niedziela, 11 września 2011
EDMUND ZIELIŃSKI. POGRZEBY NA KOCIEWIU
| EDMUND ZIELIŃSKI. POGRZEBY NA KOCIEWIU |
| sobota, 10 wrzesień 2011 | |
W dawnych latach, mam na myśli lata powojenne, smutne ceremonie pogrzebowe znacznie różniły się od dzisiejszych. Od śmierci domownika do stypy obowiązywały pewne zwyczaje i obrzędy. Z chwilą zgonu natychmiast zatrzymywano zegar i zasłaniano lustro prześcieradłem. Ciało zmarłej osoby zostało umyte przez domowników lub osobę, która zwyczajowo czynność tę w danej miejscowości wykonywała, i położone zostało pod oknem oddzielnego pokoju na podłodze posypanej piaskiem.... Kondukt pogrzebowy dziadka Franciszka Zielińskiego zmarłego 2 kwietnia 1954 roku. Pod głowę podkładano zwykle cegłę przykrytą białą serwetą, a całe ciało pokrywano białym prześcieradłem. Ktoś z rodziny szedł do księdza uzgodnić termin pogrzebu, powiadamiał o tym organistę i kościelnego, który rano, w obiad i wieczorem dzwonił zmarłemu. Jeśli śmierć nastąpiła w dzień, jeszcze tego samego dnia, wkrótce po śmierci, dzwoniono zmarłemu. Mieszkańcy od razu wiedzieli wej, znówki ktoś umer.Powiadamiano sąsiadów i dalszych mieszkańców o codziennym różańcu w domu zmarłego, który odmawiano wieczorową porą. Tutaj też był ktoś z zewnątrz, kto modlitwy żałobne prowadził. W Starej Kiszewie takim ceremoniarzem był mój wujek Jakub Kaiser. Prowadził modlitwy w swojej wsi i zapraszany był do miejscowości pobliskich. Był w tej kwestii na tyle znany i uznawany, że zainteresowali się nim studenci z Polskiej Akademii Nauk i spisali wszystkie jego modlitwy pogrzebowe i pieśni, którym również przewodził. Od śmierci do pogrzebu mijały zwykle trzy dni. W tym czasie zamawiano u stolarza trumnę na miarę ciała zmarłego. Ostatni wieczór przed pochówkiem następowała tak zwana pusta noc. Kilka godzin wcześniej,osoba zajmująca się ubieraniem zmarłych odziewała nieboszczyka w odświętne ubranie. Mężczyznę ubierano w jego ślubny garnitur, kobietę w najlepsze suknie. Ludzie starsi już za życia czynili przygotowania do swego pogrzebu. Mówili, w co mają być ubrani, kogo należy powiadomić, jak ma wyglądać stypa. Na cmentarzu rezerwowali sobie już miejsce (dziś też), a znam przypadki, gdy zamawiali u stolarza trumnę, stawiali ją na strychu, gdzie czekała na śmierć swego właściciela. Nieletnią osobę, zwłaszcza dziewczynkę, ubierano w białą sukienkę, symbolizującą niewinność, co wyrażało się również w białym kolorze trumny. Synowie i zięciowie dziadka Franciszka niosą na marach trumnę z jego ciałem. W tle stare Zblewo. Podczas ubierania nieboszczyka bywało, że jego członki zastygły i nie można było wyprostować rąk złożonych w splecionych dłoniach. Osoba ubierająca ciało zwykle łagodnym głosem zwracała się do zmarłego, by pozwolił się ubrać. Z opowiadań wiem, że w wielu wypadkach członki zmarłego się rozluźniały. Po ubraniu ciało nieboszczyka składano do trumny, które w owym czasie były wygodniejsze, obszerniejsze, o innym kształcie. Dzisiejsze skrzynki są ciasne, głowa zmarłego leży bardzo nisko. W starych trumnach głowa leżała na dość wysokiej poduszce, a ciało wystawało ponad krawędź wiecznego łoża. Chodziły słuchy, że niejeden trunkowy stolarz w trociny, którymi wypełniał trumnę, wkładał opróżnioną butelkę. Trumnę z ciałem stawiano na krzesłach - taboretach lub drewnianych koziołkach. Wieko opierano o ścianę. Na krawędziach trumny dość gęsto ustawiano świece, które paliły się przez cały czas modlitw i śpiewów. Najpierw był różaniec i wiele innych modlitw, potem był poczęstunek dla żałobników, zwykle kuch i kawa zbożowa. Po tym przystępowano do śpiewania pieśni nabożnych – wszystkie zwrotki! Pamiętam, że w moich stronach pusta noc w tamtych latach trwała zwykle do godziny 24. Ostatnią była przejmująca pieśń żałobna „Zmarły człowiecze z tobą się żegnamy/przyjmij dar smutny/ który ci składamy/trochę na grób twój/ porzuconej gliny/ od twych przyjaciół/ sąsiadów rodziny”. Jej słowa topiły najtwardsze serca. Sąsiedzi rozchodzili się do swoich domów, a rodzina zmarłego czyniła przygotowania do stypy. Ta, w tamtych czasach, odbywała się w domu zmarłego. W gospodarskich domach pieczono mięsiwa, gotowano rosoły i pieczono ciasta. Rano, przed wyprowadzeniem zwłok, modlono się przy zmarłym. Pamiętam, że do mego dziadka Franciszka w Białachowie przyjechał ksiądz proboszcz Bolesław Meloch i odmawiał stosowne modlitwy z pokropieniem zwłok włącznie. Przy trumnie ustawiła się rodzina, a fotograf, pan Lisiewicz ze Zblewa, wykonywał zdjęcia przy pomocy magnezji podpalanej na specjalnym statywie w momencie naciskania migawki w aparacie fotograficznym. Rozbłysk magnezji zastępował dzisiejsze lampy błyskowe sprzężone z fotoaparatami. Najbliższa rodzina klęczy za trumną dziadka Franciszka w kościele w Zblewie. Ceremonię pogrzebową sprawował ksiądz Bolesław Meloch - proboszcz Zblewski. Ksiądz został odwieziony powózką do Zblewa, a rodzina żegnała się ze zmarłym. Przy tym zawsze był lament. Pamiętam, jak ciocia Łucja szlochając mówiła, gdy szliśmy do kościoła i było bardzo zimno, tata brał nasze dłonie i wkładał do kieszeni swojego płaszcza, by je ogrzać(…). Nałożono wieko na trumnę, przybito gwoździami i wyniesiono na podwórko, gdzie stała powózka, na której ustawiono trumnę. Ktoś z domowników w tym czasie poprzewracał podstawki, na których stała trumna, by zmarły nie zabrał za sobą kogoś z rodziny. Wierzono również, że zmarły zabierze kogoś z rodziny, jeśli leży w domu przez niedzielę. Ruszył kondukt do odległego o 4 kilometry kościoła w Zblewie. W czasie marszu do kościoła przez całą drogę śpiewane były pieśni nabożne. Po drodze do konduktu przyłączali się sąsiedzi i inni. Wyprzedzający na rowerach czy wozach kondukt lub jadący z przeciwka z szacunkiem zdejmowali czapki z głów, kobiety zaś nabożnie żegnały się znakiem krzyża. W międzyczasie umawiano chłopów do niesienia trumny , chorągwi kościelnych i krzyża. Jednak do końca zawsze tak nie było. Jeśli rodzina były liczna w mężczyzn, oni zanosili zmarłego na cmentarz. Tak było w przypadku mojego dziadka Franciszka i babci Antoniny. Zwykle to było tak, że ktoś z rodziny poszedł do jednego ze znanych posługujących w ceremonii pochówku, on już umawiał się z resztą mężczyzn do obsługi. Ekipa ta, czyniła posługę nie żądając niczego w zamian, wystarczył poczęstunek. Przecież byli to zwykle sąsiedzi zmarłej osoby. W Zblewie byli to najczęściej stali mężczyźni, sukcesywnie zmieniający się z biegiem lat. Pamiętam, że wśród nich był Henio Kuchta, Edwin Gajewski, Stasiu Bąkowski, Ramion, Bronek Pieczkowski i inni. Swoją funkcję zwykle zaczynali od złożenia trumny na marach. To następowało przed kościołem w sąsiedztwie państwa Szarmachów, jeśli kondukt pogrzebowy przybywał z innej wsi lub z wybudowań Zblewa. Jeśli zmarły pochodził z samej wsi, chłopy usługiwali zmarłemu już w domu żałoby. Na zdjęciu wyżej kondukt pogrzebowy z ciałem babci Antoniny Zielińskiej z Zagórskich na skrzyżowaniu szos przy młynie w Zblewie. Babcia zmarła 6 lipca 1958 roku. Na zdjęciu dolnym składanie do grobu ciała babci Antoniny na cmentarzu w Zblewie. Na pierwszym planie organista Izydor Borzyszkowski, dalej ksiądz Alojzy Licznerski - proboszcz Zblewski. Wszystkie zdjęcia autorstwa pana Lisiewicza - fotografa ze Zblewa. Po wprowadzeniu zwłok do kościoła i złożeniu na katafalku chłopy mieli godzinę wolnego, który zazwyczaj spędzali w miejscowej gospodzie przy herbacie, zwłaszcza w czas zimowy. W tym czasie w prezbiterium zasiadali naprzeciw siebie ksiądz i organista i zaczynały się nieszpory żałobne (egzekwie – łac. Exequiae). Potocznie mówiono - wej, tera łóni sia kłócó, bowiem odśpiewywali sobie nawzajem. Po zakończeniu nieszporów organista szedł na chór do organów, a ksiądz do zakrystii przywdziać żałobny ornat. Po odprawionej mszy świętej, podczas której rodzina klęczała za trumną, zwłoki na marach odprowadzone zostały na cmentarz. Mówiono, że podczas przekraczania bramy cmentarnej trumna stawała się cięższa, bo obsiadały ją dusze zmarłych. Przy grobie ksiądz się modlił, pokropił trumnę, nabrał ziemi małą łopatką i posypał trumnę. Chłopy złapali za sznury i zaczęli powoli opuszczać trumnę do grobu. W tym momencie organista zaintonował pieśń do Matki Bożej „Witaj Królowo Matko litości”. Żałobnicy zaczęli składać wieńce i kwiaty oraz rzucać grudki ziemi na trumnę. Jeszcze chwilę postali i najbliżsi zmarłego oraz sąsiedzi udawali się na stypę do domu żałoby. W niektórych zakątkach Kociewia i Borów Tucholskich mawiano tera Idzim na słodka kawa. Im rodzina zasobniejsza, tym stypa była okazalsza, wystawniejsza, gdzie jadła i napitku był dostatek. W biedniejszych rodzinach ze zrozumiałych względów już sąsiadów nie zapraszano. A dziś? Wszystko się zmieniło. Ci, co dawniej posługiwali przy pogrzebach, sami już spoczywają na Zblewskim cmentarzu. Firmy pogrzebowe „załatwią” wszystko – od zabrania ciała, poprzez sprawy związane w urzędach, do złożenia w grobie. Mnie osobiście nie podobają się uniformy niektórych ekip pogrzebowych. Na jednym pogrzebie widziałem ekipę ubraną w „mundury” do złudzenia przypominające marynarskie odzienie. Za dużo jest dzisiaj blichtru przy grobie. Wprowadzono, obcy nam zwyczaj grania na trąbce czy saksofonie utworu „Złota Trąbka” – Cisza; De l`or le Cleiron – le Silence. Ani ja, ani moja żonka, na naszych pogrzebach tego nie chcemy. Jak to powiadał mój tata? (…)choćby złote trąby grały, oczy twoje będą spały. Dziś coraz częściej następuje kremacja zwłok i zamiast trumny na cmentarz zanoszona jest urna z prochami zmarłego. Ku pamięci moich rodaków powiem, że w Zblewie pierwszy pochówek prochów zmarłej parafianki Danuty Banieckiej z Białachowa, odbył się dnia 20 lutego 2008. Pani Danuta urodziła się 26 lipca 1940 w Sosnowcu. Zmarła 15 lutego 2008 w Białachowie. Moja kuzynka Wiesława z Redzimskich i jej mąż też zostali skremowani. Krystyna Majewska, z którą często jeździłem na zajęcia z rękodzieła, Józefa Izdebska – hafciarka, również spopielono ich ciała. Ja i inni wierzymy (…) w ciała zmartwychwstanie(…), a stan pośmiertny naszych doczesnych członków jest obojętny. Edmund Zieliński Gdańsk, wrzesień 2011 roku |
niedziela, 4 września 2011
EDMUND ZIELIŃSKI. SZCZODROWO, OBOZIN... PIĘKNE JEST NASZE KOCIEWIE poniedziałek, 29 sierpień 2011
| EDMUND ZIELIŃSKI. SZCZODROWO, OBOZIN... PIĘKNE JEST NASZE KOCIEWIE |
| poniedziałek, 29 sierpień 2011 | |
Że szkoła ma mikrobus, problem transportu został rozwiązany. Ja z moją żonką i etnografami z muzeum oliwskiego – paniami Barbarą Maciejewską i Ewą Gilewską wyjechaliśmy z Gdańska, by o 10 spotkać się w Szczodrowie z uczestnikami pleneru. Przyznam się, że w tej miejscowości nigdy nie byłem, ale kościółek znałem z opisów i zdjęć od dawna. Pojechaliśmy przez Skarszewy do Głodowa, stamtąd według mapy miała prowadzić szosa do Szczodrowa. Zatrzymalismy się przed sklepem w Głodowie i wchodzącą po zakupy panią zapytaliśmy, czy dobrze jedziemy do Szczodrowa. Jó, ale tu je polna droga i będzie licho jechać. Musita nawrócić na Skarszewy i tamój kiele dworca jechać na Szczodrowo. Po chwili namysłu dodała: Jó, ale tandy jeżdżó do roboty, to myśla, że i wy przejedzieta. To pojechaliśmy. Rzeczywiście, droga piaszczysta, ale ujeżdżona i wolno, przez piękne lasy dojechaliśmy do Szczodrowa, wsi leżącej nad rzeczką Rutkownicą wpadającą do Wietcisy. W środku wsi, otoczony drzewami w blasku słońca, wyłonił się znany mi ze zdjęć jedyny na Kociewiu drewniany kościółek pod wezwanie Szymona i Judy Tadeusza. Naszych z Bytoni jeszcze nie było. Przyjechali dwadzieścia minut po umówionym czasie, od strony Skarszew drogą asfaltową. Tej na mapie nie zauważyłem. Po chwili przyjechał również pan Wiesław Brzoskowski, historyk, dyrektor Gimnazjum w Skarszewach, który tutaj był naszym przewodnikiem. Doskonale zorientowany w przeszłości tego kościoła, umiejętnie objaśniał nam jego historię od czasów najdawniejszych do współczesnych. Dowiedzieliśmy się, że kościółek pochodzi z XV – XVI w. jest budowlą jednonawową pokrytą gontem. Oczywiście pokrycie dachu co kilkadziesiąt lat jest wymieniane. Wymiary świątyni wynoszą 8 X 23 m. Wieża kościółka jest nakryta ośmiobocznym hełmem. Kościół prawdopodobnie został zbudowany przez joannitów na miejscu poprzedniego. Nie mieliśmy jednak ”załatwione” wejścia do świątyni. Zatrzymaliśmy się wewnątrz kruchty pod dzwonnicą. Po lewej kamienna kropielnica z XIV wieku, po prawej stara fisharmonia, a z otworów w suficie zwisały dwie liny połączone z dzwonami. Jeden otwór bardzo wyświechtany, a więc to dzwon główny. Przez przeszklone szyby drzwi do nawy głównej widzieliśmy bardzo piękne wnętrze kościoła. Nasz kolega Jerzy Kamiński, z właściwą sobie swobodą powiedział: Wieta wy co, puda do ksiandza, może otworzy nóm dżwierze do środźka. Jak powiedział, tak i zrobił. Po chwili, przez zakrystię weszliśmy do wnętrza. Nie wszystko zapamiętałem o czym mówił nasz przewodnik. Sięgnąłem więc do książki Józefa Milewskiego i Czesława Skonki – Kociewie, by uzupełnić wiadomości związane z historią kościoła. Wyposażenie kościoła z XV – XVIII w. Ołtarz główny pochodzi z pierwszej połowy XVIII w. z rzeźbą madonny z XV w. Wyposażenie dopełniają barokowa ambona i chrzcielnica, boczny ołtarz i rzeźby. W jednym z okien od strony południowej znajduje się witraż z datą: Anno 1603 i litery T K oraz herb wyobrażający raka. Nasz sztandarowy malarz Ali Zwara, wykorzystał czas na szkicowanie kościółka, w czym dzielnie sekundowały mu malarki z Rumi. Jeszcze wspólne zdjęcie na tle kościoła i pojechaliśmy przez Skarszewy do Obozina. Wczoraj byłem tam po raz trzeci. Przyznać muszę, że z wielkim sentymentem odwiedzam to miejsce. W tym kościele, jako młoda dziewczynka, modliła się moja mama. Tutaj w 1920 r. jej siostra Klara zawierała związek małżeński z Feliksem Osińskiem. Moi dziadkowie Redzimscy mieszkali w pobliskim Janinie, i kiedy w tym filialnym kościele parafii godziszewskiej odprawiała się msza święta (co drugi tydzień), tutaj bryczką zajeżdżali. Wspominam o tych czasach w mojej książce „Na ścieżkach wspomnień”. Poprosiłem pana Krzysztofa Kowalkowskiego (napisał książkę o Obozinie) o jakieś namiary do sołtysa Obozina, by ułatwił nam zwiedzenie tego kościółka. Oczywiście pan Grzegorz Miszewski skontaktował się z opiekunką kościółka panią Haliną Witrambowską, która już na nas czekała. To bardzo milutka pani, matka dziewięciorga dzieci pochodząca z Kaszub, z wielką ochotą oprowadziła nas po tej zabytkowej świątyni. Jest to kościół późnogotycki pod wezwaniem św. Michała Archanioła. Wszystko, co się w tym kościele znajduje, to zabytki wysokiej klasy. Oryginał figury Matki Bożej z Dzieciątkiem z głównego ołtarza, jednej z pomorskich Madonn, znajduje się w muzeum diecezjalnym w Pelplinie. I dobrze, bo złodziei dawnej sztuki sakralnej nie brakuje. Obejrzeliśmy z wielkim zaciekawieniem wyryte na czołach i bokach pierwszych ławek ornamenty kwiatowe. To temat do badań przeznaczony dla historyków sztuki i etnologów, bowiem do złudzenia przypominają pewne fragmenty haftów kaszubskich. Uważam, że równie dobrze nasze hafciarki z Kociewia mogłyby elementy tych zabytków zastosować w hafcie kociewskim, zwłaszcza że znajdują się na naszym Kociewiu. Ja na pewno wykorzystam je w malarstwie na szkle. Po zwiedzeniu kościółka poprosiliśmy nasza miłą przewodniczkę na kawę (a jakże, uczestnicy pleneru przywieźli ją w termosach). Do tego były szneki z glancem. Musieliśmy bardzo uważać, bo spragnione słodyczy groźne osy zaczęły obsiadać nasze drożdżówki. Po posileniu się wróciliśmy do Bytoni. Ale to nie koniec naszych wojaży po Kociewiu. Na godzinę 18 wszyscy pojechaliśmy do ogrodu dendrologicznego w Wirtach na biesiadę przy ognisku. Oprócz plenerowych artystów zaszczycili nas swoją obecnością; poseł Jan Kulas, prezes ZG ZK-P Łukasz Grzędzicki, Starosta Starogardzki Leszek Burczyk, z ramienia Lasów Państwowych leśniczy Jakub Piechowiak, wójt gminy Zblewo Krzysztof Trawicki, ksiądz prałat proboszcz zblewski Zenon Górecki i wikariusz tej parafii Robert Kierbic. Oczywiście był dyrektor szkoły w Bytoni Tomasz Damaszk. Byli też państwo Renata i Bernard Damaszk. Jak to kiedyś mawiano, bufet był obficie zaopatrzony. Pieczeń z dzika, karkówka, przeróżne sałatki, kartofle w mundurkach i różnego rodzaju napoje. Wszystko znakomicie przyrządzone i pięknie podane. Kiedyśmy już pojedli, większość obsiadła ognisko i przy wtórze akordeonu, na którym na przemian grali wójt K. Trawicki i właściciel tego instrumentu Józef Śniatecki z Rumi, popłynęły w okalający nas las biesiadne piosenki. Na polankę wpłynęło rześkie powietrze spychając upał dnia w leśną gęstwinę. Słońce już zaszło, coraz śmielej płomienie ogniska oświetlały twarze biesiadników. Na pobliskie łąki nasuwały się welony mgły. Choć z żalem, jednak czas było wracać do Gdańska. Tą imprezę zafundowało nam Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie z inicjatywy prezesa Zarządu Głównego, oraz Lasy Państwowe. Panowie – wielkie dzięki! Gdańsk 26 sierpnia 2011 Edmund Zieliński Uczestnicy wycieczki przed kościołem w Szczodrowie Wnętrze kościoła w Szczodrowie Halina Witrambowska opowiada o kościele w Obozinie Ornamenty kwiatowe na ławkach kościoła w Obozinie W kościele w Obozinie Przed kościołem w Obozinie Posiłek sznekami z glancem Bufet obficie zaopatrzony - Wirty Renata i Bernard Damaszk oraz ksiądz prałat Zenon Górecki Poseł Jan Kulas rozmawia z Bernardem Damaszkiem |
"Otwarte Warsztaty Rękodzielnicze" - MODRA SZKOŁA 2011
Integracyjny namiot
W sobotę 23 lipca 2011 w Lęborku świętowali Kaszubi. Właśnie w tym dniu miał miejsce XIII Światowy Zjazd Kaszubów. I ja w tym święcie uczestniczyłem. Kaszubski Uniwersytet Ludowy miał tam swoje stoisko, stoisko jak najbardziej integracyjne, jak wypowiedział się na ten temat prezes KUL Marek Byczkowski. I słusznie, bo zasiadali w nim przedstawicieli trzech regionów.
Kaszuby reprezentował Karol Elas – Necel z Chmielna, pani Janina Garbowska urodzona na Kaszubach, ale rodzice urodzili się – mama na Kielecczyźnie, ojciec na Wileńszczyźnie. No i ja, reprezentant Kociewia. Naszym zadaniem było przekazywanie wiedzy i swoich umiejętności wszystkim chętnym do spróbowania swych sił w rękodziele ludowym. Nasze zajęcia odbywały się w ramach projektu „MODRA SZKOŁA – ochrona dziedzictwa kaszubskiej kultury ludowej - 2011” dofinansowanego ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Opiekę nad nami pełnił prezes KUL pan Marek Byczkowski, który w dowcipny sposób posługując się diabelskimi skrzypcami, zwoływał przechodniów do odwiedzenia naszego stoiska. Dzielnie mu w tym sekundowały panie z KUL Alina Leszczyńska i Anna Żywicka. Częstowały nas i przechodniów kuchem, wręczały materiały promocyjne i uwieczniały nasze zmagania aparatem fotograficznym. Zdjęcia znajdujące się w tym felietonie są ich autorstwa.
Pan Karol wzbudzał powszechne zainteresowanie swoim kołem garncarskich, za pomocą którego wytaczał cudeńka z gliny. Chętnych do spróbowania wytoczenia jakiegoś naczynka było tyle, że przywieziony zapas gliny szybko się kurczył. To nic, że dziecięce dłonie obklejały się gliną. Ważne, że z każdym obrotem koła poruszanego stopami mistrza Karola, wyłaniał się kształt glinianego garnuszka. Na koniec uśmiech zadowolenia i duma ze stworzonego własnoręcznie dzieła, czyniły spotkanie z gliną czymś wyjątkowym.
Jest gliniane naczynko, to może jakiś kwiatek papierowy wykonać? Tutaj rej wiodła pani Janina, która jest mistrzynią w tworzeniu przepięknych kwiatków z papieru, do złudzenia przypominających ich pobratymców występujących w naszej przyrodzie. I tutaj ustawiały się kolejki dzieci do twórczego działania. Pani Janina cierpliwie pokazywała, jak zrobić różyczkę, lilię czy goździka. Żadne z dzieci nie odeszło z przysłowiowym kwitkiem, wręcz przeciwnie, dzierżyło w ręku samodzielnie wykonany kwiatek.
Najtrudniej było dzieciom wyrzeźbić drewnianego ptaszka. Chętnych było sporo, ja jednak obawiałem się o małe paluszki dzieciaków - po kilku cięciach odbierałem klocuszek i sam wykonałem ptaszka, a czekające na niego dziecko pomalowało go fantastycznymi kolorami. Przyznać muszę, że dzieciaki dały mi popalić. Dobrze, że wcześniej uformowałem klocuszki drewna nadając im przybliżony kształt ptaka. Przygotowałem kilkadziesiąt ptaszków i wszystkie się rozleciały, nawet do Niemiec i Holandii. Żal mi było tych, którzy musieli odejść bez ptaszka – zabrakło materiału… i sił. Nikt z naszej trójki nie spodziewał się takiego zainteresowania. To jest bardzo budujące i niech zmusza do myślenia decydentów, by dotowali taką instytucję jak KUL zwiększonymi funduszami. Pomimo niebywałego postępu w każdej dziedzinie i zalewu rynku chińskimi śpiewającymi ptaszkami, nasze dzieci chcą się sprawdzać w polskim rękodziele, a że ptaszki wykonane w Lęborku nie śpiewają? To nic, mają za to własnoręcznie wykonanego ptaszka, wytoczony na kole garnuszek i upleciony kolorowy kwiatek.
W integracyjnym namiocie była i bardziej doniosła chwila. Odwiedzili nas premier RP pan Donald Tusk, poseł Jan Kulas i senator Kazimierz Kleina. Pan poseł J. Kulas przedstawił mnie i moją małżonkę panu premierowi jako Kociewiaków współpracujących z Kaszubami. Wspomniałem panu premierowi nasze spotkanie na rozwiązaniu konkursu na sztukę ludową Kociewia dwadzieścia lat temu (dokładnie w środę 9 października 1991 roku), kiedy był jeszcze przewodniczącym Kongresu Liberalno-Demokratycznego. Oczywiście przypomniał sobie ten moment. Tu w Lęborku podarowałem panu premierowi rekwizyt – kołatkę mówiąc: Jak Rada będzie się spóźniać, niech pan użyje tego rekwizytu. Uśmiał się i spróbował jak głośna jest ta kołatka.
Nasz udział w XIII Światowym Zjeździe Kaszubów dobiegał końca. Pełni wrażeń wracaliśmy do Gdańska. Po drodze słuchaliśmy wypowiedzi jakiej udzielił Radiu Gdańsk Marek Byczkowski, jeszcze raz wspominając integracyjny namiot i dokonane w nim dzieła.
Gdańsk 26 lipca 2011
Edmund Zieliński
Edmund Zieliński
„Otwarte Warsztaty Rękodzielnicze” – otwarta sesja E, w ramach projektu pn.: „MODRA SZKOŁA – ochrona dziedzictwa kaszubskiej kultury ludowej – 2011” dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
| « poprzednia |
|---|
EDMUND ZIELIŃSKI. NA SITOWIU PRZEZ JEZIORO niedziela, 10 lipiec 201
Kiedy mieszkałem w moim Białachowie na Kociewiu, miałem codzienny kontakt z wodą, bagnami i lasem. Nad brzegiem jeziora mojego dziadka, w jego bagnistym zakolu rosły kępy sitowia. Wykorzystywaliśmy go w kilku przypadkach. Sitowie służyło nam, dzieciom, do bezpiecznego baraszkowania w wodach jeziora. To polodowcowe jezioro ma dość strome brzegi i tylko w kilku miejscach miało piaszczyste przybrzeżne łachy sięgające zaledwie kilka metrów, dalej była już głębia. Aby popływać na głębszej wodzie, konstruowaliśmy pływaki z sitowia. Rwaliśmy je z najbardziej wyrośniętych kęp. Układaliśmy dwa pęczki jak snopki żyta. Każdy pęczek w dwóch miejscach związany był dość ściśle sznurkiem. Łączyliśmy te pęczki ze sobą dwoma sznurkami tak, by łączące je sznurki nie przekraczały szerokości naszych klatek piersiowych. Wchodząc do wody kładliśmy się na sznurki, a pęczki sitowia układały się równolegle po bokach klatki piersiowej. Przy pomocy tych naturalnych pływaków swobodnie unosiliśmy się na wodzie. Te „urządzenia” służyły nam właściwie do jednorazowego użytku. Pozostawione na słońcu szybko wysychały i nie nadawały się do pływania. Zresztą po co miałoby się je przechowywać, skoro materiału na pływaki było w bród. Korzystaliśmy z nich latem od 24 czerwca do końca sierpnia. Zwyczajowo nie kąpaliśmy się w jeziorze przed kwitnieniem wody, co ma miejsce przed świętym Janem. Stosunkowo zimna woda sprzyja rozmnażaniu się glonów, zwanym kwitnieniem wody. Odpowiednio wysoka temperatura wody powoduje zanik kwitnienia, co jednocześnie obwieszcza amatorom kąpieli, że nadszedł czas pluskania się w wodzie bez obawy o przeziębienie.
| Felieton ten napisałem z inspiracji pana Krzysztofa Zamościńskiego z Centralnego Muzeum Morskiego w Gdańsku. Pan Zamościński napisał do mnie tak: Jestem pracownikiem Centralnego Muzeum Morskiego w Gdańsku i interesują mnie pływaki z sitowia, przy pomocy których uczono dzieci pływania (z tego co wiem, nad jeziorem Długim koło Kartuz).Oczywiście odpisałem.... |
Pływaki były też wykonywane z trzcin porastających brzegi jeziora. Te były trwalsze, można je było zabierać do domu, by służyły nam dłuższy czas. Do pływania służyły też litrowej pojemności butelki, dobrze zakorkowane. Obwiązywaliśmy je kawałkami starej sieci rybackiej i łączyliśmy je ze sobą jak pęczki sitowia. Zwyczaj korzystania z tego rodzaju pływaków był bardzo rozpowszechniony na pomorskiej wsi, a znany był już naszym dziadkom, bo to oni nam o tym powiedzieli. Sitowie służyło nam również do wykonywania „czapek” na głowy. Nie chroniły ani przed deszczem, ani przed słońcem, po prostu były jednorazową ozdobą dziecięcych głów w czasie wspólnych zabaw. Sposób wykonania? Z kilkunastu źdźbeł sitowia robiło się krążek dopasowany do wielkości głowy, oczywiście związany sitowiem. Na nim wplatało się pojedyncze źdźbła sitowia sterczące do góry. Po wpleceniu ich w cały krążek łączyło się je na szczycie w całość, też wiążąc sitowiem. „Czapka” miała kształt stożka, przypominającego indiański namiot – tipi. Co dziś służy dzieciakom do bezpiecznej kąpieli w wodzie, wystarczy spojrzeć latem na jakąkolwiek plażę. Wśród setek gumowych kaczek, pingwinów, ryb i pontoników, nie uświadczysz pływaków z sitowia, które tylko we wspomnieniach zostały. Gdańsk 14 marca 2011 Edmund Zieliński |
| wstecz | dalej » |
|---|
EDMUND ZIELIŃSKI. W BABCINEJ KUCHNI niedziela, 10 lipiec 2011
Chcę wrócić pamięcią do bardzo dawnych czasów mojej młodości, gdzie gospodarstwa rolne znacznie różniły się od dzisiejszych nowoczesnych zakładów produkcyjnych. Zatrzymam się w gospodarstwie moich dziadków ze strony ojca - Franciszka i Antoniny z Zagórskich. Byłem częstym gościem w tym obejściu, zwłaszcza, że od miejsca naszego zamieszkania u dziadków Redzimskich do Zielińskich było zaledwie około 200 metrów. Siedliska te miały swoją specyficzną nazwę; my mieszkaliśmy na „Górze”, a Zielińscy mieszkali na „Dole”. Nazwy te pochodziły od konfiguracji terenu, a kto je wymyślił do codziennego użytku? Pozostanie tajemnicą naszych dziadków. Mówiło się; idę na Dół, byłem na Dole, wujek z Dołu, idź na Dół i odwrotnie; na Gorze z Góry itp.
Na Dole podglądałem, jak się robi masło, twarogi, sery, oporządza trzodę, bydło, konie i drób. Zacznę od mleka i jego przetworów. W oborze stało zwykle cztery, pięć krów. Udojem ich zajmowała się najczęściej ciocia Tekla – trzy razy w ciągu dnia. Zimą wszystko odbywało się to tylko w oborze, natomiast latem, gdy krowy były na pastwisku blisko gospodarstwa, ciocia chodziła do krów na paśnik w porze obiadowej. Idąc do dojenia ciocia brała ze sobą dwa wiadra. W jednym była czysta woda i ścierka, którą ciocia obmywała strzyki cycki. Przy dojeniu ciocia siedziała na małym drewnianej ruczce, zydelku na trzech nogach, co zapobiegało kołysaniu się na nierównościach ściółki. Stawiała wiadro między kolana i wprawnymi ruchami dłoni obu rąk, ściskając cycki, ściągała z wymienia mleko prosto do wiadra. Czasem zamiast wiadra używany byłskopek – drewniane wiaderko z klepek. Podczas dojenia, krowa grzecznie stała pomrukując z zadowolenia. Omiatając ogonem z siebie muchy, czasem i ciocia doznała chlaśnięcia przez głowę. Czasem wiązano krowie ogon do jej nogi, ale wtedy stawała się bardziej niespokojna, i potrafiła fiknąć tylną nogą wylewając zawartość wiadra.
Po udoju Ciocia Tekla przelewała mleko do drugiego wiadra przez lnianą ściereczkę, odcedzając jakieś nieczystości. W komorze stała centryfuga (wirówka do mleka) z wielkim zbiornikiem banyrą, do którego wlane zostało mleko. Za pomocą korby uruchamiana została wirówka. Po osiągnięciu odpowiedniej szybkości urządzenia, trómla, oddzielającego śmietanę, ciocia otwierała w zbiorniku kranik, mleko spływało natrómel, i z zamontowanych niżej lejków, z jednego wypływało chude mleko, fugówa, a z drugiego śmietana. Często sam za pomocą wirówkiodciągałem mleko od śmietany. Chude mleko używane było do skarmiania małych prosiaczków, cielaczków i na pożytek w kuchni do posiłków – najczęściej do zacierki, i wyrobu twarogu.
Mleko przeznaczone do wyrobu chudego twarogu stało w dużym glinianym garnku blisko kuchni, by się zsiadło, by się zrobiło gaste mlyko(gęste mleko, zsiadłe). Mleko, które było w pierwszej fazie, przed gęstnieniem, mówiło się, że jest nabolałe, i w tym momencie nie nadawało się do spożycia, bo można było dostać rozstroju żołądka. Po dwóch, trzech dniach mleko tak zgęstniało, że można je było kroić nożem. Wówczas ciocia wlewała je do dużej grapy ( żeliwnego garnka) i wstawiała w otwór w płycie kuchennej, pod którą płonął ogień. W miarę nagrzewania się, zsiadłe mleko zaczynało się ważyć, czyli zmieniać swą konsystencję w grudki białego twarogu. Po tym procesie zawartośćgrapy wylana została do durszlaka (przetak, cedzak), w którym został twaróg, a serwatka, pozostałość płynna po procesie przemiany gastygo mlyka, przeznaczona została na karmę dla prosiąt. Ciocia umieszczała twaróg w lnianym woreczku i wyciskała z niego resztki serwatki. Po ręcznym odciśnięciu twaróg pozostawał w worku na półce. Na niego została położona deseczka obciążona funsztikam, był to zazwyczaj dwukilogramowy odważnik do wagi. Po kilku godzinach twaróg był dostatecznie odsączony. Czasem w całości został przeznaczony do posiłków, z dodatkiem pokrojonej cebuli, szczypiorku, soli i pieprzu. Kromka chleba z masłem i rozrobiony twaróg – pychota! Babcia rozrabiała też twaróg z miodem – równie dobrze smakował na chlebie. Innym razem wyciśnięty twaróg wykładano na miskę, zamykano szczelnie lnianą ścierką i odstawiano w ciepłe miejsce. Ten przeznaczony był na ser smażony. Po dwóch, trzech dniach, bakterie powodowały rozpływanie się twarogu, przy czym wydzielał się dość nieprzyjemny zapach. Po tej fermentacji, ciocia wylewała całą masę na patelnię, dodawała masła i podgrzewała twaróg aż się lekko zagotował i przybrał jasnożółtą barwę. Na koniec dodawała kminku i wylewała już usmażony ser do miski. Po wystygnięciu można było kroić nożem i kłaść na kromki chleba – rarytas. Dziś żonka kupuję smażony serek w sklepie i trzeba przyznać, że przypomina smakiem tamten z przed lat. Chcieliśmy kiedyś zrobić taki ser w domu. Niestety! Mleko się nie zsiada, twarogi białe nie chcą się ukisić – konserwanty zrobiły swoje.
Twaróg i ser już jest. Kiedy śmietana stojąca w komorze dobrze zgęstniała, babcia Antonina zabrała się za robienie masła. Stawiała w kuchnikyżankę, czyli masielnicę wykonaną przez bednarza (rzemieślnik wykonujący beczki z klepek drewnianych), wlewała do niej śmietanę i zaczęłaubijać masło. Kyżanka składała się z trzech części. Części zasadniczej – zbiornika w kształcie ściętego stożka szerszego u dołu, małego naczynka zamykającego stożek, przez otwór którego, przechodził drewniany trzonek z zamocowanym na spodzie drewnianym kółkiem z otworami – ubijakiem. Babcia poruszała trzonkiem w górę i w dół, powodując roztrzepywanie śmietany, a w konsekwencji oddzielanie się masła od maślanki. Kiedy na trzonku ubijaka pojawiła się pianka i grudki masła, był to znak, że w ryżance jest już masło. Wówczas brała babcia blaszany bachyrek (kubek) z ciepłą wodą i polewała trzonek, by masełko spłynęło do kyżanki. Ubijanie masła trwało około pół godziny. I znowu odcedzenie masła od maślanki za pomocą durszlaka, zamykało czynność ubijania masła. Teraz masło było dobrze wygniatane, by wypłynęły resztki maślanki. Część z tego przeznaczona była na stół jako smarowidło, część zaś ciocia sprzedawała na targu w Zblewie czy Starogardzie. Pozostała maślanka z drobinami masła. Jak ja lubiłem tamtą maślankę do kartofli okraszonych wędzonką, ubitych na masę, czylitrampanych trampkiem drewnianym (mam go do dziś). Podobno jakąś namiastkę tamtej maślanki można kupić w sklepie.
Czasem konsultuję moje wspomnienia z moją siostrą Danusią, jest ciut starsza ode mnie to i w pamięci więcej pozostało. Dyskutowaliśmy na temat jeszcze jednej smakowitości, jaką babcia Antonina wyrabiała. Mieszało się maślankę z pudrem cukrem, po uzyskaniu konsystencji syropu, ulepem tym polewane było ciasto drożdżowe czy babka. Lukier miał kwaskowaty smak.
Pozostały jaja, które dziś kury produkują, a kiedyś znosiły kiedy chciały, a czasem i gdzie chciały. Muszę powiedzieć, że bardzo smutne są dzisiejsze podwórka. Wizerunek gospodarstwa i jego obejścia zmienił się radykalnie. Pamiętam podwórka naszych dziadków, na których rej wodził piękny kurón (kogut) z haremem swych cipków (kur), nastroszony gulón, putón, ( indor) wachlarzem ogona i napiętymi skrzydłami, gulgocząc, straszył intruza. Bywało, że widząc u kogoś czerwoną bluzkę czy inną część garderoby, rzucał się na tego kogoś, bo tylko jemu wolno było się pysznić czerwonymi koralami pod dziobem i tyle. A stada kaczaków (kaczek) i gansi (gęsi), pyrliców (perliczki), guły (indyczki)? To wszystko tworzyło żywy koloryt dawnych podwórek gospodarskich. Przy tym mnóstwo jaskółek lepiących swe gniazda w oborach i stajniach, gdzie był zapewniony pokarm w postaci much dla swych pisklaczków. Cała ta pierzasta trzoda miała swoje lokum na noc, a najciekawszy był kurnik. Na ścianie zewnętrznej kurnika umocowana była skośnie deska z poprzecznymi szczebelkami, po której kury, przez małe okienko, wchodziły na swe grzędy. Do dziś mówi się o śpiochu ten chodzi spać razem z kurami, bo kury rzeczywiście już przed wieczorem, jeszcze słońce niezaszło, wchodziły do kurnika. W jego wnętrzu, skośnie oparte o ścianę stały grzędy, coś w rodzaju bardzo szerokiej drabiny. Która pierwsza wlazła do kurnika sadowiła się na najwyższej grzędzie. Oczywiście kogut musiał siedzieć najwyżej. Czasem wymuszał dla siebie miejsce dziobiąc którąś z kur. I tu też funkcjonowało przysłowie odnoszące się do osób wiecznie niezadowolonych z otrzymywanych profitów daj kurze grzędę, a ona – wyżej siędę. Mój ojciec, żeby wszystkie kury pogodzić, zbudował grzędę poziomą i było po krzyku. Nawet kogut przestał się rozpychać.
Każdego ranka, zwłaszcza w okresie znoszenia przez kury jaj, zanim opuściły kurnik, musiały zostać zbadane - macane, czy zniosą dziś jajko. Łapała ciocia kurę, dotykając palcem kurzy odbyt stwierdzała, czy jajko jest gotowe do wyjścia na świat. Jeśli tak było, kura pozostawała w kurniku pod zamknięciem aż zniosła jajo, a oznajmiała to gdakaniem. Na tę okazję pamiętam taką przyśpiewkę; boso chodzę jajka niosę kto ma winę gospodaaaarz, oraz powiedzenie odnoszące się do osób nieudolnych; ten to jedynie może kury macać. Zwykle przed południem wszystkie kury – nioski opuściły kurnik. Były i takie wypadki, że jakaś kura – cwaniaczka, znosiła jaja tylko w sobie wiadomym miejscu. Dobrze, jeśli w porę zostało odnalezione to tajemne miejsce. Zdarzały się bowiem przypadki, że w pewnym momencie zabrakło jednej kury, co wkładano na karb liskowi – złodziejaszkowi. Aż tu, ku zdumieniu gospodyni, po 21 dniach, wchodzi na podwórko kluka z małymi, czyli nasza zguba z trzódką żółtych kurczaczków. Powiadała moja mama, jak brat Jerzyk był jeszcze malutki, tak mówił do cioci Tekli na odgłos gdakania kury; tota, tipta nete jajto (ciocia, cipka zniosła jajko).
We wspomnianych gospodarstwach było zwykle kilkadziesiąt kur, to i jajek nie brakowało. Były spożytkowane przez domowników jak i sprzedawane na targowiskach. Oj, wspaniała była ta babcina jajecznica na płatach wędzonego boczku. Przeważnie jadało się ją do chleba na śniadanie, ale również na obiad obkładane były nią ugotowane kartofle. Jaja gęsie czy kacze miały mniejsze powodzenie w formie jajecznicy, chociaż są również bardzo smaczne. Bywały dni, kiedy jajek było niewiele w kurniku. Wtedy jajecznica była uboższa, bowiem dodawano do niej mąkę, by zwiększyć masę. Dziś pompuje się wodę do szynek, kiełbas, baleronów, by zwiększyć ich ciężar – paskudztwo! Znak naszych czasów.
Gdańsk 14 kwietnia 2009 Edmund Zieliński
OPOWIEDZIAŁ MI TATA niedziela, 10 lipiec 2011
W długie zimowe wieczory był czas na opowieści rodzinne, wspomnienia, te z bliższej i dalszej przeszłości. Mój ojciec lubił w swoich opowieściach przytaczać przykłady skromnego zachowania czy relacji pomiędzy starszym a młodszym pokoleniem w rodzinie. Doskonale zapamiętałem kilka z nich.
Opowieść pierwsza...
W pewnym mieście żyło kilka biednych rodzin. Kiedyś w rodzinie było kilkoro lub kilkanaścioro rodzeństwa, co wiązało się z trudami wyżywienia i odziania dzieci. Zwykle posiłki były bardzo skromne, a czasem nie było ich wcale. Wtedy rodzina przymierała głodem. Dobrze, jeśli litościwi ludzie dostrzegali biedę i wspomagali skromnymi datkami czy kromką chleba. Żył w tym mieście piekarz, który codziennie wykładał kilka bochenków chleba dla biednych. Bochenki były różnej wielkości. Przychodziły dzieciaki z biednych domów i zabierały chleb. Ten litościwy piekarz zauważył, że mały Stasiu z licznej rodziny, która niedawno pochowała ojca, bierze zawsze najmniejszy bochenek chleba. Po jakimś czasie piekarz zapytał się chłopca, czemu nie bierze większego bochenka. A on odpowiedział, że pewnie są głodniejsi od niego, bo wyrywają sobie z rąk chleby większe. Następnego dnia Stasiu znów zabrał najmniejszy chlebek. Przynosi go do domu i kładzie na stole. Zgłodniała gromadka dzieciaków zebrała się wokół mamy, łapczywie zerkając na świeży pachnący chleb. Mama, staropolskim zwyczajem, wzięła nóż i na spodzie bochenka uczyniła znak krzyża świętego mówiąc; w imię Ojca i Syna i Ducha świętego amen. Kroi jedną kromkę, drugą, trzecią, a kiedy już zbliża się do środka bochenka, coś zazgrzytało pod nożem. Z chleba wypadł kawałek szczerego złota. Najpierw mama ze zdziwienia rozwarła szeroko oczy, a z ust posypały się słowa - złoto? W chlebie? To nie możliwe. To nasze? Tyle dobra, ile można kupić za to chleba, nie będziemy już głodni! Po chwili w głowie uczciwej kobiety przemówił rozsądek – przecież do chleba nie dodaje się złota. Pewnie przez przypadek znalazło się w cieście, to nie nasze, to trzeba oddać piekarzowi. Stasiu – pójdziesz do piekarza i oddasz to złoto, bo to pewnie jego. Stasiu zrobił jak mama kazała. Stanął przed ladą, wspiął się na paluszki i położył przed piekarzem grudkę złota, mówiąc, że to było w chlebie. Piekarz mile zaskoczony powiedział tak; Stasiu, widziałem jak codziennie bierzesz najmniejszy bochenek. Postanowiłem wynagrodzić ci twoje dobre serduszko i skromność, i włożyłem to złoto do chleba. Złoto należy do ciebie. A za wykazaną uczciwość przez twoją mamę, powiedz jej, że zatrudnię ją w mojej piekarni. Ja już jestem stary i ciężko mi stać za ladą. Uradowany Stasiu pobiegł czym prędzej do domu i powiedział o wszystkim mamie, oddając jej złoto. W domu zapanowała radość, że już nie będą głodni. Żyli odtąd w dostatku, dzieląc się chlebem z biedniejszymi od nich. Jaki z tego morał? A no taki, że uczciwość zawsze popłaca.
Opowiadanie drugie
Kiedyś na wsi gospodarstwa zamieszkane były przez rodziny wielopokoleniowe. Mieszkali w niej dziadkowie, ciotki, wujkowie, młode małżeństwo i dzieci. Tak było też w pewnej wsi. Mieszkali tu gospodarze bogaci, średniozamożni i ubodzy. Na skraju wioski znajdowało się gospodarstwo Macieja. Kiedy był jeszcze młody i w pełni sił z powodzeniem dawał sobie radę w gospodarowaniu, zwłaszcza, że pomagała mu żona i dorastające dzieci. Życie upływało, dzieci stali się dorosłymi. Najstarszy syn zwyczajem ojców objął po Macieju gospodarstwo, ożenił się i zaczął gospodarzyć po swojemu. Już nie potrzebne były mu rady ojca, chciał samodzielnie ze swą żoną układać sobie życie. Urodził im się synek i dali mu na imię Mikołaj. Potem przyszły na świat kolejne dzieciaczki i w domu zaczęło robić się ciasno. Siłą rzeczy Maciej z żoną zamieszkali w maleńkim pokoiku, zauważywszy, że synowa i syn traktują ich jakoś chłodno. A to kręcą się po domu i przeszkadzają, a to wtrącają się w gospodarowanie. Jak to dziadkowie, czasem doradzają ze zwykłej życzliwości, ale młodzi chcą być mądrzejsi. Radzi ze swych wnucząt, i od nich ich odtrącano. W końcu i pokoik zaczął być solą w oku synowej i syna. Smutno zrobiło się na duszy staruszkom. Nie tak wychowywali swoje dzieci, by na starość doznawać z ich strony upokorzenia. Często z cicha płakali nad swym losem. Żarliwie modlili się o zdrowie, by mogli jeszcze jakoś żyć i wzajemnie się wspierać. Mogli liczyć tylko na siebie. Zauważyli, że wnuczek Mikołaj jest dla nich miły i często ukradkiem wślizgiwał się do pokoiku dziadków, tuląc się do nich. Wtedy dziadek brał go na kolana i mówił o swojej młodości, o swoich dzieciach, opowiadał też bajki. Bywało, że Mikołaj zasypiał w życzliwych ramionach dziadka czy babci, co było największa radością dla tych styranych życiem ludzi. Zdarzało się, że do pokoju dziadków wpadała synowa, z miną na twarzy niczym burza gradowa, i wyrywała z rąk dziadków swego syna, złorzecząc do swoich teściów.
Minął rok, żona Macieja podupadła na zdrowiu i słabła coraz bardziej. Pewnie żal do syna i synowej za złe traktowanie niszczył jej serce. W końcu nie wstała już z łóżka, czując, że śmierć zbliża się wielkimi krokami. Powiedziała do Macieja, zawołaj księdza. Syn z synową jakby trochę zmiękli w swym usposobieniu do rodziców, ogarnęli mieszkanie, zmienili babci pościel, umyli ją, by broń Boże ksiądz nie pomyślał o złym traktowaniu rodziców. Po pojednaniu się Bogiem, babcia pełna świadomości, przywołała swoich bliskich do łoża śmierci, by się pożegnać. Najbardziej płakał i ściskał swoją babcię Mikołaj. Na ten widok kruszały się oziębłe serca jego rodziców. Uścisnęła swoją synową z zapewnieniem, że odchodzi z tego świata bez żalu do nich. Do syna tak rzekła. Marcinie mój synu. Został jeszcze ojciec. Zaklinam cię na wszystkie świętości, nie róbcie mu krzywdy. A ty mój Macieju módl się za moją duszę i proś Boga byśmy mogli spotkać się po śmierci. Wszyscy uklękli. Z jednej strony łóżka klęczał stary Maciej a drugiej mały Mikołaj. Każdy z nich ściskał dłoń umierającej, żeby jak najdłużej mieć przy sobie tą najbliższą im osobę. Umarła cichutko, a twarz jej jakby z lekka uśmiechnięta na wieczność zastygła.
Pogrzeb był skromny, jak skromne było życie babci Antoniny. W gospodarstwie Marcina życie potoczyło się zrazu jakby złagodzone wypowiedzią babci na łożu śmierci. Ale czas nie tylko goi rany, ale i odgrzebuje stare. Tak i tu zaczęło coś pękać we więzi rodzinnej. Samotny dziadek Maciej, tęsknił za żoną, zapominał się, coś rozlał, czegoś zapomniał, zaczął zawadzać tak synowi jak i synowej. Tylko mały Mikołaj ze smutkiem przyglądał się jak dziadek już się nie śmieje i traci swoje siły. W końcu i izdebka dziadka stała się kolejnym zarzewiem nienawiści i starego Macieja umieszczono w wygrodzonym pomieszczeniu stojącej w podwórzu obory. Dziadek znosił cierpliwie te straszne upokorzenia. Jego wyrko stało w pobliżu bydlęcego żłobu. Pomyślał – i ty Jezu w stajence leżałeś ogrzewany przez bydlątka. Przynoszono mu strawę w drewnianym talerzu, który służył jako poidełko dla drobiu. Jego derką było siano, które rano podrzucał bydlętom.
W końcu po wsi rozeszła się wieść o złym traktowaniu starego Macieja. Wyrodny syn, by ukrócić ludzkie gadanie postanowił wysłać ojca na żebry. Odział się Marcin w łachmany od lat noszone na zgarbionym grzbiecie, na ramie zawiesił worek, wziął do ręki kostur i rzekłszy Zostańcie z Bogiem! Wyszedł na gościniec. W którą iść stronę? A, gdzie oczy poniosą. Może znajdą się dobrzy ludzie, dadzą kromkę chleba czy miskę strawy. Jeszcze raz odwrócił się w stronę gospodarstwa, zrobił znak krzyża i poszedł.
Na podwórku przy płocie stał mały Mikołaj i przez szparę w sztachetach spoglądał ze łzami w oczach za oddalającym się dziadkiem. Ze złamanym sercem, biegnie przez podwórko w stronę domu. Po drodze zabiera z ziemi drewniany talerz. Na ten widok stojący w drzwiach ojciec pyta się, a dla kogo ten talerz? A dla ciebie – mówi z płaczem Mikołaj. Jak będziesz stary, spać będziesz w oborze i też w końcu wyślę cię na żebry. Tego już Marcin nie wytrzymał. Biegnie za ojcem, który skrył się już za horyzontem wiejskich pól i dostrzega w dali ojca klęczącego przy, na wpół spróchniałym, krzyżu przydrożnym. Biegnie i krzyczy ze łzami w oczach – tato wracaj, tato przebacz. Klęczał stary Maciej wsparty o sztachety płotu z głową opuszczoną na jednej z nich. Jego lico pokrywały strużki łez, a ciało powoli stygło w ramionach śmierci.
Opowiadanie trzecie
W pewnej miejscowości mieszkał człowiek, który nie gardził cudzym mieniem. Po prostu był znanym złodziejem. Kradł wszystko, a robił to w sposób bardzo sprytny, gdyż nigdy nie udało się go złapać. Niczym się w społeczeństwie nie wyróżniał, był przeciętnym obywatelem, czynnie angażował się w życie wsi, nawet chodził co niedzielę do kościoła. Ten fakt mącił w głowach mieszkańców, bo niby on kradnie, a jest w kościele przykładnym uczestnikiem mszy świętych? Tak to bywa jak mówi stare przysłowie Boga za noszki, diabła za Różki lub Bogu świeczkę diabłu ogarek.
Na swoje złodziejskie wyprawy zabierał swego synka o nieukształtowanej jeszcze świadomości. Syn stawał na czatach, a ojciec kradł – to kury, króliki czy gęsi. Przyszedł jednak czas, że syn zaczął uczęszczać na lekcje religii przygotowujące do I komunii świętej. Dowiadywał się na nich tak wiele rzeczy, o których do tej pory nie miał pojęcia. Kiedy poznawał dziesięcioro przykazań Bożych, jedno z nich szczególnie utkwiło mu w pamięci, mianowicie siódme, które mówi nie kradnij! To jak to jest, ojciec mówił, że tylko zabiera tym co mają więcej, a to przecież nazywane jest kradzieżą, a Pan Bóg zna nasze wszystkie uczynki i wszystko widzie. Tata pewnie znowu mnie weźmie na złodziejską eskapadę, co robić? Tak się też stało. Chłopiec nie miał tyle silnej woli ani odwagi powiedzieć ojcu, że to grzech. Tym razem tata upatrzył sobie krowę sąsiada. Skradają się nocą pod gospodarstwo sąsiada. Ojciec powiada do syna jak kogoś zobaczysz daj mi znać, żebyśmy nie wpadli. Ojciec oddala się na kilka kroków za węgieł stodoły, zerka na oborę, gdzie stoi upatrzona krowa. Już ma do niej wejść, wtem syn półszeptem odzywa się do taty, tato ktoś nas obserwuje. Ojciec stanął jak wryty i pyta gdzie! Syn mówi do taty Pan Bóg z nieba! Bardzo zawstydzony tata odstąpił od kradzieży. Objął swego synka, rozpłakał się i stał się naprawdę prawym człowiekiem.
1 stycznia 2011
Subskrybuj:
Posty (Atom)