poniedziałek, 31 października 2011

EDMUND ZIELIŃSKI. KARBIDKA (O OŚWIETLENIU MIESZKAŃ PO II WOJNIE)DrukujE-mail
niedziela, 30 październik 2011
Węgliki, karbidy, to dwuskładnikowe połączenia węgla przeważnie z metalami; ciała stałe bardzo trudno rozpuszczalne. Pod wpływem wody niektóre węgliki rozkładają się z wydzielaniem odpowiedniego węglowodoru, np. działanie wody na węglik wapnia CaC2, potocznie zwane karbidem, powoduje wydzielanie się acetylenu C2H2 (…)
Wstęp zaczerpnięty z Małej Encyklopedii Powszechnej z 1959 rok posłużył mi do napisania felietonu o oświetleniu naszych mieszkań z pierwszych lat po II wojnie światowej....















Zasadniczym oświetleniem w tamtych czasach w większości wsi była lampa naftowa. Tutaj też można się trochę zatrzymać i przybliżyć wieczory rozświetlające izby i kuchnie tamtych domostw za pomocą wspomnianych lamp naftowych. W zamożniejszych gospodarstwach było kilka lamp naftowych. Jedna oświetlała kuchnię, druga pokój gościnny, a kolejne izby sypialne. Ta w kuchni była lampą najprostszą w budowie – zbiorniczek szklany, palnik z cylindrem i odbłyśnik zamocowany na wieszaku. Ten połączony był zaczepem sprężynowym ze zbiornikiem na naftę. W sypialniach, posłużę się przykładem gospodarstwa moich dziadków Zielińskich, stały lampy naftowe na nocnych stolikach. Te były już bardziej okazałe. Pięknie profilowane zbiorniki porcelanowe z ozdobnymi malunkami, większy palnik i zarazem cylinder. Taka lampa stała na stoliku sypialni mojej babci Antoniny. Pokój gościnny oświetlany był za pomocą pięknej lampy zawieszonej pod sufitem nad stołem. Te źródła światła były bardzo okazałe. U moich dziadków wisiała lampa, której ceramiczny zbiornik ozdobiony był wytłoczonymi kwiatami wyrastającymi spod uchwytu u dołu lampy. Ten uchwyt służył do ściągania lub podciągania lampy na żądaną wysokość. By można było to uczynić, lampa wysiała na trzech łańcuszkach zamocowanych do trzech uchwytów spinających całą lampę. W koszyczku pięknego palnika zamocowany był cylinder, który osłaniał ozdobny abażur szklany wsparty na okrągłym wsporniku. Łańcuszki przechodziły przez kółka zamocowane w wieszaczku pod sufitem i połączony były z ciężarkiem, ozdobnym, a jakże, który był równowagą dla lampy przy ustawianiu jej wysokości. 


Kolejnymi lampami w gospodarstwie były tak zwane latarnie noszone przy pracach wieczornych w chlewie, oborze czy stodole. To też były specjalne konstrukcje odpowiadające warunkom, w jakich przyszło oświetlać żądany teren czy obiekt. Miały specjalne ruchome osłony przed wiatrem i były różnej wielkości.



Wracam do tytułowej karbidki. Były swego czasu w dość powszechnym użyciu. Nosili je konduktorzy PKP na piersiach, którymi oświetlali bilety pasażerów w czasie kontrolki, bowiem lampy podsufitowe dawały dość skromne światło. Miały zastosowanie w wielu innych dziedzinach życia gospodarczego. Ja chcę przybliżyć karbidki stosowane w naszych rodzinach zaraz po wojnie, które konstruowali moi wujkowie i starszy brat Jerzy. Najważniejszą częścią tej lampy był palnik, przez którego wąski otworek sączył się acetylen. Podpalony dawał dość jasne światło. Cała lampa składała się z puszki po konserwie zamykanej blaszaną wklęsłą pokrywką, w środku której wstawiony był palnik. Ten wykonany był z pocisku naboju karabinowego, a tej amunicji nie brakło w ściółce leśnej dziadkowego lasu w miejscu stacjonowania żołnierzy radzieckich. Paradniejsza karbidka wykonana była z gilzy pocisku armatniego. Pamiętam, jak Jerzyk wyłamał pocisk z gilzy naboju karabinowego i zmagał się z wywierceniem otworku przez jego środek wypełniony ołowiem. Szło to dość mozolnie i trwało dość długo. Robił to ręcznie za pomocą gwoździa. Gdy wyskubał ołów, sam szpic przebity został stalową igłą. Najważniejszy element lampy został wykonany. Jerzy do puszki włożył grudki karbidu, zamknął szczelnie pokrywką, umocował palnik w otworze środkowej części pokrywki, która gdzieś z boku miała otworek. Nalał do pokrywki wody, która kropelkami spadała na karbid. Ten lasując się wyzwalał acetylen, który szukał ujścia przez palnik. Podpalony gaz uformował się w języczek ognia i oświetlił izbę. To była najprostsza lampa gazowa. Później gdzieś wujkowie zdobyli prawdziwą karbidówkę, z właściwymi elementami, gdzie był zbiorniczek na wodę z kranikiem. Jak trzeba było użyć więcej światła, wystarczyło nieco odkręcić kranik. Więcej wody spłynęło na karbid, a tym samym więcej acetylenu umykało do palnika zwiększając płomień światła. Gasiło się lampę zamknięciem dopływu wody na karbid. I ja ją zgasiłem, odsyłając na zasłużony odpoczynek do zbiorów muzealnych. Niech tam świadczy o wieczorach, które karbidka rozświetlała naszym przodkom.
Gdańsk lipiec 2011 Edmund Zieliński
 

poniedziałek, 24 października 2011


EDMUND ZIELIŃSKI. KAFFESCHROTT, CZYLI KAWA ZBOŻOWA W MOIM DOMUDrukujE-mail
niedziela, 23 październik 2011
W tytule użyłem nazwy w języku niemieckim, bo tak popularnie mówiło się o kawie zbożowej w naszych stronach –weźkaj jano zaparzkaj kafeśrótu.
Właściwie już z mlekiem matki wyssałem smak kawy zbożowej. Kawę zbożową piło się przy śniadaniu, do podobiadu, podwieczorka i do kolacji. Dzban kawy zawsze stał na kuchni i w każdej chwili służył domownikom. Nie znaliśmy czarnej herbaty. Tę zastępowały napary z różnych ziół. Do kolacji używaliśmy czasem herbatę rumiankową, miętową, czasem z piołunu na pobudzenie apetytu.
Wracając do kawy zbożowej, wytwarzana była w naszych domach. Do tego służyły ziarna jęczmienia. W gospodarstwach dziadków był młynek do jej palenia, palarka, dziś spotykany w muzeach. Było to blaszane naczynie wielkością i podobieństwem przypominające patelnię z pokrywą. Tutaj pokrywa była stałym elementem z odsuwaną zasuwką do wsypywania ziarna. W środku pokrywy zamocowana była korbka połączoną osią z dwuskrzydłowym mieszadłem. Po wsypaniu ziarna i zamknięciu zasuwki naczynie to stawiało się na płycie kuchennej jak inne garnki, z tym że tu ogień był mocno ograniczony, właściwie żarzyły się tylko węgle drzewne. Rozpoczynało się palenie kawy. Że praca ta należała do łatwych, najczęściej większe dzieci lub babcia wolno kręciła korbką, wprawiając w ruch mieszadełko przewracające ziarna jęczmienia, by równo się zrumieniły. Od czasu do czasu odsuwano zasuwkę, by sprawdzić kolor ziaren. Kiedy przybrały ciemnobrunatną barwę, kawa była upalona. Wysypana na miskę zasnuła swym specyficznym zapachem całą kuchnię. Kolejną czynnością było mielenie upalonych ziaren na kawę. Do tego celu służyły młynki różnego rodzaju. Najczęściej mielono za pomocą młynka wiszącego na ścianie, nieodłącznego elementu wyposażenia dawnej kuchni. Mieleniem zajmowały się osoby dorosłe, bowiem młynek zawieszony był dosyć wysoko, by nie służył dziatwie do zabawy. Właściwie kawa zbożowa była gotowa. Czasem babcia czy ciocie dodawały do niej odpowiednio spreparowanej cykorii kupowanej w sklepach. Pamiętam, że miała kształt walca i zapakowana była w czerwony papier, który służył naszym mamom jako kosmetyk do podbarwiania policzków.
Palenie kawy odbywało się cyklicznie, jak pamiętam, raz w tygodniu. Zaparzona kawa w odpowiednim dzbanku stała na stole podczas posiłków. W dni wolne od postu kawa zabielana była mlekiem. W piątki i w poście używano kawy czarnej. W tamtych czasach ludzie starsi mieli braki w uzębieniu, toteż kawa służyła do rozmiękczania skórek chleba. Odkrojone skórki dziadek stawiał na sztorc w filiżance z kawą i sukcesywnie odgryzał części miękkie. Nie pamiętam, by ktoś z domowników słodził kawę.
Aby kawa w dzbanku szybko nie wystygła, otulona była specjalnymi kapturami wykonanymi na drutach z owczej wełny. Jak wszystko wówczas, tak i pokrowiec wykonany był artystycznie, w różnych kolorach.
W czasie żniw, odpowiedniej wielkości kanka z kawą stała w zacienionym miejscu, najczęściej w sztydze świeżo skoszonego żyta obok kubek i kto miał chęć, pił. Tutaj kawa była czarna, łatwiej zaspakaja pragnienie.
A dziś? Kawa zbożowa w dalszym ciągu jest moim podstawowym, codziennym napojem. Prawda, że jest to już inny produkt – za dużo różnych „śmieci” w nim, bo nawet buraki cukrowe są częścią składową. Co poradzić? To też znak dzisiejszego czasu.

*
Kiedy spotykam się z moją siostra Danusią, często z tematem schodzimy do naszej dawnej kuchni. Przypomnieliśmy sobie, że na obiad bywał groch na gęsto do maślanki. To było bardzo postne jedzenie, bowiem groch był gotowany na solonej wodzie i po jego ugotowaniu rozbity był tłuczkiem na miazgę – dość gęstą. Każdy dostał na talerz chochlę grochu i kubek maślanki. Zajadaliśmy groch popijając go maślanką. Dobre było.
Często też jadaliśmy kaszę jaglaną gotowaną na mleku na gęsto. Mama wylewała ją na dużą miskę do wystygnięcia. Kiedy była zimna, domownicy brali z miski porcję kaszy, polewali sokiem z wiśni czy malin, oczywiście domowej roboty. To też było jedzenie postne lub coś lżejszego na kolację.
Przysmakiem były tak zwane „gomółki”, czyli twaróg domowej roboty formowany rękami w podłużne kluchy, do tego „pulki” – ziemniaki w obierkach. Po obraniu ziemniaka kładliśmy na jego połówki twaróg i do gęby. Lubię to do dziś.

Gdańsk 14 stycznia 2011 Edmund Zieliński

dalej »
Top!

niedziela, 2 października 2011

Tekst i zdjęcia Tadeusz Majewski


BYTONIA. NA PLENERZE CZAS PŁYNIE INACZEJDrukujE-mail
niedziela, 25 wrzesień 2011
W dniach 18 - 28 sierpnia w Zespole Szkół Publicznych w Bytoni odbył się V Plener Artystów Ludowych Pomorza.

Nie da się napisać reportażu o plenerze nie będąc jego uczestnikiem. Odwiedzając nawet na dłużej artystów, by zrobić zdjęcia i notatki, reportażysta czuje się dziwnie - wchodzi jak intruz w zupełnie inny wymiar czasu. Płynie on o wiele wolniej i inaczej niż ten w „normalnym życiu”. Pozostaje nam wobec tego zrobić materiał właściwie informacyjny.














O korzyściach z pleneru, logistyce i arcyciekawym zdarzeniu
Panie Tomku (pytanie do dyrektora szkoły Tomasza Damaszka), skąd wziął się u Pana pomysł na organizację tego pleneru?
- Lubię sztukę. Poza tym te plenery dużo dają szkole. Dzięki nim mamy sporo obrazów, haftów i rzeźb.
- Tu panuje szczególna atmosfera. Czy może Pan ją określić?
- Najbardziej podoba mi się to, że jest twórcza i koleżeńska. Na plenerze spotkają się osoby, które lubią malować, haftować, rzeźbić. Tworzą, a przy tym jednocześnie dobrze się bawią. Wymieniają się też doświadczeniami. Łączy się więc przyjemne z pożytecznym. Co roku jest też jakieś zadanie - temat wiodący. W tym roku takim wiodącym tematem dla rzeźbiarzy była szopka do kaplicy św. Rocha, natomiast dla hafciarek komplet obrusów, również do kaplicy. Przekazanie prac odbywa się w ostatnim dniu pleneru. W tym roku odbyło się to uroczyście w kaplicy. A po południu, po obiedzie, odbył się uroczysty wernisaż prac poplenerowych i przekazanie ich szkole. Droga krzyżowa, kapliczka przy szkole, to, co zostało w kaplicy, to jest to, co oni zostawiają na zewnątrz. To nadaje swojski, ludowy charakter miejscowości.
- Może to nietakt, ale zapytam o wartość tego, co tu zostawili...
- Wyszłoby ponad 20 tysięcy złotych. To według szacunków artystów.
- Takie plener to duże przedsięwzięcie od strony logistycznej. Może podać Pan szczegóły? Ile osób, dni, wyżywienie, materiał itp.
- Byli zakwaterowani 11 dni. O wyżywienie dbały kucharki, panie z obsługi szkoły. Wyżywienie kosztowało około 4 tysięcy. W sumie było 28 osób, z tym że 20 osób na noclegu, a pozostali dojeżdżali. Zorganizowaliśmy wycieczkę do Szczodrowa, Skarszew i Obozina oraz spływ kajakowy z Młynek do Wdeckiego Młyna - koło 20 km. Było też spotkanie integracyjne w ogrodzie dendrologicznym Wirty. Kolację ufundował prezes ZK-P w Gdańsku Łukasz Grzędzicki. Materiały kosztowały około 2000 zł - blejtramy, farby i muliny (nitki). Drewno dla rzeźbiarzy nic nas nie kosztuje, bo zapewnia je Krzysztof Frydel - nadleśniczy Nadleśnictwa Kaliska. Jestem jednym z kilku stałych sponsorów.
- Zdarzyło się coś ciekawego podczas pleneru?
- A tak, i to bardzo. Już czwarty raz był Ali Zwara z Rumi. Z tym artystą, którego malarstwo bardzo mi się podoba, wiąże się ciekawa historia. Otóż byliśmy w Pinczynie, żeby namalować kościół. Najlepszym do tego miejscem okazało się proboszczowskie podwórko. Poszedłem do proboszcza spytać Mieczysława Bizonia, czy Ali Zwara będzie miał możliwość namalowania z jego podwórka obrazu. Mówię proboszczowi, że to jest Ali Zwara z Rumi, na co proboszcz odpowiada, że kupił jego obraz w internecie. I rzeczywiście - okazało się, że to obraz tego Zwary, który maluje na jego podwórku. To było wzruszające dla obu. Proboszcz poznał artystę, a artysta nabywcę.


Hafciarki w akcji. W głębi po lewej Felicja Kołakowska z Tucholi


Brygida Śniatecka z Rumi




Teresa Marzec z Kostkowa na Kaszubach





Jerzy Kamiński z Barłożna  prowadzi lekcję rzeźby dla młodzieży szkolnej z Bytoni





Poplenerowe wspomnienia Pani Joli
(P. Jola Steppun była uczestniczką pleneru)
- Kiedy po kolacji małymi krokami zbliżał się wieczór, chętnie spotykaliśmy się na holu, gdzie stały stoliki i krzesełka. Ala montowała kable do swojego keyboardu. Józek, jak co roku na każdy plener, obowiązkowo zabrał ze sobą akordeon, a potem już muzykę i śpiew roznosiło echo po całej szkole. Kryśka przywiozła specjalnie dla nas wytopiony smalec ze skwarkami i oczywiście domowej roboty kiszone ogórki. Nie zabrakło też innej zagryzki. Dobra muzyka i nastrój towarzyszył nam do późnych godzin... Fajnie w pamięci zapisała się pierwsza niedziela. Wczesnym popołudniem przyjechał mąż z moimi córkami, Kamilą i Kasią. Ja, jako zapalona od dzieciństwa miłośniczka wszelkich robótek ręcznych, musiałam im koniecznie pokazać pracownię hafciarek. Przepiękne haftowane kociewskie wzory na chustach, serwetach, zakładkach do książek. Starszej córce bardzo podobały się haftowane krawaty. Młodsza zafascynowana była rzeźbiarstwem. Za pozwoleniem Jerzego chwyciła za kawałek lipowego drewka i dłutem skubała kształty aniołka... We wtorek słońce od rana, bezchmurne niebo i lekki wiaterek dał natchnienie. Po śniadaniu z Alicją spakowałyśmy potrzebne farby i podobrazia od samochodu. Będziemy malowały na płótnie. Muszę dodać, że ulubionym zajęciem Alicji jest malowanie na szkle. Oprócz obrazków potrafi zwykłą butelkę ubrać w przepiękne kwiaty. Drewniane łyżki zdobi barwnymi ptaszkami. Ruszyłyśmy w stronę Jeziora Borzechowskiego. Znalazłyśmy urocze, ciche miejsce na malowanie pejzażu. Przy okazji naszą skórę złapało słońce, a pobyt na świeżym powietrzu zaowocował zwiększonym apetytem na obiad. Na szczęście na jedzenie nie można było narzekać. Panie kucharki starały się jak mogły, by nam niczego nie zabrakło... Józek i jeszcze kilka pań od czasu do czasu robili sobie wypady do pobliskiego lasu na grzybki. A las faktycznie blisko, jak na wyciągnięcie dłoni. Zaraz za bramą szkoły. Malarki często wychodziły w plener. Pogoda dopisała, na przelotne letnie deszcze i burze nie można narzekać... Zbliżał się koniec sielskiego życia. Powoli zaczęły znikać robocze stoły, spakowaliśmy farby, pędzle. Posprzątaliśmy i wpisaliśmy się w Kronikę Szkoły. Wymieniliśmy adresy, nr telefonów. Ostatnia sobotnia noc. Po północy muzyka ucichła. Mamy wielkie plany i marzenia, że za rok…
Jola Stepun



Po prawej Marek Zagórski z Rokocina



Józef Śniatecki umila grą na akordeonie plenerowe wieczory.




                                                 Ali Zwara z Rumi szkicuje element wyposażenia w kościele w Obozinie.



Uczestnicy pleneru
Jolanta Kitowska, Krystyna Wiśniewska - malarki z Rumi, Krystyna Engler z Pinczyna, Felicja Kołakowska, Barbara Okonek, Bogumiła Błażejewska. Barbara Karnecka - hafciarki z Tucholi, Maria Leszman - hafciarka z Pelplina, Katarzyna Nowak - hafciarka z Tczewa, Brygida i Józef Śniateccy - malarze z Redy, Alfons Zwara - malarz z Rumi, Stanisław Sumowski - malarz z Tczewa, Jerzy Kamiński z Barłożna, Leszek Baczkowski z Kalisk, ks. Robert Kierobic ze Zblewa, Marek Zagórski z Rokocina. Edward Jastrzębski z Gdyni, Marek Pawelec ze Zblewa, Czesław Birr z Mściszewic - rzeźbiarze, Jolanta Steppun ze Starogardu, Teresa Marzec z Gniewina, Maria Sulkowska z Rumi, Mirella Jałocha z Rumi, Anna Ledwożyw ze Starogardu, Jolanta Pawłowska ze Zblewa - malarki, Alicja Serkowska z Kartuz - malarka na szkle, Danuta Krakowiak z Gdyni. 



wtorek, 27 września 2011

V plener Artystów Ludowych Pomorza na V z plusem

                                                       Ile dobra robicie dla naszego kościoła…
          To słowa miłej mieszkanki Bytoni Pani Heleny Klaman, skierowane do mnie przed mszą świętą na widok szopki bożonarodzeniowej i haftowanych obrusów. To najpiękniejsze podziękowanie za nasze prace dla kościoła w Bytoni i jej mieszkańców. Niczego więcej nam nie trzeba. Dziękujemy serdecznie Szanowna Pani Heleno!
           Minęło pięć lat od pierwszego pleneru dla artystów ludowych Pomorza. Już pięć razy spotkali się Kociewiacy,  Borowiacy i Kaszubi, by wspólnie, jak w rodzinnym gronie tworzyć nie powtarzalne dzieła uzdolnionych rąk. Znowu malowano, rzeźbiono, haftowano, a wieczorami nasz Józek Śniatecki uruchamiał swoją harmonię i płynęły melodie znane w naszych regionach. Dzielnie sekundowała mu w tym Alicja Serkowska, tym razem na organach, a pozostali uczestnicy pleneru śpiewem i tańcem wypełniali radosne chwile.                  Jednego dnia pojechaliśmy na wycieczkę krajoznawczą, by podziwiać jedyny na Pomorzu kościółek drewniany w Szczodrowie koło Skarszew. To prawdziwa perełka budownictwa  sakralnego. Z drugiej strony Skarszew w maleńkiej wsi Obozin stoi neogotycki kościółek murowany. Jest filią parafii Godziszewo. Z sentymentem tam zajeżdżam, bo w tym kościele uczestniczyli we mszy świętej moi dziadkowie Redzimscy z moją mamą i jej rodzeństwem, kiedy mieszkali w pobliskim Janinie. Wszyscy podziwiali jego wnętrze, a szczególnie zainteresowały nas wyryte na czołach pierwszych ławek motywy kwiatowe. Polecam je hafciarkom, które ze spokojem sumienia mogą na ich podstawie tworzyć nowe kompozycje haftu kociewskiego. Wieczorem tego samego dnia zostaliśmy zaproszeni na biesiadę przy ognisku w ogrodzie dendrologicznym w Wirtach. Tę ucztę zafundował nam prezes Zarządu Głównego Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego pan Grzędzicki i zarządzający tym terenem  leśniczy pan Jakub           Dziękujemy pięknie obu panom.
          Plener przyniósł nadspodziewane owoce. Hafciarki wyhaftowały obrusy do bytońskiego kościoła, a rzeźbiarze wyrzeźbili figury do szopki bożonarodzeniowej. Trzeba tu wymienić wykonawczynie i wykonawców tych dzieł.
Konstrukcję szopki bożonarodzeniowej wykonał Jerzy Kamiński, a figury do szopki wyrzeźbili; Leszek Baczkowski, ks. Robert Kierbic, Marek Zagórski, Marek Pawelec, Czesław Birr, Danuta Krakowiak, Rajmund i Edmund Zielińscy.
          Hafty na paramentach kościelnych wykonały;  Barbara Okonek i Bogumiła Błażejewska haftowały obrusiki do bocznych ołtarzy, serwetę pod tabernakulum – Irena Szczepańska, obrusy do ołtarza głównego wykonały  Maria Leszman, Katarzyna Nowak i Anna Ledwożyw . Pani Felicja Kołakowska wykonała bieliznę ołtarzową i stroje dla ministrantów.
           Pozostali uczestnicy pleneru to malarze; Alfons Zwara, Jolanta Kitowska, Karina Wiśniewska, Brygida i Józef Śniateccy, Jolanta Steppun, Teresa Marzec, Maria Sulkowska, Mirella Jałocha, Jolanta Pawłowska i Alicja Serkowska.
          Wszystkim uczestniczącym w plenerze należą się słowa uznania i serdeczne podziękowanie za wykonane prace. Chciałbym w imieniu organizatorów szczególnie podziękować naszej najstarszej uczestniczce w tej imprezie, niezawodnej, niezmordowanej, uczynnej i dla wszystkich miłej Pani Felicji Kołakowskiej.
          Trudno byłoby zorganizować plener bez dobrodziejów. Są nimi; Prezes Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego - Łukasz Grzędzicki, Nadleśniczy Nadleśnictwa Kaliska - Krzysztof Frydel, Izabela i Marcin Kaliszewscy – Lastrans Kaliska, Starosta Powiatu Starogardzkiego – Leszek Burczyk, Lidia i Andrzej Skalscy – Almax Bytonia, Żaneta i Arkadiusz Szulc – Zarex Zblewo, Wójt Gminy Zblewo – Krzysztof Trawicki.
          Na uroczystym zakończeniu pleneru zaszczycili nas swą obecnością ks. prałat Zenon Górecki – proboszcz Zblewski, ks. Robert Kierbic – wikariusz Zblewskiej parafii, poseł Sławomir Neuman, dyrektor Muzeum Ziemi Kociewskiej Andrzej Błażyński.
Na zakończenie w swoim wystąpieniu powiedziałem – wiele dobrego dla bytońskiej wsi i kościoła zrobili rzeźbiarze. Nie mniej przyczyniły się do wystroju kościoła hafciarki. Teraz kolej na malarzy. Na balustradzie chóru bytońskiego kościoła jest dziewięć pustych płycin. Trzeba by je wypełnić artystyczną robotą. Już po plenerze, w uzgodnieniu z księdzem proboszczem, otrzymałem propozycję wypełnienia tych płycin siedmioma Uczynkami Miłosierdzia względem ciała.
          Plener trwał od 18 do 28 sierpnia 2011 r.
                                                                                                              Do zobaczenia za rok.
                                                                                                                  Edmund Zieliński

poniedziałek, 19 września 2011

Tekst Katarzyny Korczak portalpomorza.pl

Galeria zdjęćSobota, 09 Kwietnia 2011

Kociewie przyjechało do Oliwy

GDAŃSK. Wielkie święto Kociewia odbyło się w Spichlerzu Opackim w Oliwie. Otwarto wystawę fotografii Zenona Usarkiewicza z Wycinek koło Osieka „Kociewie – serdeczna strona świata”. 50-lecie pracy twórczej obchodził Edmund Zieliński – najpopularniejszy kociewski artysta ludowy. Zaprezentowano bajecznie kolorowe rzeźby twórców ludowych z Pomorza.
Wielkie święto Kociewia odbyło się w czwartek, 7 kwietnia 2011 r. o godz. 13, w Spichlerzu Opackim w Oliwie – siedzibie Oddział Etnografii gdańskiego Muzeum Narodowego. Otwarto wystawę fotografii Zenona Usarkiewicza z Wycinek koło Osieka „Kociewie – serdeczna strona świata”. 50 lecie pracy twórczej obchodził Edmund Zieliński – najpopularniejszy kociewski artysta ludowy. Zaprezentowano bajecznie kolorowe rzeźby twórców ludowych z Pomorza.

Na planszach umieszczono wiersze nieżyjącego już Kociewiaka, Zygmunta Bukowskiego. 

Kwiaty, dedykacje, makatka
Przygrywała i śpiewała Kapela Kociewska ze Starogardu Gd. w składzie: Mirosława Möller – śpiew, Grzegorz Oller - śpiew, akordeon, Józef Olszynka – kontrabas, Bogdan Olszynka - diabelskie skrzypce, Piotr Chrapkowski – klarnet. 
Panowała swojska atmosfera, było kociewskie jadło.
- Edmund Zieliński dokonał w czasie minionych pięćdziesięciu lat bardzo wiele – powiedziała Wiktoria Blacharska, kierownik Oddziału Etnografii Muzeum Narodowego w Gdańsku. -  Zaczynał od rzeźby najpierw z gliny, potem w drewnie, rozszerzył twórczość o malarstwo olejne i na szkle, tworzył poezję, ukazały się dwa tomy jego wspomnień. 
Publikuje na łamach prasy kociewskiej teksty o innych twórcach. Jest prezesem Stowarzyszenia Twórców Ludowych, Oddziału Gdańskiego. Z wielkim sercem zajmuje się kolejnymi pokoleniami regionalnych artystów. Pan Edmund od początku istnienia Muzeum Etnograficznego ściśle z nim współpracował. Wraz z pierwszym dyrektorem, Longinem Malickim jeździł po Pomorzu w poszukiwaniu eksponatów etnograficznych. Następnie przez lata współpracował z kierownikiem oddziału, Krystyną Szałaśną, razem opiekowali się twórcami ludowymi Pomorza. 
- Wciąż pan Edmund ma w naszym muzeum wsparcie i my korzystamy z jego ogromnej wiedzy i doświadczenia. – kontynuowała Blacharska. - Wiele swoich obrazów i rzeźb przekazał do naszych zbiorów. Prowadzi nieocenioną działalność edukacyjną. Serdecznie panu za to wszystko dziękujemy!
Jubilat nie ukrywał wzruszenia odbierając kwiaty i podarki. W imieniu członków Kapeli Kociewskiej życzenia – wierszem, po kociewsku, przekazała Mirosława Möller. Emerytowany lekarz, Hubert Pobłocki, poeta, rodem ze Starogardu Gdańskiego, dedykował mu – po kociewsku – okolicznościowy wiersz, po chwili nie wytrzymał i porwał  panią Mirkę Möller  do skocznego, kociewskiego tańca.
Panie hafciarki ze Stowarzyszenia Twórców Ludowych wręczyły jubilatowi misternie wykonaną wedle dawnych wzorów makatkę regionalną. 


Pomożemy! Można spotkać sarny
- Dziękujemy za wspaniałe osiągnięcia artystyczne, za to, że pokazuje pan, że Kociewie jest – powiedział Andrzej Grzyb, mieszkaniec Czarnej Wody. – Życzymy, żeby jak najdłużej pan dla Kociewia pracował. Jeśli będzie potrzeba pomocy dla muzeum, albo współpracy, żeby lepiej prezentować region, jesteśmy do dyspozycji. 
- Kociewie jest jeszcze mało eksploatowane turystycznie i to zaleta – powiedział Bogdan Borusewicz, który w czasie stanu wojennego na Kociewiu się ukrywał i czuje się prawie rodowitym Kociewiakiem. – Tam jeszcze, gdy się wejdzie do lasu, spotkać można sarny. Promocja tego regionu jest ważna. Podziwiam przepiękne rzeźby i pełne uroku fotografie – spojrzenie artystów na Kociewie daje niesamowity wyraz. Oby takich ludzi, zakochanych w swoim regionie, rozsławiających jego walory, było więcej. Warto ich intensywnie wspierać i promować. 
Zenon Usarkiewicz przy dostojnym jubilacie, Edmundzie Zielińskim starał się być na drugim planie. Jego zdjęcia ukazujące znane i odkryte przez autora miejsca na Kociewiu – dworek w Szteklinie, drewniana chatę podcieniowa z XIX wieku w Borzechowie, wiatrak w Tczewie, malownicze obrzeża lasów kociewskich z makami, łąki, uroczyska i in. – zauroczyły publiczność. 
- Najlepszy czas do fotografowania to poranek, albo pora zachodzącego słońca – mówi Usarkiewicz. - Ale piękne miejsca można wypatrzyć w każdej chwili dnia i we wszystkich porach roku. 
- W Wycinkach bardzo dobrze mi się mieszka, ludzie są życzliwi, chętni do pomocy, do realizowania moich pomysłów, które na początku wydają im się dziwne – opowiada Zenon Usarkiewicz.  - Ale, wspólnymi siłami, doprowadzamy wszystko do szczęśliwego finału. 

W Wycinkach działa Muzeum Kociewskie
W 2002 roku Zenon Usarkiewicz, wraz z mieszkańcami wsi, stworzył w Wycinkach Izbę Kociewską, która przeistoczyła się w Muzeum Kociewskie. 
W zbiorach znajdują się eksponaty etnograficzne zgromadzone przez mieszkańców Wycinek, są to przedmioty, narzędzia kuchenne i gospodarskie, które wyszły z użytku i dziś stanowią wartość muzealną. Znajdują się także rzeźby i malarstwo współczesne autorów z Wycinek, a działa tam dwóch rzeźbiarzy, jeden z nich jest również malarzem oraz cztery panie hafciarki. Budynek – była szkoła - jest własnością gminy, która go miejscowej społeczności użyczyła. 
W 2009 roku zawiązało się Stowarzyszenie Miłośników Muzeum Kociewskiego w Wycinkach w gminie Osiek.
- Latem tego roku nasze Muzeum Kociewskie z galerią mojej fotografii będzie otwarte dla zwiedzających, serdecznie zapraszam – kontynuuje Usarkiewicz. – 10 maja 2011 roku rozpocznie się w Wycinkach drugi Plener Twórców Ludowych, który potrwa do 27 maja 2011 r. 
W ubiegłorocznym plenerze uczestniczyło dwadzieścioro dwoje twórców z Pomorza, którzy zostawili w miejscowych zbiorach ciekawe prace. Na tegoroczny plener zapisało się około trzydzieściorga ludowych artystów. 
- Dzięki panu Edmundowi Zielińskiemu przyjeżdżają do nas najlepsi twórcy ludowi z Pomorza – dodaje Usarkiewicz. - W ubiegłym roku po zakończeniu pleneru, chociaż pan Edmund nie był jego uczestnikiem, dostaliśmy kilka prac mistrza.  
Wernisaż poplenerowy odbędzie się w Muzeum Kociewskim w Wycinkach  26 maja 2011 r., na który już teraz gospodarze serdecznie zapraszają.
W Oddziale Etnografii Muzeum Narodowego zakupić można albumy ze zdjęciami Zenona Usarkiewicza ukazujące piękno Ziemi Kociewskiej. 

Zaproszenie na spotkania z muzyką i gwarą kociewską, warsztaty haftu kociewskiego, malowania na szkle, plecionkarstwa 

Ekspozycji towarzyszy bezpłatny folder z reprodukcjami zdjęć Zenona Usarkiewicza – panorama Starszew na okładce – i fotografiami wybranych ludowych kociewskich rzeźb oraz tekstem o walorach i urokach Kociewia.

- Wystawa, która czynna będzie do 10 lipca 2011 r., towarzyszy rozbudowany program edukacyjny na temat Kociewia – powiedziała Wiktoria Blacharska, kierownik Oddziału Etnografii. – W czasie weekendów odbywać się będą warsztaty rękodzieła kociewskiego. Panie hafciarki zapraszają na naukę haftu kociewskiego, Edmund Zieliński uczyć będzie jak się maluje na szkle. Planujemy spotkania literackie. Pierwsze – z udziałem Kociewiaka, Senatora RP, Andrzeja Grzyba, który wydaje kolejny tom „Bajek Kociewskich”. Zapowiedzi wszystkich spotkań znajdziecie państwo na naszej stronie. 
- Już teraz serdecznie zapraszam na Dzień Kociewski, który otworzy Letni Jarmark Etnograficzny przed naszym muzeum Etnograficznym 19 czerwca 2011 r. – kontynuuje Blacharska. – Będą pokazy kunsztu twórczości ludowej, będzie możliwość kupienia wspaniałych pamiątek wykonanych przez kociewskich artystów.
Źródło:  Gazeta Kociewska 

Fot. Katarzyna Kulikowska/Materiały Muzeum Narodowego w Gdańsku

Autor tekstu poseł Jan Kulas


E. Zieliński, "Ołtarz papieski dłutem stworzony"Drukuj
Edmund Zieliński jest nie tylko wybitnym twórcą ludowym, o uznanym i nagradzanym dorobku. Rzeźba w drewnie jest jego wielką pasją. Jest również cenionym organizatorem jako Przewodniczący Stowarzyszenia Twórców Ludowych w Gdańsku. Wielokrotnie organizował plenery twórców ludowych. E. Zieliński jest aktywnym katolikiem i wybitnym patriotą. Chociaż od wielu lat mieszka w Gdańsku na Zaspie, to zawsze podkreśla, że jest Kociewiakiem wywodzącym się z gminy Zblewo (wieś Białachowo). W ostatnim okresie E. Zieliński sięga coraz częściej po pióro. Aktualnie jest już autorem dwóch poważnych publikacji. Pierwsza z nich ma charakter wspomnień i refleksji nad dotychczasowym, ciekawym i pożytecznym, życiem. Tytuł książki jest następujący: „Na ścieżkach wspomnień…”. Na początku września 2010 roku E. Zieliński w ramach spotkania Trójmiejskiego Klubu Kociewiaków miał promocję książki pt. „Ołtarz papieski dłutem stworzony”. Wydawcą książki jest sam jej autor. Ta wartościowa i cenna książka liczy 159 stron. Autor zadedykował ją m.in. śp. Marianowi Kołodziejowi, Duszpasterzom gdańskim na czele z abp. Tadeuszem Gocłowskim i „wszystkim biorącym udział w organizacji i budowie ołtarza papieskiego w Sopocie”. 

Książka E. Zielińskiego pt. „Ołtarz papieski dłutem stworzony” jest lekturą niezwykle interesującą dla wszystkich zainteresowanych pielgrzymkami Jana Pawła II, w tym szczególnie Jego szlakiem papieskim do Gdańska, Gdyni i Sopotu, oraz dla sympatyków dziejów Pomorza. Nie jest to tylko książka o charakterze wspomnieniowym, co z racji wielkiego przeżycia w historycznym wydarzeniu, byłoby samo w sobie wystarczającą rekomendacją dla czytelników. E. Zieliński zadał sobie naprawdę duży trud, aby profesjonalnie zaprezentować genezę i etapy powstawania papieskiego ołtarza przed historyczną wizytą Jana Pawła II w Sopocie, w dniu 5 czerwca 1999 roku. Autor książki dzieli się nie tylko wspomnieniami i refleksjami, ale także przytacza oryginalne zapiski oraz teksty z nagrań kamerą wideo (VHS). W ten sposób stajemy się jakby żywymi uczestnikami poszczególnych stacji powstawania papieskiego ołtarza, począwszy od pierwszego spotkania w Łączyńskiej Hucie, z 8 września 1998 roku. Głównym mistrzem całego dzieła jest profesor Marian Kołodziej, który w dzieło papieskiego ołtarza zaangażował 47 twórców ludowych z Kaszub, Kociewia, Borów Tucholskich, Karajny oraz Powiśla! Słowem najbardziej znani i uznani twórcy ludowi z całego wielkiego Pomorza, pod kierownictwem M. Kołodzieja, ściślej jego wielkiej wizji „Drogi Krzyżowej”, rzeźbili przez wiele miesięcy poszczególne rzeźby. Powstawało dzieło wyjątkowe. Każdy z artystów wedle wspólnej koncepcji artystycznej nadawał cechy indywidualne swoim rzeźbom. W książce mamy kilkadziesiąt zdjęć i szkiców tego wyjątkowego ołtarza papieskiego. Szkoda jednie, że nie w kolorze. Dlatego bardziej dociekliwym czytelnikom, jako lekturę uzupełniającą, polecam album wydany (w 2002 roku) pod redakcją Jana Jakubowskiego, a zatytułowany „Ołtarze papieskie na Pomorzu”. Album też zgoła wyjątkowy i bardzo cenny.

Książkę E. Zielińskiego pt. „Ołtarz papieski dłutem stworzony” serdecznie polecam. Poza dużą dawką wiedzy o niezwykłym ołtarzu papieskim, jest to dodatkowa okazja do przeżycia „raz jeszcze” papieskiej pielgrzymi na Pomorze, w pamiętnym 1999 roku. Jak się potem okazało była to druga i ostania pielgrzymka Jana Pawła II na Pomorze. Szczęśliwie pomorscy artyście ofiarowali Jemu wszystko, co mieli najlepsze. Zdobyli się, całkiem społecznie, na wysiłek niepospolity  i kunszt ogromny. Obecnie jak zawsze przedstawiam kilka informacji o bezpośredniej zawartości książki. Składa się ona z wstępu oraz siedmiu rozdziałów. We wstępie autor kreśli swoje przesłanie i podkreśla, że w trakcie prac przygotowawczych do papieskiego ołtarza, uczestniczył w „spotkaniach publicznych, dotyczących sprawy wyjątkowej”. Tak w istocie też było. Warto przy okazji nadmienić, że współorganizatorem tych spotkań był znany historyk prof. Józef Borzyszkowski. Na strukturę książki składają się następujące rozdziały: 1. Mój udział w budowie ołtarza papieskiego w Sopocie, 2. Drugie spotkanie z Marianem Kołodziejem, 3. Trzecie spotkanie w pałacu Ferberów, 4. Plener papieski, 5. Artykuł Aliny Afanasjew, 6. Twórcy ludowi biorący udział w budowie ołtarza papieskiego w Sopocie, 7. Lokalizacja rzeźb z ołtarza papieskiego – moje ustalenia. Dla potomnych i ich najbliższych rodzin, bardzo ważne jest staranne odnotowanie autorów poszczególnych rzeź papieskiego ołtarza!       

Książkę E. Zielińskiego pt. „Ołtarz papieski dłutem stworzony” czyta się z dużym zainteresowaniem. Nie da się ukryć, że wartość dokumentacyjna publikacji jest ogromna. Na pewno ma rację autor, że „budowę ołtarza papieskiego” warto było upamiętnić. Warto było również przybliżyć klimat i atmosferę przygotowań do pielgrzymki Jana Pawła II na Pomorze, w 1999 roku. Doskonale pamiętam te wydarzenia z osobistych przeżyć w Sopocie i w Pelplinie. Dzięki tej pięknej książce bliżej poznajemy wielką indywidualność twórczą prof. Mariana Kołodzieja. Należy z mocą podkreślić, że był on głównym architektem i artystą dwóch ołtarzy papieskich, w Gdańsku 1987 roku (dnia 12 czerwca, msza św. pod przewodnictwem Jana Pawła II), sławny ołtarz z wizerunkiem okrętu, i omawianego tu, w Sopocie w roku 1999, „Drogi Krzyżowej”. Nie przypadkiem też niedawno Sejmik Woj. Pomorskiego przyznał swoje najwyższe wyróżnienie „Za zasługi dla Województwa Pomorskiego”, właśnie prof. Marianowi Kołodziejowi. Szczęśliwie artysta zdążył niejako u kresu życia, odebrać je osobiście. Ten wielki i zasłużony artysta, zmarł niestety, dnia 14 października 2009 roku. Nade wszystko jednak książka E. Zielińskiego jest pomnikiem słowa żywego dla grupy 47 pomorskich artystów pod przewodnictwem prof. M. Kołodzieja, którzy swój talent i ciężką pracę ofiarowali, jak pisze autor, „naszemu rodakowi i przyszłemu Świętemu”. Warto podkreślić, że w tym wielkim i pięknym dziele E. Zieliński ma swój duży, znaczący udział! Oddajmy głos śp. prof. M. Kołodziejowi, który dziękując w 1999 roku artystom za współpracę, tak napisał do autora tej książki: „Panu Edmundowi Zielińskiemu za wspaniałą obecność na <<Ołtarzu>> - za współpracę, za trudy organizacyjne, za życzliwość – najserdeczniej dziękuje Kołodziej”.             

poseł Jan Kulas
Zmieniony ( 20.09.2010. )
Redaktor: Biuro 14.09.2010.
 
« poprzedni następny »