wtorek, 9 czerwca 2015


                                            Był taki nauczyciel

                 Przedruk z mojej książki "Na ścieżkach wspomnień..."  tom II str. 219 rok 2010




 O Panu Dywelskim można by napisać książkę. Podsuwam tę myśl chętnemu do napisania biografii  tego ciekawego człowieka. Ja ograniczę się do pewnych ram, w których chcę zawrzeć wspomnienia i wątki z życiorysu Pana Dywelskiego. Obaj urodziliśmy się w Białachowie. Pan Edmund na skraju wsi, ja na wybudowaniu .Idąc do szkoły przechodziłem obok jego rodzinnego domu , przy którym ogródek latem pysznił się kwieciem, a zimą  przez płoty domostwa przelewały się zaspy śnieżne. To na naszym podwórku ojciec pana Edmunda zostawiał sprzęt do naprawy doraźnej szosy Borzechowo – Zblewo, bowiem był na niej dróżnikiem. 
                 Edmund Dywelski urodził się 09 czerwca 1910 roku w Białachowie z ojca Bolesława urodzonego w Zblewie  i matki Anny z Gołuńskich urodzonej we wsi Pustki w Borach Tucholskich. Ślubowali sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską aż do śmierci w 1900 roku i zamieszkali w Borzechowie. W 1905 roku kupili drewniany domek z 1,25 ha ziemi w Białachowie i tu mieszkali do 1952 roku, do śmierci ojca pana Edmunda. Mama zmarła w 1961 roku mając 86 lat. 
                 Rodziny dawniej chlubiły się licznym rodzeństwem, którego  panu Edmundowi można dziś pozazdrościć. Brat Władysław urodził się w 1901 roku, siostra Helena w 1903, kolejny brat Jan w 1904, druga siostra Cesia (Cecylia) w 1906, następna Bronisława w 1907, Klara w 1912 i Wanda w 1914 roku. By wykarmić taką rodzinę trzeba było wiele zachodu, a z pracą różnie bywało. Jeszcze przed ślubem ojciec wyjeżdżał do pracy w cegielniach na terenie Niemiec, a po zawarciu związku małżeńskiego  pracował jako dróżnik aż do emerytury. 
                 Trudne to były czasy. Polski nie było, pruska władza germanizowała miejscową ludność na wszelkie sposoby. W szkołach nauka odbywała się tylko po niemiecku, z całkowitym zakazem używania języka polskiego. Polacy uczyli się ojczystego języka z książek do nabożeństwa. Kiedy wybuchła I wojna światowa, wszystkich mężczyzn powołano do wojska, ojca pana Edmunda też. - Pamiętam – wspomina w swym pamiętniku pan Edmund – jak mój ojciec z plecakiem na plecach odchodził na wojnę, a my dzieci i mama płakaliśmy. Wprowadzono obowiązkową odstawę produktów rolnych za marne pieniądze.- My na ogół – wspomina pan Edmund – dostawaliśmy tylko raz dziennie kawałek chleba. Żywiliśmy się kartoflami, warzywami i częścią mleka od krowy, która pozostała – część mleka trzeba było odstawiać. 
                  W 1916 roku pan Edmund poszedł do szkoły w Białachowie, do której mój ojciec, ja i moje rodzeństwo uczęszczaliśmy. Rodzice pana Edmunda zadbali o to, by umiał już czytać po polsku, co wcale nie ułatwiało życia szkolnego, bowiem wymagana była znajomość języka niemieckiego. Za używanie słów polskich nauczyciel bił, za co dostawał jeszcze specjalne wynagrodzenie, bo mieściło się to w ramach germanizowania Polaków. Byli różni nauczyciele : Niemcy z ludzką twarzą i Polacy, którzy zaparli się polskości.- Takiego nauczyciela ja miałem w Białachowie pisze pan Dywelski - Był Polakiem ale słowa po polsku nie powiedział. 
                 W 1918 roku  skończyła się wojna i do domu wrócił ojciec pana Edmunda, ale tu, na Pomorzu, Niemcy nadal panowali. Po powstaniu w Wielkopolsce w 1919 roku, ludność na naszych ziemiach zażądała nauki w języku polskim. Oddaje głos panu Edmundowi - Pamiętam dobrze ten dzień. Przed lekcjami umówiliśmy się, że wchodzącego do klasy nauczyciela pozdrowimy po polsku. Nauczyciel wszedł, a my „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego – Ojcze nasz, któryś jest w niebiesiech” i dalej do końca. Nauczyciel nie wiedział ,co robić. Zaczerwienił się, zbladł i nic nie mówił. Kiedy skończyliśmy modlitwę, to nauczyciel po niemiecku ostro zapytał:- „Kto wam pozwolił?” – a my po polsku- „Nasi ojcowie nam kazali”. Potem nauczyciel szybko wyszedł z klasy i trzasnął drzwiami. My siedzieliśmy jak trusie i przygotowywaliśmy się do ucieczki przez okna. Po dłuższej chwili nauczyciel wszedł uśmiechnięty i powiedział po polsku : -„Od jutra będziemy uczyli się po polsku, a teraz idźcie do domu”. My w krzyk, wybiegliśmy i darliśmy nasze niemieckie książki.                                        Polska odradzała się i na Pomorzu. Na początku lutego 1920 roku wojska niemieckie opuszczały nasze tereny, na które wkraczali nasi żołnierze.  Białachowo też miało swój radosny dzień, kiedy cała wieś wyległa, by powitać Wojsko Polskie. Przygotowano specjalne transparenty i polskie flagi. Żołnierzy witano płaczem, ale był to płacz radości. W szkole odbyło się oficjalne spotkanie, podczas którego dzieci deklamowały wiersze patriotyczne i śpiewano polskie piosenki. Zapraszano żołnierzy do prywatnych domów, a w zblewskim kościele  odprawione zostało nabożeństwo dziękczynne. 
             W 1924 roku pan Dywelski  ukończył szkołę w Białachowie. Po odpowiednim przygotowaniu, w 1925 roku zdał egzamin do Państwowego Seminarium Nauczycielskiego w Bydgoszczy, które ukończył po pięciu latach intensywnej nauki. W maju 1930 roku zdał maturę i uzyskał zawód nauczyciela. I tu warto znowu przytoczyć słowa pana Edmunda, który pisze; Była duża radość, że już nie będę ciężarem dla rodziców i sam będę zarabiać. Jednak tu na Pomorzu pracy nie otrzymałem, bo rozpoczął się kryzys w Polsce (rok wcześniej na świecie). Rząd zaczął oszczędzać w pierwszym rzędzie na oświacie. Premier rządu polskiego powiedział w sejmie, że chłopaczkom ze wsi wystarczy, gdy nauczą się liczyć do tysiąca i czytać z książeczki do nabożeństwa.  01 listopada 1930 roku otrzymał pracę nauczyciela na wschodnich rubieżach ojczyzny, na Polesiu, w miasteczku powiatowym Kosowo Poleskie. Tam było tylko 30% Polaków, 40% Żydów i 30% Białorusinów. Później była szkoła we wsi Zapole, gdzie mieszkała ludność wyłącznie białoruska ( tylko gdzieniegdzie były małe wioski zamieszkałe wyłącznie przez ludność polską). Szkoły zaś były polskie i po polsku uczono. W 1934 roku otrzymały tajne zarządzenie, aby w ciągu roku doprowadzić do tego, by dzieci mówiły po polsku także w czasie przerw. Pan Dywelski pisze; Wtedy przypomniałem sobie, jak ja w dzieciństwie chodziłem do szkoły niemieckiej i nie wolno mi było mówić nawet w czasie przerwy po polsku.  Doskonale rozumiał te białoruskie dzieci nie znające języka polskiego i z pełną wyrozumiałością do nich się odnosił. 
                 Zamieszkał w mieszkaniu nauczycielskim wspólnie z kolegą Witkiem Strażeckim z Czeladzi koło Sosnowca. Panu Witkowi wkrótce umarł ojciec. Po tym smutnym wydarzeniu sprowadził do siebie brata i dwie siostry. Jedna z nich, 19 letnia Fela, bardzo spodobała się panu Edmundowi, który po paru miesiącach poprosił o jej rękę.                                                                                                                                                                                 W maju 1931 otrzymał pracę we wsi Bajki,  we wrześniu został mianowanym nauczycielem etatowym w tejże miejscowości, a 03 października wziął z Felą ślub. Jak wyglądała wieś na Polesiu? Pan Edmund tak pisze; Ludzie w Bobrowiczach jak i w innych wsiach na Polesiu żyli bardzo biednie. Żadnych fabryk na tamtych terenach nie było. Ludzie utrzymywali się tylko z roli. Rodziny były liczne, średnio w rodzinie żyło 8 – 10 dzieci, reszta, bo 30% dzieci do 7 lat umierała z niedostatku i brudu. Większość gospodarstw było bardzo małych, bo rodzice umierając dzielili ziemię na wszystkich synów. Były rodziny,  które miały mniej niż jeden hektar ziemi, a nawet ¼ hektara, w dodatku w kilku kawałkach nieraz odległych od siebie kilka kilometrów. Były pola 1 metr szerokie, a 3 kilometry długie. Ziemia była piaszczysta albo podmokła. Uprawa była zacofana. Większość bron była drewniana, zdarzały się drewniane pługi (sochy), wiele wozów nie miało kół z żelaznymi obręczami, a rzadko który wóz miał żelazne osie. Jeśli jedna para butów była w rodzinie, to było dobrze – nosili łapcie plecione z kory lipy, czy wierzby. Rower na wsi miał tylko nauczyciel. Moja 4-osobowa rodzina  zjadała więcej cukru niż cała 800 - osobowa wieś. Większość rodzin ostatni chleb jadła na Wielkanoc, mięsa i tłuszczu nie było. Krowy karmione lichym sianem, mleko dawały tylko po ocieleniu przez 4-5 miesięcy. Na przednówku dzieci przychodziły do szkoły blade i głodne. Bardzo było żal tych dzieci panu Dywelskiemu, a niewiele mógł tu poradzić. 
                   Struktura ówczesnej szkoły to cztery klasy. W I i II klasie nauka trwała jeden rok. W III klasie dwa lata, a w IV trzy lata. Program nauczania w tych klasach równał się 6-ciu klasom szkoły pełnej, 7 -  klasowej. Nauczyciel zarabiał 160 złotych miesięcznie,  robotnik w tartaku w Kaliskach zarabiał około 60 złotych miesięcznie, tak jak brat pana Edmunda – Janek. Jajko przed wojną kosztowało 5 groszy, jak powiadali moi rodzice. 
                    Różnie bywało w życiu pana Dywelskiego. Bywały radości i smutki. 31 marca 1933 roku, w szpitalu w Kosowie urodziła mu się córeczka - Lusia. Radość ogromna, a za kilka dni  wielka tragedia. W tydzień po porodzie umarła matka Lusi i ukochana żona pana Edmunda. Spoczęła w tamtej ziemi. Pan Edmund przechodził trudny okres – maleńka córeczka potrzebowała kobiecej ręki. Pojechał do Białachowa, namówił siostrę Klarę, by po wakacjach pojechała z nim do Choroszczy, dokąd przeniósł się z Zapola. Już było łatwiej. Razem mieszkali i gospodarzyli do 1935 roku. W lipcu tego roku przyjechali do Białachowa. Po wakacjach wrócił sam na Polesie, a córeczka pozostała w rodzinnym domu pod czułą opieką siostry Klary i dziadków. W międzyczasie poznał swoją przyszłą, drugą żonę – Jankę Gajewską, też nauczycielkę, z którą wziął ślub 26 grudnia 1935 roku. Pani Janka pochodziła z prawosławnej rodziny,  matka była katoliczką i wszyscy czuli się Polakami. Rodzice Janki mieli gospodarstwo rolne i warsztat garncarski,  z którego dochody pozwoliły wykształcić dzieci. Nastał kryzys, wielu nauczycieli było bez pracy. Dopiero po roku  małżeństwa, pani Janka otrzymała pracę w szkole w Choroszczy, gdzie razem uczyli do 20 sierpnia 1938 roku. Tak ten okres wspomina pan Dywelski: Trzy lata pobytu w Choroszczy, to był może najpiękniejszy okres w naszym życiu. 05 czerwca  1937 roku, w szpitalu w Kosowie urodził się Zenek. Obecnie było nas czworo. Nowe obowiązki, nowe radości. Ludność Choroszczy była dla nas bardzo życzliwa. 
                          01 września 1938 roku państwo Janina i Edmund Dywelscy przenieśli się do pracy w Wólce Telechańskiej nad Kanałem Ogińskiego. Ich warunki bytowe znacznie się poprawiły. Zatrudnili pomoc domową – panią Jadzię, co bardzo ułatwiało wykonywanie pracy zawodowej i mieli więcej czasu na kontakty towarzyskie. Dzieci miały dobrą opiekę. Pani Jadzia przygotowywała też posiłki, opierała domowników i sprzątała dom. Miała dobre warunki bytowania. Mieszkanie było duże, do swej dyspozycji miała pokoik i małą kuchenkę. W mieszkaniu, a właściwie w kancelarii, pan Dywelski miał trzylampowe radio i słuchał stacji  z wielu miast zagranicznych, zwłaszcza, że sytuacja polityczna w Europie komplikowała się za sprawą kanclerza III Rzeszy Adolfa Hitlera. Pan Edmund uprawiał też przydomowy  ogródek , w którym rosły różne warzywa. Zadziwiał sąsiadów pięknymi pomidorami, których tutaj nie znano. Zależało panu Dywelskiemu na tym, by pokazać miejscowej ludności, że można uprawiać ziemię nowocześnie i osiągać większe zbiory, którymi dzielił się z ubogą, miejscową ludnością. Sprowadzał nawóz sztuczny z zakładów ogrodniczych Hozakowskiego  z Torunia, którym zasilał posiany na 20 arach owies. Wyrósł nad podziw pięknie, wzbudzając tym samym podziw u miejscowych gospodarzy. A jeszcze bardziej się dziwili jak pan Dywelski kosił kosą swoje zboże. Tam do tego celu służyły sierpy, czynność tę wykonywały wyłącznie kobiety. Mężczyźni zwozili tylko zboże do stodół. Kiedy miejscowi pomogli panu Dywelskiemu zwieźć owies do stodoły, postawił im wódkę i razem ją wypili, czym zaskarbił sobie szacunek miejscowej ludności. Dziwili się, a jednocześnie pochlebiało im to, że nauczyciel zniżył się do ich stanu. Taki był pan Edmund. 
                          01 września 1939 roku Niemcy napadli na Polskę i rozpoczęła się II wojna światowa. Do 17 września w szkole odbywała się normalna nauka. Tego dnia radio z Warszawy nadało komunikat, że Sowieci przekroczyli nasze wschodnie granice. Natomiast radio Mińsk nadawało komunikaty w języku polskim i rosyjskim, że władza radziecka wkracza na Zachodnią Białoruś i Ukrainę, by bronić swoich rodaków. Tak o tym pisze pan Edmund: Za parę godzin przemaszerował przez wieś  oddział uzbrojony w karabiny. Do szkoły zbiegła się cała wieś. Poprosili o wejście do kancelarii, gdzie było radio, wystawili je na okno, a ludzie słuchali komunikatów z Mińska. Krzyki, wiwaty, płacz, radość, śpiewy i tańce trwały tego czasu przez kilkanaście dni. Poprosili o kuchnię, gdzie gotowali mięso ze zrabowanych świń. Potem poprosili jeszcze o pokój. Radość była nie do opisania. Był czas zbiorów i siewów jesiennych, ale ludzie nie pracowali. Cieszyli się wolnością. Wierzyli, że teraz z Rosji wszystko przywiozą, że będzie raj. Raju nie było. Nastał mroczny czas okupacji sowieckiej, głód i dziękowanie Bogu za każdy przeżyty dzień, bo jutro było bardzo niepewne. W każdej chwili groziła wywózka na Syberię. Trzy dni po wkroczeniu Rosjan na Polesie, odbyło się w szkole zebranie  z udziałem polskich nauczycieli. Powiedziano, że nauka będzie się odbywać w języku rosyjskim i nauczycieli polskich nie brano pod uwagę. Pan Dywelski pisze: Wybrano trzech nauczycieli  spośród chłopów. Jednego z nich zapytano: -„Bukwy znajesz?” (litery znasz ? – przypis E.Z.), a on odpowiedział -„ Znaju”. -Tak ty pierwej kłas możesz uczyć. Żona pana Edmunda dobrze znała język rosyjski, kiedy wyznała to nowym władzom, zaangażowali ja do pracy w szkole. Uczyła języka rosyjskiego. Od razu poprawiło się w domu państwa Dywelskich. Ludzie przynosili chleb i słoninę. Jednak pana Edmunda nie chciano jako nauczyciela. Po wielu perypetiach, gdzie niejednokrotnie  Jego życie  wisiało na włosku, państwo Dywelscy zamieszkali w Iwacewiczach, najpierw u znajomych mieszkali dziesięć dni, gdzie spędzili ubożuchne święta Bożego Narodzenia. Choinkę pan Edmund postawił, ale pod choinką  dzieci znalazły  dwa jajka i dwie razowe bułki. To były ich prezenty. Luśka miała wtedy 6 lat, a Zenek 2 i pół. Potem zamieszkali w wynajętym mieszkaniu, w małym domku na ulicy Nadolnej. Zatrudniono ich w miejscowej szkole, gdzie było 350 uczniów. Pani Janka uczyła młodsze klasy, pan Edmund w starszych klasach uczył języka niemieckiego, rosyjskiego i arytmetyki.  Po utworzeniu szkoły polskiej, pan Edmund uczył dzieci Polaków osiadłych z Polski centralnej. Etat dla nauczyciela wynosił 18 godzin tygodniowo  pisze Pan Dywelski w swym pamiętniku. Nauczyciel musiał mieć na każdą lekcję obszerny konspekt, który podpisywał kierownik szkoły. Za godziny nadliczbowe płacono. Ja miałem około 28 godzin tygodniowo i zarabiałem około 1000 rubli miesięcznie. W tym czasie robotnik w tartaku otrzymywał do 120 rubli. Naczelnik poczty też 120 rubli. Nauczyciele byli dobrze wynagradzani, Janka miała mniej godzin. W sklepach ceny urzędowe nie były wysokie, chleb 1 kg – 1 rubel. Inne towary były od czasu do czasu, za to kolejki długie. Mięsa i tłuszczów, czy cukru nie było wcale. Słonina była na targowiskach, 80 – 100 rubli za kg. Materiałów na ubrania czy płótna, także naczyń kuchennych też nie było. W maju lub czerwcu 1941 roku w rodzinie państwa Dywelskich przyszedł na świat syn Januszek. Po kilku tygodniach zmarł na biegunkę. Kolejna tragedia w rodzinie. 22 czerwca Niemcy zaatakowali Związek Radziecki. Po przejściu frontu państwo Dywelscy wrócili do Iwacewicz. Na Edmunda już czekali Niemcy. Wyznaczyli go na tłumacza przy burmistrzu, a po kilku tygodniach nakazano pracę w brygadzie remontującej linie telefoniczne, gdzie szefem był Niemiec, a 20 robotników to Białorusini i Polacy. Zarabiał tu marne pieniądze, bo tylko 1 markę dziennie, a kg słoniny kosztował 150 marek. Handlował z Niemcami słoniną od gospodarzy za ubrania i inne drobiazgi. Było ciężko. Poprawiło się, gdy kolega Witek Strażecki podarował im krowę. Sam wyjechał do centralnej Polski, po rozstrzelaniu przez Niemców jego matki, siostry i brata.  
              Na tych terenach była silna partyzantka rosyjska, która dawała się Niemcom we znaki. Ci z kolei za akty sabotażu i dywersję  rozstrzeliwali miejscową ludność i palili wsie. Było niebezpiecznie i postanowili zmienić miejsce zamieszkania. Pani Janki rodzina mieszkała w Różanie, gdzie nie było linii kolejowej podatnej na dywersję, tym samym miasteczko było mniej narażone na odwet ze strony Niemców. Tam zamieszkali. Znajomy, polski leśniczy, zatrudnił pana Edmunda w brygadzie drwali. Tutaj za pracę otrzymywał 15 marek na 10 dni, co starczało na bochenek chleba. Pan Edmund wpadł na pomysł, by wykorzystać piec garncarski teścia do wyrobów glinianych gwizdków – ptaszków, koników. Gotowe wyroby Luśka sprzedawała na targu, co dawało dość dobry dochód. Jednak nie na tyle dobry, by starczało na ubrania czy buty. Pan Dywelski zaczął naprawiać buty, czego nie lubił, ale jak pisze, jeszcze w Bytoni tę czynność wykonywał do około 1958 roku. 
               Na początku 1944 roku Niemcy ogłosili dobrowolny nabór do pracy w Niemczech. Obiecali, że kto się zgłosi będzie mógł zabrać rodzinę i ręczny bagaż. Front się zbliżał, Niemcy się cofali. Dwóch sierżantów niemieckich, którzy zajmowali jeden pokój u Dywelskich, często rozmawiali z panem Edmundem na różne tematy. Jeden z nich był w cywilu nauczycielem. Okazało się, że kompania wojska stacjonująca w Różanie otrzymała rozkaz wyjazdu na Pomorze. Ta wiadomość  bardzo zainteresowała pana Dywelskiego. Postanowił zrobić wszystko, by również wyjechać. Dowództwo tego oddziału zgodziło się zabrać rodzinę Dywelskich ze sobą.  I tak w czerwcu 1944 roku, na bagażach samochodów ciężarowych wojska niemieckiego wyjechali z Polesia. Dojechali do Płońska, gdzie  nastąpiła zmiana lokalizacji tego oddziału. Dowódca dał im przepustkę i bilety kolejowe do Zblewa. Pani Janka na zawsze opuściła swoje  strony, by z mężem i dziećmi osiąść w jego  rodzinnym domu.  Pewnie nieraz wspomnieniami wracała do swojej poleskiej wsi, może skrycie ocierała łzy tęsknoty za 
ojczystymi stronami,  jak wielu naszych rodaków. 
                Przy zameldowaniu się, pan Dywelski otrzymał skierowanie do pracy w tartaku w Zblewie. Jako Polak otrzymywał 40 - 50 marek miesięcznie. Przydział żywności dla Polaków był bardzo skromny. Jako ciężko pracujący, pan Edmund otrzymywał 500 g chleba dziennie, a dzieci i żona tylko po 100 g. Do tego trochę margaryny, marmelady, margaryny,  kości i cukru. Wszyscy którzy podpisali listę narodowościową  ( nie podpisanie groziło wywózką do obozu) otrzymywali większe przydziały żywności. W tartaku pan Edmund pracował 12 godzin dziennie, z godzinną przerwą na obiad. Szedł wtedy do Białachowa, gdzie w połowie drogi czekała już z obiadem  Jego żona Luśka. 
                 06 marca wojska radzieckie wkroczyły do Białachowa i Zblewa. Mieszkańcy ich przyjażnie witali, a oni zabierali rowery, zegarki i inne   rzeczy. Z pierzyn wysypywali pierze, a  czerwonymi wsypami ozdabiali swoje namioty. Niemniej wszyscy się cieszyli, bo wreszcie można było mówić po polsku. Pod koniec marca udał się pan Edmund pieszo do Starogardu, do inspektora szkolnego i przyjął pracę w szkole w Radziejewie. Razem z żonką  porządkowali klasę zasłaną słomą, szorowali podłogi, zdobyli stół, dwa  krzesła i 01 kwietnia rozpoczęła się nauka. Pan Dywelski pisz:Przedtem obszedłem wszystkie rodziny i zapisałem uczniów do szkoły. Kiedy wchodziłem do mieszkań, pozdrawiałem po polsku „Niech będzie pochwalony…”, a w większości rodzin ludzie rozpłakali się z radości, że przyszedł polski nauczyciel i będzie znowu po sześciu latach polska szkoła. Wszyscy się cieszyliśmy, ale do jedzenia były tylko kartofle i ryby w jeziorze. W całej wsi była tylko jedna krowa, od której mleko rozdzielano tylko dla niemowląt. Ziemniaków przywieźli nam dwie tony, ale ryby trzeba było złowić na wędkę. Z trudnością zdobyłem trzy haczyki na małe rybki, duże i szczupaki. Wędki ukręciłem z końskiego włosia. Był kwiecień, było jeszcze zimno, ale kiedy haczyk wędki zaczepił się w jeziorze o jakąś gałąź, czy roślinę, to musiałem się rozebrać i nurkować, aby uratować haczyk. I tak upływały dni, a wraz z nimi poprawiała się sytuacja bytowa. W ramach parcelacji majątku, szkoła otrzymała 1 ha ziemi w ľ obsianej żytem. Jak na zgodne małżeństwo przystało, razem uprzątnęli zboże, znajomy z Białachowa wymłócił maszyną i mąki starczyło na cały rok. Na wiosnę zasadzili ziemniaki, we wrześniu wykopali i zawieźli do Bytoni, na nowe miejsce pracy. Tutaj pan Dywelski został kierownikiem szkoły, a żona i pani Pelplińska nauczycielkami.  Szkoła była w opłakanym stanie. Okna bez szyb, nie było ławek dla dzieci, podręczników i zeszytów i 140 dzieci do nauki. Wszystko trzeba było jakoś zdobywać. Było ciężko, ale dzieci z ochotą się uczyły i zgłębiały wiedzę w ojczystym języku. 
                      Pensje dla nauczycieli były bardzo mizerne. W jakiś sposób byt poprawiały paczki z UNRA (właściwie UNRRA – Organizacja Narodów Zjednoczonych  do Spraw Pomocy i Odbudowy), zawierające różne produkty żywnościowe. Doskonale pamiętam zawartość tych paczek, a zwłaszcza mleko w puszkach, konserwy z koniną i czekoladę. Tak się dziś zastanawiam, ile tego dobra „wsiąkło” po drodze przez różnych kombinatorów, zanim paczki dotarły do gmin. Pewnie sporo. Zaopatrzenie sklepów przedstawiało się bardzo mizernie, brakowało wszystkiego. Marzyła się panu Edmundowi krowa. Ta jednak kosztowała wtedy około 60 tysięcy złotych, a razem z panią Janką zarabiali ponad 2 tysiące złotych. Trzeba było zająć się pracą na roli, a ziemi wtedy mieli 2 ha i 1 ha łąki. Mieli przynajmniej swoje ziemniaki, zboże dla kur i świniaka w chlewiku. To już było coś. 
                    Pan Dywelski wspominał, że były naciski ze strony władz, by zapisać się do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, gdzie zwalczano religię w szkołach. Zapisał się do ludowców – Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego. Przynajmniej ta partia była tolerancyjna wobec ludzi wierzących i do siebie nie zwracano się per „towarzyszu”.                            Do 1949 roku organizował z młodzieżą pozaszkolną przedstawienia teatralne, a na Boże Narodzenie jasełka, na które przychodzili tłumnie mieszkańcy wsi. Szczególnie  pisze pan Edmund – utkwiła mi w pamięci pierwsza choinka w 1945 roku, kiedy biedniejsze dzieci otrzymały w prezencie po bochenku chleba.  Zaostrzyła się walka komunistów z wszelkimi przejawami życia religijnego i przedstawienia zostały wstrzymane do 1956 roku. Po tak zwanej „odwilży”, kiedy do władzy doszedł Władysław Gomułka – naciski zelżały, wróciły też do szkoły przedstawienia teatralne. 
               Pan Dywelski był znakomitym nauczycielem i zapalonym społecznikiem. Został też wybrany na radnego do Gminnej Rady Narodowej w Zblewie na początku lat 60-tych, gdzie szefował Komisji Oświaty. 
               W 1964 roku na emeryturę przeszła pani Janka, a pana Edmunda uroczyście pożegnano w 1971 roku. 
               26 grudnia 1985 roku, państwo Janina i Edmund Dywelscy obchodzili Złote Gody – 50 lecie pożycia małżeńskiego. Zjechała się cała rodzina: dzieci, wnuki i prawnuki. Były delegacje miejscowych władz. 17 kwietnia 1989 roku kolejna miła uroczystość, pani Janka skończyła 80 lat życia. Gdzie radości tam i smutki. 30 marca 1990 roku zmarła towarzyszka  życia pana Edmunda – ukochana Janka. Trudno było się pogodzić ze śmiercią żony. Został sam w swym domku, bo tak chciał. Dzieci odwiedzają  pisze we wspomnieniach – Luśka ze Stachem, bo mieszkają w Kolinczu, 23 kilometry od Bytoni i mają samochód. 09 czerwca tego roku ja też ukończyłem 80 lat i teraz czekam na koniec. Modlę się o tak spokojną śmierć jak Janki. 
              Za zasługi, jakimi może się poszczycić pan Edmund,  Rada Gminy uchwałą nr XIX/155/2000, przyznała JemuHonorowe Obywatelstwo Gminy Zblewa. Stało się to dnia 29 sierpnia 2000 roku. 
               Kilka lat przed końcem swego życia przeniósł się do swej córki Lusi i tam spokojnie zmarł  11 maja 2008 roku. Spoczął na cmentarzu w Zblewie, wśród swoich. 
                 Pan Edmund był stałym czytelnikiem moich felietonów, które zamieszczałem w Gazecie Kociewskiej. Kiedy poprosiłem Go o spotkanie, bym i o nim mógł coś napisać, odpowiedział: - Bardzo chętnie się z panem spotkam, ale ja nie zasługuję na upamiętnianie mnie  w gazecie. Uszanowałem Jego wolę i felietonu nie było. Myślę, że pan Edmund nie weźmie mi  za złe tego, że teraz  upublicznię Jego przeżycia godne zapamiętania przez społeczeństwo Gminy Zblewa i całego Kociewia. Mój przyjaciel, emerytowany nauczyciel, też pochodzący ze Zblewa – Gerard Sulewski, tak mówi o bohaterze mego felietonu: Pan Edmund Dywelski był niewątpliwie herosem i mistrzem w pokonywaniu różnorodnych trudności życiowych, będąc równocześnie zawsze przyzwoitym człowiekiem i Polakiem oraz prawdziwym pedagogiem. 
                 Nadanie bytońskiej szkole imienia Pana Edmunda Dywelskiego, to ze wszech miar trafna decyzja. Myślę, że dzieci i młodzież tej placówki z szacunkiem odnosić się będą do swego patrona, który uczył liczyć i pisać ich rodziców, a pewnie i dziadków. Cześć i chwała Panu Edmundowi Dywelskiemu. 
  
                                                                                             Edmund Zieliński

poniedziałek, 1 czerwca 2015

HISTORIA. PAŁUBINEK. PLASTREM MI ZALEPIAŁA PLAPĘ!DrukujE-mail
sobota, 30 maj 2015


Nie niszczmy starych zdjęć. Są one najlepszymi dowodami naszej historii, a zwłaszcza te, które są jeszcze dziś możliwe do opisania przez osoby na nich utrwalone
Kilka miesięcy temu napisałem krótki tekst na podstawie rozmowy z mieszkanką Pałubinka Teresą Miloch z domu Białas. Rozmowa z panią Teresą była wielowątkowa, ale zasadniczo dotyczyła historii, między innymi dlatego, że siedzieliśmy przy albumach starych zdjęć wykonanych w Pałubinku oraz Pinczynie. W tamtym tekściku jej głównym wątkiem stała się piękna Madonna Pałubińska, jedna z czterech rzeźb uratowanych z ołtarzyków bożej męki przez Marię Miloch, teściową pani Teresy. Pani Maria przyniosła je w worku i ukryła.
Niezwykle cenne dla historii z I Komunii pani Teresy w 1949 r. (urodziła się w 1936 r.) w starej kaplicy w Pinczynie. Prezentowaliśmy już to zdjęcie, a to jest o wiele lepiej opracowane

Jakie jeszcze pani Teresa pokazywała mi zdjęcia? Ano bardzo rozmaite. Na przykład przedstawiające Zygmunta Milocha służącego u Maczka w Anglii (po wojnie został w Anglii, ożenił się z Angielką), niezwykle cenne dla historii Pinczyna z jej I Komunii w 1949 r. (urodziła się w 1936 r.), wykonane w starej kaplicy w Pinczynie i równie cenne zdjęcia zbiorowe, jakie dziś tu pokazuję. Ale zanim o tych zdjęciach, kilka słów o Milochach. Skąd w ogóle wzięli się w Pałubinku.
Otóż teść pani Teresy Bernard Miloch przyszedł tu z Wiela i ożenił się z Marią Landowską. Maria dała mu siedmioro dzieci: Martę, Władzię, Bernarda (II), Zygmunta, Władka, Emilię i Józefa (mąż pani Teresy). Władek i Emilia pracowali w szpitalu w Kocborowie. 

Uczestnicy kursu gimnazjalnego w 1947/48 w Pinczynie, kl. 2

Na podwórzu Milochów stoi jako ozdoba jakieś stare urządzenie.Też, jak się okazało, dowód historii.
- To szewska maszyna z herbem Wolnego Miasta Gdańsk – wyjaśniła pani Teresa. - Teść Bernard Miloch szył na niej buty, tu, w Pałubinku, w pokoju, przy okienku. Kiedyś te okienka były małe. Robił nawet nowiutkie buty ze skóry z zelówkami. A mnie kiedyś dorobił jeden but, bo drugi schowałam w duchówce i się spalił. Miałam wtedy z 7 lat. Teść zmarł w 1943 roku.

Zdjęcia przede wszystkim przedstawiają członków rodziny Milochów, ale najcenniejsze dla historii gminy przedstawiają ich na zdjęciach zbiorowych, jak na tym z 1949 r. z I Komunii, z kursu gimnazjalnego p. Teresy w 1947/48 w Pinczynie, kl. 2. Są na nim m.in. nauczyciele Czajkowski, Zaremba (jej wujek), Musolf. Jest Emilia Miloch, Czerwińska i Szefler. Bardzo cenne jest zdjęcie przedstawiające uczniów szkoły w Pałubinku.
- To są wszystkie klasy, od I do IV – opisywała je pani Teresa. - Rozpoznaję m.in.: Teresę Szulc, Jadzię Szulc, Zofię Łęgowską, Cecylię Borzyszkowską, Anielkę Ropińską, Juliusza Burczyka, Wandę Szyc, Józefa Szyca, Cesię Lewińską i Krystynę Szachtę.

Bardzo cenne zdjęcie przedstawiające uczniów szkoły w Pałubinku w 1945 r.

Na innym zdjęciu, wykonanym w 1955 r., są: Alfons Połom i Agrypina Rezmer ze Zblewa i pani Teresa. Wykonane zostało w Starogardzie, gdy wracali z "Kociewiaka", spółdzielnię produkującą konfekcję lekką, ciężką i obuwie. Pani Teresa miała wówczas 19 lat i pracowała w konfekcji ciężkiej – szyła płaszcze z flauszu i inne. Szyli też Połom i Lorochowa. To zdjęcie pokażemy na stronie zblewo.pl.
Rodzina Niemca Schulza w Pałubinku przy zawłaszczonej połówce domu Czerwińskich. Po prawej stronie stoi Władzia Miloch, służąca

W pudełku jest też kilka zdjęć z czasów okupacji. Na jednym stoi Władzia Miloch z rodziną Schulzów, u których pracowała jako służąca. Wieś przed wojną w całości była polska. Przybyli podczas okupacji Niemcy, m.in. Schulz, przywłaszczali sobie, co im się podobało.
- Schulz wraz z rodziną zamieszkał w domu Czerwińskich, podzielonym "dych na pół", a świnie hodował u Adamowskich. Milochów zostawili w spokoju. W 1945 roku rodzina Schulza uciekła.

Przez rok pani Teresa chodziła do szkoły podczas okupacji. Nauczycielami byli pani Schmidt i Krauze (Kosecka).
- Plastrem mi zalepiała plapę, żebym nie mówiła po polsku – wspomina pani Teresa.
W 2011 r. naukę w tej szkole podczas okupacji tak wspominał Alfons Połom:
"Gdy miałem 7 lat, poszedłem tu, do Pałubinka, do szkoły. Niemieckiej, bo już było po wrześniu 1939. Pracowały dwie nauczycielki - Niemka Schmidt i niby Polka z Gdańska Apelhagen. Gadały ze sobą po niemiecku. Niemka nic nie rozumiała z polskiej mowy, ta Polka z Gdańska tak. Na przerwie skrycie rozmawialiśmy po polsku. Niemka nie rozumiała, ale była grzeczna. A ta polska 'cipa' była wredna. Usłyszała i krzyczy po niemiecku, żeby iść za nią. Wzięła do klasy i dalej po niemiecku: 'Przełóż się chłopcze przez ławkę'. Oj, dało trzcinką. A dziewczyny dostały po pazurach. Później rączki im z tego tak napuchły, że nie mogły pisać. Zrobiła się sprawa. Do szkoły przyjechał inspektor i przeprowadził z nami wywiad. Pytał, czy my w domu rozmawiamy po polsku, czy po niemiecku. Odpowiadaliśmy, że w domu to się uczymy niemieckiego, a jak czegoś nie rozumiemy, to po polsku pytamy, jak mamy to mówić... Zaraz po wojnie, za panowania PRL-u, na egzaminach wyszło, że my lepiej mówimy po niemiecku niż po polsku.

Szewska maszyna Bernarda Milocha


Cieszę się, że udało się panu Tadeuszowi Majewskiemu dopisać dalszy ciąg historii z Pałubinka.
E.Z.

PIĘKNA MADONNA PAŁUBIŃSKA NIEZNANEGO RZEŹBIARZA! - WĄTEK HISTORII O ROWIŃSKICH I CHĘCIŃSKICHDrukujE-mail
wtorek, 09 grudzień 2014


Historia o poszukiwaniu grobu słynnego adwokata z Krakowa Stanisława Rowińskiego, jaką opublikowałem w kwietniu w magazynie "Rejsy" (tu jest "wejście" do tej całej historii), stała się początkiem kilku innych powiązanych ze sobą historii i ciągle dynamicznie się rozwija.


Przedwczoraj np. otrzymałem e-maila od Ryszarda Chęcińskiego z Kalifornii ze skanem Dyplomu Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata Sławomira Chęcińskiego, przybranego dziadka pana Ryszarda. Biologicznym dziadkiem Ryszarda Chęcińskiego był, jak już wcześniej napisałem, Stanisław Rowiński. Niedawno wysłałem mu zdjęcia Władysława Rowińskiego, gdyż pan Ryszard całe życie marzył, by zobaczyć, jak wyglądał jego biologiczny ojciec. Teraz już wie. 
Wczoraj odwiedziłem w Pałubinku panią Teresę Miloch z domu Białas, ciocię Ryszarda Chęcińskiego, która wychowywała go od dziecka w tej wioszczynie. To tu Ryszard w wieku 5 lat szedł pasać gęsi z książką pod pachą ("taki był mądrala"), to tu chodził do pierwszych klas szkoły podstawowej, a do starszych klas w szkole w Pinczynie. Tym samym cała ta wielka historia o Rowińskich, Chęcińskich i innych toczy się we Lwowie, Krakowie, Kocborowie, Warszawie, Łodzi, Gdańsku, Wielkiej Brytanii, USA - w Kalifornii, w Niemczech, gdzie zamieszkała mama pana Ryszarda, i... od wczoraj toczy się również w Pałubinku. 









Już w pierwszych słowach zaskoczyłem panią Teresę Miloch pytaniem, czy wie, jak się nazywa biologiczny ojciec Ryszarda Chęcińskiego. Pani Teresa nie znała! ...Wkrótce tę całą historię opowiem szerzej, gdyż jest znacznie ciekawsza od byle telenoweli. Teraz zupełnie o czymś innym. 
Gdy pani Teresa wyjmowała z albumików stare zdjęcia z Pałubinka oraz Pinczyna i tasowała je niczym talię kart, kątem oka dostrzegłem w pokoju (siedzieliśmy w kuchni) Ją - Piękną Madonnę Pałubińską, rozmarzoną w ślicznych polichromiach. Nawet z daleka nie wyglądało to na gips, bo gipsowe tak zwane Madonny z reguły mają sztywne szyje, kiczowate symetrycznie zgięte ręce i lalkowate, przecukrzone twarze. 



Zerwałem się z krzesła i bez słowa wyjaśnienia ruszyłem do pokoju, a tam wziąłem Ją z mebla, od plazmy i wolniutko postawiłem na stole, oglądając ze wszystkich stron, a nawet i - co zabrzmi może dziwacznie - od dołu. Oczywiście - mruknąłem w myślach z satysfakcją - drewno, najprawdziwsze drewno z uczciwym drewnianym pęknięciem na plecach! 
Po chwili słuchałem dalej pani Ireny. - Ta rzeźba - mówiła - stała w jednym z czterech ołtarzyków bożej męki po drugiej stronie ulicy, u Adamowskich. Tak, tak, TYCH Adamowskich od Renault. Kazimierz Adamowski był wujkiem Ryszarda. Stały cztery rzeźby: ta właśnie Matka Boska, Święty Roch, Archanioł Gabriel i mniejsza Matka Boska. Niemcy przygotowywali się do zburzenia kapliczki, a moja teściowa, Maria Miloch z domu Landowska, wzięła worek, przyniosła w nim te cztery figury i ukryła. Jedną wziął Ryszard, dwie inne dzieci... Być może Ryszard ma w Kalifornii. Hm.. Rysiek mieszkał tu od dziecka... Ma pan może do niego numer telefonu? Ma pan, do dobrze. Zapiszę sobie...Tęsknił za matką, która go tutaj zostawiła. Mając 9 lat wsiadł w Tczewie do pociągu i pojechał do niej do Lublina. Do Tczewa zawiózł go mój mąż Józef, który pracował na PKP. Po mniej więcej tygodniu wrócił rozczarowany... Co tu mam jeszcze za zdjęcia? Różne. Na przykład Zygmunta Milocha w Anglii. Służył u Maczka. O i jest to - moja I Komunia w 1949 roku (urodziłam się w 1936 r.) w starej kaplicy w Pinczynie. Stała tam, gdzie teraz jest parking. Kościół oczywiście był, ale stara kaplica też. Odbywały się w niej rozmaite imprezy, także i przedstawienia. Byłam na przykład na "Dziadach"... 
Na zdjęciach: Piękna Madonna Pałubińska (czy to nie wybitnego rzeźbiarza z wsi Więckowy Rekowskiego?); pani Irena Miloch; I Komunia pani Ireny w 1949 r. w Pinczynie; młody Ryszard Chęciński w Gdańsku; mąż pani Ireny Józef Miloch na rowerze w drodze do pracy na PKP (tak się kiedyś dojeżdżało).




To bardzo ciekawa historia. W związku z tym postanowiłem przenieść ją do mego bloga, by mieć  pod ręką to opracowanie.
Pałubinek, Pinczyn, to wsie  gminy Zblewo - dobrze mi znane.
E.Z.










poniedziałek, 4 maja 2015

TEGO DNIA ŚW. FLORIAN SZCZEGÓLNIE SPOGLĄDA NA SWOICH PODOPIECZNYCHDrukujE-mail
poniedziałek, 04 maj 2015


Jak najmniej wyjazdów do pożarów i tragicznych zdarzeń, a jak najwięcej na festyny, które wspaniale uatrakcyjniacie!
Druhowie Drodzy, bliscy memu sercu członkowie Ochotniczej Straży Pożarnej w Zblewie. 


Dziś Wasze święto - Dzień Strażaka. W tym dniu zawsze wracam pamięcią do moich młodych lat, kiedy sam uczestniczyłem w działaniach OSP.  

Na owe czasy byliśmy dobrze zorganizowaną i wyposażoną jednostką.  I wtedy święciliśmy Dzień Strażaka. Druhowie wolni od pracy zawodowej przywdziewali mundury, by przypomnieć mieszkańcom, że tego dnia św. Florian szczególnie spogląda na swoich podopiecznych.
Cóż Wam życzyć z okazji Waszego święta? Jak najmniej wyjazdów do pożarów i do tragicznych zdarzeń. A jeśli już trzeba będzie spieszyć na ratunek, poszkodowani niech odczują Waszą profesjonalną pomoc, a po akcji byście wszyscy wrócili cali i zdrowi do macierzystej jednostki.
Życzę Wam Druhowie zdrowia i pomyślności w życiu osobistym.
Z pozdrowieniem
Edmund Zieliński
Honorowy Obywatel Gminy Zblewo

wstecz dalej »
EDMUND ZIELIŃSKI. BIAŁACHOWO. CHWALILI TEGO SAMEGO BOGA, A ŻE INACZEJ?DrukujE-mail
poniedziałek, 04 maj 2015


Miejscowi o tym wiedzą, inni niekoniecznie, że na skraju Białachowa w kierunku południowym znajduje się stary ewangelicki cmentarz, po niemiecku zwany Friedhof, a przez miejscowych swego czasu nazywany chyrchacz (skąd ta dziwna nazwa?).


Mijałem go chodząc do czteroklasowej szkoły w tej wsi i przy innych okazjach. W tamtym czasie, że to jest cmentarz, mówiły zachowane jego liczne nagrobki, zwłaszcza w jego wschodniej części. Jako dzieciaki, z Józkiem Baczkowskim, Gerardem Bielińskim, czy Władkiem Gołuńskim, biegaliśmy po tej nekropolii bez szacunku dla pogrzebanych tu byłych mieszkańców okolicznych wsi, zapewne i Białachowa, chociaż niewielu było tu mieszkańców wyznania ewangelickiego. Jak wspomina moja siostra Danusia, według opowiadań dziadków, chowano tam również zmarłych z Borzechowa. Wtedy mieliśmy inną świadomość odnośnie cmentarzy innowierców. I wtedy, mijając to miejsce wiecznego spoczynku,należało zdjąć czapkę i powiedziećwieczne spoczywanie racz im dać Panie! Przecież chwalili tego samego Boga, a że inaczej?


Droga do Białachowa, po prawej cmentarz
Kiedy ten cmentarz powstał, w jakich okolicznościach, nie wiem. Jego historia sięga co najmniej XIX wieku. Kiedy dokonano ostatniego pochówku? Zapewne przed 1920 rokiem, gdy Pomorze przyłączone zostało do Polski. W tamtym czasie cmentarz ten ogrodzony był kamiennym murem wysokości około metra i porośnięty nielicznymi drzewami, zaznaczającymi główną aleję. Od strony drogi była kilkumetrowa przerwa w murze, spełniająca rolę bramy wejściowej na cmentarz. Zaraz za wejściem stała potężna lipa. Jak ona pięknie pachniała w czasie kwitnienia. Z daleka słychać było dziwną muzykę – jednostajne brzęczenie uwijających się wśród miododajnych kwiatów, pszczółek. 

Resztki nagrobków


Resztki obramowań nagrobków

Z czasem zniknęły kamienie okalające cmentarz, nagrobki utonęły w porostach, wreszcie całe to miejsce porosło licznymi chaszczami. Teraz jest to kępa zarośli, w niczym nieprzypominająca dawnego cmentarza. Gdzieniegdzie jeszcze możemy natrafić na obramowania grobów i szczątki tablic. Resztę kryje gruba warstwa porośniętej trawy i chaszczy. Wierzę, że przy jakimś nakładzie sił i środków, można odsłonić nagrobki. Może znalazłyby się jeszcze niejedno epitafium informacje o zmarłych, jakieś nazwisko, data? Znacznie wzbogaciłaby się historia wsi Białachowo. Tego rodzaju pamiątki istnieją jeszcze na cmentarzu ewangelickim w Zblewie przy ulicy Starogardzkiej. 

Zdewastowany pomnik nagrobny


Tak wygląda cmentarz dzisiaj – strona zachodnia


Cmentarz dzisiaj – strona południowa


Wiem, co się stało z kamieniami otaczającymi cmentarz. Po prostu posłużyły za materiał budowlany inwestycji w Zblewie. Dokładnie, Gminny Ośrodek Kultury i Urząd Gminy mają w swoich fundamentach kamienie z białachowskiego cmentarza. Ówczesnych decydentów niczym nie obwiniam za wykorzystanie tych kamieni do budowy tych obiektów. W tamtych czasach spojrzenie na ewangelickie nekropolie miało zupełnie inny charakter. To były miejsca, do których społeczeństwo nie miało szacunku. Wiele takich miejsc zrównano z ziemią, pozakładano parki, po ścieżkach których chodzą spacerowicze, najczęściej nieświadomi, że depczą szczątki ludzi, których rodziny z żalem tu chowali. Tak stało się z wielkimi nekropoliami leżącymi wzdłuż dzisiejszej Alei Zwycięstwa we Wrzeszczu, kiedy to na początku lat 70. XX wieku spychacze równały teren, na złom wywożono liczne krzyże i artystycznie kute obramowania grobów, czego byłem świadkiem. Wiele nagrobków, a były to prawdziwe dzieła sztuki, po prostu zmieniało miejsce lokalizacji. Płyty nagrobne z inskrypcjami Hier ruht In Gott… (tu spoczywa w Bogu…) po przeszlifowaniu oferowano ponownie klientom. W wielu wypadkach posłużyły do utwardzania dróg.

Zastanawiam się, jak można jeszcze dziś uszanować dawnych mieszkańców Białachowa i okolicznych wsi spoczywających na tym zapomnianym cmentarzu. Nie chcę się wymądrzać i niczego sugerować. Mieszkańcy Białachowa powinni sami zadecydować, jak uszanować to miejsce. Jeśli miałby tam stanąć krzyż, obiecuję wyrzeźbić pasyjkę.

Mieszkający obok cmentarza Pan Krzysztof Tomczak, zapalony genealog - amator, pamięta o zmarłych spoczywających na tym cmentarzu, zapalając im znicze pamięci. Dzięki, Panie Krzysztofie.

Gdańsk 2 maja 2015 Edmund Zieliński

Ps. 
W swoim felietonie świadomie nie rozwodziłem się nad pochodzeniem słowa chyrchacz, z nadzieją, że może ktoś zwróci na to uwagę. I tak się stało. 8 maja 2015 tak napisał do mnie mój przyjaciel z Breisach am Rhein Janek Stachowiak:

           Czytałem o białachowskim cmentarzu ewangelickim , na którym pochowani są ludzie różnego wyznania. Wiem, że są tam również groby żydowskie( podobnie jest w Radziejewie na Chyrchaczu niedaleko naszego domku).
Pytasz,  dlaczego nazwa „CHYRCHACZ”- otóż jest to w  czasie wielu lat zmieniana nazwa, przekręcana fonetycznie przez miejscową ludność ( żydowską, niemiecką polską, kociewską) miejscowego, z    czasem zapomnianego ,niszczonego cmentarza   ( nieświadomie, czasem celowo z nakazu panujących władz). Z języka niemieckiego dawniej nazywano cmentarz KIRCHHOF. Jeżeli leżeli tam Żydzi – mówiono KIRKUT. Potocznie określano to miejsce ;  Kierchal, Kirchol,  Kirchhut,  Kerchal,  Cherchal  Cherchacz- ostatnie, występuje w nazewnictwie stosowanym w zaborze pruskim  przez zniemczonych polaków, tak było w zachodnich Prusach i tak pozostało w nazywaniu tych miejsc przez miejscowych. Mówili tak ich dziadkowie , rodzice, wiec i oni  tak mówią , a może za kilka lat znów „coś”przekręcą i przyjmie się inna potoczna nazwa.

Janek - bardzo dziękuję.


wsteczdalej »

piątek, 1 maja 2015

CAŁE ŻYCIE JEST PYTANIEM, CZY TO JEST PRZYPADEK, CZY... REGINA MATUSZEWSKA C.D.DrukujE-mail
piątek, 01 maj 2015
Po dłuższej przerwie kieruję na stronę internetową „Wirtualnego Kociewia” kolejne odcinki wspomnień i refleksji Pani Reginy Matuszewskiej z Czarnegolasu. Nie dalej jak wczoraj w rozmowie telefonicznej z Panią Reginą. Dowiedziałem się, że poszczególne odcinki wspomnień czytają internauci we Włoszech, Anglii, Niemczech, a ja dodam, że moi znajomi w Perth i Sydney w Australii też czytają. Co więcej, pytają się, kiedy będą następne. No to do dzieła Panie Tadeuszu, bo tylko dzięki Panu wspomnienia Pani Reginy wędrują w daleki świat. E.Z.

Miejmy odwagę żyć
Część XV wspomnień Reginy Matuszewskiej

Nie tak dawno przyjechał z wizyta do Polski premier Izraela. Mówił, że on urodził się w Zalesium województwo łomżyńskie. Myśmy do tego Zalesia chodzili do kościoła. Nikt nie myślał wtedy, że na tej wiosce deskami zabitej urodzi się taki wielki człowiek. Widać, wielcy ludzie dość często wywodzą się z ludu. U moich teściów Żydzi często nocowali. Mąż opowiadał, że mieli rzemienne pacierze. Jeden mieli na czole pod czapką, drugi mieli owiązany na ręce. Myślę, że nosili blisko ciała, żeby lepiej pamiętać o dziesięciorgu przykazaniach. Do modlitwy ściągali i się długo modlili. Oszukiwali ludzi, ale w handlu to chyba musi oszukiwać. W dzisiejszych czasach też handlarze oszukują. Handel to nie kradzież. Jak kto nie umie, to niech się za ten zawód nie bierze.
Dziś to nie wiadomo, za co się brać. Tyle zawodów zginęło i nadal ginie. Wyręczają nas fabryki. Produkują, co tylko jest człowiekowi do życia potrzebne. Produkuje się różnego rodzaju roboty, miksery, żeby ulżyć naszym rękom, żeby mieć czas na odpoczynek. Już teraz i za nas myślą komputery, wszystko zaprogramowane. Śpiewać za nas śpiewają kasety. Wszystko za nas ktoś robi. Już się nie opłaca nic robić , bo wszystko można kupić taniej. Ręczna praca jest nieopłacalna. Więc co mamy robić? Tyle ludzi jest w tym czasie bez pracy, coraz więcej bezrobotnych i bezradnych. Ludzi przybywa, a pracy ubywa. Niknie nadzieja młodych ludzi na przyszłość. Starsi ludzie też czują się już niepotrzebni, nie zawsze jest o co ręce zawadzić. Myśmy kiedyś żyli swoją pracą. Cieszyła nas, gdyśmy coś robili i z tego coś wyszło. 
Dawniej miał zajęcie stary i mały. Wszystko się to jakoś wiązało w jedną całość. Nigdy nie było słowa nuda. Dziś wszyscy patrzą w telewizor, bo inaczej by się zanudzili. Dziś nie ma powiedzenia, że telewizor to złodziej czasu. Niektórzy odzwyczaili się od pracy, niektórzy zdrowo chorują. Podłożą coś, gdzie trzeba i chorują, narzekają, nie wiedząc, że ruch leczy. Zadowolenie z pracy, to zadowolenie z siebie, to spokój naszej duszy. Jeśli jest zdrowy duch, to i ciało zdrowieje. W dzisiejszych czasach większość ludzi choruje duchowo, nie mogą sobie sami z tym poradzić. Mają różne kompleksy. Czasami wystarczy przed kimś się wywnętrzyć i już jest lepiej. Czasem człowiek boi się ośmieszyć i dusi w sobie to wszystko i to się bardziej pogłębia. Pochylamy się coraz niżej. W końcu byśmy powiedzieli do całego świata – przepraszam, że żyję, za to, że się urodziłem. A trzeba myśleć inaczej, trzeba myśleć, że każdy człowiek jest cząstką tego świata, choćby tylko był tak malutkim jak ziarnko piasku albo kropla wody. Ale z tych ziaren i tych kropelek wody trzyma się cały świat. Jak będziemy zawsze myśleć, jak komuś pomóc, coś zaradzić, czasem wystarczy kogoś wysłuchać, czy kogoś pozdrowić, już nam samym zrobi się lżej. Samo to myślenie już nas będzie leczyło i dodawało siły do życia. Człowiek chyba każdy się cieszy, jak może być komuś i do czegoś potrzebny. Inaczej myśleć - nie byłoby sensu życia, a sens życia jest, trzeba tylko samemu dojść do wewnętrznego spokoju. Nauczyć się słuchać tego duchowego głosu. Każdy, gdy o sobie pomyśli od maleńkości, to na pewno znajdzie takie wydarzenia, że pomyśli, że miał wielkie szczęście czegoś uniknąć. 


Regina Matuszewska ze swoim Aniołkiem. Foto E. Zieliński 16 maja 2011

Jak pomyślę o sobie, to myślę, że miałam je kilka razy w życiu. Najpierw gdy byłam mała i się topiłam. Ktoś te kobiety skierował w moją stronę i mnie wyratowały. Gdy miałam dwadzieścia lat, nie mogłam przyjść do siebie po połogu, grypie i krwotokach. Byłam słaba, ale chęć życia mnie wyleczyła, a może inna Opatrzność mi pomogła. Gdy miałam trzydzieści lat, wybrałam się z siostrą i jej znajomą w podróż koleją. Przyjechałyśmy do Starogardu od Skórcza i trzeba było szybko biec na peron drugi, żeby wsiąść w pociąg do Tczewa.Biegniemy, a tu pociąg do Tczewa już rusza. Mamy każda obydwie ręce obciążone. W jednym momencie konduktor, chyba o sile Herkulesowej, powrzucał nas wszystkie trzy razem z naszym bagażem. Myśmy też nie były szczuplutkie, ale z bagażem na pewno siedemdziesiąt kilo każda miała. To był moment i później spokojnie nie mogłam o tym myśleć. Wolałam odrzucać od siebie te myśli, co mogło się z nami stać, gdybyśmy próbowały same wskoczyć do pociągu. Czy ten konduktor miał taką wielką siłę, choć na takiego nie wyglądał, czy ta siła w jednej sekundzie w niego wstąpiła?
Myślę, że ktoś nam pomaga w życiu, choć my tego nie zauważamy. Może nasi najbliżsi zmarli, może anioł stróż przy nas wiecznie czuwa i chce nas obronić od nieszczęścia. Może jest tak, jak mówi się w pacierzu - jako w niebie, tak i na ziemi. Może to tu na ziemi mamy swoich znajomych, którzy nam dobrze życzą, a czasami i źle. I w niebiesiech mamy takich, którzy nam pomagają, starają się, a ktoś może nam i psocić, jak to się mówi, każdy ma swoich świętych. Jak się ma więcej, którzy nam sprzyjają, to nam się jakoś układa, jak jest odwrotnie - popadamy w kłopoty. Jak za dużo tych kłopotów, nie możemy sobie z nimi poradzić, zaczynamy gubić pewność siebie. Duchowa harmonia się psuje, przychodzą smutne myśli i nie mamy siły ich odegnać. Musimy wtedy szukać drugiego człowieka, żeby nas chociaż wysłuchał, a już będzie nam lżej. 
Są ludzie, którzy się martwią na wyrost. Nie mają większych zmartwień, to się martwią byle czym. Czy defektem swojego wyglądu, czy jak muszą słabiej zjeść, czy coś trudniejszego wykonać. Żeby jeszcze to umartwianie pomogło, to by sobie człowiek rozłożył na cały tydzień. Dziś będę martwić się o syna, jutro o córkę, trzeciego dnia o inną pomoc i tak dalej. Nasze zmartwienia nic nam nie pomogą, a jeszcze innym humor psują. Podobnież smutnego człowieka Pan Bóg do nieba nie chce, bo by mu ciągle humor psuł. Zamiast się zamartwiać, jak jest za dużo tego wszystkiego, zrobić coś trudnego albo miłego. Podobnież dobre na stresy wyszorować garnek do połysku czy coś w tym rodzaju. Czasami pomaga umycie głowy. Ja jak byłam młodsza i miałam czegoś za dużo na głowie, leciałam do swojej sąsiadki. Ona była taka, że wiedziała wszystko o wszystkich. Musiała się z tym podzielić, kogo miała pod ręką. Ona tym żyła, przesyłała wiadomości dalej. Na pewno byłaby dobrym dziennikarzem, gdyby miała możliwości zdobyć wiedzę. Ja się nasłuchałam jej wiadomości i leciałam do domu weselsza. Sąsiadka wyprowadziła się, nie miałam gdzie lecieć. Wtedy brałam się za szycie, najlepiej uszyć czy przerobić ze starego coś sobie. Wtedy się przymierza w lustrze i się widzi świat w niebieskich kolorach. Zakupy zrobić, ogródek wypielić, czy jak kto woli i na sobie wypróbować, położyć się na chwilę i myśleć, przypominać najlepsze dni z mojego życia. Moja matka nieraz mi mówiła, gdy coś zgubiłam - zgubisz, nie smuć się, a znajdziesz, nie ciesz się. Bo zwykle tak bywa, po smutku przychodzi radość, a radość też krótko trwa. Matka mówiła - trzeba życie znosić takie, jakie jest, bo na tym świecie to jest dolina płaczu. 

Dworzec kolejowy w Starogardzie z roku 1916. Reprodukcja z albumu „Dawny Starogard”

To życie to jest jakby jechał pociągiem w daleką podróż. W życiu mamy przygody i różne niespodzianki. Jedni ludzie się rodzą, drudzy umierają. W pociągu tak samo, jedni wsiadają, drudzy wysiadają i też różne przygody się nam zdarzają. Albo jak okręt na oceanie - wie, z jakiego portu wypłynął, ale nie wie, gdzie ustanie. Byłam młodsza, to się śmierci bałam, odrzucałam myślenie o niej. Po przeczytaniu książek „Życie po życiu”  (Raymonda A. Moody - E.Z.) i „Życie po śmierci”  Szumana, zaczęłam inaczej myśleć. Nie boję się i często o niej myślę, szczególnie przed snem. To mnie samo nachodzi, lecz nie budzi strachu, tylko budzą się refleksje, jak to może być z człowiekiem. Nieraz myślę, że to jest jak z wężem - gubi jedną skórę, a nabywa drugą. Gorzej mi się pogodzić z ludzkim cierpieniem. Jak cierpi dorosły, co trochę grzechów nabrał na swoje barki, to rozumiem. Jednakowoż nie rozumiem za co cierpią dzieci, które urodzą się niesprawne, odrzucone, niewidome itd. Za co one tak cierpią? Chyba nie za to, że ktoś tam kiedyś nagrzeszył. Czy jest tak, jak z drzewami. Urosną piękne, wyniosłe, silne, a przy nich małe i koślawe, ale też stroją swoim walorami inszymi. Robią piękne tło dla tych wysokich, pięknych i silnych, a nawet więcej – zacisze. Dużo jest takich niepozornych drzew, krzewów i roślin, które człowieka leczą i może przez to też czują się potrzebne. Do ludzi, też zwracamy się o pomoc do tych mniej wyniosłych. Jest pewniejsze, że ten biedniejszy prędzej ci pomoże, niż ten bogaty. 
Może cierpienia każdy dostaje tyle, ile może wytrzymać. Może, gdy patrzymy na cierpiących, to i sami cierpimy i wtedy to nam trudno znosić. Są ludzie, że nie widzą cierpienia, nieraz sami je zadają. Czy oni są silniejsi od nas, czy może brak im czegoś, tego wyczucia wewnętrznego. Może są przez kogoś, czy siły wyższe, nasłani. Myślę o Hitlerze, Stalinie, czy innych dawnych przywódcach. Może ktoś tym kieruje, żeby była jakaś norma w ludziach na tej ziemi. Chcieliśmy być mądrzejsi niż siły wyższe, chcemy pokoju, walczymy o ten pokój. Wszystko planujemy, nawet dzieci, za dużo - to usunąć, a czy to też nie jest zbrodnia? Człowiek, czy duży, czy mały, to też człowiek. Gdy się urodzimy, od urodzenia uczymy się poznawać świat, ale rozum już mamy, tylko go rozwijamy. Zrobiliśmy taki wielki postęp w naszym życiu. Tyle nauczyliśmy się, tyle zdobyliśmy wielkich nauk, a po prawdzie – to nie odgadliśmy zagadki naszego życia. Wiemy, że nic nie wiemy. Całe życie jest pytaniem, czy to jest przypadek, czy przeznaczenie. Na życie nie ma recepty. Każdy musi sam podejmować decyzje. Czasami z tymi decyzjami jest tak, jak by w karty grał – kto ma szczęście, ten wygrywa. Człowiek chciałby znać odpowiedź na wszystkie dręczące pytania. Z drugiej jednak strony może dla nas jest lepiej, jak wszystkiego nie wiemy? Miejmy odwagę żyć.

Z rękopisu Pani Reginy Matuszewskiej przepisał Edmund Zieliński
Gdańsk 1 maja 2015

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

                                     Kociewie rękodziełem stoi

                W niedzielę dnia 22 lutego 2015 roku w Fabryce Sztuk w Tczewie  miało miejsce otwarcie wystawy rękodzielników z Kociewia zatytułowanej „Kociewie – serdeczna strona świata”. Kuratorem wystawy jest pani mgr Kamila Gillmeister – etnograf. Na wystawie zgromadzono hafty, rzeźbę, malarstwo na szkle, plecionkarstwo, intarsję, fotografie i malarstwo sztalugowe.  Wystawę zorganizowano ze zbiorów Fabryki sztuk w Tczewie, Muzeum Kociewskiego w Wycinkach oraz ze zbiorów prywatnych Kamili Gillmeister i uczestników wystawy.
               Wystaw o podobnej tematyce jest niezwykle mało i chwała organizatorom za jej realizację. By wystawa mogła zaistnieć muszą być eksponaty i ich twórcy. I tu pozwolę sobie wymienić artystów biorących udział w wystawie. Rzeźbę reprezentują: Jerzy Kamiński z Barłożna, Tomasz Bednarczyk ze Starogardu, Leszek Baczkowski z Franka, Michał Ostoja-Lniski z Czarnej Wody, Roman Samorowski z Wycinek i Marek Zagórski z Rokocina.
Malarstwo wystawiają : Andrzej Venulet i Krzysztof Bagorski z Małego Bukowca, Irena Zagórska z Rokocina, Ryszard Rosławski ze Starej Kiszewy, Teresa Trzewik z Ciecholew, Jolanta Stepun ze Starogardu, Anna Mierzejewska – Otta z Franka, Malwina Dzwonkowska ze Stężycy.
Swoje piękne hafty na wystawie pokazują: Anna Ledwożyw z Osowa Leśnego, Krystyna Engler z Pinczyna, Stefania Wielińska z Wycinek, Maria Leszman z Pelplina i Katarzyna Nowak z Tczewa. Natomiast Zenon Pląskowski z Rokocina pokazuje na wystawie intarsję.
Licznie zgromadzone na wystawie fotografie podpisane są przez: Andrzeja Grzyba, Henryka Spychalskiego, Tomasza Rogalskiego, Marcina Pląskowskiego, Zenona Usarkiewicza i Piotra Januszewskiego.
                  Bardzo spodobała mi się wypowiedź pani mgr Kamili Gillmeister podczas otwarcia wystawy. Jej słowa zasługują na publikację, co niniejszym, za zgodą autorki,  czynię.
Kociewie – region etnograficzny, który coraz bardziej jest rozpoznawalny. Coraz więcej osób wie, że Kociewie nie jest subregionem Kaszub. Jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów jest sztuka ludowa.
Czym dzisiaj jest sztuka ludowa? Czy dzisiaj istnieje sztuka ludowa? Co oznaczają słowa współczesna sztuka ludowa? Na te pytania nie można odpowiedzieć jednym zdaniem, nie mówiąc już o prostych słowach tak/nie. Na studiach etnologiczny/antropologicznych studenci uczą się wielu teorii czym jest sztuka ludowa. Każdy z naukowców dodaje swoje do teorii. I tak naprawdę po zajęciach studenci wychodzą z mętlikiem w głowie.
Logicznie rzecz ujmując sztuka ludowa nie może istnieć, bo nie ma ludu. Zdecydowanie zmieniła się funkcja prac. Kiedyś rzeźbiono, malowano na chwałę Pana Boga, Maryi i świętych. Zresztą świątki  ludowe były traktowane jako realne istoty obdarzone realnymi zmysłami. Jeśli dany święty, np. Jan Nepomucen nie wywiązał się ze swojego zadania, to chłopi potrafili wymienić tę nieskuteczną figurę na nową, ale tego samego świętego.
Twórcy bardzo często byli anonimowi – nie podpisywali swoich prac. Z klasycznego okresu rozwoju sztuki ludowej, czyli II połowy XIX wieku znamy bardzo mało nazwisk twórców. Wśród ludności nie istniało pojęcie sztuki, twórców. Nie istniała żadna ochrona twórców. Wzory i wiedzę na temat świętych i otaczającego świata zdobywano z kazań kościelnych, opowiadań dziadowskich i innych. Wizerunki świętych miały się spodobać zbiorowości, bo to zbiorowość zamawiała i akceptowała dane prace.
Dzisiaj przede wszystkim zmienił się odbiorca prac twórców. Jest to przede wszystkim odbiorca miejski. Prace pełnią całkowicie inne funkcje – są to funkcje dekoracyjne. Przez lata PRL-u i kolejne lata po 1989 roku pojawiły się nowe tematy – świeckie, konkursy sztuki ludowej na Staliny, Leniny, Kościuszków itp. Czyli tematy kompletnie obce sztuce ludowej. Młodzi zaczęli zachwycać się kulturą ludową związaną z folklorem andaluzyjskich Cyganów, obejmujące muzykę, śpiew, taniec, strój i zachowania, czyli flamenco, tańczymy tańce celtyckie i irlandzkie. A polskie tradycje były kwitowane machnięciem ręki: wiocha. Jednak w ostatnich latach elementy sztuki ludowej różnych regionów Polski znajdujemy na ubraniach, meblach, rzeczach codziennego użytku. Prym w tym wiodą elementy łowickie.  Zaczynamy rozumieć, że ludowość staje się naszym plusem i może być niezłą wizytówką Polski na świecie. Oczywiście mówię tu o ludowości dobrze rozumianej. O jej pełnej harmonii, bo sztuka ludowa nie była nigdy kiczem. Wystarczy wspomnieć pawilon polski na wystawie EXPO 2010 w Szanghaju, który został zainspirowany polskimi wycinankami. Dzięki etnodizajnowi zaczynamy to rozumieć. Także elementy kociewskie zaczynają się pojawiać na torebkach, filiżankach, obudowach do telefonów. I mam nadzieję, że właśnie dzięki temu Kociewie nie będzie obcą nazwą dla osób z innych regionów i nie będą mylili nas z naszym znanym sąsiadem.
Na zakończenie opowiem jedną sytuację, która mnie spotkała kilka lat temu w Gdańsku. Na ulicy Mariackiej, jak państwo wiedzą, można zakupić różnorodne rękodzieło, m.in. hafty z Pomorza. Stoję obok stoiska i oglądam pięknie wyszywane serwety: kociewskie, kaszubskie (przede wszystkim była tam szkoła żukowska i borowiacka). Obok mnie stoją dwie panie i oglądają obrus z motywem kociewskim, a jedna z nich mówi – jakie te hafty kaszubskie są ładne, piękne i kolorowe. W tym momencie odezwał się mój lokalny patriotyzm (mimo iż w połowie jestem Kaszubką;) i mówię, że akurat ten obrus jest wyhaftowany wzorami kociewskimi. Pani spojrzała na mnie jak na istotę z innego świata i zadała pytanie: jakimi wzorami? A Kociewie to nie Kaszuby?
Mam nadzieję, że m.in. dzięki naszej wystawie takich sytuacji będzie coraz mniej.
Ja też mam taką nadzieję.
Gdańsk 26 lutego 2015                                     Edmund Zieliński







                                                Ogólny widok wystawy





                        W głębi - senator Andrzej Grzyb, Alicja Gajewska dyr.Fabryki Sztuk i Starosta Powiatu Starogardzkiego Leszek Burczyk


 Alicja Gajewska, Marek Zagórski-rzeźbiarz i Zenon Usarkiewicz - regionalista z Wycinek






                                        Alicja Gajewska i Kamila Gillmeister - kurator wystawy





                                               Alicja Gajewska i  Kamila Gillmeister



                                           Ptaszki Rajmunda Zielińskiego ze Zblewa



                                                    Serwetka Katarzyny Nowak z Tczewa



                                                Serwetka Marii Leszman z Pelplina



                                            Serwetka Ani Ledwożyw z Osowa Leśnego




                Za rzeźbami stoją - Grzegorz Walkowski, Danuta Zielińska i Ania Ledwożyw





                                                       Rzeźba Jerzego Kamińskiego




                             Szopka bożonarodzeniowa Tomasza Bednarczyka ze Starogardu


Foto: Edmund Zieliński i Krzysztof Bagorski