czwartek, 2 lutego 2012

EDMUND ZIELIŃSKI. JĘZYK NIEMIECKI W MOIM DOMUDrukujE-mail
środa, 01 luty 2012
Język Goethe’go na Pomorzu był w powszechnym użyciu. Uwarunkowania historyczne sprawiły, że ludność zamieszkująca te tereny, zmuszona była do posługiwania się językiem niemieckim w urzędach, szkołach i innych miejscach publicznych, zwłaszcza podczas II wojny światowej.  Zabory, okupacja, pozostawiły niezatarte ślady w mowie naszych przodków. Moi rodzice i starsze rodzeństwo posiadło umiejętność mówienia, pisania i liczenia po niemiecku. Mnie i młodszemu bratu język niemiecki był mniej znany...                      
Byliśmy raczej osłuchani w tej mowie i rozumieliśmy ją w znacznym stopniu. Przecież w czasie okupacji mowa polska na Pomorzu była zabroniona pod karą wywiezienia do K.L. Stuttchof – obozu koncentracyjnego (Konzentrazion Lager). Siłą rzeczy musieliśmy, chociaż szczątkowo, znać podstawy języka niemieckiego. Właściwie to żałuję, że rodzice nie nauczyli nas mówić perfekt po niemiecku. Fakt, że okupacja siała nienawiść Polaków do Schwabów, jak nazywaliśmy Niemców, i język niemiecki był złem koniecznym, ale myśląc przyszłościowo rodzice mogli spowodować, że bylibyśmy dziś dwujęzyczni. Mój brat, Jerzy, tylko dwa lata chodził do szkoły polskiej, resztę spędził na uczeniu się języka niemieckiego, gdzie w izbie szkolnej zamiast orła wisiała swastyka (hakenkreuz). Trzeba przyznać, że był bardzo dobry w „niemieckim”. Jeszcze w latach powojennych często posługiwał się zwrotami niemieckimi np. Wo ist Fater?  (gdzie jest tata?) czy w nazewnictwie poszczególnych przedmiotów, czynności, zwrotów. 


Mój dziadek Franciszek w czasie I wojny światowej. 

               Stałą zasadą było wyrażanie się w obecności dzieci w  języku niemieckim: achte Kinder, Achtung auf den Kindern, Kinder hören (uważaj dzieci, uwaga na dzieci, dzieci słyszą). Ojciec mój sumując jakieś liczby w gminnych sprawozdaniach używał wyłącznie j. niemieckiego. Codziennością było używanie nazw narzędzi, przyborów, czynności w j. niemieckim. Mój brat Jerzy w swoim warsztacie naprawczym używał bardzo wiele zwrotów i słów w języku niemieckim np. zdejmij keta, daj gumelejzung, odkręć brymza, weź schraubenzier, naostrz na szmerglu,wyczyść glaspapieremhalte fest ten pakiettreger i wiele innych. Wujkowie w gospodarstwie też podobnie mówili. Przez wiele lat  łopatę nazywałem szypą,  widły gablami a zęby u brony czy grabi cynkami. Chcąc młócić wujek mawiał: będzim draszować. Maszyna do młócenia była zawsze dreszmaszynó, krowa uwiązana była do koryta halzketó, naszyjnik u konia był koplym. Zimą w podkowy kowal wkręcał sztole. Wychodząc wieczorem do sąsiada brało się taszlampe.

                  Niemieckie piosenki o nostalgicznym wydźwięku czy marsze wojskowe (a nie wszystkie były o faszystowskiej treści) często były w repertuarze spotkań, zabaw czy w prywatnym odtwarzaniu starych płyt. Osoby, które miały na sobie mundur wojsk niemiecki, obojętnie w jakim okresie często śpiewały starą wojskową niemiecką pieśń, która i dziś śpiewana jest w wielu armiach świata jako pieśń pogrzebowa w ceremoniale wojskowy. Napisał ją Ludwig Uhland w 1809 roku, zaś muzykę utworzył Friedrich Silcher w 1825 roku. Jej tytuł to Ich hatt` einen Kameraden. Przytoczę ją w całości.

Ich hatt‘ einen kamera den,                                   Miałem kiedyś brata broni 
Einen bessern findst du nit.                                    Najlepszego z wszystkich w kół
Die Trommel schlug zum Streite,                         Gdy zagrały surmy zbrojne
Er ging an meiner Seite                                          Razem poszliśmy na wojnę
In gleichen Schritt und Tritt.                                 Całość tworzyliśmy z pół

Eine Kugel kam geflogen,                                      Gdy świstały wokół kule    
Gilt‘s mir oder gilt es dir?                                      Te do niego i do mnie
Ihn hat es weggerissen,                                        Jedna w cel swój utrafiła
Er liegt mir vor den Füssen.                                    Mego brata powaliła
Als wär`s ein Stück von mir.                                 Upadł wprost pod nogi me

Will mir Hand noch reichen,                                 Gdy wyciągnął do mnie rękę
Der weil ich eben lad.                                            Ładowałem swoją broń
Kann dir die Hand nicht geben,                            Nie na długo się żegnamy
Bleib du im ew‘gen Leben                                     W Życiu Wiecznym się spotkamy
Mein guter Kamerad                                              Tam uścisnę Twoją dłoń.

                     Kawalerka zblewska lat pięćdziesiątych  bardzo często śpiewała stare niemieckie piosenki, zwłaszcza po jednym głębszym. Były  to: Wo die nordseewellen, Junge komm bald wieder, Drei weisse birken,  o, mein Papa i wiele innych. Pewnie gdybyśmy zamieszkiwali tereny wschodniej Polski, zaszłości historyczne byłyby przyczyną śpiewania czastuszek czy innych pieśni kultury rosyjskiej i używania wtrętów języka wschodniego sąsiada. Mam przyjaciela z tamtych stron. Opowiadał mi, że jego ojciec bardzo dobrze posługiwał się językiem rosyjskim pod trzema postaciami – w mowie, piśmie i rachunkach. Na przestrzeni dziejów, w wyniku ekspansji sąsiadów na nasze tereny, przenikała do naszego życia kultura niemiecka i rosyjska. A jak to będzie w przyszłości? Bóg raczy wiedzieć. Pewnie będzie jakaś mieszanina języków. Powód? Globalizacja. Obym się mylił.  

 4 stycznia 2011

 

piątek, 20 stycznia 2012

Tekst Tadeusza Majewskiego i mój komentarz

TADEUSZ MAJEWSKI. ALBUM ZBLEWSKIEGO DWUDZIESTOLECIA II RPDrukujE-mail
wtorek, 17 styczeń 2012
Nieraz odkrywamy czy znajdujemy coś przypadkowo. Skamienielinę, odcisk palca na gotyckiej cegle, stare zdjęcie. Ale najbardziej cieszy, gdy jest to odkrycie jakby przez nas wywołane. Tak było z odkryciem niezwykłych i bardzo istotnych dla historii Zblewa zdjęć, jakie znajdują się w albumie rodziny Piotrzkowskich. Po publikacji materiału Edmunda Zielińskiego pt. „Zblewski handel w połowie XX wieku” w grudniowym numerze „KZ” zgłosił się Krystian Piotrzkowski. Był rozżalony, że w tekście nie ma mowy o jego pradziadku Leonardzie – przedwojennym zblewskim rzeźniku (nie było mowy, gdyż pan Edmund pisał o handlu powojennym)... 

Pojechałem do Jezierc - do rodziny Piotrzkowskich. Przeglądałem zdjęcia w rozłożonym na stole rodzinnym albumie z rosnącym zdumieniem. Takie odkrycie w ciągu 20 lat zdarzyło mi się tylko raz – u pani Rybickiej w Bobowie. O tym, co przedstawiają zdjęcia, mówili mi Waldemar Piotrzkowski – wnuk Leonarda i Wiktorii, Halina (ur. w 1936 r.) – synowa oraz wspomniany wyżej Krystian – wnuk Haliny. 
Porobiłem zdjęcia ze zdjęć. Najciekawsze umieściłem już na stronie www.zblewo.pl, z grubsza starając się zachować układ chronologiczny (po doprecyzowaniu czasu ich powstania przestawię kolejność). Niemniej już wyszła z tego 20-letnia historia polskiego Zblewa jak gdyby w niemieckiej ramówce. 

Leonard i Wiktoria
Jedno z najstarszych zdjęć przedstawia dom Wiktorii Brzoskowskiej („ulica Główna, za Maksem Gillą”), w którym mieściła się piekarnia. Po wyjściu za mąż za Leonarda Piotrzkowskiego, który przybył z Nowej Wsi Rzecznej do Zblewa w nieznanym rodzinie roku, piekarnię zlikwidowano, a otworzono sklep mięsny, natomiast od strony podwórza - co wynika ze zdjęć - ubojnię. 
Wiktoria i Leonard wzięli ślub w dniu 5 listopada 1919 r. w USC w Zblewie. Akt ślubu informacje, że Leonard urodził się w dn. 28 czerwca 1889 r. i był rzeźnikiem, natomiast Wiktoria urodziła się 26 lutego 1899 r. 
Na stronie internetowej gminy jako pierwsze dałem zdjęcie przedstawiające żołnierzy pruskiej armii z 1916 roku. Najprawdopodobniej jest na nim Leonard, gdyż co by to zdjęcie robiło w albumie? 
Brzoskowscy byli majętną rodziną. W tamtych czasach zapewne piekarnia ze sklepem przynosiła niezłe dochody. Leonard Piotrzkowski też nie narzekał na brak pieniędzy. „Kiedyś tak było – komentowała zdjęcia ślubne pani Halina – że zawsze bogaty żenił się z bogatym”. Na takie dictum odpowiedziałem pytaniem: „Czy dziś jest inaczej? Czy kiedykolwiek było”.
Leonard Piotrzkowski był postawnym mężczyzną o regularnych rysach twarzy i przenikliwym spojrzeniu. Nic mu nie odbierała przedwczesna łysina. Wiktoria z 1918 roku była kobietą puszystą. Na zdjęciu wykonanym w jakimś atelier około 1914 roku jest jeszcze szczupła. 

Nieźle im się powodziło 
Zakład masarski ze sklepem musiał znakomicie prosperować. Według rodziny Piotrzkowscy byli jednymi z najbogatszych zblewiaków. O ich zamożności świadczą zdjęcia przedstawiające dwa samochody. Osobowy był podobno pierwszym w Zblewie. Na zdjęciu stoi na podwórzu, na zapleczu masarni, a siedzi w nim aż siedem osób (czwarty od lewej to Brunon, syn Leonarda, później mąż pani Haliny). Te siedem osób to drużyna strażaków. Niektórzy mają niespotykane dziś sumiaste wąsy. Strażacy podobno przyszli na podwórze Piotrzkowskich, by sobie zrobić takie właśnie paradne zdjęcie w aucie. Znawcy starych samochodów z pewnością określą, jaki to model. Zdjęcie przedstawiające samochód dostawczy bardzo wyblakło. Zupełnie jakby nie chciało trzymać wyrazistości utrudzonego pojazdu, który regularnie rozwoził produkty z masarni do Starogardu i Tczewa. 
Firma musiała być spora. „Była ubojnia, masarnia i sklep, tak jak aktualnie firma Heroldów” – zauważyli Piotrzkowscy. Zaskakują nietypowe pamiątkowe zdjęcia z bykami. Zapewne miały one uwiecznić chwałę przedsiębiorstwa. Przy okazji - to jeszcze jedno świadectwo zamożności, no bo kogo wtedy było stać na robienie takich zdjęć czy wynajmowanie fotografa? 

Niezwykły dokument
Zdjęcia w rodzinnym albumie Piotrzkowskich są z uwagi na swoją tematyczną różnorodność niezwykłym dokumentem pod każdym względem. Niektóre przedstawiają architekturę miejscowości, która już wtedy będąc miasteczkiem udawała wieś, inne to świadectwa ważnych wydarzeń państwowych obchodzonych w w Zblewie – na przykład przemarsz patriotyczny bodajże Związku Powstańców i Wojaków czy uroczystość z okazji dziesięciolecia II Rzeczpospolitej (Leonard stoi drugi od prawej), jaka miała miejsce w dużej sali z teatralną sceną, o czym świadczy budka suflera. Jeszcze inne to świadectwo życia codziennego: przejażdżka bryczką ulicą Główną, spotkanie towarzyskie – rozmowa Leonarda Piotrzkowskiego z księdzem („Leonard dużo dawał na kościół”), zrobione na pamiątkę przed pomnikiem Matki Boskiej postawionym w 1922 roku po wojnie z bolszewikami („przy pomniku stoi Leonard – musiała być jakaś rocznica”). Zdaje się, że pomnik był wyższy niż ten dzisiejszy – można porównać. Wreszcie ten album to kapitalny katalog mody. Na jednym ze zdjęć w białym stroju stoi Wiktoria, w ciemnym pani Kamińska ze Starogardu, jej siostra. Podobnie jak na innych zdjęciach dokładnie widać zdobienia sukni, niemające nic wspólnego ze strojami regionalnymi. Jakieś zdobione kołnierzyki, koronki, różnej długości korale. Na niektórych zdjęciach fascynują długie, obszerne płaszcze, czapki, muszki, wysokie obuwie, no i oczywiście jakże inne niż dzisiaj fryzury pań. 

Wiktoria dała Leonardowi sześcioro dzieci
Leonard miał tytuł rzeźnika. Zatrudniał czeladnika i trzech uczniów. To on najprawdopodobniej prowadził interes. Wiktoria zajmowała się dziećmi. Na jednym ze zdjęć siedzi na krześle trzymając chłopca, a stoją przy niej trzy kobiety – według Piotrzkowskich były to: opiekunka do dzieci, kucharka i sprzątaczka. 
Wiktoria urodziła Leonardowi sześcioro dzieci: córkę i pięciu synów. Oto kolejność według starszeństwa. Kazimierz („podczas wojny szedł z polskim wojskiem, jako polski żołnierz dostał się do Anglii, nie wrócił” - mówiła pani Halina), Wiktor („był w czasie okupacji w Jugosławii, wrócił do Zblewa po wojnie”), Henio („musiał pójść do armii niemieckiej w wieku 18 lat, a zginął w wieku 19 lat – przysłali zdjęcie na pamiątkę; wygląda jak Niemiec”), Łucja („wyszła za mąż za Jerzego Filipowskiego, zmarła w Starogardzie”), Brunon („urodził się w 1932 roku, a ożenił się ze mną w 1955 r.”), Zygfryd – podczas okupacji był dzieckiem, ożenił się, pracował w Polfie. 

Był już tak blisko
W czasie okupacji Leonard Piotrzkowski normalnie prowadził swoją działalność. By tak było, podpisał w 1939 r. listę. Gdyby tego nie zrobił, straciłby firmę i dom. Taki był jego wybór. Oczywiście nie wszyscy mieszkańcy Pomorza otrzymywali takie propozycje. Jedynie ci, którzy mieli "pruskie" korzenie. Tu wróciłem myślami do pierwszego zdjęcia – kim był Piotrzkowski w 1916 roku w armii pruskiej? Wybór, który zemścił się po pięciu latach, gdy do Zblewa weszli Rosjanie. Został z kilkudziesięcioma innymi wywieziony do łagru. Waldemar zna przejmującą historię jego powrotu. Opowiedział mu ją ojciec Józefa Stypy z Pałubinka, który przesiedział w łagrze razem z Leonardem niecałe dziesięć lat (przyjmijmy te niecałe dziesięć lat jako prawdopodobne, może to mieć związek ze śmiercią Stalina). Wracali do Polski wagonami towarowymi. Przed Piesienicą Leonard zmarł (z wycieńczenia, choroby, wzruszenia? - nikt już tego nie powie), a jego ciało wyrzucono z wagonu. A był tak blisko. 

Wiktoria za ladą
Piotrzkowscy z Jezierc nie bardzo wiedzą, co działo się po wojnie z masarnią. Nie ma żadnych opowieści. Pani Haliny nie było przez dłuższy czas w Zblewie. Gdy miała 4 latka, zmarł jej ojciec. Jej matka wyszła drugi raz za mąż za wojskowego i w 1945 roku wyjechali na Śląsk. Gdy jej ojczym przeszedł na emeryturę wojskową, wróciła do Zblewa w 1951 roku. W 1955 r. wyszła za mąż za Brunona Piotrzkowskiego. 
Wiktoria, zapewne nieświadoma, że jej mąż żyje, przez pierwsze lata socjalizmu pracowała w swoim sklepie mięsnym za ladą. Próbowała prowadzić cały interes, ale bolały ją nogi. Kazimierz, syn mieszkający w Anglii pisał listy, przysyłał paczki i pieniądze, bo nie miała emerytury. W końcu została z córką i zięciem. W 1957 roku sprzedała dom, a GS-y otworzyły w jego części handlowej, czyli w miejscu sklepu mięsnego, sklep monopolowy.

Niech pan sprawdzi 
Takie to wszystko powikłane. Przewijają się zdarzenia, uroczystości, dramaty, zmieniają twarze, mody, kłócą mundury – niemieckie: pruskie, hitlerowskie, polskie. Niby w tych stronach powikłania typowe i przez niektórych potraktowane jako swoista jednoznaczna niejednoznaczność wyboru w tamtym koszmarnym czasie. 
Waldemar, ostrożnie odrywając jedno ze zdjęć, żeby znaleźć informację o tym, co przedstawia, mówił coś o patriotyzmie Leonarda. No i o tym zdarzeniu... 
Był czas okupacji. Do domu Piotrzkowskich przyszli jacyś Szarmachowie z synkiem, Henrykiem. Chyba z okolic Starej Kiszewy. Poprosili Leonarda Piotrzkowskiego o przechowanie synka. Sami musieli się ukrywać przed Niemcami. Chłopiec przebywał do końca wojny. W dzień siedział w piwnicy, w nocy pomagał z wdzięczności przy produkcji. To słynny później dermatolog, profesor. Po latach chciał zdjęcie Leonarda Piotrzkowskiego. Waldemar wyjął jedno z albumu i mu je zawiózł. Profesor chciał swoim dzieciom pokazać, kto mu uratował życie. „Jeżeli on żyje, to sporo opowie. Niech pan sprawdzi” - namawiał mnie Waldemar. 

Fotoreportaż zamknąłem w internecie zdjęciem Henia Piotrzkowskiego w mundurze niemieckim czy hitlerowskim, jak kto woli. Wahałem się, czy je dać. No bo jakoś tak dziwnie. Rzeczywiście, chłopakowi w tym mundurze całkiem do twarzy. Ale to zdjęcie związane z tragedią, przysłane na pamiątkę śmierci, zamykające niemiecką klamrą piękną, 20-letnią historię zblewskiej rodziny Wiktorii i Leonarda Piotrzkowskich. Jeszcze wklepałem w Google wyrazy: profesor Henryk Szarmach dermatolog. Wyszło: prof. dr hab. n. med. Henryk Szarmach Gdańsk. Teraz trzeba zdobyć numer telefonu... 
Tadeusz Majewski 

Komentarz Edmunda Zielińskiego e-mailem pisany

Dzień dobry Panie Tadeuszu.
Gdy Pan pierwszy raz wspomniał o Piotrzkowskich w Jeziercach, ani przez myśl mi nie przeszło, że to może być ród zacnej rodziny ze Zblewa. Pana bardzo interesujący reportaż wszystko wyjaśnił.
Wiktoria Brzoskowska - moja ciocia Maria Redzimska była wdową po Brzoskowskim i ponownie wyszła za mąż za brata mej mamy, Franciszka Redzimskiego. Mieszkali przy ulicy Starogardzkiej po lewej stronie (w kierunku Starogardu) zaraz za skrzyżowaniem koło młyna. Nadal mieszkają tam Redzimscy. Pamiętam, że zaraz po wojnie, jeszcze w latach czterdziestych, przyjeżdżał do mojej babci Redzimskiej Pauliny w Białachowie wujek Franek. Przyjeżdżał ciekawym wozem. Była to mała platforma z siedziskiem dla woźnicy, otoczona ażurowymi burtami. Dowiedziałem się, że tym wozem przywoził do swojej ubojni świniaki rzeźnik Piotrzkowski, po uprzednim zakupie u gospodarzy. Samochód ciężarowy służył pewnie do rozwozu przerobów mięsnych. Brzoskowscy mieszkają w Zblewie. Na nowym osiedlu hydraulik Brzoskowski, syn Bolesława, którego mamą była właśnie ciocia Maria. Bolesława brat, Leon, mieszkał w Trzcińsku.

Co do samochodu osobowego, czy był pierwszy w Zblewie? Trudno będzie sprawdzić, bowiem znanym przewoźnikiem i właścicielem samochodów był pan Guziński. Miał nawet autobus i woził pasażerów Wolnego Miasta Gdańska i Gdyni - sam mi o tym opowiadał na początku lat 60 XX wieku.
Muszę poszperać w moich archiwaliach, może skojarzę z jakimś starym zdjęciem osobę księdza (nazwisko). Wydaję mi się (mogę się mylić), że jest to ksiądz Stanisław Hoffman, wikariusz zblewski, późniejszy proboszcz w Pinczynie (poseł na Sejm II RP). Uroczystości jubileuszowe, scena i budka suflera - to może być u pana Perszonki lub Jasińskiego.

Wielu zblewiaków wywieźli Rosjanie do łagrów po wyzwoleniu. Jedni wracali po kilku tygodniach, inni po miesiącach i po latach. Z panem Leonardem mogło tak być, ale nie 10 lat. I z tym wyrzuceniem ciała z wagonu? Kto miał to zrobić, nasi kolejarze? 6 kilometrów od Zblewa?

Wiem, że przez jakiś czas masarnia Piotrzkowskich była czynna. Ale czy prowadziła ją pani Wiktoria? Wracając ze mszy świętej szedłem z ojcem do tego rzeźnika i od zaplecza kupowaliśmy "kiszkę", najczęściej wątrobianą (do dziś bardzo ją lubię, ale wyrobioną na starej recepturze).
Pamiętam ojczyma Pani Haliny, byłego oficera Wojska Polskiego. Miał sprężysty chód, jak na oficera przystało. Przez jakiś czas jako emerytowany oficer pracował na stanowisku komendanta Straży Przemysłowej w Zakładach Płyt Pilśniowych w Czarnej Wodzie.

U Pani Wiktorii Piotrzkowskiej byłem ostatni razem z jej synem a moim kolegą Zygmuntem (Zygfrydem) około 1965 roku. Wyprowadziłem się do Gdyni i kontakty z Brunonem i Zygmuntem były rzadkością. Oczywiście dobrze znałem panią Łucję i Jerzego Filipowskich. Mieszkali w domu przy Bożej Męce na przeciw domu rodzinnego pani Łucji.
Co do volkslisty - to był trudny wybór. Moi rodzice i ich rodziny z tej "propozycji" nie skorzystali.
Panie Tadeuszu - musi Pan się skontaktować z Panem prof. Henrykiem Szarmachem - będzie to fascynujący reportaż.

Pozdrawiam serdecznie
Edmund Zieliński

Tekst Tadeusza Majewskiego i mój komentarz

TADEUSZ MAJEWSKI. ALBUM ZBLEWSKIEGO DWUDZIESTOLECIA II RPDrukujE-mail
wtorek, 17 styczeń 2012
Nieraz odkrywamy czy znajdujemy coś przypadkowo. Skamienielinę, odcisk palca na gotyckiej cegle, stare zdjęcie. Ale najbardziej cieszy, gdy jest to odkrycie jakby przez nas wywołane. Tak było z odkryciem niezwykłych i bardzo istotnych dla historii Zblewa zdjęć, jakie znajdują się w albumie rodziny Piotrzkowskich. Po publikacji materiału Edmunda Zielińskiego pt. „Zblewski handel w połowie XX wieku” w grudniowym numerze „KZ” zgłosił się Krystian Piotrzkowski. Był rozżalony, że w tekście nie ma mowy o jego pradziadku Leonardzie – przedwojennym zblewskim rzeźniku (nie było mowy, gdyż pan Edmund pisał o handlu powojennym)... 

Pojechałem do Jezierc - do rodziny Piotrzkowskich. Przeglądałem zdjęcia w rozłożonym na stole rodzinnym albumie z rosnącym zdumieniem. Takie odkrycie w ciągu 20 lat zdarzyło mi się tylko raz – u pani Rybickiej w Bobowie. O tym, co przedstawiają zdjęcia, mówili mi Waldemar Piotrzkowski – wnuk Leonarda i Wiktorii, Halina (ur. w 1936 r.) – synowa oraz wspomniany wyżej Krystian – wnuk Haliny. 
Porobiłem zdjęcia ze zdjęć. Najciekawsze umieściłem już na stronie www.zblewo.pl, z grubsza starając się zachować układ chronologiczny (po doprecyzowaniu czasu ich powstania przestawię kolejność). Niemniej już wyszła z tego 20-letnia historia polskiego Zblewa jak gdyby w niemieckiej ramówce. 

Leonard i Wiktoria
Jedno z najstarszych zdjęć przedstawia dom Wiktorii Brzoskowskiej („ulica Główna, za Maksem Gillą”), w którym mieściła się piekarnia. Po wyjściu za mąż za Leonarda Piotrzkowskiego, który przybył z Nowej Wsi Rzecznej do Zblewa w nieznanym rodzinie roku, piekarnię zlikwidowano, a otworzono sklep mięsny, natomiast od strony podwórza - co wynika ze zdjęć - ubojnię. 
Wiktoria i Leonard wzięli ślub w dniu 5 listopada 1919 r. w USC w Zblewie. Akt ślubu informacje, że Leonard urodził się w dn. 28 czerwca 1889 r. i był rzeźnikiem, natomiast Wiktoria urodziła się 26 lutego 1899 r. 
Na stronie internetowej gminy jako pierwsze dałem zdjęcie przedstawiające żołnierzy pruskiej armii z 1916 roku. Najprawdopodobniej jest na nim Leonard, gdyż co by to zdjęcie robiło w albumie? 
Brzoskowscy byli majętną rodziną. W tamtych czasach zapewne piekarnia ze sklepem przynosiła niezłe dochody. Leonard Piotrzkowski też nie narzekał na brak pieniędzy. „Kiedyś tak było – komentowała zdjęcia ślubne pani Halina – że zawsze bogaty żenił się z bogatym”. Na takie dictum odpowiedziałem pytaniem: „Czy dziś jest inaczej? Czy kiedykolwiek było”.
Leonard Piotrzkowski był postawnym mężczyzną o regularnych rysach twarzy i przenikliwym spojrzeniu. Nic mu nie odbierała przedwczesna łysina. Wiktoria z 1918 roku była kobietą puszystą. Na zdjęciu wykonanym w jakimś atelier około 1914 roku jest jeszcze szczupła. 

Nieźle im się powodziło 
Zakład masarski ze sklepem musiał znakomicie prosperować. Według rodziny Piotrzkowscy byli jednymi z najbogatszych zblewiaków. O ich zamożności świadczą zdjęcia przedstawiające dwa samochody. Osobowy był podobno pierwszym w Zblewie. Na zdjęciu stoi na podwórzu, na zapleczu masarni, a siedzi w nim aż siedem osób (czwarty od lewej to Brunon, syn Leonarda, później mąż pani Haliny). Te siedem osób to drużyna strażaków. Niektórzy mają niespotykane dziś sumiaste wąsy. Strażacy podobno przyszli na podwórze Piotrzkowskich, by sobie zrobić takie właśnie paradne zdjęcie w aucie. Znawcy starych samochodów z pewnością określą, jaki to model. Zdjęcie przedstawiające samochód dostawczy bardzo wyblakło. Zupełnie jakby nie chciało trzymać wyrazistości utrudzonego pojazdu, który regularnie rozwoził produkty z masarni do Starogardu i Tczewa. 
Firma musiała być spora. „Była ubojnia, masarnia i sklep, tak jak aktualnie firma Heroldów” – zauważyli Piotrzkowscy. Zaskakują nietypowe pamiątkowe zdjęcia z bykami. Zapewne miały one uwiecznić chwałę przedsiębiorstwa. Przy okazji - to jeszcze jedno świadectwo zamożności, no bo kogo wtedy było stać na robienie takich zdjęć czy wynajmowanie fotografa? 

Niezwykły dokument
Zdjęcia w rodzinnym albumie Piotrzkowskich są z uwagi na swoją tematyczną różnorodność niezwykłym dokumentem pod każdym względem. Niektóre przedstawiają architekturę miejscowości, która już wtedy będąc miasteczkiem udawała wieś, inne to świadectwa ważnych wydarzeń państwowych obchodzonych w w Zblewie – na przykład przemarsz patriotyczny bodajże Związku Powstańców i Wojaków czy uroczystość z okazji dziesięciolecia II Rzeczpospolitej (Leonard stoi drugi od prawej), jaka miała miejsce w dużej sali z teatralną sceną, o czym świadczy budka suflera. Jeszcze inne to świadectwo życia codziennego: przejażdżka bryczką ulicą Główną, spotkanie towarzyskie – rozmowa Leonarda Piotrzkowskiego z księdzem („Leonard dużo dawał na kościół”), zrobione na pamiątkę przed pomnikiem Matki Boskiej postawionym w 1922 roku po wojnie z bolszewikami („przy pomniku stoi Leonard – musiała być jakaś rocznica”). Zdaje się, że pomnik był wyższy niż ten dzisiejszy – można porównać. Wreszcie ten album to kapitalny katalog mody. Na jednym ze zdjęć w białym stroju stoi Wiktoria, w ciemnym pani Kamińska ze Starogardu, jej siostra. Podobnie jak na innych zdjęciach dokładnie widać zdobienia sukni, niemające nic wspólnego ze strojami regionalnymi. Jakieś zdobione kołnierzyki, koronki, różnej długości korale. Na niektórych zdjęciach fascynują długie, obszerne płaszcze, czapki, muszki, wysokie obuwie, no i oczywiście jakże inne niż dzisiaj fryzury pań. 

Wiktoria dała Leonardowi sześcioro dzieci
Leonard miał tytuł rzeźnika. Zatrudniał czeladnika i trzech uczniów. To on najprawdopodobniej prowadził interes. Wiktoria zajmowała się dziećmi. Na jednym ze zdjęć siedzi na krześle trzymając chłopca, a stoją przy niej trzy kobiety – według Piotrzkowskich były to: opiekunka do dzieci, kucharka i sprzątaczka. 
Wiktoria urodziła Leonardowi sześcioro dzieci: córkę i pięciu synów. Oto kolejność według starszeństwa. Kazimierz („podczas wojny szedł z polskim wojskiem, jako polski żołnierz dostał się do Anglii, nie wrócił” - mówiła pani Halina), Wiktor („był w czasie okupacji w Jugosławii, wrócił do Zblewa po wojnie”), Henio („musiał pójść do armii niemieckiej w wieku 18 lat, a zginął w wieku 19 lat – przysłali zdjęcie na pamiątkę; wygląda jak Niemiec”), Łucja („wyszła za mąż za Jerzego Filipowskiego, zmarła w Starogardzie”), Brunon („urodził się w 1932 roku, a ożenił się ze mną w 1955 r.”), Zygfryd – podczas okupacji był dzieckiem, ożenił się, pracował w Polfie. 

Był już tak blisko
W czasie okupacji Leonard Piotrzkowski normalnie prowadził swoją działalność. By tak było, podpisał w 1939 r. listę. Gdyby tego nie zrobił, straciłby firmę i dom. Taki był jego wybór. Oczywiście nie wszyscy mieszkańcy Pomorza otrzymywali takie propozycje. Jedynie ci, którzy mieli "pruskie" korzenie. Tu wróciłem myślami do pierwszego zdjęcia – kim był Piotrzkowski w 1916 roku w armii pruskiej? Wybór, który zemścił się po pięciu latach, gdy do Zblewa weszli Rosjanie. Został z kilkudziesięcioma innymi wywieziony do łagru. Waldemar zna przejmującą historię jego powrotu. Opowiedział mu ją ojciec Józefa Stypy z Pałubinka, który przesiedział w łagrze razem z Leonardem niecałe dziesięć lat (przyjmijmy te niecałe dziesięć lat jako prawdopodobne, może to mieć związek ze śmiercią Stalina). Wracali do Polski wagonami towarowymi. Przed Piesienicą Leonard zmarł (z wycieńczenia, choroby, wzruszenia? - nikt już tego nie powie), a jego ciało wyrzucono z wagonu. A był tak blisko. 

Wiktoria za ladą
Piotrzkowscy z Jezierc nie bardzo wiedzą, co działo się po wojnie z masarnią. Nie ma żadnych opowieści. Pani Haliny nie było przez dłuższy czas w Zblewie. Gdy miała 4 latka, zmarł jej ojciec. Jej matka wyszła drugi raz za mąż za wojskowego i w 1945 roku wyjechali na Śląsk. Gdy jej ojczym przeszedł na emeryturę wojskową, wróciła do Zblewa w 1951 roku. W 1955 r. wyszła za mąż za Brunona Piotrzkowskiego. 
Wiktoria, zapewne nieświadoma, że jej mąż żyje, przez pierwsze lata socjalizmu pracowała w swoim sklepie mięsnym za ladą. Próbowała prowadzić cały interes, ale bolały ją nogi. Kazimierz, syn mieszkający w Anglii pisał listy, przysyłał paczki i pieniądze, bo nie miała emerytury. W końcu została z córką i zięciem. W 1957 roku sprzedała dom, a GS-y otworzyły w jego części handlowej, czyli w miejscu sklepu mięsnego, sklep monopolowy.

Niech pan sprawdzi 
Takie to wszystko powikłane. Przewijają się zdarzenia, uroczystości, dramaty, zmieniają twarze, mody, kłócą mundury – niemieckie: pruskie, hitlerowskie, polskie. Niby w tych stronach powikłania typowe i przez niektórych potraktowane jako swoista jednoznaczna niejednoznaczność wyboru w tamtym koszmarnym czasie. 
Waldemar, ostrożnie odrywając jedno ze zdjęć, żeby znaleźć informację o tym, co przedstawia, mówił coś o patriotyzmie Leonarda. No i o tym zdarzeniu... 
Był czas okupacji. Do domu Piotrzkowskich przyszli jacyś Szarmachowie z synkiem, Henrykiem. Chyba z okolic Starej Kiszewy. Poprosili Leonarda Piotrzkowskiego o przechowanie synka. Sami musieli się ukrywać przed Niemcami. Chłopiec przebywał do końca wojny. W dzień siedział w piwnicy, w nocy pomagał z wdzięczności przy produkcji. To słynny później dermatolog, profesor. Po latach chciał zdjęcie Leonarda Piotrzkowskiego. Waldemar wyjął jedno z albumu i mu je zawiózł. Profesor chciał swoim dzieciom pokazać, kto mu uratował życie. „Jeżeli on żyje, to sporo opowie. Niech pan sprawdzi” - namawiał mnie Waldemar. 

Fotoreportaż zamknąłem w internecie zdjęciem Henia Piotrzkowskiego w mundurze niemieckim czy hitlerowskim, jak kto woli. Wahałem się, czy je dać. No bo jakoś tak dziwnie. Rzeczywiście, chłopakowi w tym mundurze całkiem do twarzy. Ale to zdjęcie związane z tragedią, przysłane na pamiątkę śmierci, zamykające niemiecką klamrą piękną, 20-letnią historię zblewskiej rodziny Wiktorii i Leonarda Piotrzkowskich. Jeszcze wklepałem w Google wyrazy: profesor Henryk Szarmach dermatolog. Wyszło: prof. dr hab. n. med. Henryk Szarmach Gdańsk. Teraz trzeba zdobyć numer telefonu... 
Tadeusz Majewski 

Komentarz Edmunda Zielińskiego e-mailem pisany

Dzień dobry Panie Tadeuszu.
Gdy Pan pierwszy raz wspomniał o Piotrzkowskich w Jeziercach, ani przez myśl mi nie przeszło, że to może być ród zacnej rodziny ze Zblewa. Pana bardzo interesujący reportaż wszystko wyjaśnił.
Wiktoria Brzoskowska - moja ciocia Maria Redzimska była wdową po Brzoskowskim i ponownie wyszła za mąż za brata mej mamy, Franciszka Redzimskiego. Mieszkali przy ulicy Starogardzkiej po lewej stronie (w kierunku Starogardu) zaraz za skrzyżowaniem koło młyna. Nadal mieszkają tam Redzimscy. Pamiętam, że zaraz po wojnie, jeszcze w latach czterdziestych, przyjeżdżał do mojej babci Redzimskiej Pauliny w Białachowie wujek Franek. Przyjeżdżał ciekawym wozem. Była to mała platforma z siedziskiem dla woźnicy, otoczona ażurowymi burtami. Dowiedziałem się, że tym wozem przywoził do swojej ubojni świniaki rzeźnik Piotrzkowski, po uprzednim zakupie u gospodarzy. Samochód ciężarowy służył pewnie do rozwozu przerobów mięsnych. Brzoskowscy mieszkają w Zblewie. Na nowym osiedlu hydraulik Brzoskowski, syn Bolesława, którego mamą była właśnie ciocia Maria. Bolesława brat, Leon, mieszkał w Trzcińsku.

Co do samochodu osobowego, czy był pierwszy w Zblewie? Trudno będzie sprawdzić, bowiem znanym przewoźnikiem i właścicielem samochodów był pan Guziński. Miał nawet autobus i woził pasażerów Wolnego Miasta Gdańska i Gdyni - sam mi o tym opowiadał na początku lat 60 XX wieku.
Muszę poszperać w moich archiwaliach, może skojarzę z jakimś starym zdjęciem osobę księdza (nazwisko). Wydaję mi się (mogę się mylić), że jest to ksiądz Stanisław Hoffman, wikariusz zblewski, późniejszy proboszcz w Pinczynie (poseł na Sejm II RP). Uroczystości jubileuszowe, scena i budka suflera - to może być u pana Perszonki lub Jasińskiego.

Wielu zblewiaków wywieźli Rosjanie do łagrów po wyzwoleniu. Jedni wracali po kilku tygodniach, inni po miesiącach i po latach. Z panem Leonardem mogło tak być, ale nie 10 lat. I z tym wyrzuceniem ciała z wagonu? Kto miał to zrobić, nasi kolejarze? 6 kilometrów od Zblewa?

Wiem, że przez jakiś czas masarnia Piotrzkowskich była czynna. Ale czy prowadziła ją pani Wiktoria? Wracając ze mszy świętej szedłem z ojcem do tego rzeźnika i od zaplecza kupowaliśmy "kiszkę", najczęściej wątrobianą (do dziś bardzo ją lubię, ale wyrobioną na starej recepturze).
Pamiętam ojczyma Pani Haliny, byłego oficera Wojska Polskiego. Miał sprężysty chód, jak na oficera przystało. Przez jakiś czas jako emerytowany oficer pracował na stanowisku komendanta Straży Przemysłowej w Zakładach Płyt Pilśniowych w Czarnej Wodzie.

U Pani Wiktorii Piotrzkowskiej byłem ostatni razem z jej synem a moim kolegą Zygmuntem (Zygfrydem) około 1965 roku. Wyprowadziłem się do Gdyni i kontakty z Brunonem i Zygmuntem były rzadkością. Oczywiście dobrze znałem panią Łucję i Jerzego Filipowskich. Mieszkali w domu przy Bożej Męce na przeciw domu rodzinnego pani Łucji.
Co do volkslisty - to był trudny wybór. Moi rodzice i ich rodziny z tej "propozycji" nie skorzystali.
Panie Tadeuszu - musi Pan się skontaktować z Panem prof. Henrykiem Szarmachem - będzie to fascynujący reportaż.

Pozdrawiam serdecznie
Edmund Zieliński

środa, 11 stycznia 2012

EDMUND ZIELIŃSKI. LESZEK I JEGO DZIESIĘĆ PTASZKÓWDrukujE-mail
środa, 11 styczeń 2012
Zbliża się pierwsza rocznica śmierci mojego dobrego kolegi Leszka Proroka ze Zblewa. Zmarł 22 stycznia 2011. Znaliśmy się ponad dwadzieścia lat. To On wybudował nasz dom w Zblewie przy ul. Jaśminowej. Kilka tygodni przed śmiercią obchodził ze swoją żonką Lidią 50-lecie pożycia małżeńskiego. To On tryskał humorem i trafnym dowcipem. Kiedy w dniu Jego śmierci zawiadomił mnie o tym Henio Klin, nie chciało mi się uwierzyć. To co, gdy zajadę do brata Rajmunda, to Leszek już nie krzyknie cześć prezesie? To już nie poplotkujemy panie dzieju – co tam w polityce? No nie i już. Dziś żyjesz, a jutro? Oj, dalekie jutro, jak mawiał mój ś. p. braciszek Jerzy. To prawda niezaprzeczalna. Leszek jest już tam, gdzie my idziemy...
















Pogrzeb odbył się we wtorek dnia 25 stycznia o godzinie 13. Msza żałobna odprawiona została w Jego kościele, bo tu co niedzielę wielbił Pana. A siadał na bocznej ławce z lewej strony chóru. Już tam nie siądzie. Spoczął na miejscowym cmentarzu w Zblewie.
Kiedy Leszek budował nam dom, wiedział, że ja rzeźbię i zajmuję się wieloma innymi sprawami dotyczącymi folkloru i sztuki ludowej. Na ten temat często rozmawialiśmy. Widziałem na jego podwórku wiatrowskaz na słupku o kształcie ludzkiej postaci z machającymi rękoma pod wpływem wiatru. Byłem przekonany, że Leszek jest autorem tego dzieła. Zaproponowałem, by mi go sprzedał, a sobie zrobi następnego. Leszek na to, że tego „ludka” wykonał pan Zube, kolejarz ze Zblewa, a on nic takiego nie potrafi zrobić. Powiedział do mnie zrób to ty, a ja ci to dam. Tak się stało. Na słupku stanął mój wiatrowskaz, a ten wykonany przez pana Zube znajduje się w zbiorach Muzeum Narodowego Oddział Etnografii w Oliwie.



Na górnej półce jest dziewięć Leszka ptaków. 

Coś jednak drgnęło w sercu Leszka, bo po moich namowach wykonał mi 10 ptaszków, cudownych ptaszków, jakich nikt nie robi. Są fantastyczne, tak proste, że już prostsze być nie mogą, a jednocześnie mają wszystko to, co ptaszek powinien mieć. Mają dziobki, skrzydełka, ogonki, nóżki i pięknie stonowane kolory zieleni i brązu. Kiedy odwiedziła mnie znajoma z Niemiec, tak długo błagała mnie o ptaszka Leszka, że w końcu uległem i znajduje się on w kolekcji tej pani. Te pozostałe dziewięć ptaszków pozostanie u mnie w rodzinie na zawsze. Kilka lat temu na konkursie sztuki ludowej Kociewia w Starogardzie zostały zauważone przez jury i uzyskały wyróżnienie. Wystawiane były też w Gdańsku i Tczewie. Wysoko oceniła rękodzieło Leszka pani etnograf Krystyna Szałaśna z muzeum w Oliwie. Chciała coś kupić do zbiorów od Leszka – niestety, nie wyszło.
Jeśli ktoś by chciał wejść do komputerowej bazy danych – twórcy ludowi, znajdzie tam nazwisko Leszka Proroka ze Zblewa.

Gdańsk styczeń 2012 Edmund Zieliński
 

sobota, 17 grudnia 2011

EDMUND ZIELIŃSKI. ZACZNIJCIE WARGI NASZE…DrukujE-mail
sobota, 17 grudzień 2011
Pan Leon Radkowski, bo o nim tu będzie mowa, był z zawodu szewcem. Miał swój prywatny zakład, który mieścił się w małym domku w sąsiedztwie siedziby Gromadzkiej Rady Narodowej w Zblewie przy ulicy Głównej (dom państwa Mazurowskich). Później zamieszkał w tym domku też Leon, ale Dulski, mój daleki krewny ze strony Zielińskich. Często bywałem w warsztacie pana Radkowskiego, bo było najbliżej, by naprawić buty. Za tamtych czasów uliczka łącząca ulicę Kościelną z Główną była jakby groblą nad dwoma wąwozami. Idąc do ulicy Głównej po lewej stronie miało się kotlinę, przez którą płynął strumyk z pobliskiego źródełka...








Pod jezdnią był przepust, którym woda wpływała do rowu przecinającego zieloną łąkę, zasilała sztuczny staw wybudowany jeszcze przez aptekarza Holfeldta, i dalej, przez łąki, do stawu przy młynie. Opływała też stary cmentarz usytuowany przy starej plebanii, którego nagrobki stały jeszcze do lat 60-tych. Dziś teren po lewej stronie „grobli” został wyrównany do poziomu ulicy. To samo stało się z prawej strony i służy to jako miejsce parkingowe. Zmiany na miarę czasów.
„Zacznijcie wargi nasze…”  to pierwsze słowa modlitwy śpiewanej  - „Godzinki do Najświętszej Maryi Panny”. Przez wiele lat przewodził godzinkom w zblewskim kościele pan Leon Radkowski. Miał bardzo silny specyficzny głos, w sam raz do przewodzenia temu nabożeństwu. Zwłaszcza, że w tamtym czasie mikrofonu w kościele jeszcze nie było, a kiedy się pojawił, Pan Leon i tak nim się nie posługiwał. Suma – główna niedzielna msza święta w zblewskim kościele - zaczynała się o godzinie 11. Pamiętam, że w latach pięćdziesiątych XX wieku były trzy niedzielne msze święte; o godzinie 7, 9 i 11 i nieszpory o godzinie 15. Pan Radkowski przychodził na sumę pół godziny wcześniej, siadał w pierwszej ławce po prawej stronie nawy głównej i zaczynał godzinki. W tamtym czasie wiele starszych osób przychodziło znacznie wcześniej na mszę, tym samym pan Radkowski nie śpiewał do pustego kościoła i miał towarzystwo, które, jak on, wielbiło NMP. To trwało przez wiele lat. Kiedy zabrakło pana Leona, jeśli dobrze pamiętam, godzinkom przewodził pan Czerwonka. 
Ta nabożna pieśń śpiewana była w wielu domach, niekoniecznie zespołowo. Kiedy mieszkałem w Gdyni Orłowie, właścicielka tej posesji pani Gertruda Ważna (urodzona w Pinczynie), podczas czynności kuchennych śpiewała wiele pieśni kościelnych, w tym godzinki do NMP. Mój wujek, Wincenty Kosiedowski, podczas wyplatania koszy również wielbił Matkę Bożą słowami godzinek. W wielu innych domach podczas prac gospodarskich godzinki były na ustach mieszkańców. 
Pan Leon Radkowski znacznie wcześniej, bo jeszcze przed II wojną światową, był członkiem chóru kościelnego pod wezwaniem św. Cecylii w Zblewie, jak jego kolega Marian Sulewski i inni mieszkańcy Zblewa. To pan Marian i pan Leon do samego końca śpiewali w duecie na mszach pogrzebowych żałobne pieśni, te które znali jeszcze z przed wojny. I raptem to wszystko się urwało. Pan Radkowski zmarł, a kilka lat później jego kolega Marian. Kolejny etap historii życia kościoła w Zblewie dobiegł do końca.
Gdańsk 20.09.2010 Edmund Zieliński
 

piątek, 2 grudnia 2011

ZBLEWO W STAREJ FOTOGRAFII. KILKA NASTĘPNYCH ZDJĘĆDrukujE-mail
czwartek, 01 grudzień 2011
Hmm... Edmund Zieliński ma swoje "okienko " na portalu www.kociewiacy.pl. To tam zasadniczo trafiają nadesłane przez niego materiały, by miały szerszy zasięg, jeżeli w internecie w ogóle można mówić o węższym i szerszym zasięgu. O... szerszą ekspozycję - to określenie lepiej pasuje. Czasami pojawiają się jednak problemy, gdy pan Edmund do tekstów dodaje szalenie interesujące zdjęcia przede wszystkim dla mieszkańców gminy Zblewo. I rodzi się pytanie, czy dodać do tekstu tam, czy wrzucić na stronę www gminy Zblewo. Tak jest z ostatnio nadesłanym materiałem pt. "Konrad w skupie" albo "Zblewski handel w połowie XX wieku"". Tekst jest bardzo ciekawy, pełen szczegółów, nazwisk, świetnie oddaje klimat czasów powojennych, zupełnie jakby autor miał przed oczyma opisywany świat swojego dzieciństwa. No ale gdzie wrzucić zdjęcia, jeżeli idealnie pasują do działu "Gmina Zblewo w starej fotografii?" Tu i tam? A może sprawę rozwiążą linki? Dlaczego nie? Tworzenie połączeń międzytekstowych jest całkiem przyjemne. Trochę mi przypomina pracę czarodzieja - zwrotniczego, który nie dość że tworzy nowe linie podróży, to co jakiś czas, łącząc stacyjki, tworzy rozmaite wirtualne rozkłady jazdy.
Tadeusz Majewski 





















Zblewo ul. Główna  naprzeciw dzisiejszej OSP

lata dwudzieste XX wieku  ul. Główna

Na schodach do sklepu pana Franciszka Platy około 1950 roku - ul.Główna

W tym miejscu stoi dzisiaj bank. Przed wojną sklep pana Pawła Szeflera. Na zdjęciu pan Szefler z małżonką. Po wojnie mieścił się tu sklep Gminnej Spółdzielni nr 1. W części za panem Szeflerem po wojnie była stolarnia braci Jana i Franciszka Glichów. Jak wybudowali sobie zakład na ulicy kościelnej, otworzył tutaj swój zakład stolarski pan Reimus.


Henryk Kuchta i Edwin Gajewski w masarni GS. Przed upaństwowieniem była własnością państwa Kuchtów. Powyższe zdjęcia, to fotokopie starych zdjęć udostępnionych przez mieszkańców na wystawę, jaka miała miejsce Gminnym Ośrodku Kultury w Zblewie w 2005 roku.


Była mleczarnia przy ul. Kościerskiej. To też jest już zdjęcie starego Zblewa. Foto. Igor Pochylczuk.


ZBLEWO NA STAREJ POCZTÓWCE - PRZEJDŹ 


EDMUND ZIELIŃSKI. ZBLEWSKI HANDEL W POŁOWIE XX WIEKU - PRZEJDŹ DO TEKSTU
 
EDMUND ZIELIŃSKI. ZAMIAST CHLEBA LUDZIE BĘDĄ ŁYKAĆ PIGUŁY CHLEBOPODOBNE?DrukujE-mail
czwartek, 01 grudzień 2011
Młyn w Zblewie to już historia

Od kiedy istniał w Zblewie młyn? Trzeba by się nieco potrudzić w poszukiwaniach historycznych o tym obiekcie. Sadzę, że warunki hydrologiczne wsi sprawiły, że młyn tam był od dawna. Zapewne jego pierwsza konstrukcja była na miarę czasów, a więc potężne koło poruszane spływającą wodą z rzeki Piesienicy i drewniana konstrukcja samego młyna... 















Kiedy powstał murowany, ten który jeszcze dziś stoi - nie wiem. Właścicielem obecnego młyna był Niemiec Franz Wolf. Natomiast jego syn, Rudolf Wolf, zarządzał pozostałymi dobrami należącymi do tej rodziny - głównie ziemią orną i łąkami. Wraz z wejściem Armii Czerwonej rodzina Wolfów uciekła do Niemiec, a majątek został upaństwowiony jako mienie poniemieckie. Młyn został przydzielony Gminnej Spółdzielni Samopomoc Chłopska w Zblewie i przez wiele lat mełł ziarno na mąkę okolicznym chłopom.


Pamiętam, że za moich szkolnych lat młynarzem był pan Franciszek Wolski. Miał żonę i córkę. Był kierownikiem młyna do końca lat pięćdziesiątych. Następnie zawiadywał nim pan Bruski, zięć Pana Wiktora Szarmacha. Kto był po panu Bruskim - nie wiem.
W 1966 roku wyprowadziłem się ze Zblewa. Do dziś słyszę w uszach szum wody spływającej kaskadą w miejscu dawnego koła pędnego. Wraz z regulacją rzeki Piesienicy układ wodny wokół młyna zmienił się radykalnie. Zarósł staw przed młynem, z którego spływała woda na koło. Betonowy most na berlince, pod którym kąpaliśmy się jako dzieci, ma pod sobą resztki jakiejś wody stojącej. Zostało odcięte połączenie Piesienicy ze stawem, a główny nurt tej rzeki puszczony został przepławką, kiedyś służącą jako zawór bezpieczeństwa, odprowadzając nadmiar wody z młyńskiego stawu.
Wielokrotnie bywałem w zblewskim młynie. Blisko wejścia po prawej stronie był kantorek młynarza. Proste biurko, a na nim aparat telefoniczny na miarę czasów. Zawsze zwracałem na niego uwagę. Prostokątna, czarna skrzynka z wystającymi na górze widełkami, na których leżała słuchawka. Ta rzucała się od razu w oczy, bo zamontowany w niej mikrofon miał kształt trąbki. Jej rozwarty kielich miał zbierać wszystko, co mówił telefonujący. Z boku skrzynki wystawała korbka, a kręcąc nią przyzywało się telefonistkę z centrali telefonicznej, ta z kolei łączyła z żądanym numerem. Kiedy pani telefonistka mówiła łączę, należało odłożyć słuchawkę na widełki i pokręcić korbką, tym razem miał zabrzęczeć telefon u przywoływanego abonenta. Może na ten temat napiszę kiedyś oddzielny felieton?

Jako chłopiec jeździłem z wujkiem Francem czy Antonim z żytem na przemiał, z którego otrzymywał śrutę na paszę dla zwierząt i mąkę na chleb. Najsmaczniejszy był ten z ziarna żyta wymłóconego zaraz po żniwach. Do tego służyło zboże, tak zwany lóz (luźne) z zagrabionego pola i pozbieranych kłosów. Na podeżniwku (czas przed żniwami) pieczono już chleb na resztkach mąki lub wręcz kupowano. Gdy ciocia Tekla upiekła chleb ze świeżej mąki, można było go jeść bez smarowania – pyszności! Zwłaszcza z mąki pytlowej (drobno zmielona środkowa część ziarna). Wyjaśniam, że pytel to specjalny worek muślinowy w młynie, przez który przesiewa się zmieloną mąkę. Wujkowie wozili też z młyna mąkę razową. Powstaje ona z grubo mielonego całego ziarna z zarodkiem i częściowo z łuską. Ta mąka też służyła jako dodatek do pieczenia chleba, na zacierki, również gotowano z niej klej do tapet. Ja, w czasie oczekiwania na przemiał, pilnie obserwowałem pracę młynarza - gdzie wsypywał ziarno po uprzednim zważeniu, skąd nasypywał mąkę czy śrutę. Jak zgrabnie zakładał worki do gardzieli zsypu, stuknął drewnianym młotkiem w obudowę i worek natychmiast zapełniał się przemiałem. Młyn huczał od pracy walców, żaren i sit. 

Przed młynem przeważnie stała kolejka chłopskich wozów. Była to okazja do pogawędzenia z sąsiadem, często przy płynach rozgrzewających, których i młynarz nie odmawiał. Rozprawiano o wojnie w Korei, podatkach, obowiązkowych dostawach, kiedy to się wreszcie zmieni itd. Konie w tym czasie skubały siano podrzucone przez gospodarza. Dojazd do młyna był jeden, ten od strony ul. Młyńskiej, która wtedy była ulicą główną ze Starogardu i Skórcza przez Zblewo do Kościerzyny. Obwodnica zmieniła stan rzeczy. Dojazd do młyna i plac przed młynem, w czasie roztopów i deszczu był niemiłosiernie rozjeżdżony przez chłopskie wozy na kołach z żelaznymi obręczami. A jak tam jest dziś? Młyn stoi jak dawniej, czerwieniąc się cegłą, może ze złości, że zatrzymał go nieubłagany czas przemian. Że mąka jest tylko dodatkiem do różnego rodzaju spulchniaczy czy utrwalaczy, a zestaw ten dziś nazywa się jeszcze chlebem. Może przyjdą takie czasy, że zamiast chleba, tego z prawdziwego zdarzenia, ludzie będą łykać piguły chlebopodobne? Jak dobrze, że mnie już wtedy nie będzie.

Grudzień 2010 Edmund Zieliński
P.s.
Krytykując jakość dzisiejszego chleba miałem na myśli piekarnie przemysłowe. Przez myśl mi nie przeszło, by mogło to się odnieść do piekarni zblewskich i innych małych zakładów tej branży. Będąc w Zblewie w tutejszej piekarni kupuję chleb, chleb z mojej wsi.
                                                                                                                                                                                        E.Z.





Kiedyś szumiała tu woda i łowiliśmy szczupaki.



Fragment dawnej ulicy Młyńskiej przy młynie.



Młyn dziś.



Wyschnięte koryto "Piesienicy" pod mostem na berlince.


Młyn w Zblewie i okolice w latach dwudziestych XX wieku na moim obrazie.

 
wstecz dalej »