadnych opowieści. Pani Haliny nie było przez dłuższy czas w Zblewie. Gdy miała 4 latka, zmarł jej ojciec. Jej matka wyszła drugi raz za mąż za wojskowego i w 1945 roku wyjechali na Śląsk. Gdy jej ojczym przeszedł na emeryturę wojskową, wróciła do Zblewa w 1951 roku. W 1955 r. wyszła za mąż za Brunona Piotrzkowskiego. 
Wiktoria, zapewne nieświadoma, że jej mąż żyje, przez pierwsze lata socjalizmu pracowała w swoim sklepie mięsnym za ladą. Próbowała prowadzić cały interes, ale bolały ją nogi. Kazimierz, syn mieszkający w Anglii pisał listy, przysyłał paczki i pieniądze, bo nie miała emerytury. W końcu została z córką i zięciem. W 1957 roku sprzedała dom, a GS-y otworzyły w jego części handlowej, czyli w miejscu sklepu mięsnego, sklep monopolowy.

Niech pan sprawdzi 
Takie to wszystko powikłane. Przewijają się zdarzenia, uroczystości, dramaty, zmieniają twarze, mody, kłócą mundury – niemieckie: pruskie, hitlerowskie, polskie. Niby w tych stronach powikłania typowe i przez niektórych potraktowane jako swoista jednoznaczna niejednoznaczność wyboru w tamtym koszmarnym czasie. 
Waldemar, ostrożnie odrywając jedno ze zdjęć, żeby znaleźć informację o tym, co przedstawia, mówił coś o patriotyzmie Leonarda. No i o tym zdarzeniu... 
Był czas okupacji. Do domu Piotrzkowskich przyszli jacyś Szarmachowie z synkiem, Henrykiem. Chyba z okolic Starej Kiszewy. Poprosili Leonarda Piotrzkowskiego o przechowanie synka. Sami musieli się ukrywać przed Niemcami. Chłopiec przebywał do końca wojny. W dzień siedział w piwnicy, w nocy pomagał z wdzięczności przy produkcji. To słynny później dermatolog, profesor. Po latach chciał zdjęcie Leonarda Piotrzkowskiego. Waldemar wyjął jedno z albumu i mu je zawiózł. Profesor chciał swoim dzieciom pokazać, kto mu uratował życie. „Jeżeli on żyje, to sporo opowie. Niech pan sprawdzi” - namawiał mnie Waldemar. 

Fotoreportaż zamknąłem w internecie zdjęciem Henia Piotrzkowskiego w mundurze niemieckim czy hitlerowskim, jak kto woli. Wahałem się, czy je dać. No bo jakoś tak dziwnie. Rzeczywiście, chłopakowi w tym mundurze całkiem do twarzy. Ale to zdjęcie związane z tragedią, przysłane na pamiątkę śmierci, zamykające niemiecką klamrą piękną, 20-letnią historię zblewskiej rodziny Wiktorii i Leonarda Piotrzkowskich. Jeszcze wklepałem w Google wyrazy: profesor Henryk Szarmach dermatolog. Wyszło: prof. dr hab. n. med. Henryk Szarmach Gdańsk. Teraz trzeba zdobyć numer telefonu... 
Tadeusz Majewski 

Komentarz Edmunda Zielińskiego e-mailem pisany

Dzień dobry Panie Tadeuszu.
Gdy Pan pierwszy raz wspomniał o Piotrzkowskich w Jeziercach, ani przez myśl mi nie przeszło, że to może być ród zacnej rodziny ze Zblewa. Pana bardzo interesujący reportaż wszystko wyjaśnił.
Wiktoria Brzoskowska - moja ciocia Maria Redzimska była wdową po Brzoskowskim i ponownie wyszła za mąż za brata mej mamy, Franciszka Redzimskiego. Mieszkali przy ulicy Starogardzkiej po lewej stronie (w kierunku Starogardu) zaraz za skrzyżowaniem koło młyna. Nadal mieszkają tam Redzimscy. Pamiętam, że zaraz po wojnie, jeszcze w latach czterdziestych, przyjeżdżał do mojej babci Redzimskiej Pauliny w Białachowie wujek Franek. Przyjeżdżał ciekawym wozem. Była to mała platforma z siedziskiem dla woźnicy, otoczona ażurowymi burtami. Dowiedziałem się, że tym wozem przywoził do swojej ubojni świniaki rzeźnik Piotrzkowski, po uprzednim zakupie u gospodarzy. Samochód ciężarowy służył pewnie do rozwozu przerobów mięsnych. Brzoskowscy mieszkają w Zblewie. Na nowym osiedlu hydraulik Brzoskowski, syn Bolesława, którego mamą była właśnie ciocia Maria. Bolesława brat, Leon, mieszkał w Trzcińsku.

Co do samochodu osobowego, czy był pierwszy w Zblewie? Trudno będzie sprawdzić, bowiem znanym przewoźnikiem i właścicielem samochodów był pan Guziński. Miał nawet autobus i woził pasażerów Wolnego Miasta Gdańska i Gdyni - sam mi o tym opowiadał na początku lat 60 XX wieku.
Muszę poszperać w moich archiwaliach, może skojarzę z jakimś starym zdjęciem osobę księdza (nazwisko). Wydaję mi się (mogę się mylić), że jest to ksiądz Stanisław Hoffman, wikariusz zblewski, późniejszy proboszcz w Pinczynie (poseł na Sejm II RP). Uroczystości jubileuszowe, scena i budka suflera - to może być u pana Perszonki lub Jasińskiego.

Wielu zblewiaków wywieźli Rosjanie do łagrów po wyzwoleniu. Jedni wracali po kilku tygodniach, inni po miesiącach i po latach. Z panem Leonardem mogło tak być, ale nie 10 lat. I z tym wyrzuceniem ciała z wagonu? Kto miał to zrobić, nasi kolejarze? 6 kilometrów od Zblewa?

Wiem, że przez jakiś czas masarnia Piotrzkowskich była czynna. Ale czy prowadziła ją pani Wiktoria? Wracając ze mszy świętej szedłem z ojcem do tego rzeźnika i od zaplecza kupowaliśmy "kiszkę", najczęściej wątrobianą (do dziś bardzo ją lubię, ale wyrobioną na starej recepturze).
Pamiętam ojczyma Pani Haliny, byłego oficera Wojska Polskiego. Miał sprężysty chód, jak na oficera przystało. Przez jakiś czas jako emerytowany oficer pracował na stanowisku komendanta Straży Przemysłowej w Zakładach Płyt Pilśniowych w Czarnej Wodzie.

U Pani Wiktorii Piotrzkowskiej byłem ostatni razem z jej synem a moim kolegą Zygmuntem (Zygfrydem) około 1965 roku. Wyprowadziłem się do Gdyni i kontakty z Brunonem i Zygmuntem były rzadkością. Oczywiście dobrze znałem panią Łucję i Jerzego Filipowskich. Mieszkali w domu przy Bożej Męce na przeciw domu rodzinnego pani Łucji.
Co do volkslisty - to był trudny wybór. Moi rodzice i ich rodziny z tej "propozycji" nie skorzystali.
Panie Tadeuszu - musi Pan się skontaktować z Panem prof. Henrykiem Szarmachem - będzie to fascynujący reportaż.

Pozdrawiam serdecznie
Edmund Zieliński

Tekst Tadeusza Majewskiego i mój komentarz

TADEUSZ MAJEWSKI. ALBUM ZBLEWSKIEGO DWUDZIESTOLECIA II RPDrukujE-mail
wtorek, 17 styczeń 2012
Nieraz odkrywamy czy znajdujemy coś przypadkowo. Skamienielinę, odcisk palca na gotyckiej cegle, stare zdjęcie. Ale najbardziej cieszy, gdy jest to odkrycie jakby przez nas wywołane. Tak było z odkryciem niezwykłych i bardzo istotnych dla historii Zblewa zdjęć, jakie znajdują się w albumie rodziny Piotrzkowskich. Po publikacji materiału Edmunda Zielińskiego pt. „Zblewski handel w połowie XX wieku” w grudniowym numerze „KZ” zgłosił się Krystian Piotrzkowski. Był rozżalony, że w tekście nie ma mowy o jego pradziadku Leonardzie – przedwojennym zblewskim rzeźniku (nie było mowy, gdyż pan Edmund pisał o handlu powojennym)... 

Pojechałem do Jezierc - do rodziny Piotrzkowskich. Przeglądałem zdjęcia w rozłożonym na stole rodzinnym albumie z rosnącym zdumieniem. Takie odkrycie w ciągu 20 lat zdarzyło mi się tylko raz – u pani Rybickiej w Bobowie. O tym, co przedstawiają zdjęcia, mówili mi Waldemar Piotrzkowski – wnuk Leonarda i Wiktorii, Halina (ur. w 1936 r.) – synowa oraz wspomniany wyżej Krystian – wnuk Haliny. 
Porobiłem zdjęcia ze zdjęć. Najciekawsze umieściłem już na stronie www.zblewo.pl, z grubsza starając się zachować układ chronologiczny (po doprecyzowaniu czasu ich powstania przestawię kolejność). Niemniej już wyszła z tego 20-letnia historia polskiego Zblewa jak gdyby w niemieckiej ramówce. 

Leonard i Wiktoria
Jedno z najstarszych zdjęć przedstawia dom Wiktorii Brzoskowskiej („ulica Główna, za Maksem Gillą”), w którym mieściła się piekarnia. Po wyjściu za mąż za Leonarda Piotrzkowskiego, który przybył z Nowej Wsi Rzecznej do Zblewa w nieznanym rodzinie roku, piekarnię zlikwidowano, a otworzono sklep mięsny, natomiast od strony podwórza - co wynika ze zdjęć - ubojnię. 
Wiktoria i Leonard wzięli ślub w dniu 5 listopada 1919 r. w USC w Zblewie. Akt ślubu informacje, że Leonard urodził się w dn. 28 czerwca 1889 r. i był rzeźnikiem, natomiast Wiktoria urodziła się 26 lutego 1899 r. 
Na stronie internetowej gminy jako pierwsze dałem zdjęcie przedstawiające żołnierzy pruskiej armii z 1916 roku. Najprawdopodobniej jest na nim Leonard, gdyż co by to zdjęcie robiło w albumie? 
Brzoskowscy byli majętną rodziną. W tamtych czasach zapewne piekarnia ze sklepem przynosiła niezłe dochody. Leonard Piotrzkowski też nie narzekał na brak pieniędzy. „Kiedyś tak było – komentowała zdjęcia ślubne pani Halina – że zawsze bogaty żenił się z bogatym”. Na takie dictum odpowiedziałem pytaniem: „Czy dziś jest inaczej? Czy kiedykolwiek było”.
Leonard Piotrzkowski był postawnym mężczyzną o regularnych rysach twarzy i przenikliwym spojrzeniu. Nic mu nie odbierała przedwczesna łysina. Wiktoria z 1918 roku była kobietą puszystą. Na zdjęciu wykonanym w jakimś atelier około 1914 roku jest jeszcze szczupła. 

Nieźle im się powodziło 
Zakład masarski ze sklepem musiał znakomicie prosperować. Według rodziny Piotrzkowscy byli jednymi z najbogatszych zblewiaków. O ich zamożności świadczą zdjęcia przedstawiające dwa samochody. Osobowy był podobno pierwszym w Zblewie. Na zdjęciu stoi na podwórzu, na zapleczu masarni, a siedzi w nim aż siedem osób (czwarty od lewej to Brunon, syn Leonarda, później mąż pani Haliny). Te siedem osób to drużyna strażaków. Niektórzy mają niespotykane dziś sumiaste wąsy. Strażacy podobno przyszli na podwórze Piotrzkowskich, by sobie zrobić takie właśnie paradne zdjęcie w aucie. Znawcy starych samochodów z pewnością określą, jaki to model. Zdjęcie przedstawiające samochód dostawczy bardzo wyblakło. Zupełnie jakby nie chciało trzymać wyrazistości utrudzonego pojazdu, który regularnie rozwoził produkty z masarni do Starogardu i Tczewa. 
Firma musiała być spora. „Była ubojnia, masarnia i sklep, tak jak aktualnie firma Heroldów” – zauważyli Piotrzkowscy. Zaskakują nietypowe pamiątkowe zdjęcia z bykami. Zapewne miały one uwiecznić chwałę przedsiębiorstwa. Przy okazji - to jeszcze jedno świadectwo zamożności, no bo kogo wtedy było stać na robienie takich zdjęć czy wynajmowanie fotografa? 

Niezwykły dokument
Zdjęcia w rodzinnym albumie Piotrzkowskich są z uwagi na swoją tematyczną różnorodność niezwykłym dokumentem pod każdym względem. Niektóre przedstawiają architekturę miejscowości, która już wtedy będąc miasteczkiem udawała wieś, inne to świadectwa ważnych wydarzeń państwowych obchodzonych w w Zblewie – na przykład przemarsz patriotyczny bodajże Związku Powstańców i Wojaków czy uroczystość z okazji dziesięciolecia II Rzeczpospolitej (Leonard stoi drugi od prawej), jaka miała miejsce w dużej sali z teatralną sceną, o czym świadczy budka suflera. Jeszcze inne to świadectwo życia codziennego: przejażdżka bryczką ulicą Główną, spotkanie towarzyskie – rozmowa Leonarda Piotrzkowskiego z księdzem („Leonard dużo dawał na kościół”), zrobione na pamiątkę przed pomnikiem Matki Boskiej postawionym w 1922 roku po wojnie z bolszewikami („przy pomniku stoi Leonard – musiała być jakaś rocznica”). Zdaje się, że pomnik był wyższy niż ten dzisiejszy – można porównać. Wreszcie ten album to kapitalny katalog mody. Na jednym ze zdjęć w białym stroju stoi Wiktoria, w ciemnym pani Kamińska ze Starogardu, jej siostra. Podobnie jak na innych zdjęciach dokładnie widać zdobienia sukni, niemające nic wspólnego ze strojami regionalnymi. Jakieś zdobione kołnierzyki, koronki, różnej długości korale. Na niektórych zdjęciach fascynują długie, obszerne płaszcze, czapki, muszki, wysokie obuwie, no i oczywiście jakże inne niż dzisiaj fryzury pań. 

Wiktoria dała Leonardowi sześcioro dzieci
Leonard miał tytuł rzeźnika. Zatrudniał czeladnika i trzech uczniów. To on najprawdopodobniej prowadził interes. Wiktoria zajmowała się dziećmi. Na jednym ze zdjęć siedzi na krześle trzymając chłopca, a stoją przy niej trzy kobiety – według Piotrzkowskich były to: opiekunka do dzieci, kucharka i sprzątaczka. 
Wiktoria urodziła Leonardowi sześcioro dzieci: córkę i pięciu synów. Oto kolejność według starszeństwa. Kazimierz („podczas wojny szedł z polskim wojskiem, jako polski żołnierz dostał się do Anglii, nie wrócił” - mówiła pani Halina), Wiktor („był w czasie okupacji w Jugosławii, wrócił do Zblewa po wojnie”), Henio („musiał pójść do armii niemieckiej w wieku 18 lat, a zginął w wieku 19 lat – przysłali zdjęcie na pamiątkę; wygląda jak Niemiec”), Łucja („wyszła za mąż za Jerzego Filipowskiego, zmarła w Starogardzie”), Brunon („urodził się w 1932 roku, a ożenił się ze mną w 1955 r.”), Zygfryd – podczas okupacji był dzieckiem, ożenił się, pracował w Polfie. 

Był już tak blisko
W czasie okupacji Leonard Piotrzkowski normalnie prowadził swoją działalność. By tak było, podpisał w 1939 r. listę. Gdyby tego nie zrobił, straciłby firmę i dom. Taki był jego wybór. Oczywiście nie wszyscy mieszkańcy Pomorza otrzymywali takie propozycje. Jedynie ci, którzy mieli "pruskie" korzenie. Tu wróciłem myślami do pierwszego zdjęcia – kim był Piotrzkowski w 1916 roku w armii pruskiej? Wybór, który zemścił się po pięciu latach, gdy do Zblewa weszli Rosjanie. Został z kilkudziesięcioma innymi wywieziony do łagru. Waldemar zna przejmującą historię jego powrotu. Opowiedział mu ją ojciec Józefa Stypy z Pałubinka, który przesiedział w łagrze razem z Leonardem niecałe dziesięć lat (przyjmijmy te niecałe dziesięć lat jako prawdopodobne, może to mieć związek ze śmiercią Stalina). Wracali do Polski wagonami towarowymi. Przed Piesienicą Leonard zmarł (z wycieńczenia, choroby, wzruszenia? - nikt już tego nie powie), a jego ciało wyrzucono z wagonu. A był tak blisko. 

Wiktoria za ladą
Piotrzkowscy z Jezierc nie bardzo wiedzą, co działo się po wojnie z masarnią. Nie ma żadnych opowieści. Pani Haliny nie było przez dłuższy czas w Zblewie. Gdy miała 4 latka, zmarł jej ojciec. Jej matka wyszła drugi raz za mąż za wojskowego i w 1945 roku wyjechali na Śląsk. Gdy jej ojczym przeszedł na emeryturę wojskową, wróciła do Zblewa w 1951 roku. W 1955 r. wyszła za mąż za Brunona Piotrzkowskiego. 
Wiktoria, zapewne nieświadoma, że jej mąż żyje, przez pierwsze lata socjalizmu pracowała w swoim sklepie mięsnym za ladą. Próbowała prowadzić cały interes, ale bolały ją nogi. Kazimierz, syn mieszkający w Anglii pisał listy, przysyłał paczki i pieniądze, bo nie miała emerytury. W końcu została z córką i zięciem. W 1957 roku sprzedała dom, a GS-y otworzyły w jego części handlowej, czyli w miejscu sklepu mięsnego, sklep monopolowy.

Niech pan sprawdzi 
Takie to wszystko powikłane. Przewijają się zdarzenia, uroczystości, dramaty, zmieniają twarze, mody, kłócą mundury – niemieckie: pruskie, hitlerowskie, polskie. Niby w tych stronach powikłania typowe i przez niektórych potraktowane jako swoista jednoznaczna niejednoznaczność wyboru w tamtym koszmarnym czasie. 
Waldemar, ostrożnie odrywając jedno ze zdjęć, żeby znaleźć informację o tym, co przedstawia, mówił coś o patriotyzmie Leonarda. No i o tym zdarzeniu... 
Był czas okupacji. Do domu Piotrzkowskich przyszli jacyś Szarmachowie z synkiem, Henrykiem. Chyba z okolic Starej Kiszewy. Poprosili Leonarda Piotrzkowskiego o przechowanie synka. Sami musieli się ukrywać przed Niemcami. Chłopiec przebywał do końca wojny. W dzień siedział w piwnicy, w nocy pomagał z wdzięczności przy produkcji. To słynny później dermatolog, profesor. Po latach chciał zdjęcie Leonarda Piotrzkowskiego. Waldemar wyjął jedno z albumu i mu je zawiózł. Profesor chciał swoim dzieciom pokazać, kto mu uratował życie. „Jeżeli on żyje, to sporo opowie. Niech pan sprawdzi” - namawiał mnie Waldemar. 

Fotoreportaż zamknąłem w internecie zdjęciem Henia Piotrzkowskiego w mundurze niemieckim czy hitlerowskim, jak kto woli. Wahałem się, czy je dać. No bo jakoś tak dziwnie. Rzeczywiście, chłopakowi w tym mundurze całkiem do twarzy. Ale to zdjęcie związane z tragedią, przysłane na pamiątkę śmierci, zamykające niemiecką klamrą piękną, 20-letnią historię zblewskiej rodziny Wiktorii i Leonarda Piotrzkowskich. Jeszcze wklepałem w Google wyrazy: profesor Henryk Szarmach dermatolog. Wyszło: prof. dr hab. n. med. Henryk Szarmach Gdańsk. Teraz trzeba zdobyć numer telefonu... 
Tadeusz Majewski 

Komentarz Edmunda Zielińskiego e-mailem pisany

Dzień dobry Panie Tadeuszu.
Gdy Pan pierwszy raz wspomniał o Piotrzkowskich w Jeziercach, ani przez myśl mi nie przeszło, że to może być ród zacnej rodziny ze Zblewa. Pana bardzo interesujący reportaż wszystko wyjaśnił.
Wiktoria Brzoskowska - moja ciocia Maria Redzimska była wdową po Brzoskowskim i ponownie wyszła za mąż za brata mej mamy, Franciszka Redzimskiego. Mieszkali przy ulicy Starogardzkiej po lewej stronie (w kierunku Starogardu) zaraz za skrzyżowaniem koło młyna. Nadal mieszkają tam Redzimscy. Pamiętam, że zaraz po wojnie, jeszcze w latach czterdziestych, przyjeżdżał do mojej babci Redzimskiej Pauliny w Białachowie wujek Franek. Przyjeżdżał ciekawym wozem. Była to mała platforma z siedziskiem dla woźnicy, otoczona ażurowymi burtami. Dowiedziałem się, że tym wozem przywoził do swojej ubojni świniaki rzeźnik Piotrzkowski, po uprzednim zakupie u gospodarzy. Samochód ciężarowy służył pewnie do rozwozu przerobów mięsnych. Brzoskowscy mieszkają w Zblewie. Na nowym osiedlu hydraulik Brzoskowski, syn Bolesława, którego mamą była właśnie ciocia Maria. Bolesława brat, Leon, mieszkał w Trzcińsku.

Co do samochodu osobowego, czy był pierwszy w Zblewie? Trudno będzie sprawdzić, bowiem znanym przewoźnikiem i właścicielem samochodów był pan Guziński. Miał nawet autobus i woził pasażerów Wolnego Miasta Gdańska i Gdyni - sam mi o tym opowiadał na początku lat 60 XX wieku.
Muszę poszperać w moich archiwaliach, może skojarzę z jakimś starym zdjęciem osobę księdza (nazwisko). Wydaję mi się (mogę się mylić), że jest to ksiądz Stanisław Hoffman, wikariusz zblewski, późniejszy proboszcz w Pinczynie (poseł na Sejm II RP). Uroczystości jubileuszowe, scena i budka suflera - to może być u pana Perszonki lub Jasińskiego.

Wielu zblewiaków wywieźli Rosjanie do łagrów po wyzwoleniu. Jedni wracali po kilku tygodniach, inni po miesiącach i po latach. Z panem Leonardem mogło tak być, ale nie 10 lat. I z tym wyrzuceniem ciała z wagonu? Kto miał to zrobić, nasi kolejarze? 6 kilometrów od Zblewa?

Wiem, że przez jakiś czas masarnia Piotrzkowskich była czynna. Ale czy prowadziła ją pani Wiktoria? Wracając ze mszy świętej szedłem z ojcem do tego rzeźnika i od zaplecza kupowaliśmy "kiszkę", najczęściej wątrobianą (do dziś bardzo ją lubię, ale wyrobioną na starej recepturze).
Pamiętam ojczyma Pani Haliny, byłego oficera Wojska Polskiego. Miał sprężysty chód, jak na oficera przystało. Przez jakiś czas jako emerytowany oficer pracował na stanowisku komendanta Straży Przemysłowej w Zakładach Płyt Pilśniowych w Czarnej Wodzie.

U Pani Wiktorii Piotrzkowskiej byłem ostatni razem z jej synem a moim kolegą Zygmuntem (Zygfrydem) około 1965 roku. Wyprowadziłem się do Gdyni i kontakty z Brunonem i Zygmuntem były rzadkością. Oczywiście dobrze znałem panią Łucję i Jerzego Filipowskich. Mieszkali w domu przy Bożej Męce na przeciw domu rodzinnego pani Łucji.
Co do volkslisty - to był trudny wybór. Moi rodzice i ich rodziny z tej "propozycji" nie skorzystali.
Panie Tadeuszu - musi Pan się skontaktować z Panem prof. Henrykiem Szarmachem - będzie to fascynujący reportaż.

Pozdrawiam serdecznie
Edmund Zieliński

środa, 11 stycznia 2012

EDMUND ZIELIŃSKI. LESZEK I JEGO DZIESIĘĆ PTASZKÓWDrukujE-mail
środa, 11 styczeń 2012
Zbliża się pierwsza rocznica śmierci mojego dobrego kolegi Leszka Proroka ze Zblewa. Zmarł 22 stycznia 2011. Znaliśmy się ponad dwadzieścia lat. To On wybudował nasz dom w Zblewie przy ul. Jaśminowej. Kilka tygodni przed śmiercią obchodził ze swoją żonką Lidią 50-lecie pożycia małżeńskiego. To On tryskał humorem i trafnym dowcipem. Kiedy w dniu Jego śmierci zawiadomił mnie o tym Henio Klin, nie chciało mi się uwierzyć. To co, gdy zajadę do brata Rajmunda, to Leszek już nie krzyknie cześć prezesie? To już nie poplotkujemy panie dzieju – co tam w polityce? No nie i już. Dziś żyjesz, a jutro? Oj, dalekie jutro, jak mawiał mój ś. p. braciszek Jerzy. To prawda niezaprzeczalna. Leszek jest już tam, gdzie my idziemy...
















Pogrzeb odbył się we wtorek dnia 25 stycznia o godzinie 13. Msza żałobna odprawiona została w Jego kościele, bo tu co niedzielę wielbił Pana. A siadał na bocznej ławce z lewej strony chóru. Już tam nie siądzie. Spoczął na miejscowym cmentarzu w Zblewie.
Kiedy Leszek budował nam dom, wiedział, że ja rzeźbię i zajmuję się wieloma innymi sprawami dotyczącymi folkloru i sztuki ludowej. Na ten temat często rozmawialiśmy. Widziałem na jego podwórku wiatrowskaz na słupku o kształcie ludzkiej postaci z machającymi rękoma pod wpływem wiatru. Byłem przekonany, że Leszek jest autorem tego dzieła. Zaproponowałem, by mi go sprzedał, a sobie zrobi następnego. Leszek na to, że tego „ludka” wykonał pan Zube, kolejarz ze Zblewa, a on nic takiego nie potrafi zrobić. Powiedział do mnie zrób to ty, a ja ci to dam. Tak się stało. Na słupku stanął mój wiatrowskaz, a ten wykonany przez pana Zube znajduje się w zbiorach Muzeum Narodowego Oddział Etnografii w Oliwie.



Na górnej półce jest dziewięć Leszka ptaków. 

Coś jednak drgnęło w sercu Leszka, bo po moich namowach wykonał mi 10 ptaszków, cudownych ptaszków, jakich nikt nie robi. Są fantastyczne, tak proste, że już prostsze być nie mogą, a jednocześnie mają wszystko to, co ptaszek powinien mieć. Mają dziobki, skrzydełka, ogonki, nóżki i pięknie stonowane kolory zieleni i brązu. Kiedy odwiedziła mnie znajoma z Niemiec, tak długo błagała mnie o ptaszka Leszka, że w końcu uległem i znajduje się on w kolekcji tej pani. Te pozostałe dziewięć ptaszków pozostanie u mnie w rodzinie na zawsze. Kilka lat temu na konkursie sztuki ludowej Kociewia w Starogardzie zostały zauważone przez jury i uzyskały wyróżnienie. Wystawiane były też w Gdańsku i Tczewie. Wysoko oceniła rękodzieło Leszka pani etnograf Krystyna Szałaśna z muzeum w Oliwie. Chciała coś kupić do zbiorów od Leszka – niestety, nie wyszło.
Jeśli ktoś by chciał wejść do komputerowej bazy danych – twórcy ludowi, znajdzie tam nazwisko Leszka Proroka ze Zblewa.

Gdańsk styczeń 2012 Edmund Zieliński