poniedziałek, 1 czerwca 2015

PIĘKNA MADONNA PAŁUBIŃSKA NIEZNANEGO RZEŹBIARZA! - WĄTEK HISTORII O ROWIŃSKICH I CHĘCIŃSKICHDrukujE-mail
wtorek, 09 grudzień 2014


Historia o poszukiwaniu grobu słynnego adwokata z Krakowa Stanisława Rowińskiego, jaką opublikowałem w kwietniu w magazynie "Rejsy" (tu jest "wejście" do tej całej historii), stała się początkiem kilku innych powiązanych ze sobą historii i ciągle dynamicznie się rozwija.


Przedwczoraj np. otrzymałem e-maila od Ryszarda Chęcińskiego z Kalifornii ze skanem Dyplomu Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata Sławomira Chęcińskiego, przybranego dziadka pana Ryszarda. Biologicznym dziadkiem Ryszarda Chęcińskiego był, jak już wcześniej napisałem, Stanisław Rowiński. Niedawno wysłałem mu zdjęcia Władysława Rowińskiego, gdyż pan Ryszard całe życie marzył, by zobaczyć, jak wyglądał jego biologiczny ojciec. Teraz już wie. 
Wczoraj odwiedziłem w Pałubinku panią Teresę Miloch z domu Białas, ciocię Ryszarda Chęcińskiego, która wychowywała go od dziecka w tej wioszczynie. To tu Ryszard w wieku 5 lat szedł pasać gęsi z książką pod pachą ("taki był mądrala"), to tu chodził do pierwszych klas szkoły podstawowej, a do starszych klas w szkole w Pinczynie. Tym samym cała ta wielka historia o Rowińskich, Chęcińskich i innych toczy się we Lwowie, Krakowie, Kocborowie, Warszawie, Łodzi, Gdańsku, Wielkiej Brytanii, USA - w Kalifornii, w Niemczech, gdzie zamieszkała mama pana Ryszarda, i... od wczoraj toczy się również w Pałubinku. 









Już w pierwszych słowach zaskoczyłem panią Teresę Miloch pytaniem, czy wie, jak się nazywa biologiczny ojciec Ryszarda Chęcińskiego. Pani Teresa nie znała! ...Wkrótce tę całą historię opowiem szerzej, gdyż jest znacznie ciekawsza od byle telenoweli. Teraz zupełnie o czymś innym. 
Gdy pani Teresa wyjmowała z albumików stare zdjęcia z Pałubinka oraz Pinczyna i tasowała je niczym talię kart, kątem oka dostrzegłem w pokoju (siedzieliśmy w kuchni) Ją - Piękną Madonnę Pałubińską, rozmarzoną w ślicznych polichromiach. Nawet z daleka nie wyglądało to na gips, bo gipsowe tak zwane Madonny z reguły mają sztywne szyje, kiczowate symetrycznie zgięte ręce i lalkowate, przecukrzone twarze. 



Zerwałem się z krzesła i bez słowa wyjaśnienia ruszyłem do pokoju, a tam wziąłem Ją z mebla, od plazmy i wolniutko postawiłem na stole, oglądając ze wszystkich stron, a nawet i - co zabrzmi może dziwacznie - od dołu. Oczywiście - mruknąłem w myślach z satysfakcją - drewno, najprawdziwsze drewno z uczciwym drewnianym pęknięciem na plecach! 
Po chwili słuchałem dalej pani Ireny. - Ta rzeźba - mówiła - stała w jednym z czterech ołtarzyków bożej męki po drugiej stronie ulicy, u Adamowskich. Tak, tak, TYCH Adamowskich od Renault. Kazimierz Adamowski był wujkiem Ryszarda. Stały cztery rzeźby: ta właśnie Matka Boska, Święty Roch, Archanioł Gabriel i mniejsza Matka Boska. Niemcy przygotowywali się do zburzenia kapliczki, a moja teściowa, Maria Miloch z domu Landowska, wzięła worek, przyniosła w nim te cztery figury i ukryła. Jedną wziął Ryszard, dwie inne dzieci... Być może Ryszard ma w Kalifornii. Hm.. Rysiek mieszkał tu od dziecka... Ma pan może do niego numer telefonu? Ma pan, do dobrze. Zapiszę sobie...Tęsknił za matką, która go tutaj zostawiła. Mając 9 lat wsiadł w Tczewie do pociągu i pojechał do niej do Lublina. Do Tczewa zawiózł go mój mąż Józef, który pracował na PKP. Po mniej więcej tygodniu wrócił rozczarowany... Co tu mam jeszcze za zdjęcia? Różne. Na przykład Zygmunta Milocha w Anglii. Służył u Maczka. O i jest to - moja I Komunia w 1949 roku (urodziłam się w 1936 r.) w starej kaplicy w Pinczynie. Stała tam, gdzie teraz jest parking. Kościół oczywiście był, ale stara kaplica też. Odbywały się w niej rozmaite imprezy, także i przedstawienia. Byłam na przykład na "Dziadach"... 
Na zdjęciach: Piękna Madonna Pałubińska (czy to nie wybitnego rzeźbiarza z wsi Więckowy Rekowskiego?); pani Irena Miloch; I Komunia pani Ireny w 1949 r. w Pinczynie; młody Ryszard Chęciński w Gdańsku; mąż pani Ireny Józef Miloch na rowerze w drodze do pracy na PKP (tak się kiedyś dojeżdżało).




To bardzo ciekawa historia. W związku z tym postanowiłem przenieść ją do mego bloga, by mieć  pod ręką to opracowanie.
Pałubinek, Pinczyn, to wsie  gminy Zblewo - dobrze mi znane.
E.Z.










poniedziałek, 4 maja 2015

TEGO DNIA ŚW. FLORIAN SZCZEGÓLNIE SPOGLĄDA NA SWOICH PODOPIECZNYCHDrukujE-mail
poniedziałek, 04 maj 2015


Jak najmniej wyjazdów do pożarów i tragicznych zdarzeń, a jak najwięcej na festyny, które wspaniale uatrakcyjniacie!
Druhowie Drodzy, bliscy memu sercu członkowie Ochotniczej Straży Pożarnej w Zblewie. 


Dziś Wasze święto - Dzień Strażaka. W tym dniu zawsze wracam pamięcią do moich młodych lat, kiedy sam uczestniczyłem w działaniach OSP.  

Na owe czasy byliśmy dobrze zorganizowaną i wyposażoną jednostką.  I wtedy święciliśmy Dzień Strażaka. Druhowie wolni od pracy zawodowej przywdziewali mundury, by przypomnieć mieszkańcom, że tego dnia św. Florian szczególnie spogląda na swoich podopiecznych.
Cóż Wam życzyć z okazji Waszego święta? Jak najmniej wyjazdów do pożarów i do tragicznych zdarzeń. A jeśli już trzeba będzie spieszyć na ratunek, poszkodowani niech odczują Waszą profesjonalną pomoc, a po akcji byście wszyscy wrócili cali i zdrowi do macierzystej jednostki.
Życzę Wam Druhowie zdrowia i pomyślności w życiu osobistym.
Z pozdrowieniem
Edmund Zieliński
Honorowy Obywatel Gminy Zblewo

wstecz dalej »
EDMUND ZIELIŃSKI. BIAŁACHOWO. CHWALILI TEGO SAMEGO BOGA, A ŻE INACZEJ?DrukujE-mail
poniedziałek, 04 maj 2015


Miejscowi o tym wiedzą, inni niekoniecznie, że na skraju Białachowa w kierunku południowym znajduje się stary ewangelicki cmentarz, po niemiecku zwany Friedhof, a przez miejscowych swego czasu nazywany chyrchacz (skąd ta dziwna nazwa?).


Mijałem go chodząc do czteroklasowej szkoły w tej wsi i przy innych okazjach. W tamtym czasie, że to jest cmentarz, mówiły zachowane jego liczne nagrobki, zwłaszcza w jego wschodniej części. Jako dzieciaki, z Józkiem Baczkowskim, Gerardem Bielińskim, czy Władkiem Gołuńskim, biegaliśmy po tej nekropolii bez szacunku dla pogrzebanych tu byłych mieszkańców okolicznych wsi, zapewne i Białachowa, chociaż niewielu było tu mieszkańców wyznania ewangelickiego. Jak wspomina moja siostra Danusia, według opowiadań dziadków, chowano tam również zmarłych z Borzechowa. Wtedy mieliśmy inną świadomość odnośnie cmentarzy innowierców. I wtedy, mijając to miejsce wiecznego spoczynku,należało zdjąć czapkę i powiedziećwieczne spoczywanie racz im dać Panie! Przecież chwalili tego samego Boga, a że inaczej?


Droga do Białachowa, po prawej cmentarz
Kiedy ten cmentarz powstał, w jakich okolicznościach, nie wiem. Jego historia sięga co najmniej XIX wieku. Kiedy dokonano ostatniego pochówku? Zapewne przed 1920 rokiem, gdy Pomorze przyłączone zostało do Polski. W tamtym czasie cmentarz ten ogrodzony był kamiennym murem wysokości około metra i porośnięty nielicznymi drzewami, zaznaczającymi główną aleję. Od strony drogi była kilkumetrowa przerwa w murze, spełniająca rolę bramy wejściowej na cmentarz. Zaraz za wejściem stała potężna lipa. Jak ona pięknie pachniała w czasie kwitnienia. Z daleka słychać było dziwną muzykę – jednostajne brzęczenie uwijających się wśród miododajnych kwiatów, pszczółek. 

Resztki nagrobków


Resztki obramowań nagrobków

Z czasem zniknęły kamienie okalające cmentarz, nagrobki utonęły w porostach, wreszcie całe to miejsce porosło licznymi chaszczami. Teraz jest to kępa zarośli, w niczym nieprzypominająca dawnego cmentarza. Gdzieniegdzie jeszcze możemy natrafić na obramowania grobów i szczątki tablic. Resztę kryje gruba warstwa porośniętej trawy i chaszczy. Wierzę, że przy jakimś nakładzie sił i środków, można odsłonić nagrobki. Może znalazłyby się jeszcze niejedno epitafium informacje o zmarłych, jakieś nazwisko, data? Znacznie wzbogaciłaby się historia wsi Białachowo. Tego rodzaju pamiątki istnieją jeszcze na cmentarzu ewangelickim w Zblewie przy ulicy Starogardzkiej. 

Zdewastowany pomnik nagrobny


Tak wygląda cmentarz dzisiaj – strona zachodnia


Cmentarz dzisiaj – strona południowa


Wiem, co się stało z kamieniami otaczającymi cmentarz. Po prostu posłużyły za materiał budowlany inwestycji w Zblewie. Dokładnie, Gminny Ośrodek Kultury i Urząd Gminy mają w swoich fundamentach kamienie z białachowskiego cmentarza. Ówczesnych decydentów niczym nie obwiniam za wykorzystanie tych kamieni do budowy tych obiektów. W tamtych czasach spojrzenie na ewangelickie nekropolie miało zupełnie inny charakter. To były miejsca, do których społeczeństwo nie miało szacunku. Wiele takich miejsc zrównano z ziemią, pozakładano parki, po ścieżkach których chodzą spacerowicze, najczęściej nieświadomi, że depczą szczątki ludzi, których rodziny z żalem tu chowali. Tak stało się z wielkimi nekropoliami leżącymi wzdłuż dzisiejszej Alei Zwycięstwa we Wrzeszczu, kiedy to na początku lat 70. XX wieku spychacze równały teren, na złom wywożono liczne krzyże i artystycznie kute obramowania grobów, czego byłem świadkiem. Wiele nagrobków, a były to prawdziwe dzieła sztuki, po prostu zmieniało miejsce lokalizacji. Płyty nagrobne z inskrypcjami Hier ruht In Gott… (tu spoczywa w Bogu…) po przeszlifowaniu oferowano ponownie klientom. W wielu wypadkach posłużyły do utwardzania dróg.

Zastanawiam się, jak można jeszcze dziś uszanować dawnych mieszkańców Białachowa i okolicznych wsi spoczywających na tym zapomnianym cmentarzu. Nie chcę się wymądrzać i niczego sugerować. Mieszkańcy Białachowa powinni sami zadecydować, jak uszanować to miejsce. Jeśli miałby tam stanąć krzyż, obiecuję wyrzeźbić pasyjkę.

Mieszkający obok cmentarza Pan Krzysztof Tomczak, zapalony genealog - amator, pamięta o zmarłych spoczywających na tym cmentarzu, zapalając im znicze pamięci. Dzięki, Panie Krzysztofie.

Gdańsk 2 maja 2015 Edmund Zieliński

Ps. 
W swoim felietonie świadomie nie rozwodziłem się nad pochodzeniem słowa chyrchacz, z nadzieją, że może ktoś zwróci na to uwagę. I tak się stało. 8 maja 2015 tak napisał do mnie mój przyjaciel z Breisach am Rhein Janek Stachowiak:

           Czytałem o białachowskim cmentarzu ewangelickim , na którym pochowani są ludzie różnego wyznania. Wiem, że są tam również groby żydowskie( podobnie jest w Radziejewie na Chyrchaczu niedaleko naszego domku).
Pytasz,  dlaczego nazwa „CHYRCHACZ”- otóż jest to w  czasie wielu lat zmieniana nazwa, przekręcana fonetycznie przez miejscową ludność ( żydowską, niemiecką polską, kociewską) miejscowego, z    czasem zapomnianego ,niszczonego cmentarza   ( nieświadomie, czasem celowo z nakazu panujących władz). Z języka niemieckiego dawniej nazywano cmentarz KIRCHHOF. Jeżeli leżeli tam Żydzi – mówiono KIRKUT. Potocznie określano to miejsce ;  Kierchal, Kirchol,  Kirchhut,  Kerchal,  Cherchal  Cherchacz- ostatnie, występuje w nazewnictwie stosowanym w zaborze pruskim  przez zniemczonych polaków, tak było w zachodnich Prusach i tak pozostało w nazywaniu tych miejsc przez miejscowych. Mówili tak ich dziadkowie , rodzice, wiec i oni  tak mówią , a może za kilka lat znów „coś”przekręcą i przyjmie się inna potoczna nazwa.

Janek - bardzo dziękuję.


wsteczdalej »

piątek, 1 maja 2015

CAŁE ŻYCIE JEST PYTANIEM, CZY TO JEST PRZYPADEK, CZY... REGINA MATUSZEWSKA C.D.DrukujE-mail
piątek, 01 maj 2015
Po dłuższej przerwie kieruję na stronę internetową „Wirtualnego Kociewia” kolejne odcinki wspomnień i refleksji Pani Reginy Matuszewskiej z Czarnegolasu. Nie dalej jak wczoraj w rozmowie telefonicznej z Panią Reginą. Dowiedziałem się, że poszczególne odcinki wspomnień czytają internauci we Włoszech, Anglii, Niemczech, a ja dodam, że moi znajomi w Perth i Sydney w Australii też czytają. Co więcej, pytają się, kiedy będą następne. No to do dzieła Panie Tadeuszu, bo tylko dzięki Panu wspomnienia Pani Reginy wędrują w daleki świat. E.Z.

Miejmy odwagę żyć
Część XV wspomnień Reginy Matuszewskiej

Nie tak dawno przyjechał z wizyta do Polski premier Izraela. Mówił, że on urodził się w Zalesium województwo łomżyńskie. Myśmy do tego Zalesia chodzili do kościoła. Nikt nie myślał wtedy, że na tej wiosce deskami zabitej urodzi się taki wielki człowiek. Widać, wielcy ludzie dość często wywodzą się z ludu. U moich teściów Żydzi często nocowali. Mąż opowiadał, że mieli rzemienne pacierze. Jeden mieli na czole pod czapką, drugi mieli owiązany na ręce. Myślę, że nosili blisko ciała, żeby lepiej pamiętać o dziesięciorgu przykazaniach. Do modlitwy ściągali i się długo modlili. Oszukiwali ludzi, ale w handlu to chyba musi oszukiwać. W dzisiejszych czasach też handlarze oszukują. Handel to nie kradzież. Jak kto nie umie, to niech się za ten zawód nie bierze.
Dziś to nie wiadomo, za co się brać. Tyle zawodów zginęło i nadal ginie. Wyręczają nas fabryki. Produkują, co tylko jest człowiekowi do życia potrzebne. Produkuje się różnego rodzaju roboty, miksery, żeby ulżyć naszym rękom, żeby mieć czas na odpoczynek. Już teraz i za nas myślą komputery, wszystko zaprogramowane. Śpiewać za nas śpiewają kasety. Wszystko za nas ktoś robi. Już się nie opłaca nic robić , bo wszystko można kupić taniej. Ręczna praca jest nieopłacalna. Więc co mamy robić? Tyle ludzi jest w tym czasie bez pracy, coraz więcej bezrobotnych i bezradnych. Ludzi przybywa, a pracy ubywa. Niknie nadzieja młodych ludzi na przyszłość. Starsi ludzie też czują się już niepotrzebni, nie zawsze jest o co ręce zawadzić. Myśmy kiedyś żyli swoją pracą. Cieszyła nas, gdyśmy coś robili i z tego coś wyszło. 
Dawniej miał zajęcie stary i mały. Wszystko się to jakoś wiązało w jedną całość. Nigdy nie było słowa nuda. Dziś wszyscy patrzą w telewizor, bo inaczej by się zanudzili. Dziś nie ma powiedzenia, że telewizor to złodziej czasu. Niektórzy odzwyczaili się od pracy, niektórzy zdrowo chorują. Podłożą coś, gdzie trzeba i chorują, narzekają, nie wiedząc, że ruch leczy. Zadowolenie z pracy, to zadowolenie z siebie, to spokój naszej duszy. Jeśli jest zdrowy duch, to i ciało zdrowieje. W dzisiejszych czasach większość ludzi choruje duchowo, nie mogą sobie sami z tym poradzić. Mają różne kompleksy. Czasami wystarczy przed kimś się wywnętrzyć i już jest lepiej. Czasem człowiek boi się ośmieszyć i dusi w sobie to wszystko i to się bardziej pogłębia. Pochylamy się coraz niżej. W końcu byśmy powiedzieli do całego świata – przepraszam, że żyję, za to, że się urodziłem. A trzeba myśleć inaczej, trzeba myśleć, że każdy człowiek jest cząstką tego świata, choćby tylko był tak malutkim jak ziarnko piasku albo kropla wody. Ale z tych ziaren i tych kropelek wody trzyma się cały świat. Jak będziemy zawsze myśleć, jak komuś pomóc, coś zaradzić, czasem wystarczy kogoś wysłuchać, czy kogoś pozdrowić, już nam samym zrobi się lżej. Samo to myślenie już nas będzie leczyło i dodawało siły do życia. Człowiek chyba każdy się cieszy, jak może być komuś i do czegoś potrzebny. Inaczej myśleć - nie byłoby sensu życia, a sens życia jest, trzeba tylko samemu dojść do wewnętrznego spokoju. Nauczyć się słuchać tego duchowego głosu. Każdy, gdy o sobie pomyśli od maleńkości, to na pewno znajdzie takie wydarzenia, że pomyśli, że miał wielkie szczęście czegoś uniknąć. 


Regina Matuszewska ze swoim Aniołkiem. Foto E. Zieliński 16 maja 2011

Jak pomyślę o sobie, to myślę, że miałam je kilka razy w życiu. Najpierw gdy byłam mała i się topiłam. Ktoś te kobiety skierował w moją stronę i mnie wyratowały. Gdy miałam dwadzieścia lat, nie mogłam przyjść do siebie po połogu, grypie i krwotokach. Byłam słaba, ale chęć życia mnie wyleczyła, a może inna Opatrzność mi pomogła. Gdy miałam trzydzieści lat, wybrałam się z siostrą i jej znajomą w podróż koleją. Przyjechałyśmy do Starogardu od Skórcza i trzeba było szybko biec na peron drugi, żeby wsiąść w pociąg do Tczewa.Biegniemy, a tu pociąg do Tczewa już rusza. Mamy każda obydwie ręce obciążone. W jednym momencie konduktor, chyba o sile Herkulesowej, powrzucał nas wszystkie trzy razem z naszym bagażem. Myśmy też nie były szczuplutkie, ale z bagażem na pewno siedemdziesiąt kilo każda miała. To był moment i później spokojnie nie mogłam o tym myśleć. Wolałam odrzucać od siebie te myśli, co mogło się z nami stać, gdybyśmy próbowały same wskoczyć do pociągu. Czy ten konduktor miał taką wielką siłę, choć na takiego nie wyglądał, czy ta siła w jednej sekundzie w niego wstąpiła?
Myślę, że ktoś nam pomaga w życiu, choć my tego nie zauważamy. Może nasi najbliżsi zmarli, może anioł stróż przy nas wiecznie czuwa i chce nas obronić od nieszczęścia. Może jest tak, jak mówi się w pacierzu - jako w niebie, tak i na ziemi. Może to tu na ziemi mamy swoich znajomych, którzy nam dobrze życzą, a czasami i źle. I w niebiesiech mamy takich, którzy nam pomagają, starają się, a ktoś może nam i psocić, jak to się mówi, każdy ma swoich świętych. Jak się ma więcej, którzy nam sprzyjają, to nam się jakoś układa, jak jest odwrotnie - popadamy w kłopoty. Jak za dużo tych kłopotów, nie możemy sobie z nimi poradzić, zaczynamy gubić pewność siebie. Duchowa harmonia się psuje, przychodzą smutne myśli i nie mamy siły ich odegnać. Musimy wtedy szukać drugiego człowieka, żeby nas chociaż wysłuchał, a już będzie nam lżej. 
Są ludzie, którzy się martwią na wyrost. Nie mają większych zmartwień, to się martwią byle czym. Czy defektem swojego wyglądu, czy jak muszą słabiej zjeść, czy coś trudniejszego wykonać. Żeby jeszcze to umartwianie pomogło, to by sobie człowiek rozłożył na cały tydzień. Dziś będę martwić się o syna, jutro o córkę, trzeciego dnia o inną pomoc i tak dalej. Nasze zmartwienia nic nam nie pomogą, a jeszcze innym humor psują. Podobnież smutnego człowieka Pan Bóg do nieba nie chce, bo by mu ciągle humor psuł. Zamiast się zamartwiać, jak jest za dużo tego wszystkiego, zrobić coś trudnego albo miłego. Podobnież dobre na stresy wyszorować garnek do połysku czy coś w tym rodzaju. Czasami pomaga umycie głowy. Ja jak byłam młodsza i miałam czegoś za dużo na głowie, leciałam do swojej sąsiadki. Ona była taka, że wiedziała wszystko o wszystkich. Musiała się z tym podzielić, kogo miała pod ręką. Ona tym żyła, przesyłała wiadomości dalej. Na pewno byłaby dobrym dziennikarzem, gdyby miała możliwości zdobyć wiedzę. Ja się nasłuchałam jej wiadomości i leciałam do domu weselsza. Sąsiadka wyprowadziła się, nie miałam gdzie lecieć. Wtedy brałam się za szycie, najlepiej uszyć czy przerobić ze starego coś sobie. Wtedy się przymierza w lustrze i się widzi świat w niebieskich kolorach. Zakupy zrobić, ogródek wypielić, czy jak kto woli i na sobie wypróbować, położyć się na chwilę i myśleć, przypominać najlepsze dni z mojego życia. Moja matka nieraz mi mówiła, gdy coś zgubiłam - zgubisz, nie smuć się, a znajdziesz, nie ciesz się. Bo zwykle tak bywa, po smutku przychodzi radość, a radość też krótko trwa. Matka mówiła - trzeba życie znosić takie, jakie jest, bo na tym świecie to jest dolina płaczu. 

Dworzec kolejowy w Starogardzie z roku 1916. Reprodukcja z albumu „Dawny Starogard”

To życie to jest jakby jechał pociągiem w daleką podróż. W życiu mamy przygody i różne niespodzianki. Jedni ludzie się rodzą, drudzy umierają. W pociągu tak samo, jedni wsiadają, drudzy wysiadają i też różne przygody się nam zdarzają. Albo jak okręt na oceanie - wie, z jakiego portu wypłynął, ale nie wie, gdzie ustanie. Byłam młodsza, to się śmierci bałam, odrzucałam myślenie o niej. Po przeczytaniu książek „Życie po życiu”  (Raymonda A. Moody - E.Z.) i „Życie po śmierci”  Szumana, zaczęłam inaczej myśleć. Nie boję się i często o niej myślę, szczególnie przed snem. To mnie samo nachodzi, lecz nie budzi strachu, tylko budzą się refleksje, jak to może być z człowiekiem. Nieraz myślę, że to jest jak z wężem - gubi jedną skórę, a nabywa drugą. Gorzej mi się pogodzić z ludzkim cierpieniem. Jak cierpi dorosły, co trochę grzechów nabrał na swoje barki, to rozumiem. Jednakowoż nie rozumiem za co cierpią dzieci, które urodzą się niesprawne, odrzucone, niewidome itd. Za co one tak cierpią? Chyba nie za to, że ktoś tam kiedyś nagrzeszył. Czy jest tak, jak z drzewami. Urosną piękne, wyniosłe, silne, a przy nich małe i koślawe, ale też stroją swoim walorami inszymi. Robią piękne tło dla tych wysokich, pięknych i silnych, a nawet więcej – zacisze. Dużo jest takich niepozornych drzew, krzewów i roślin, które człowieka leczą i może przez to też czują się potrzebne. Do ludzi, też zwracamy się o pomoc do tych mniej wyniosłych. Jest pewniejsze, że ten biedniejszy prędzej ci pomoże, niż ten bogaty. 
Może cierpienia każdy dostaje tyle, ile może wytrzymać. Może, gdy patrzymy na cierpiących, to i sami cierpimy i wtedy to nam trudno znosić. Są ludzie, że nie widzą cierpienia, nieraz sami je zadają. Czy oni są silniejsi od nas, czy może brak im czegoś, tego wyczucia wewnętrznego. Może są przez kogoś, czy siły wyższe, nasłani. Myślę o Hitlerze, Stalinie, czy innych dawnych przywódcach. Może ktoś tym kieruje, żeby była jakaś norma w ludziach na tej ziemi. Chcieliśmy być mądrzejsi niż siły wyższe, chcemy pokoju, walczymy o ten pokój. Wszystko planujemy, nawet dzieci, za dużo - to usunąć, a czy to też nie jest zbrodnia? Człowiek, czy duży, czy mały, to też człowiek. Gdy się urodzimy, od urodzenia uczymy się poznawać świat, ale rozum już mamy, tylko go rozwijamy. Zrobiliśmy taki wielki postęp w naszym życiu. Tyle nauczyliśmy się, tyle zdobyliśmy wielkich nauk, a po prawdzie – to nie odgadliśmy zagadki naszego życia. Wiemy, że nic nie wiemy. Całe życie jest pytaniem, czy to jest przypadek, czy przeznaczenie. Na życie nie ma recepty. Każdy musi sam podejmować decyzje. Czasami z tymi decyzjami jest tak, jak by w karty grał – kto ma szczęście, ten wygrywa. Człowiek chciałby znać odpowiedź na wszystkie dręczące pytania. Z drugiej jednak strony może dla nas jest lepiej, jak wszystkiego nie wiemy? Miejmy odwagę żyć.

Z rękopisu Pani Reginy Matuszewskiej przepisał Edmund Zieliński
Gdańsk 1 maja 2015

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

                                     Kociewie rękodziełem stoi

                W niedzielę dnia 22 lutego 2015 roku w Fabryce Sztuk w Tczewie  miało miejsce otwarcie wystawy rękodzielników z Kociewia zatytułowanej „Kociewie – serdeczna strona świata”. Kuratorem wystawy jest pani mgr Kamila Gillmeister – etnograf. Na wystawie zgromadzono hafty, rzeźbę, malarstwo na szkle, plecionkarstwo, intarsję, fotografie i malarstwo sztalugowe.  Wystawę zorganizowano ze zbiorów Fabryki sztuk w Tczewie, Muzeum Kociewskiego w Wycinkach oraz ze zbiorów prywatnych Kamili Gillmeister i uczestników wystawy.
               Wystaw o podobnej tematyce jest niezwykle mało i chwała organizatorom za jej realizację. By wystawa mogła zaistnieć muszą być eksponaty i ich twórcy. I tu pozwolę sobie wymienić artystów biorących udział w wystawie. Rzeźbę reprezentują: Jerzy Kamiński z Barłożna, Tomasz Bednarczyk ze Starogardu, Leszek Baczkowski z Franka, Michał Ostoja-Lniski z Czarnej Wody, Roman Samorowski z Wycinek i Marek Zagórski z Rokocina.
Malarstwo wystawiają : Andrzej Venulet i Krzysztof Bagorski z Małego Bukowca, Irena Zagórska z Rokocina, Ryszard Rosławski ze Starej Kiszewy, Teresa Trzewik z Ciecholew, Jolanta Stepun ze Starogardu, Anna Mierzejewska – Otta z Franka, Malwina Dzwonkowska ze Stężycy.
Swoje piękne hafty na wystawie pokazują: Anna Ledwożyw z Osowa Leśnego, Krystyna Engler z Pinczyna, Stefania Wielińska z Wycinek, Maria Leszman z Pelplina i Katarzyna Nowak z Tczewa. Natomiast Zenon Pląskowski z Rokocina pokazuje na wystawie intarsję.
Licznie zgromadzone na wystawie fotografie podpisane są przez: Andrzeja Grzyba, Henryka Spychalskiego, Tomasza Rogalskiego, Marcina Pląskowskiego, Zenona Usarkiewicza i Piotra Januszewskiego.
                  Bardzo spodobała mi się wypowiedź pani mgr Kamili Gillmeister podczas otwarcia wystawy. Jej słowa zasługują na publikację, co niniejszym, za zgodą autorki,  czynię.
Kociewie – region etnograficzny, który coraz bardziej jest rozpoznawalny. Coraz więcej osób wie, że Kociewie nie jest subregionem Kaszub. Jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów jest sztuka ludowa.
Czym dzisiaj jest sztuka ludowa? Czy dzisiaj istnieje sztuka ludowa? Co oznaczają słowa współczesna sztuka ludowa? Na te pytania nie można odpowiedzieć jednym zdaniem, nie mówiąc już o prostych słowach tak/nie. Na studiach etnologiczny/antropologicznych studenci uczą się wielu teorii czym jest sztuka ludowa. Każdy z naukowców dodaje swoje do teorii. I tak naprawdę po zajęciach studenci wychodzą z mętlikiem w głowie.
Logicznie rzecz ujmując sztuka ludowa nie może istnieć, bo nie ma ludu. Zdecydowanie zmieniła się funkcja prac. Kiedyś rzeźbiono, malowano na chwałę Pana Boga, Maryi i świętych. Zresztą świątki  ludowe były traktowane jako realne istoty obdarzone realnymi zmysłami. Jeśli dany święty, np. Jan Nepomucen nie wywiązał się ze swojego zadania, to chłopi potrafili wymienić tę nieskuteczną figurę na nową, ale tego samego świętego.
Twórcy bardzo często byli anonimowi – nie podpisywali swoich prac. Z klasycznego okresu rozwoju sztuki ludowej, czyli II połowy XIX wieku znamy bardzo mało nazwisk twórców. Wśród ludności nie istniało pojęcie sztuki, twórców. Nie istniała żadna ochrona twórców. Wzory i wiedzę na temat świętych i otaczającego świata zdobywano z kazań kościelnych, opowiadań dziadowskich i innych. Wizerunki świętych miały się spodobać zbiorowości, bo to zbiorowość zamawiała i akceptowała dane prace.
Dzisiaj przede wszystkim zmienił się odbiorca prac twórców. Jest to przede wszystkim odbiorca miejski. Prace pełnią całkowicie inne funkcje – są to funkcje dekoracyjne. Przez lata PRL-u i kolejne lata po 1989 roku pojawiły się nowe tematy – świeckie, konkursy sztuki ludowej na Staliny, Leniny, Kościuszków itp. Czyli tematy kompletnie obce sztuce ludowej. Młodzi zaczęli zachwycać się kulturą ludową związaną z folklorem andaluzyjskich Cyganów, obejmujące muzykę, śpiew, taniec, strój i zachowania, czyli flamenco, tańczymy tańce celtyckie i irlandzkie. A polskie tradycje były kwitowane machnięciem ręki: wiocha. Jednak w ostatnich latach elementy sztuki ludowej różnych regionów Polski znajdujemy na ubraniach, meblach, rzeczach codziennego użytku. Prym w tym wiodą elementy łowickie.  Zaczynamy rozumieć, że ludowość staje się naszym plusem i może być niezłą wizytówką Polski na świecie. Oczywiście mówię tu o ludowości dobrze rozumianej. O jej pełnej harmonii, bo sztuka ludowa nie była nigdy kiczem. Wystarczy wspomnieć pawilon polski na wystawie EXPO 2010 w Szanghaju, który został zainspirowany polskimi wycinankami. Dzięki etnodizajnowi zaczynamy to rozumieć. Także elementy kociewskie zaczynają się pojawiać na torebkach, filiżankach, obudowach do telefonów. I mam nadzieję, że właśnie dzięki temu Kociewie nie będzie obcą nazwą dla osób z innych regionów i nie będą mylili nas z naszym znanym sąsiadem.
Na zakończenie opowiem jedną sytuację, która mnie spotkała kilka lat temu w Gdańsku. Na ulicy Mariackiej, jak państwo wiedzą, można zakupić różnorodne rękodzieło, m.in. hafty z Pomorza. Stoję obok stoiska i oglądam pięknie wyszywane serwety: kociewskie, kaszubskie (przede wszystkim była tam szkoła żukowska i borowiacka). Obok mnie stoją dwie panie i oglądają obrus z motywem kociewskim, a jedna z nich mówi – jakie te hafty kaszubskie są ładne, piękne i kolorowe. W tym momencie odezwał się mój lokalny patriotyzm (mimo iż w połowie jestem Kaszubką;) i mówię, że akurat ten obrus jest wyhaftowany wzorami kociewskimi. Pani spojrzała na mnie jak na istotę z innego świata i zadała pytanie: jakimi wzorami? A Kociewie to nie Kaszuby?
Mam nadzieję, że m.in. dzięki naszej wystawie takich sytuacji będzie coraz mniej.
Ja też mam taką nadzieję.
Gdańsk 26 lutego 2015                                     Edmund Zieliński







                                                Ogólny widok wystawy





                        W głębi - senator Andrzej Grzyb, Alicja Gajewska dyr.Fabryki Sztuk i Starosta Powiatu Starogardzkiego Leszek Burczyk


 Alicja Gajewska, Marek Zagórski-rzeźbiarz i Zenon Usarkiewicz - regionalista z Wycinek






                                        Alicja Gajewska i Kamila Gillmeister - kurator wystawy





                                               Alicja Gajewska i  Kamila Gillmeister



                                           Ptaszki Rajmunda Zielińskiego ze Zblewa



                                                    Serwetka Katarzyny Nowak z Tczewa



                                                Serwetka Marii Leszman z Pelplina



                                            Serwetka Ani Ledwożyw z Osowa Leśnego




                Za rzeźbami stoją - Grzegorz Walkowski, Danuta Zielińska i Ania Ledwożyw





                                                       Rzeźba Jerzego Kamińskiego




                             Szopka bożonarodzeniowa Tomasza Bednarczyka ze Starogardu


Foto: Edmund Zieliński i Krzysztof Bagorski
















































































































sobota, 11 kwietnia 2015

JEDZIESZ PIERWSZY RAZ DO MIASTA, TO MUSISZ USMAROWANEGO ŻYDA POCAŁOWAĆ W BRODĘ. REGINA MATUSZEDrukujE-mail
niedziela, 18 styczeń 2015
A czy wjeżdżając pierwszy raz do Starogardu nie było podobnie? Tylko, że tu na początku ul. Chojnickiej siedział Bismarck na rogu kamienicy (inni mówili, że Krysztof), którego wjeżdżający musiał pocałować w sumiaste wąsiska. Inni mówili, że w tylną część ciała. I ja podobną historię przeżyłem. Jechałem wozem konnym z wujkiem Franciszkiem do cioci Waleski z ziemniakami. Całą drogę wujek mi przypominał, że będę musiał pocałować Bismarcka. Więcej było we mnie ciekawości niż bojaźni, trochę niedowierzania również. Wjeżdżając w ulicę Chojnicką nijak nie mogłem dostrzec na kamienicy Bismarcka. Wujek z uśmiechem powiedział - pewnie poszedł na obiad. I tak mi się upiekło.
A pani Regina wspomina dalej…
Przyszedł do nas Stefens, światły człowiek. Był w Ameryce i dużo rzeczy widział. Był jakiś czas wójtem. Popatrzył na matkę, pogadał i mówi do ojca: Krawcu, ty ratuj żonę. Jedź z nią do doktora. Jak nie masz pieniędzy, to ci pożyczę. Masz małe dzieci, żeby sierotami nie zostały. 
Ojciec pojechał z matką do Łysych. Matka bojała się doktora, mówiła: Jak mam umrzeć, to i tak umrę. Śmierci też się bojała. Dała się przekonać, była trzydziestopięcioletnią kobietą. Lekarz matkę zbadał i naznaczył matce zastrzyki brać dwa miesiące co dzień. 
Co tu robić, co dzień jeździć, za daleko. Na szczęście w Łysych mieszkał Antoś, Sym ciotki Bronci. Kiedyś, gdy mój ojciec się ożenił z moją matką, jak ja byłam mała, on uczył się u mojego ojca na krawca. W Łysych otworzył swój warsztat, pomagała mu siostra Stefka. Ojciec matkę zostawił w Łysych. Celinkę zawiózł do ciotki do Dąbrów, mnie do pilnowania Celinki. Byłam Trzy tygodnie, tęskniłam bardzo do domu. Ojciec przywiózł pranie ciotce i Genię do bawienia Celinki. Ojciec mnie wziął na rower i przywiózł do domu. Na drugi dzień zaprowadził mnie na pole, żebym pioła proso (pieliła chwasty z prosa – E.Z.). 
Były to wakacje. Mnie to pielenie licho szło, sama jedna, nudno. Słońce zaczęło mocno przygrzewać. Tego roku była wielka susza, niektóre studnie powysychały. Przyszłam do domu, ojciec kazał mi krów popaść. Za dwa tygodnie znów pojechałam do Dąbrów do ciotki. Genia przyjechała do domu, bo też tęskniła za domem. Irki też trzeba było pilnować, żeby gdzie nie poszła od domu. Jakiś czas matka miała ją w Łysych. Odbywały się tam małe targi. Irka chodziła z matką po targu i się zgubiła. Szła i płakała, ludzie jej pytali, jak się nazywa. Mówiła, Irena Ksepka. A gdzie mieszkasz? U Antosia. Ludzie Antosia znali i Irkę doprowadzili do matki. 
Matka w Łysych czuła się dobrze. Antoś i Stefka podleczyli ją duchowo. Lekarstwa też leczyły. Ojciec do Dąbrów przyjechał furmanką po mnie i po Celinkę. Celinka była krzykliwa i swoją obecnością stawiała wszystkich na nogi. Na furmance całą drogę spała. Była wielka radość, wszyscy w domu razem.
Było już po żniwach. Ojciec najął do odbierania żyta Sobotkową Stefkę. Ona wyszła ze szkoły i była rada, że trochę zarobi. Czternaście lat miała, ale była krzepką dziewczyną. Zaczelim z ojcem snopki zwozić, my wszystkie trzy na wozie drabiniastym. Irkę matka trzymała na kolanach. Genia obok mnie, wóz jakoś przez bruzdę podskoczył i Genia spadła, tak jakoś w bruzdę i ojciec konia wstrzymał, ale jedno koło przez Geni szyję czy głowę przejechało. Wszyscy się zlęklim tego wypadku, ale widać miała szczęście, bo nic jej się nie stało. Ojciec w polu dużo nie robił, ludzie go wyręczali. Mówili: Uszyj mi portki, a ja za ciebie zrobię w polu.
W okolicy szył Lejba – Żyd. Ludzie go wozili z maszyną od domu do domu. Mówili: Krawcu, jak ty uszyjesz, to trzyma do zdarcia, a jak Lejba, to trzeba ręce prosto trzymać, bo jakby chciał podnieść do góry, to się wyrywały. Ojciec szył pomału i dobrze, pewnie za swoją robotę brał drożej. Żyd szył szybko i brał taniej. Biedniejsi ludzie szli do Lejby. Lejba miał gromadę dzieci, na które mówiło się bachory, chciał je wyżywić i nauczyć jakiegoś fachu. Żydzi na roli nie pracowali. Pamiętam Pejsę, jak jeździł z cielakami po wsi. W długich, czarnych mantlach i czarnych jarmułkach na głowie. Za starymi szmatami też jeździli Żydzi.
Byłam z matką w Myszyńcu na jarmarku. Matka chciała mi kupić materiał na sukienkę. Chodź, pójdziem do kromnicy, tak się nazywały te sklepy żydowskie. Na ścianach były półki od góry od samego dołu. Za kontuarem stała Żydowka. Miała czarne, kręcone włosy. Bez przerwy mówiła. W sklepie był tłum ludzi. Trudno się było dostać do przodu. Żydówka pokazała mamie różowy kreton w białe kropki. Podobał mi się bardzo, ale matka mnie nie pytała. Może był za duży hałas. Kupiła mi niebieskiego mongolu. U Żydów pewnie kupiło się taniej, dlatego tyle ludzi było w kromnicy. 
Ludzi na jarmarku było dużo. Każdy przyjechał, żeby coś sprzedać i kupić. Powstawały i polskie sklepy, ceny w nich były równe. U Żyda ceny skakały. Kto umiał się targować, to za pół ceny kupił. Jak kupił coś rano, to wieczorem sobie pluł na brodę, bo mógł kupić daleko taniej. Trzeba było być kutym na wszystkie cztery nogi. Gdy się kupowało coś większego, to się brało kogoś, kto znał się na towarze. Jak jakaś kobieta chciała kupić maszynę do szycia, to przychodziła do nas i ojca prosiła, żeby ojciec z nią jechał do Kolna i pomógł jej kupić dobrą maszynę. Ojciec jechał i wypróbowywał maszyny, która lepiej szyje. Jak rower chciał jakiś kawaler, też brał kogoś starszego. Konia czy krowę kupić, też trzeba było brać kogoś mądrego, bo głupiemu wgadali handlarze byle co. Ojciec po nici guziki i haftki jeździł do Kolna, choć było dalej. Miał znajomego Żyda Rubensztejna i on jemu towar sprzedawał po niższej cenie. Z Żydów ludzie się podśmiewali, szydzili, bo mieli różne dziwne nazwiska. Żyd na to nie zważał, bo z tych ludzi żył.
Gdy jechało się do Kolna, to sąsiedzi sprzęgali konie i jechało się szybciej. Przeważnie po prosiaki jechało się do Kolna, a do Myszyńca sprzedać. Gdy brało się dziecko, żeby zobaczyło miasto, to się mówiło: Jedziesz pierwszy raz, to musisz usmarowanego Żyda pocałować w brodę. Bał się każdy, kto pierwszy raz jechał, ale ciekawość była silniejsza. Dużo było do oglądania, tyle różnych wyrobów. Wszystkie ręcznie wyrabiane. Dziś i w muzeum tego nie zobaczy, co zobaczyło się na rocznym jarmarku. Na zwykłym też było co oglądać, który odbywał się raz w tygodniu. Moi sąsiedzi sprzęgali konie i z kobietami swymi pojechali do Kolna. Kobiety poszły kupić co im było trzeba. Chłopy poszli popatrzeć, jak idzie handel. Nie mieli za dużo w kieszeni i im się trochę nudziło. 
Przy rynku miał Żyd dużą kamienicę i tę kamienicę chciał sprzedać. Rozgłaszał wszędzie, czy kto nie kupi. Moi sąsiedzi zaraz się zgłosili, że oni kupią. Zaczęli się z Żydem targować i w ręce tłuc, kto więcej płaci. Jeden drugiego brał za dłoń, swoją dłonią tamtego uderzył i pytał, ile chcesz za cielaka. Tamten brał znów rozmach, żeby zdrowo uderzyć tego drugiego. Tak długo się targowali i uderzali w dłonie, aż targu dobili. Moi sąsiedzi tak targowali się z tym Żydem o tę dużą kamienicę. Żyd ich nie znał i targował się zajadle. Ludzie zaczęli się zlatywać i podżegać targujących. Wszyscy mieli z tego wielki ubaw. Sąsiedzi potem opowiadali, jak Żyda nabrali. To, że przy targu w ręce się uderzali, to było dobre, bo to jak prądy dziś ludzi leczą przez dotyk. Kiedyś ludzie instynktownie wyczuwali, co dla nich dobre.
Gdańsk 14.12.2014 Opracował Edmund Zieliński



wstecz dalej »

niedziela, 5 kwietnia 2015

EDMUND ZIELIŃSKI. KRZYŻ WUJKA BENKADrukujE-mail
sobota, 04 kwiecień 2015
Był marzec 1945 roku. Wojska hitlerowskie pod naporem Czerwonej Armii cofały się na zachód. Trwały zacięte walki o wsie i miasteczka Kociewia. 6 marca ostatni żołnierze niemieccy opuścili naszą wieś Białachowo. Ich miejsce zajęli żołnierze z czerwoną gwiazda na czapkach. Jeszcze tego samego dnia kazali nam opuszczać domostwa i udać się na południe, bo tu znowu będzie przechodził front.










Przymusowe wysiedlenie dotyczyło tylko gospodarstwa Redzimskich i Zielińskich. Dlaczego tylko nas? Posadowione pod lasem nasze chaty były zapewne wygodne na kwatery dla wojska, które teraz zalegało cały dziadkowy las.
Nie było rady. Wujkowie załadowali na wóz najpotrzebniejsze rzeczy i udaliśmy się do Małego Bukowca. Pamiętam, że na wozie wśród pierzyn siedziała babcia Paulina i ja z moim młodszym bratem Rajmundem. Obok wozu kroczyli moja mama, starsza siostra Danusia, a wujek Antoni prowadził konie. Mój ojciec z moim starszym bratem, Jerzym, przebywali tego dnia w gospodarstwie dziadka Zielińskiego. W Małym Bukowcu zajechaliśmy na podwórze do państwa Sarnowskich, bo według opowiadań ze strony dziadka Franciszka Zielińskiego, państwo Sarnowscy to nasi dalecy krewni ( może uda się to sprecyzować?). W tym samy czasie na wóz ładowali swój dobytek wujkowie Zielińscy, by podążać naszym śladem.


Benedykt Zieliński w 1941 roku

Pamiętam, że nasza mama była wtedy chora i po przyjeździe do państwa Sarnowskich położyła się do łóżka. Po dniu pobytu przyjeżdża na koniu radziecki żołnierz i każe nam wracać do domu mówiąc po polsku – oni wam tam wszystko splądrują. Nie namyślając się wiele ruszyliśmy w drogę powrotną.
Przy zjeździe z szosy borzechowskiej w drogę do Białachowa zobaczyliśmy straszny widok, rozbity wóz, martwe konie, walające się pierze i resztki dobytku. Okazało się, że to furmanka moich dziadków Zielińskich, która najechała na minę w drodze do Małego Bukowca. Wujek Benek powożąc końmi tak to zrelacjonował. W pewnym momencie coś zaniepokoiło konie, bo parskając i strzygąc uszami przestali ciągnąć wóz, szczególnie opierał się koń z prawej strony. Wujek Benek przeszedł na jego stronę, by popędzić tego konia i w tym momencie nastąpił wybuch. Przednie koło wozu, przy którym jeszcze przed chwilą szedł wujek Benek, najechało na minę. To przejście na druga stronę ocaliło mu życie. Babcia Antonina siedziała w pierzynach i wyszła z wybuchu miny bez szwanku. Pozostali domownicy szli w pewnym oddaleniu i nic im się nie stało. Wujek Benek, został co prawda ciężko ranny, ale, z Bożą pomocą, wrócił do pełnego zdrowia. Przez wiele lat po wojnie wydobywał jeszcze z ciała odłamki – szplytri (po niemiecku Splitter), jak je nazywaliśmy. 

Gospodarstwo Zielińskich w obrazie Alego Zwary według stanu z 1932 roku. Po wojnie uległo przebudowie.
Gospodarstwo Redzimskich w obrazie Alego Zwary według stanu z 1974 roku. Dziś wygląda zupełnie inaczej.
Droga do Białachowa od strony lasu.
W niedługim czasie wujek Benek postawił w miejscu tragedii wysoki, przez siebie wykonany krzyż. Otoczył to miejsce pięknym drewnianym płotkiem. Ten mini ogródek był zawsze zadbany, ukwiecony. Dzieci z rodziny Zielińskich wykładały ziemię wokół krzyża zielonym mchem. Pamiętam, że czasem można było zobaczyć tam „narysowane” kamykami serce, którego płaszczyzna wysypana była skruszoną czerwoną cegłą. Na krzyżu wisiała tabliczka z napisem: "Z wdzięczności za ocalenie życia mego 6 marca 1945 roku. Benedykt Zieliński."




Krzyż wujka Benka na miejscu tragedii 
Gdańsk 24 lutego 2015 Edmund Zieliński
Fotografie z mojego archiwum