piątek, 1 lutego 2013



Nasze nowości
na Twój mail

XV Ogólnopolski Konkurs Radiowy pt. "Strażacy ochotnicy nie tylko gaszą – 2012"


W dniu 30 stycznia br. w Centralnej Bibliotece Rolniczej im. Michała Oczapowskiego w Warszawie odbyło się podsumowanie XV Ogólnopolskiego Konkursu Radiowego pt. „Strażacy ochotnicy nie tylko gaszą – 2012” oraz XVII Ogólnopolskiego Konkursu Fotograficznego „Nasza Straż Pożarna”.
W uroczystości udział wzięli znamienici goście m.in.: Waldemar PAWLAK - Prezes Zarządu Głównego Związku OSP RP, Andrzej SIEZIENIEWSKI - Prezes Zarządu Polskiego Radia SA, Stanisław KALEMBA - Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi, Marian ZALEWSKI – Wiceprezes Zarządu Telewizji Polskiej, gen. bryg. Wiesław LEŚNIAKIEWICZ - Komendant Główny Państwowej Straży Pożarnej oraz st. bryg. Bogusław KOGUT - Komendant Szkoły Aspirantów Państwowej Straży Pożarnej w Krakowie a także przedstawiciele Dyrekcji Generalnej Lasów Państwowych, Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego, Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, przedstawiciele fundatorów nagród oraz autorzy nagrodzonych reportaży i fotografii i bohaterowie niektórych nagrodzonych reportaży z OSP w Kurowie i OSP w Oblasach.

Na konkurs radiowy zgłoszono 38 reportaży i audycji nadesłanych z 12 Rozgłośni Regionalnych PR i Redakcji Informacji i Publicystyki Programu I PR S.A w Warszawie.
Zgłoszone do konkursu reportaże w całości były wyemitowane na antenach macierzystych Rozgłośni PR SA. Organizatorami Konkursu od XV edycji jest Związek Ochotniczych Straży Pożarnych Rzeczypospolitej Polskiej oraz Program I Polskiego Radia S.A. - Redakcja Aktualności.
Patronat nad konkursem sprawują: Waldemar PAWLAK - Prezes Zarządu Głównego Związku OSP RP P oraz Andrzej SIEZIENIEWSKI - Prezes Zarządu Polskiego Radia S.A.
Jury w XV Ogólnopolskim Konkursie Radiowym „Strażacy ochotnicy - nie tylko gaszą” przyznało nagrody i wyróżnienia dla następujących dziennikarzy:
I nagroda - Prezesa ZG ZOSP RP za rep. „Strażackie drzewo rodziny Drążkiewiczów” otrzymała Pani Agnieszka CZYŻEWSKA z Rozgłośni PR Lublin.
Reportaż ukazuje wielopokoleniową „strażacką rodzinę Drążkiewiczów” z Ochotniczej Straży Pożarnej Kurów w powiecie puławskim, woj. lubelskie. W której z pokolenia na pokolenie jest przenoszona piękna tradycja społecznej strażackiej służby na rzecz drugiego człowieka.
II nagroda Prezesa ZG ZOSP RP za rep. „Podkarpackie krajobrazy” otrzymały Panie Jolanta DANAK i Ewa NIEDZIAŁEK –SZELIGA z PR Rzeszów.
III nagroda Prezesa ZG ZOSP RP za reportaże „Połączyła nas służba człowiekowi” otrzymała Pani Ewa MAKULEC z PR Częstochowa oraz za rep. „Czesia – woźnica z OSP” Pani Dorota JUCHNOWSKA z PR Kielce.
Nagrody specjalne:
- Ministra Spraw Wewnętrznych za rep. „Strażaczki z Oblas” otrzymała Pani Monika HEMPEREK z PR Lublin.
Reportaż ukazuje zaangażowanie i służbę członkiń Ochotniczej Straży Pożarnej w Oblasach w powiecie puławskim, woj. lubelskie. Prezesem OSP jest Pani Maria KŁOPOTOWSKA – lekarz medycyny, charyzmatyczna postać, która nie tylko ożywiła jednostkę ale również pomogła pozyskać środki na szkolenie członków OSP w zakresie kwalifikowanej pierwszej pomocy. Dziś kobiety czynnie służące w OSP Oblasy to ambitne, zaangażowane i oddane swojej służbie wesołe i zadowolone z życia członkinie OSP.
- Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi za rep. „Dar serca, dar życia” otrzymał Pan Jan STĘPIEŃ z PR Kraków.
- Dyrektora Generalnego Lasów Państwowych za rep. ”Łza nie ugasi pożaru” otrzymała Pani Ewa SZKURŁAT z PR Kraków.
- Prezesa Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego za rep. ”Biec by pomóc” otrzymała Pani Renata PACHOLCZYK z PR Koszalin.
- Dyrektora Zarządu Wykonawczego Związku OSP RP woj. pomorskiego za rep. „Ósmego dnia Pan Bóg stworzył strażaka” otrzymał Pan Dominik SOWA z PR Gdańsk.
- Dyrektor Wytwórni Umundurowania Strażackiego w Brzezinach za rep. „Dziecięce OSP” otrzymała Pani Barbara KOZŁOWSKA z PR Rzeszów.
- Dyrektora Zarządu Wykonawczego Związku OSP RP woj. kujawsko-pomorskiego za rep. „Huragan” otrzymał Pan Andrzej KRYSTEK Radio „PIK” Bydgoszcz.
Wyróżnienia:
- Komendanta Głównego Państwowej Straży Pożarnej za rep. ”OSP na 20–lecie PSP” otrzymała Pani Ewa MAKULEC z PR Częstochowa.
- Prezesa Zarządu Fundacji „Edukacja i Technika Ratownictwa” za rep. poświęcone polskim strażakom otrzymał Pan Adam TOMANEK z PR Lublin.
- Dyrektora Zarządu Wykonawczego Związku OSP RP woj. lubuskiego za rep. „Za pan brat” otrzymała Pani Grażyna WALKOWIAK z PR Zielona Góra.
Ponadto wyróżnienia Prezesa ZG ZOSP RP otrzymali:
- za rep. „Strażak na wodzie” Pani Anna BOGDANOWICZ Rozgłośnia PR Białystok,
- za rep. „Telefon życia” Pan Włodzimierz FILIPOWICZ Rozgłośnia PR Białystok,
- za rep. „Strażacy z Jeziora” Pani Czesława BOROWIK Rozgłośnia PR Lublin,
- za rep. „Pasja babcię uratowała” Pan Jacek PANAS Rozgłośnia PR Olsztyn,
- za rep. „Błąd pana Piotra” Pani Maria RĘKAS - KORNAGA Rozgłośnia PR Rzeszów,
- za rep. „Bez straży nic się nie zdarzy” Pan Andrzej ILCZUK Radio Katolickie „Podlasie”.
- za rep. „Bardzo żwawa stulatka z Magnuszewa” Pani Elżbieta MAMOS z PR Warszawa.

Od XVII edycji Zarząd Główny Związku Ochotniczych Straży Pożarnych Rzeczypospolitej Polskiej wspólnie ze Szkołą Aspirantów Państwowej Straży Pożarnej w Krakowie oraz z Małopolskim Oddziałem Stowarzyszenia Inżynierów i Techników Pożarnictwa w Krakowie organizuje Ogólnopolskie Konkursy Fotograficzne pt. ”Nasza straż pożarna”.
Nagrody w XVII edycji otrzymali:
W kategorii I (do lat 15): I nagrodę - Dominik GRODECKI z Tarnowa,
W kategorii II (powyżej 15 lat): I nagrodę - Michał ADAMOWSKI z Nowego Targu, II i III nagrodę – Paweł JSKÓLKA z Lotynia.
Zwycięzcy również wzięli udział w uroczystości podsumowania konkursów.

Celem organizowanych konkursów jest ukazanie:
  • różnorodnej działalności 700 - tysięcznej rzeszy strażaków ochotników oraz udziału członków OSP m.in. w: akcjach ratowniczo-gaśniczych,
  • udziału OSP w akcjach charytatywnych,
  • udziału w szkoleniach podstawowych, specjalistycznych i dowódczych,
  • starań o wyposażenie jednostek OSP w nowoczesny sprzęt ratowniczo-gaśniczy, oraz właściwą ochronę strażaków podczas akcji,
  • udziału w codziennym życiu i przekazywaniu tradycji i idei ochotniczego pożarnictwa,
  • organizowania młodzieżowych i kobiecych drużyn pożarniczych, turniejów wiedzy pożarniczej, konkursów, plenerów, obozów szkoleniowo-wypoczynkowych, zawodów sportowo-pożarniczych,
  • działań z zakresu propagowania kultury i oświaty na wsi,
  • podtrzymywania tradycji i historii polskiego pożarnictwa,
  • prowadzenia działalności prewencyjnej i zapobiegawczej itp.
Tekst: Teresa Tiszbierek \ zdjęcia: Angelina Jusiak

środa, 9 stycznia 2013

EDMUND ZIELIŃSKI. Spotkanie Trójmiejskiego Klubu Kociewiaków Drukuj E-mail
środa, 09 styczeń 2013
Krótka relacja ze spotkania Trójmiejskiego Klubu Kociewiaków, które odbyło się w sobotę 5 stycznia 2013 roku w Ratuszu Staromiejskim w Gdańsku.
Pomimo nie najlepszej pogody spotkaliśmy się w gronie ponad stuosobowym. Chyba nie przesadzę, jeśli powiem, że jako filia Towarzystwa Miłośników Ziemi Kociewskiej w Starogardzie właściwie jesteśmy trzonem tej organizacji. Na naszych spotkaniach zawsze dzieje się coś ciekawego. Tym razem czas nam umilał zespół rodzinny Ollerów ze Starogardu: Grzegorz (tata) – akordeon, i dzieci - Małgorzata Wiolonczela i Joachim – skrzypce. Było czego posłuchać.
Wśród pań pan prof. S. Raszeja
Pierwszy z prawej pan Ryszard Morawski.
Kapela rodzinna Ollerów.
Pan prof. Stefan Raszeja odbiera gratulacje od prezesa H. Bobłockiego.
Przemawia pan prof. Raszeja.

Miłym akcentem spotkania były gratulacje dla naszego kochanego profesora Stefana Raszei, który skończył 90 lat i nadal pracuje w Akademii Medycznej. W rozmowie ze mną powiedział, że nie ma czasu na przesiadywanie w fotelu, trzeba być aktywnym do końca. Ja to potwierdzam i stosuję.

Krzysztof Kowalkowski
Krzysztof Kowalkowski promuje swoją książkę.
Niezmordowany Krzysztof Kowalkowski promował swoją książkę „Alojzy Paweł Gusowski pilot 305 Dywizjonu Bombowego”. Krótką laudację wygłosił Gerard Sulewski mówiąc między innymi: "Na pomorskim rynku wydawniczym ukazała się w grudniu kolejna książka naszego kolegi Krzysztofa Kowalkowskiego, cenionego regionalisty i publicysty, autora wielu monografii wsi i parafii kociewskich, dociekliwego badacza historii Pomorza i Kociewia. Kolega Krzysztof zaskoczył nas tym razem całkowitą zmianą tematyki owych książek, na tematykę wojenną, o czym świadczy tytuł jego nowej książki (…), ale łączy tę książkę z dotychczasową problematyką pisarską autora to, że jej bohater, młody pilot Wojska Polskiego w 1939 roku, a potem RAF-u (Royal Air Force – Królewskie Siły Lotnicze Wielkiej Brytanii) - ma korzenie kociewskie, pochodził ze Starogardu".
Bardzo obszernie omówił swoją książkę autor. Na koniec podkreślił, że dochód ze sprzedanej książki na tym spotkaniu zasili kasę Trójmiejskiego Klubu Kociewiaków.
Prezes Hubert Pobłocki i Patrycja Hamerska.
Po lewej nowo wybrana wiceprezes TKK Maria Odya, po prawej Gerard Sulewski.
Pan Michał Kargul mówi o Tekach Kociewskich http://www.zkp.tczew.pl/index.php/czasopisma
Ciekawe wystąpienie miał pan Ryszard Morawski z Malenina koło Tczewa. Koniecznie chce należeć do naszej organizacji i poleca nam podwoje swojego pensjonatu na spotkania i wypoczynek. Pan Morawski ma ciekawy życiorys. Skończył szkołę baletową w Gdańsku - był tancerzem Zespołu Regionalnego „Śląsk” i „Mazowsze”. Wypadek przy pracy uniemożliwił mu dalszy udział w pracy artystycznej.
Równie ciekawie mówił pan Michał Kargul poruszając tematykę „Tek Kociewskich”. W tych publikacjach porusza się całościowo problemy naszego Kociewia. Warto je czytać.
W trakcie trwania obrad pan Hubert Pobłocki – prezes TKK zaproponował na wiceprezesa panią Marię Odyę. Oczywiście przyjęcia do TKK dokonano przez aklamację.
Jak zwykle na zakończenie pan prezes Hubert Pobłocki zaprosił uczestników spotkania na - kuchy, kuszki ji fefernuski łod braci Lipińskich zes Wrzeszcza. Do psicia taska kawy zes bónków ji kozim mlykam, Abo czarna arbata zes farynó oraz zelcerka na popsicie pylów zes „Zielonego Smoka” wew Gdóńsku.
Do zobaczenia na kolejnych spotkaniach.
Edmund Zieliński






 

niedziela, 6 stycznia 2013

EDMUND ZIELIŃSKI. Hampelmann... ojciec znalazł zwęglone jego szczątki... Drukuj E-mail
niedziela, 06 styczeń 2013
HampelmannZnowu wracam do dziecinnych lat i wspomnień z nimi związanych. W tamtych czasach dzieciństwo moje i moich rówieśników nie było usłane różami. Okupacja niemiecka, niepewne jutro, marne jedzenie, bo ojciec nie podpisał żadnej z czterech grup niemieckiej listy narodowościowej i kartek żywnościowych (Lebensmittelkarte, Reichsbrotkarte) nie otrzymywaliśmy.
Tylko dzięki naszym dziadkom, gospodarzom, jako tako egzystowaliśmy. My, dzieci, niewiele wiedzieliśmy, co się wokół nas dzieje. Mieliśmy rodziców, a to była nasza gwarancja bezpieczeństwa, która pozwalała na zabawianie się różnego rodzaju zabawkami. Te najczęściej wykonywane były przez mamę (szmaciane kukiełki) i starszego brata (drewniane wózki, taczki). Pamiętam, że zabawialiśmy się drewnianym ludzikiem, który pociągany za sznurek fikał nogami i rękami.

Nazywał się Hampelmann, czyli marionetka. Był bardzo kolorowy, z uśmiechniętą buzią i czapeczką z pomponem. Na nogach miał buty z zadartymi nosami i bufiaste spodnie. To była moja ulubiona zabawka. Pajacyk uśmierzał płacz dziecka, usypiał i rozbudzał. Pamiętam, że mama, zabawiając nas, dzieci, pajacykiem, na dzień dobry śpiewała stosowną piosenkę – głośno po niemiecku, cichutko po polsku Jetzt steigt Hampelmann, jetzt stegt Hampelmann/ aus seinem Bett heraus, aus seinem Bett heraus/ oh, du mein Hampelmann, mein Hampelmann Bist du. Czyli – teraz pajacyk wstaje, odrzuca kołderkę, a w dalszych zwrotkach – nakłada spodnie, pończochy i buty. Dlaczego po niemiecku? Bo tu na Pomorzu mowa polska była zakazana. Niestety, po wkroczeniu wojsk armii radzieckiej (6 marca 1945) do Białachowa i wypędzeniu nas do Małego Bukowca wiele dobra materialnego, w tym i mojego fikającego ludzika, wyzwoliciele zniszczyli. Kiedy wróciliśmy po kilku dniach, w resztkach ogniska nad stawkiem, wśród spalonych sprzętów, ojciec znalazł zwęglone jego szczątki.
Trzeba było wiele lat, by na stare lata wrócić do tej zabawki. A było tak. Otrzymałem zaproszenie z Kaszubskiego Uniwersytetu Ludowego we Wieżycy do przeprowadzenia zajęć z zabawki ludowej. Organizatorzy chcieli, by były to samolociki drewniane i coś od siebie. Zaproponowałem, zwłaszcza, że wykonanie tej zabawki dawno chodziło mi po głowie, konstruowanie hampelmana. Zamówiłem odpowiedni materiał do przeprowadzenia tych zajęć i w dniach od 28 do 30 września 2012 pomieszczenia KUL-u zamieniły się pracownie zabawek. Moimi uczennicami były nauczycielki z różnych szkół naszego województwa. Odtworzyłem z pamięci wizerunek mojej zabawki, wykonałem szablon, wzór i przystąpiliśmy do pracy. Deseczki z drewna lipowego łatwo poddawały się ręcznym obróbkom pań i po kilku godzinach gotowe były poszczególne elementy, czyli korpus i części kończyn. Nawierciliśmy otwory na mocowanie przegubów, malowanie, składanie, odpowiednie mocowanie sznurka i pajacyk fikał nóżkami i rękami. Uśmiech na twarzach pań świadczył, że zadania wykonały celująco.

W tym samym czasie konstruowaliśmy samolociki ogrodowe, podobne do tych sprzed lat, jakie można było zobaczyć w naszych ogrodach i obejściach gospodarskich wsi. Mocowano je zwykle na drzewach i wśród zagonów warzyw. Furkoczące na wietrze śmigło samolotu odstraszało szpaki i inne ptactwo żerujące w ogrodach. Samolociki te były też miłą zabawką dla dzieci.
Mówiąc ogólnie o zabawkach, najczęściej były wykonywane przez rodziców, wujków i starsze rodzeństwo. Konstruowano wózki, taczki, koniki bujane, bączki, fujarki i gwizdki. To były proste zabawki, ale doskonale spełniały swoją rolę. Uszkodzona zastępowana była nową. Nikt się nie obawiał jakiegoś szkodliwego działania zabawki na dziecko, w przeciwieństwie do dzisiejszych czasów, gdzie na wszystko trzeba mieć atest. W dodatku zalewani jesteśmy zabawką chińską wypierającą nasze tradycyjne wyroby. Należy robić wszystko, by wspierać wytwórców - rękodzielników tworzących nasze polskie zabawki. Niech eskadry samolotów krążą w ogrodach, a pajacyki rozśmieszają buźki naszych dzieci.

Gdańsk 5 stycznia 2013
Edmund Zieliński

poniedziałek, 31 grudnia 2012

EDMUND ZIELIŃSKI. NAJWIĘKSZE ZDZIWIENIE ROBIŁ WÓZ NA DACHU STODOŁYDrukujE-mail
poniedziałek, 31 grudzień 2012
Sylwestrowe psikusy

Kolejny raz wracam do dawnych czasów mej i moich kolegów młodości. Jest okazja, bowiem nadchodzi ostatni dzień roku i związane z nim sylwestrowe obrzędy. Młodość ma swoje prawa, gdzie jest czas na swawolenie i urządzanie różnego rodzaju żartów. Jednak nie wszystko uchodziło płazem i ojciec nieraz zgromił srodze. Jednak w Sylwestra było ciche przyzwolenie starszych na wyprawianie sąsiadom psikusów. To taki magiczny czas, by wesoło i głośno pożegnać stary i powitać nowy rok.. 60 lat temu nie było rozkwitających rac na ciemnym niebie ani wybuchu petard. Jedynie ktoś tam wypalił z zakupionego na odpuście korkowca i wszystko. No to jak hałasowano? Wiązano do sznurka puste puszki po konserwach, pokrywki do garnków, blaszane kubki i inne przedmioty. Dwóch chłopaków ciągnęło po bruku ten swoisty złomowiec, czyniąc tym samym niesamowity harmider. Inni „wypędzali” stary rok dzwonkami strzelając z batogów, biciem w patelnie i bębenki.
Kiedy wieś pogrążyła się we śnie, przychodził czas na psoty. Najczęściej wyjmowano z zawiasów furtki, bramy, czasem i wrota od stodół. Wynoszono gdzieś w pole czy na zamarznięty staw. Bywało, że chłopcy rozbierali na części wóz konny i wciągali go na dach stodoły krytej papą. Tam go składali i czmychali do innej psotnej roboty. Smarowano też gliną drzwi i okna. Co odważniejsi zamieniali między sąsiadami bydło i konie. W dawnych chatach krytych strzechą był komin o niespotykanej dziś konstrukcji – szeroki u podstawy, zwężający się do wylotu nad dachem. Któryś z chłopaków wdrapał się po strzesze do komina i zakrył go taflą szkła okiennego. Kiedy nastał ranek, gospodarze z niepokojem taksowali „zniszczenia”. Największe zdziwienie robił wóz na dachu stodoły i problem z jego sprowadzeniem na ziemię. A w oborze czy stajni? To nie moja krowa. A ta chabeta czyja? Zapewne śmiech i złość ogarniała niejednego gospodarza. Zdziwiła się srodze gospodyni rozpalając ogień pod kuchnią, bo dym zamiast do komina słał się po kuchni. Zajrzała do komina – niebo widać, komin czysty, a się kopci. Kobieto – powie mąż, masz szybę na kominie! Ponieważ w Nowy Rok należy unikać kłótni, przewinienia młodzieży uchodziły bezkarnie.
Rankiem Nowego Roku domownicy starali się wstać wcześnie, co miało chronić przed lenistwem i ospałością. Przetrwała wiara, że zachowanie się człowieka w Nowym Roku przeniesie się na cały rok. Starano się nie kłócić, być uprzejmym i zachować pogodę ducha. Gospodarze byli radzi, gdy pierwszy odwiedził ich tego dnia młody mężczyzna, co miało przynieść szczęście. Kobieta przed mężczyzną nie była mile widziana.
Tego dnia również zabawiano się w sposób dowcipny. Pamiętam, że mój wujek Staś powiedział mi, że przez rękaw kurtki mogę zobaczyć noworoczną gwiazdkę. Zamiast tego na twarz chlusnęła mi wodą. Równie śmieszne było wyciąganie ustami monet z dna balii wypełnionej wodą.
Nowy Rok był wróżebny na następne miesiące. Mawiano - jeśli dzień będzie słoneczny, można spodziewać się nieurodzaju. No i przeciwnie - dzień pochmurny i mglisty zapowiadał rok urodzajny. Pokrywający drzewa owocowe szron był zapowiedzią obfitych zbiorów. Znane też było przysłowie mówiące, że na Nowy Rok dzień dłuższy o kurzy skok, a na Trzy Króle dwa razy tyle. Mawiano również – w Sylwestra mroźno, zapowiedź na zimę groźną. Na Nowy Rok pluta (kałuże), ze żniwami będzie pokuta.
Tego dnia składano sobie życzenia, a te płynące ze szczerego serca spełniały się. Najpowszechniejsze były życzenia zdrowia i długich lat życia. Ignacy Krasicki, chcąc się dopasować do panujących zwyczajów, mówił:
Żyj lata Matuzalowe
Albo przynajmniej połowę
A choćby ćwierć dla igraszki
Dwieście lat i to nie fraszki.
I na zakończenie - Szanowny Panie Tadeuszu i Wy Drodzy Czytelnicy moich felietonów, przyjmijcie, proszę, najserdeczniejsze życzenia miłości, nieustającego zdrowia i Błogosławieństwa Bożego w całym 2013 roku. I jak mawiał mój krewniak z Łąckiego Pieca Mieczysław Pstrąg – Oby wóm sią plónowało i sto korca dało.

Gdańsk 27 grudnia 2012 Edmund Zieliński
 

sobota, 22 grudnia 2012


EDMUND ZIELIŃSKI. MOJA WIGILIADrukujE-mail
sobota, 22 grudzień 2012
Osiedle Zaspa w Gdańsku, jak wiele jemu podobnych w Polsce, zamieszkane jest przez ludzi z różnych stron. Są Kociewiacy, Kaszubi, Krakowiacy, Wilniacy i wielu innych. Każdy z osiedleńców zostawił za sobą rodzinne strony i wspomnienia z dawnych lat. Wielu jest takich, co zapomniało o „dawnym” - łatwiej żyć. Ale są tacy, co nie zapomnieli i zapomnieć nie mogą. Krążą wspomnieniami po rodzinnych wsiach i miasteczkach.
















Wspominają stare obyczaje i przeżycia, szczególnie te z okresu świąt Bożego Narodzenia czy Wielkiej Nocy. Przywołują w pamięci biedne i bogate dni swego dzieciństwa. Zasobne i puste worki gwiazdorów. Święta w gronie rodzinnym z najbliższymi i te najsmutniejsze bez mamy i taty. I choć często było zimno i głodno, to jednak „Dzisiaj w Betlejem” brzmiało radośnie.
Jakże chętnie wracam wspomnieniami do lat dziecinnych, do świąt Bożego Narodzenia w moim domu na Kociewiu, zwanych „gwiazdką”. Mieszkaliśmy wtedy w chałupie, jakich już mało. Chata była drewniana, „zrębowa”, kryta słomą. Od zachodu osłaniały ją stare jak zagroda świerki, w gałęziach których gniazdowały ptaki różnych gatunków. Stajnia, chlew i obora pod jednym dachem krytym gontem, na którym mieściło się gniazdo bociana. I stodoła pod strzechą, w której leżało zboże zwiezione z pól, by po zimowych omłotach sypnąć złocistym ziarnem, z mąki którego wypiekano wspaniały, już niespotykany chleb. Za oświetlenie służyła nam lampa naftowa, a wodę czerpało się ze studni. Mieszkaliśmy w jednym pokoju z kuchnią w sześcioro: mama, tata, siostra i trzej bracia. Pamiętam, że na drzwiach obitych tekturą dla ocieplenia ojciec wieszał kalendarz przyniesiony przez kominiarza, a ja z młodszym bratem Rajmundem, codziennie skreślaliśmy jeden dzień, dzień bliżej „gwiazdki”.
Kiedy nadeszła wigilia, mama krzątała się przy kuchni, by coś przygotować na kolację. W domu było biednie, ale mama potrafiła, prawie z niczego wyczarować pyszne danie. Zresztą w czasie, który opisuję, jak był chleb i ziemniaki, to już było dobrze. Na kolację wigilijną była zupa z suszonych owoców, śledź w occie i ziemniaki, najczęściej w obierkach – pulki. Biednie i postnie, ale radośnie. A jeszcze przed wieczerzą szliśmy z tatą do lasu po choinkę, którą mama stroiła przy naszej pomocy, śpiewając przy tym nasze piękne kolędy.
Kolacje rozpoczynał ojciec dzieleniem się opłatkiem. Pamiętam, że zawsze miał łzy w oczach – był bardzo uczuciowy. Wierzyłem wtedy, że zwierzęta w tę noc mówią ludzkim głosem, ale nigdy nie próbowałem ich podsłuchać, bo bardzo bałem się usłyszeć coś niedobrego. Po wieczerzy wspólnie śpiewaliśmy kolędy, często w towarzystwie harmonii czy mandoliny. Nasza rodzina jest bardzo muzykalna i śpiew kolęd odbywał się na głosy.
Jako dzieci bardzo oczekiwaliśmy gwiazdora z prezentami. Najczęściej to on przychodził pod naszą nieobecność, gdy byliśmy na „pasterce”. Pamiętam, że zawsze był śnieg i mróz doskwierał, ale ochoczo szliśmy do zblewskiego kościoła na pasterkę, odległego o 4 kilometry. Pod nogami skrzypiał śnieg, a w dali jarzył się światłami kościół. Kiedy na rozpoczęcie mszy świętej organista Izydor Borzyszkowski zaintonował „Bóg się rodzi”, wierni śpiewem zagłuszyli organy, tak śpiewano. Po mszy świętej koniecznie trzeba było pokłonić się dzieciątku w żłobie i powrót do domu.
Tam czekały na nas pełne talerze słodyczy, jabłek i skromna zabawka. Była jakaś książeczka, kredki. Tym skromnym prezentom bardzo się cieszyliśmy. Wtedy również dopiero można było zjeść „kucha,” który smakował nadzwyczaj. Bo tak jak piekła kuch moja mama, to drugiej osoby, co by potrafiła tak upiec, dotąd nie spotkałem. Usatysfakcjonowani prezentami i zmęczeni marszem do kościoła, szybko zasypialiśmy.
Takie to były wigilie, gdy miałem lat kilka. Jeśli nie nudzą Cię, drogi Czytelniku, moje wspomnienia, to kończę je takim prostym wierszydłem.
Tęskno mi Panie!
Do miejsca urodzenia
Do mych pól i lasów
Do jezior kochanych
Do starodawnych czasów
Gdy matka pacierza uczyła
Gdy gwiazd się uczyłem od taty
Ta – to Bernard
A tamta – to Franek
Moi bracia zmarli przed laty
Do skwarnych lat
Do szumiących złotych łanów
Do wiekowych chat
Do mleka pełnych dzbanów
Do drabiniastych wozów
Do beczących kóz
Do śnieżnych zim
I skrzypiących płóz
O ziemio rodzinna
O strony ukochane
Powtórzę za Norwidem
Tęskno mi Panie!

Gdańsk dnia 23 grudnia 1994 roku Edmund Zieliński

W załączniku są zdjęcia szopek moich, Jerzego Kamińskiego i Reginy Matuszewskiej. Są też zdjęcia z warsztatów wykonywania rekwizytów bożonarodzeniowych, jakie prowadziłem 2 grudnia 2007 roku w Starbieninie (Filia Kaszubskiego Uniwersytetu Ludowego z Wieżycy). 
Jedna z uczestniczek zajęć wykonuje szopkę. 
Prace przy rekwizytach. 
Już w koronach kolędniczych. 

Przy prac.


 "Rodzynek" wśród pań nauczycielek.
Wykonana gwiazda kolędnicza.
Szopka Reginy Matuszewskiej z Czarnego Lasu na wystawie w Muzeum Ziemi Kociewskiej w Starogardzie dnia 14 grudnia 2007.
Prace wykończeniowe przy mojej szopce.






Moja szopka w górnym kościele na Zaspie 2011.



Szopka Jerzego Kamińskiego z Barłożna w dolnym kościele na Zaspie 2011 rok.






 

wtorek, 11 grudnia 2012


Z prof. Aleksandrem Jackowskim, historykiem sztuki, autorem książki „Polska sztuka ludowa”, rozmawia Anna Leszkowska – Pożegnanie świątków

  2003-11-25

– Podobno etnografowie badający sztukę ludową przyjmują skrajne postawy: od bezkrytycznego jej uwielbienia do pełnego lekceważenia. Michał Jagiełło, dyrektor Biblioteki Narodowej, podczas promocji najnowszej Pana książki „Polska sztuka ludowa” stwierdził, że jako historyk sztuki jest Pan w tym towarzystwie szlachetnym wyjątkiem. Jakie wartości artystyczne widzi historyk sztuki w sztuce ludowej?

– Widzę tu dwa problemy: jeden – jest to pewna świeżość tej sztuki, otwartość, ale to raczej dotyczy outsider art, tzw. art brut, czyli sztuki ludzi, którzy nic nie wiedzą o kulturze i tworzą sami z siebie, nie umieją tworzyć inaczej. To jest ta wartość, która przechodzi w rzeźbę, będąca zawsze gdzieś na pograniczu art brut. Rzeźbili często ludzie starsi, którzy nie mogli już nic innego robić, bo mieli ręce dosyć sztywne (a co było bardzo ważne, gdyż musieli dostosować swoją wizję do możliwości psychicznych i fizycznych). Dzieła, jakie tworzyli mogły niekiedy budzić zdumienie, czy niechęć otoczenia, ale nie było to takie ważne, bo ikonografia była czytelna. Wiadomo, że Matka Boska, to Matka Boska, że św. Mikołaj chroni przed wilkami, natomiast Jan Nepomucen musi stać przy grobli, by chronić przed powodzią. Wystarczały atrybuty świętych, aby społeczności wiejskie akceptowały te rzeźby. Tę aprobatę zniszczyła masowa rzeźba gipsowa z miasta – o innej estetyce. To, co mnie w rzeźbie frapuje, to zjawiska indywidualne, twórcze.
Natomiast jako badacza kultury interesuje mnie kultura ludowa, której cechą jest tradycja. Sposób przekazu wiedzy następuje tu pokoleniowo, mimo pewnych innowacji, zmian. Charakterystyczną cechą tej kultury jest trwałość. Fakt, że zachowuje ona swoją formę sprawia, że jest rozpoznawalna nawet dla ludzi nie znającej jej. Wiemy przecież jak wygląda wycinanka kurpiowska, łowickie pasiaki, itd.
Zaczynając moją dość nieoczekiwaną, liczącą już 50 lat, przygodę ze sztuką ludową podchodziłem do niej zafascynowany rzeźbami formistów, awangardą francuską i niemiecką początków wieku. Podobne wartości znajdowałem w rzeźbie ludowej.

– Czy Polska jest szczególnym krajem, jeśli chodzi o bogactwo, różnorodność sztuki ludowej?

– Oczywiście, że nie, to jest wielka unia europejska. Specyfika polska polega tylko na tym, że od wschodu mamy pasmo religii prawosławnej, wpływ Ukrainy, Białorusi, natomiast od zachodu widać wpływ protestantyzmu. Siła kultury polskiej polegała na tym, że była to jedna konwencja istniejąca w jednym środowisku. I ludzie z tego środowiska przez tradycje, przekaz, dochodzili do mistrzostwa. Cała nasza sztuka ma związki z Europą. Np. malarstwo na szkle przyszło z południa Europy, strój wielkopolski ma związki z zachodem, strój biłgorajski to tradycja wschodu – biel była tam barwą śmierci i czystości. W świadomości każdego z nas Łowicz wiąże się z tkaninami o mocnych, wysyconych i różnorodnych barwach. Natomiast te tkaniny powstały dopiero w końcu XIX w., kiedy wybudowano fabrykę barwników anilinowych w Zgierzu. Wcześniej tonacja tkanin łowickich ograniczała się do czerwieni i czerni. Te mity rozwiewa najlepiej etnograf Antoni Kroh w książce „Sklep potrzeb kulturalnych”. Mimo tej demaskacji, ludzie i tak wierzą w swoje prawdy, utrwalone przekazy. Kiedy w 1952 r. rozmawiałem w Zakopanem z wiekowymi góralami o ich chałupach – budowanych w stylu witkiewiczowskim – zapewniali, że tak budowano już za ich pradziadów. A przecież Witkiewicz wymyślił ten styl zaledwie 48 lat wcześniej! Kultura jest formującą się masą, w której wszystko się ze sobą miesza, przy czym istotną sprawą jest asymilacja. Rzecz staje się ludowa wówczas, kiedy zaczyna odgrywać istotną rolę w środowisku, staje się tradycją, powtarzalną pokoleniowo. Natomiast jeśli chodzi o oryginalność, to może ona dotyczyć tylko wycinanki, choć jej żywot jest krótki. Jest to jednak najbardziej polska ze sztuk, choć znajdujemy ją także na Ukrainie i w oknach żydowskich domów.

– W swojej książce pisze pan, że sztuka ludowa odchodzi w przeszłość. Ginie na naszych oczach. Nie jest już potrzebna?

– Sztuka ludowa to rzeczywiście już przeszłość, do której niektórzy ludzie świadomie nawiązują, jak to się dzieje np. na Podhalu. Wszystkie funkcje tej sztuki są dzisiaj inne. Jeśli np. w Zalipiu maluje się nadal domy to tylko dlatego, że są konkursy. Gdyby ich nie było – nikt by tam domów nie malował. Gdyby nie „Cepelia”, która ocaliła umiejętności ludzi – nic by z tej sztuki już nie przetrwało. „Cepelia” ocaliła ludzi uzdolnionych, którzy nie mieli dla kogo rzeźbić, wyszywać, haftować, malować, wycinać, szyć. Dała w dodatku pracę dla 40 tysięcy ludzi i to po wojnie, kiedy panowało bezrobocie. W „Cepelii” przez lata można było kupić rzeczy najpiękniejsze, najlepsze.

– Chce pan powiedzieć, że sztuka ludowa rozwija się wyłącznie wówczas, kiedy ma odbiorcę?

– A jak inaczej? Sztuka ludowa obsługiwała wiejskie środowisko, służyła mu, każda rzecz pełniła określone funkcje. Dzisiaj te relacje zniknęły: np. kołowrotek kupiony w „Cepelii” nie służy już do przędzenia wełny, ale jest ozdobą salonów. Na wsi nikt już nie trzyma kołowrotków! A koła do wozów? Wiszą na ścianach domów w mieście. Zanikła na wsi dekoratywna funkcja sztuki ludowej, nie pełni ona nawet funkcji religijnej, bo nikt nie chce się modlić do „niezgrabnych” świątków, skoro można kupić w sklepie „porządne”. Władysław Chajec, który był cudownym człowiekiem i rzeźbiarzem płakał, że kościół nie chciał kupić jego świątków – tylko wówczas byłby usatysfakcjonowany twórczo. Ale do promocji tej sztuki muszą być ludzie, którzy chcą i umieją to robić.

– Sztukę ludową zniszczyło więc uprzemysłowienie?

– Raczej kultura masowa i kicz, bo dawna kultura ludowa w zasadzie nie znała pojęcia kiczu. To były rzeczy doprowadzone do perfekcji w procesie nieustannego powtarzania. Kanon. Natomiast w momencie zetknięcia kanonu z inną kulturą często powstaje kicz. Przykładem niech będą makatki z łabędziami i nimfami w łodziach, jeleń na rykowisku, wilki zimą pędzące za saniami. To wszystko jest spadek z owego zetknięcia różnych konwencji, ale ci, którzy tworzyli te jelenie, nimfy etc. nie zdawali sobie sprawy z faktu, że jest to uproszczone, śmieszne. Bo dla nich było to piękne, mieli taką właśnie potrzebę piękna. I im bardziej państwo jest opóźnione w rozwoju, tym bogatszą ma kulturę ludową. Ludzie na wsi, z którymi rozmawiałem byli przeciwni kulturze ludowej, którą łączyli z niedorozwojem, ubóstwem i zapóźnieniem wsi. Artyści – plastycy w latach 60. mieli jeszcze sentyment do sztuki ludowej, ale późniejsi – już nie. Ze scenografów właściwie tylko Adam Kilian, Andrzej Stopka, Władysław Hasior i Tadeusz Kantor czerpali z tej sztuki. Inni interesują się nią okazjonalnie. Dla formistów natomiast sztuka ludowa była istotą ich twórczości. Bo chodziło o to, aby pod zaborami stworzyć polski, narodowy styl. Witkiewicz chciał go uformować powołując się na sztukę ludową.
W tej chwili widać absolutny upadek każdej sztuki, nie tylko ludowej. A czy należy żałować, że kultura ludowa ginie? Powinno się wówczas żałować, że w ogóle dawne czasy minęły. Najważniejszą sprawą jest, aby zachować pamięć tego, co było. Sztuka ludowa winna teraz istnieć w dobrych muzeach etnograficznych, nie tak jak w Warszawie, gdzie jej ekspozycja jest umieszczona na ostatnim piętrze, na którym zwykle jest zgaszone światło. Moja książka ma za cel pokazanie kultury ludowej każdemu człowiekowi, ale to nie znaczy, że od tej chwili ta kultura będzie się rozwijać.

– Dziękuję za rozmowę.