poniedziałek, 24 października 2016

O REGIONACH. WSZYSTKO JEST W PORZĄDKU?

Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie ma w ofercie mapę fizyczną województwa pomorskiego i mapę Kaszub. Na mapie znaleźć można miejscowości liczące powyżej 100 mieszkańców, zaś nazwy polskie przetłumaczone są na język kaszubski. Nie brakuje też kaszubskich nazw gór, jezior, rzek etc. Nad poprawnością nazw czuwała Rada Języka Kaszubskiego.
Mapa fizyczna województwa pomorskiego i mapa Kaszub może trafić bezpłatnie do szkół, gdzie nauczany jest język kaszubski. Podczas wrześniowej konferencji dla nauczycieli, organizowanej przez Zrzeszenie, można było otrzymać bezpłatny egzemplarz okazowy dla placówki.
Projekt zrealizowano dzięki dotacji Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji.Ze strony Kaszubi.pl




Kaszubska mapa województwa pomorskiego





Mapa Kaszub według badań księdza profesora Bernarda Sychty, jako obszar dialektów kaszubskich.

I co możemy zobaczyć na tej mapie? Dla niezorientowanych w przedmiocie, wiele miejscowości leżących na terenie Kociewia zostało przyłączone do Kaszub. Na przykład, wieś Struga leżąca 3 km na zachód od Zblewa, Góra, Lipy, Nowe Polaszki, Liniewo, Stara Kiszewa według opracowujących tę mapę są to wsie należące do Kaszub. Z tego wynika, że wszystko, co leży we wschodnich granicach powiatu kościerskiego i w południowej części powiatu Pruszcz Gdański należy uznać za kaszubskie. I masz babo placek. Przecież wiele miejscowości leżących w granicach tych powiatów należy do regionu kociewskiego. Wiem, że na podstawie kryteriów etnicznych i językowych wytycza się w przybliżeniu granice regionów i są one płynne, ale w obie strony. Wielokrotnie rozmawiałem z pierwszym etnografem Kaszub ś.p. Wojciechem Błaszkowskim, który powiedział, że granica zachodnia Kociewia biegnie od wsi – Trąbki Wielkie przez Wysin – Liniewo – Nowe Polaszki – Konarzyny i dalej w kierunku Czarnej Wody. Zresztą, kiedy przegląda się różnego rodzaju opracowania ta temat Kociewia, widać, że tak właśnie usytuowana jest zachodnia granica tego regionu. Czemu na tej mapie jest inaczej? Przecież mapa ta ma służyć celom edukacyjnym młodzieży szkolnej. Przynajmniej tu, należało z całą starannością i rzetelnością podejść do tematu.


Mapa Kociewia zamieszczona w publikacjach dotyczących Kociewia

Z uwagi na moją dotychczasową wieloletnią działalność na terenie Kaszub i Kociewia, czuję się obywatelem tych dwóch regionów, i gdyby zaistniała podobna sytuacja na mapie Kociewia, moja reakcja byłaby taka sama.

Gdańsk 3 lipca 2016, Edmund Zieliński

wtorek, 18 października 2016

Wielki artysta z małego Kociewia

KSIĄŻKI. BERNARD DAMASZK "WIELKI ARTYSTA Z MAŁEGO KOCIEWIA" (O WŁADYSŁAWIE POPIELARCZYKU)DrukujE-mail
wtorek, 04 październik 2016


Bernard Damaszk opracował bardzo interesującą książkę pt. "Wielki artysta z Małego Bukowca", przybliżającą postać zupełnie nieznanego na Kociewiu artysty, którego dzieła kupowały największe galerie na świecie (zajrzyjcie do Wikipedii). Pozycja składa się z rozdziałów: 1/ Mała ojczyzna artysty
2/ Korzenie Władka i jego najbliższych
3/ Maestro  (podrozdziały: Malarstwo, Rysunek, Happening, Poezja, Wywiad z Romanem Śliwonikiem - pisarzem i publicystą, Rozmowa z prof. dr Ireną Huml - historykiem sztuki, pracownikiem PAN, Rozmowa z Tadeusz Dominikiem - artystą malarzem, Rozmowa z Władysławem Fryczem - rzeźbiarzem);
4/ Władysław Popielarczyk - wspomnienia rodzinne
5/ Tak zapamiętali wielkiego człowieka:
Jak poznałam Władka - wspomnienia Wandy Popielarczyk,
Córka Basia o swoim ojcu,
Wspomnienia siostrzenicy Reni Damaszk ze Zblewa,
Jedyny siostrzeniec Roman o wujku Władku,
Władka wspominają siostrzenica Bożena i jej mąż Ryszard, Tak zapamiętałem Władysława Popielarczyka - artysta, rzeźbiarz, malarz - Edmund Zieliński,
Władka wspomina przyjaciel córki Basi - lekarz medycyny Andrzej Venulet - Kapsztad, obecnie mieszkaniec Małego Bukowca,
Wywiad znanego publicysty, dziennikarza, pisarza Tadeusza Majewskiego z mieszkanką Wielkiego Bukowca Genowefą Kaczmarek, Kilka słów od autora.     
Całość jest bogato ilustrowana.
Na dniach napiszemy, gdzie tę pozycję będzie można nabyć. Zamieścimy też w portalu szersze omówienie.
Druk i oprawa: Drukarnia Mirotki  










Powyższy obraz, miejsce urodzenia Bernarda Damaszka namalował Edmund Zieliński. Kobietę karmiącą kurki i człowieka z taczką namalował Ali Zwara.

niedziela, 2 października 2016

Z nordic walking na ścieżkach wspomnień

EDMUND ZIELIŃSKI. Z NORDIC WALKING NA ŚCIEŻKACH WSPOMNIEŃDrukujE-mail
niedziela, 02 październik 2016




Przyjedźcie do nas, pójdziemy na kijki – zapraszała nas tymi słowami nasza kuzynka Marlena Baniecka z Białachowa, która ze swoją koleżanką Urszulą Artuna codziennie wędrują po okolicznych lasach. Propozycja nęcąca, zwłaszcza, że dotyczyła  stron mego dzieciństwa. W czwartek, 16 czerwca 2016 roku, wyjechałem z Danką  z Gdańska z pewnymi obawami, zwłaszcza, że padał deszcz. Jednak po kilkudziesięciu kilometrach niebo się rozjaśniło, chmury przybrały kształt cumulusów, zrobiło się cieplutko i słonecznie. 
 W Białachowie zostawiliśmy samochód na podwórku Marleny i w jej towarzystwie ruszyliśmy na dobrze mi znane ścieżki, oczywiście podpierając się kijkami. Poszliśmy drogą na południe. Po lewej minęliśmy stary cmentarz ewangelicki, o którym swego czasu pisałem. Po prawej stare gospodarstwo Węsierskich, którego dom pozostał jako jedyny 
o zrębowej konstrukcji ścian w Białachowie. Urodziłem się w podobnym, w gospodarstwie babci Pauliny Redzimskiej. Jeszcze taki był w gospodarstwach Felskich i Szarafinów. Gospodarstwa te powstały po parcelacji Białachowa w latach 80-tych XIX wieku.

Idąc dalej po lewej minęliśmy gospodarstwo Baczkowskich, w którym urodził się mój ś.p. kolega Józek. To z nim konstruowaliśmy różne zabawki w postaci zminiaturyzowanych wozów konnych i w ogóle spędzaliśmy dzieciństwo na wspólnych zabawach. Często w letniej porze korzystaliśmy z wody pobliskiego jeziora, do którego z gospodarstwa Józka nie ma dalej jak 50 metrów. Był tam pomost, z którego państwo Baczkowscy czerpali wodę na potrzeby gospodarstwa. Przy każdej mojej bytności u Józka jego mama częstowała nas pajdami swojskiego chleba, grubo smarowanego swojskim  masłem, do tego była zbożowa kawa z upalonych ziaren jęczmienia z dodatkiem cykorii, zalana prawdziwym mlekiem. Smaku takiego chleba i takiego masła z tamtych lat dziś nie uświadczysz.

Dalej po prawej znajduje się siedlisko, które za moich młodych lat wyglądało zupełnie inaczej – zrębowa chałupa pod strzechą, obora z chlewem kryta gontem 
– tylko stodoła została ta sama. Tu się urodziłem, tu zostało moje dzieciństwo i miłe wspomnienia. To jak w niemieckim powiedzeniu, na odludziu, na skraju lasu - Wo Hase und Fuchs sich sagen Gute Nacht, da hab ich meine Jugend zugebracht – gdzie zając i lis mówią sobie dobranoc, tam spędziłem swoją młodość. W swoich felietonach często używam zwrotów, słów, haseł w języku niemieckim. Proszę się nie dziwić, na Pomorzu nasi dziadkowie, rodzice i starsze rodzeństwo na co dzień przeplatało mowę polską z niemiecką, na co wpływ miała nasza historyczna przeszłość.

Idąc  dalej,  zatrzymaliśmy się przed Bożą Męką mego dziadka Franciszka, która liczy  sobie  71 lat. Budował ją pan Artuna z Białachowa na zlecenie mego dziadka z wdzięczności za ocalenie życia w ostatniej wojnie. Została pobudowana z czerwonej cegły, której lico po latach zostało pokryte tynkiem. Trzyma się jeszcze dziarsko, tylko otoczenie dawnych nasadzeń dożywa swego żywota. Ale wizualnie wygląda bardzo malarsko i kto wie, czy nie przeniosę ją na płótno i domaluję rodzinę Zielińskich i sąsiadów modlących się w czasie majowego nabożeństwa, którym przewodził klęcząc na obu kolanach dziadek Franciszek.

Obejrzeliśmy też to, co pozostało z gospodarstwa dziadka Franciszka, gdzie urodził się mój ojciec. Tylko chlew, obora i stajnia pozostały w niezmienionym stanie. Nie ma stodoły, drewkarni, wozowni, parownika, nie ma pracowni służącej podręcznym naprawom sprzętu gospodarczego. Reszta? Dom pięknie odnowiony, przebudowany, pewnie moi krewni spędzają tu urlopy i weekendy.


Weszliśmy w las, już inny, młodszy, niż ten z mojej młodości. Tamte wiekowe sosny zostały zastąpione nasadzeniami z lat 60-tych XX wieku. Pomimo tego czułem się jak przed laty. Po drodze mijaliśmy znacznej wielkości mrowiska, które i w tamtych czasach istniały. Zatrzymaliśmy się przy jeziorze, po toni którego co niedzielę w letniej porze pływaliśmy łodzią dziadka. Przyroda zrobiła swoje, nie byłem w tym miejscu kilkadziesiąt lat, porośnięte brzegi zasłoniły dawne kąpieliska. W tym miejscu pan Jerzewski, gospodarz zza lasu już na terenie Borzechowa, nabierał do beczek wodę na pożytek  gospodarstwa. Wprowadzał konie z wozem do jeziora do poziomu stojących na wozie beczek i nalewał wiadrem wodę. Po chwili, ociekający wodą wóz, skierował się w stronę siedliska pana Jerzewskiego. W tym miejscu też jako dzieciaki ze szkoły w Białachowie, krótko przed wakacjami, podczas terenowej lekcji przyrody pod opieka pana Stefana Gełdona – naszego nauczyciela baraszkowaliśmy w wodzie.  Klasa wracała do Białachowa, a ja przez dziadka las do gospodarstwa babci Pauliny Redzimskiej, gdzie mieszkaliśmy.

Przemierzając dalej dawne, rodzinne strony, na chwilę zatrzymaliśmy się przy krzyżu wujka Benka, o którym wielokrotnie pisałem. Ile razy tu jestem, zawsze wracają wspomnienia z tragedii, jaka wydarzyła się tu 6 marca 1945 roku.  Dalej przez las „rządowy”, jak dawniej nazywaliśmy lasy państwowe, poszliśmy w kierunku drogi gminnej rozcinającej pola pana Szrafina. Po drodze mijaliśmy Wilcze i Białe Błota, miejsca w lesie nazwane przez dawnych okolicznych mieszkańców. Za moich młodych lat droga biegnąca przez ziemie pana Szarafina przecinała uprawne pola. Dziś w większości prowadzi przez młody las.  Kiedyś był to normalny polny szlak uczęszczany przez pana Szarafina, jak i przez innych użytkowników. Po obu stronach drogi rosną piękne stare drzewa pamiętające pierwotny las porastający ziemię pana Szarafina, wycięty przez okupanta niemieckiego.

Przeszliśmy przez szosę Zblewo – Borzechowo i dalej polną drogą obok starego, zapamiętanego z dzieciństwa,  siedliska pana Eliasza – kowala. Po tamtym domku nie zostało już śladu, stoją nowe domy. Po lewej stronie mieszkał Feliks Spaiser, który objął to gospodarstwo poniemieckie w 1945 roku. Przyprowadził się z Mermeta. Przed nim mieszkali tu Felscy. Żona Felskiego miała na imię Emma. Mieli trójkę dzieci – córkę Grettę oraz  synów Fritza i Gustawa. Według słów mojej siostry Danusi, ich mama Emma tak mawiała - Fryc póć zryc, a ty Gustaw miski ustaw.Dalej za tym gospodarstwem w głąb pola w kierunku Białachowa też mieszkali Felscy. Ona miała na imię  Hedwig (Jadwiga) i mieli dwie córki. W tym gospodarstwie wujek Benek (brat mego ojca) pracował jako robotnik przymusowy. Jest tam gospodarstwo pana Klina, mieszkali tam też Bielińscy. Z Marysią Bielińską chodziłem do szkoły w Białachowie. Pan Bieliński odwiedzał nas i opowiadał straszne historie z okupacyjnych przeżyć.
Droga dobiegła końca i znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Warto było przyjechać, by przez kilka godzin spacerować ścieżkami mojej młodości, bo gdzie się kto rodzi, rad chodzi.  Marlenka – dziękujemy Ci!

Gdańsk 23 czerwca 2016                                             
Edmund Zieliński

Zdjęcia:


                                              Marlena z Danką w drodze do jeziora






Tędy w młodości chodziliśmy do kąpieliska  dziadkowego jeziora



Urocze jezioro pełne wspomnień

Danka z Marleną



Mrowisko jak za dawnych lat



I kolejna kolonia mrówek



I dalej...


Pod krzyżem wujka Benka


Kamienny drogowskaz



Droga przez włości pana Szarafina




Z kory takiej sosny robiliśmy łódeczki i spławiki do wędek



Piękne stare drzewo przy starej drodze wśród pól  pana Szarafina



Tam było gospodarstwo Franciszka i Pauliny Redzimskich (moich dziadków ze strony mamy)  i tam się urodziłem.




Na drodze w rejonie dawnych gospodarstw Felskich, Bielińskich, Klinów, Eliaszów i Węsierskich



No i kończy się uroczy spacer  po ścieżkach mojego dzieciństwa.



Poniżej -  Boża Męka mojego dziadka Franciszka Zielińskiego  wybudowana z wdzięczności za przeżyte wojny światowe. Wymurował ją w 1945 roku pan Artuna z Białachowa. 
















































dalej »

czwartek, 29 września 2016

EDMUND ZIELIŃSKI. KOCIEWIANKA Z GDYNI I JEJ 102. URODZINYDrukujE-mail
czwartek, 29 wrzesień 2016
Agnieszka Osowska z Kurszewskich urodziła się 17 września 1914 roku w Białachowie z Jana i Franciszki z Dywelskich.  Dom, w którym się urodziła, stoi do dziś w sąsiedztwie Bożej Męki. Chodziła do szkoły w Białachowie i Radziejewie, dokąd około 1925 roku przeprowadziła się wraz z rodziną.

Agnieszka Osowska z Kurszewskich urodziła się 17 września 1914 roku w Białachowie z Jana i Franciszki z Dywelskich.  Dom, w którym się urodziła, stoi do dziś w sąsiedztwie Bożej Męki. Chodziła do szkoły w Białachowie i Radziejewie, dokąd około 1925 roku przeprowadziła się wraz z rodziną. 
Agnieszka jako 14-letnia  dziewczyna pracowała w ogrodnictwie należącym do majątku Augusta Gramsa. Później pracowała w majątkowym spichrzu, gdzie rozdawała  fornalom karmę dla koni. Jak wspomina, właściciel płacił uczciwie i regularnie.
26 lipca 1937 roku w kościele parafialnym w Zblewie odbył się ślub panny Agnieszki Kurszewskiej z kawalerem Dionizym Osowskim z Borzechowa. Po ślubie zamieszkali w Borzechowie, gdzie w 1938 roku na świat przyszła córka Kazimiera. Wkrótce zamieszkali w Gdyni. Kiedy wybuchła wojna, Dionizy wywieziony został  na roboty na Litwę. Pracował w Organisation Todt, jak nazywała się niemiecka firma budowlana. Pod koniec wojny przetransportowani zostali do Niemiec, gdzie dostali się do niewoli amerykańskiej. Po sześciu latach wrócił do Polski, do Gdyni. Tu przychodzą na świat Jerzyk i Mirosława. Kazimiera zmarła w wieku 37 lat zostawiając gromadkę małych dzieci.  W 1966 roku umiera mąż Agnieszki. Przeżyli ze sobą zaledwie 27 lat. Krótko, ale szczęśliwie. Jak powiada Agnieszka – nie było dnia, byśmy pokłóceni położyli się spać.
Nasza solenizantka realnie patrzy na świat i walczy z przeciwnościami losu. Pomaga Jej w tym niezwykłe poczucie humoru. Gdy trzeba płakać, to płacze, a gdy można się śmiać, to się śmieje.
Świętując w rodzinnym gronie swoje 102. urodziny, wspominała swoje rodzinne strony. - Tak bym chciała jeszcze pojechać do Białachowa i Radziejewa. Pospacerować po Wirtach.
Pamięta wszystkie stare piosenki i tych, co wtedy żyli. - Gdy zamieszkaliśmy na Obłużu, jeszcze przed wojną, koło naszego domu przechodzili żołnierze  i śpiewali: "Oby się nam nie dłużył czas, do domu wnet wrócimy" - to fragment starej piosenki wojskowej
"Rekrucie, weź karabin mój".
Wszystko się zmieniło, Gdynia jest już inna, wojsko już nie śpiewa, zmieniły się  wsie Białachowo i Radziejewo, a co najsmutniejsze, upłynęły nasze młode lata jak w starej piosence "Młodości lata są już dawno precz i ten przemiły życia kwieć…"
Da Bóg, zobaczymy się na 103. urodzinach Agnieszki Osowskiej z Kurszewskich – Kociewianki z Gdyni.
Gdańsk 22 września 2016                                                  
Edmund Zieliński



Solenizantka  i jej córki – po prawej rodzona Mirosława Mężydło, po lewej chrześniaczka Danuta Zielińska



W tym domu w Białachowie urodziła się Agnieszka Kurszewska

wtorek, 13 września 2016

EDMUND ZIELIŃSKI. JESZCZE O HISTORII ZBLEWADrukujE-mail
poniedziałek, 12 wrzesień 2016
Szperając po archiwaliach dotyczących mojej wsi Zblewo natknąłem się na jeszcze kilka ciekawych zdjęć dotyczących kościoła. W poprzednim moim felietonie „Ale historia...” zamieściłem zdjęcie wnętrza kościoła w kierunku organów. Niedawno znalazłem zdjęcie przedstawiające wnętrze w kierunku ołtarza. Widzimy na nim, jak wyglądał nasz kościół z częścią nawy głównej, ołtarzem i prezbiterium.

Szperając po archiwaliach dotyczących mojej wsi Zblewo natknąłem się na jeszcze kilka ciekawych zdjęć dotyczących kościoła. W poprzednim moim felietonie „Ale historia...” zamieściłem zdjęcie wnętrza kościoła w kierunku organów. Niedawno znalazłem zdjęcie przedstawiające wnętrze w kierunku ołtarza. Widzimy na nim, jak wyglądał nasz kościół z częścią nawy głównej, ołtarzem i prezbiterium. 
Ten piękny, stary, gotycki ołtarz rozebrany został do posadzki około 1964 roku. Na zdjęciu z 1882 roku ołtarz nie jest zwieńczony krzyżem. Krzyż dostawiono w latach późniejszych. Myślę, że zamysłem ówczesnego  architekta, te rolę miał pełnić krzyż stalowy z figurą Ukrzyżowanego zwisający ze zwieńczenia stropu przed prezbiterium. Zawsze zastanawiałem się będąc w kościele, czy przypadkiem ten krzyż się nie zerwie. Może to też było przyczyną jego demontażu i umieszczenia go w kruchcie wejścia głównego. Podczas renowacji w latach 60. wymieniony został centralny witraż w prezbiterium przedstawiający walczącego z szatanem Michała Archanioła, na nowe przedstawienie, bardziej realistyczne.


Wnętrze kościoła w kierunku ołtarza


     
Ołtarz z 1954 roku 


W rozmowie z kolegą Gerardem Sulewskim doszliśmy do wniosku, że zajmującym na zdjęciu (w felietonie „Ale historia...”)  miejsce organisty może być Jan Czaplewski (ja napisałem Czapiewski). Przeglądając zdjęcia nagrobne zacnej rodziny Czaplewskich, spoczywającej na cmentarzu w Zblewie, możemy przeczytać, że Jan Czaplewski był organistą zblewskim od 1871 do 1921 roku. Całe pięćdziesiąt lat. Dłużej służył Bogu grając na organach w Zblewie niż  organista Izydora Borzyszkowski (około 40 lat). Jan Czaplewski grał jeszcze w starym kościółku zlokalizowanym gdzieś w rejonie starej plebanii.


Grób rodziny Czaplewskich



Grób organisty Jana Czaplewskiego




Kościół z 1913 roku



Kościół i cmentarz z 1913 roku
Na zdjęciu z 1913 roku widzimy  kościół już okolony murem, a na następnym z tego samego czasu widoczny jest cmentarz. Przyznać trzeba, że przez 31 lat  od chwili oddania do użytku nowego kościoła wielu parafian spoczęło na nowym cmentarzu. Spoczął na nim budowniczy kościoła ksiądz dziekan Hieronim Trentowski i być może ktoś z tych, co wznosili mury naszej świątyni. Jest  tu gdzieś istniejący do dziś grób  byłego inspektora szkolnego - der Hauptlehrer  Robert Berendt  1.03.1850 – 20.02.1909. Widać doskonale zachowaną architekturę nagrobków z tamtych lat.


Grób inspektora szkolnego

Przeniesiemy się teraz do lat okupacji niemieckiej. Jak opowiadała mi moja mama, niemiecka organizacja Selbstschutz (Samoobrona) działająca na Pomorzu, planowała zorganizowanie krwawej niedzieli (Blutsonttag) w Zblewie. Prawdopodobnie miało się to dokonać w którąś niedzielę  września 1939 roku. Kiedy wierni po mszy świętej wychodzili z kościoła, ujrzeli na murze okalającym kościół  siedzących SA – manów, co mocno przestraszyło parafian. Później dowiedziano się, że Selbstschutz planował urządzić łapankę ludności i dokonać mordu, ale przeszkodzili temu SA – mani. Jak było naprawdę, nigdy się już nie dowiemy. I tutaj ciekawy wątek o miejscowym policjancie o nazwisku Peiters, który ostrzegł moją rodzinę przed taką możliwością, byśmy się w niedzielę nigdzie się nie ruszali. Wspominam o nim w mojej książce „Na ścieżkach wspomnień…”              
             Selbstschutz była paramilitarną formacją składającą się z mieszkańców mniejszości niemieckiej zamieszkującej  tereny II Rzeczypospolitej. Formacja ta została utworzona we wrześniu 1939 roku na zajętych przez Niemców  terenach. Krwawo zapisała się w Piaśnicy, Szpęgawsku, Skórczu i innych miejscowościach.  W Starogardzie dowodził SS-Sturmbannfürer Josef Meier zwany jako Blutmeier (Krwawy Meier). Organizacja ta swą podłością wyprzedzała swoich pobratymców z SS. W połowie listopada 1939 roku Selbstschutz został rozwiązany. 


Zblewo – Rynek – dożynki



Zawody hippiczne
W czasie okupacji w Zblewie toczyło się jakby normalne życie. Władze okupacyjne zezwoliły na organizowanie dożynek (Erntefest). To zdjęcie przedstawia takie święto. Za chwilę na ten Zblewski rynek wjadą wozy ze żniwiarzami, by świętować zakończenie żniw, a niektórzy otrzymają dyplom od okupacyjnego wójta. Skąd to wiem? Widziałem takie zdjęcie.
Oprócz święta plonów okupanci organizowali inne „atrakcje”. Na  zdjęciu, wykonanym 6 kwietnia 1941 roku, odbywają się zawody hippiczne  w wykonaniu żołnierzy niemieckich. Na drugim planie pośrodku stare przedszkole, na pierwszym planie  stoi tu dziś Urząd Gminy i GOK. Domu po prawej stronie już nie ma.


Stacja kolejowa w Zblewie w 1913 roku
Na koniec  ciekawostka z 1913 roku. Na zdjęciu widzimy piękny Zblewski dworzec kolejowy. Niemieckie nazewnictwo. Do odzyskania niepodległości pozostało jeszcze 7 lat. Ktoś stoi przy płocie. Może za chwile wjedzie pociąg? Wystający ze ściany zegar, którego mechanizm znajdował się w poczekalni. Funkcjonował za moich lat, kiedy korzystałem z usług PKP mieszkając w Zblewie. Jeszcze słyszę głośne tik tak, tik tak… i widzę wolno poruszające się wahadło zegara jakby chciał spowolnić odpływający czas. 

Gdańsk 10 września 2016                                                      
Edmund Zieliński








sobota, 3 września 2016

EDMUND ZIELIŃSKI. ALE HISTORIA! NIESAMOWITE ZDJĘCIA BUDOWY KOŚCIOŁA W ZBLEWIE Z LAT 1870 - 1882!DrukujE-mail
sobota, 03 wrzesień 2016
Mój stary druh, przyjaciel, mój ziomek Gerard Sulewski obdarzył mnie dziś niesamowitymi zdjęciami budującego się kościoła w Zblewie.  Mój ojciec opowiadał, że widział takie zdjęcia i tyle. Dziś możemy zobaczyć kawałek Zblewa z przełomu lat 1870 – 1882.

Mój stary druh, przyjaciel, mój ziomek Gerard Sulewski obdarzył mnie dziś niesamowitymi zdjęciami budującego się kościoła w Zblewie. 
Mój ojciec opowiadał, że widział takie zdjęcia i tyle. Dziś możemy zobaczyć kawałek Zblewa z przełomu lat 1870 – 1882.


  Siedzę przed komputerem i zagłębiam się w odległe lata zatrzymane w kadrach starej fotografii, w lata, kiedy moja babcia się urodziła, a dziadek miał 10 lat. Boże, jak to dawno!


Pierwsze zdjęcie z 1879 roku przedstawia kościół opleciony lasem rusztowań, widok od strony prezbiterium. Mimo woli zwracam uwagę na pierwszy plan. Przy okazji fotograf uwiecznił dawną architekturę Zblewa, po której nie zostało śladu. Sądzę, że te kryte strzechą chatki stały w miejscu dzisiejszych domów stojących po lewej stronie uliczki prowadzącej do cmentarza. Biedniutkie te chatki z rozlatującą się strzechą. Kto w nich mieszkał? Jak pięknie zwieńczona snopkami słomy kalenica połaci tej strzechy. Wydaje mi się, że fotograf wykonał zdjęcie z rejonu starej zblewskiej karczmy pana Szarmacha, z jakiejś zwyżki, może ze szczytowego włazu na poddasze karczmy? Ale to tylko domysły. 


Zdjęcie drugie, od strony zachodniej kościoła, czyli od strony wieży, również z 1879 roku. Dla przypomnienia powiem, że dawniej kościoły budowano w ten sposób - prezbiterium kościoła zawsze było skierowane na wschód, tym samym przeciwna strona na zachód. To jest niesamowite zdjęcia. Można zauważyć doskonale widoczną pochylnię transportową dla wtaczania czy wnoszenia elementów budowlanych na wyższe poziomy. Tragarze w specjalnych nosidłach zawieszonych na plecach wnosili cegłę murarzom wznoszącym mury. Mordercza praca. Wśród rusztowań widać pracujących robotników, może byłych mieszkańców Zblewa czy okolicznych wsi?


Zdjęcie trzecie kościoła z 1882 roku od strony północnej, już ukończonego, bez rusztowań z zamontowanym zegarem, a przed nim w miejscu dzisiejszego ogrodu, którym po wojnie zawiadywali pastwo Franciszek Kukla z rodziną, stoi zrębowa chata (w podobnej się urodziłem). Ze środkowej części kalenicy wystaje komin wieńczący zasadniczą jego część, czyli ostrosłup stojący na poddaszu. W jego podstawie zlokalizowane były kanały dymne wyprowadzone z palenisk (tak było w mojej starej chacie). Przed chatką widzę zarys dzisiejszej ulicy Kościelnej, wtedy droga prowadząca do starego kościółka posadowionego w okolicach starej plebanii. 


Na zdjęciu czwartym wnętrze kościoła wypełnione lasem rusztowań. Dziś z pewnością żaden inspektor nadzoru nie podpisałby się pod zezwoleniem na taką konstrukcję rusztowań. Podobne rusztowania, choć w znacznie oszczędniejszym zakresie stanęły w tym kościele w latach 60-tych XX wieku podczas renowacji wnętrza kościoła. 


Zdjęcie piąte – jesteśmy już wewnątrz kościoła, może po konsekracji? Taki widok był jeszcze za moich młodych lat – i ambona, żyrandole, krzyż procesyjny, stary prospekt organowy z grającym tyłem do ołtarza organistą. Kto siedzi za manuałem? Może organista  Jan Czaplewski? Zbliżam zdjęcie i widzę dość wyraźne rysy twarzy odbitej w lusterku wstecznym. Pamiętam tak pomalowane filary, wśród których wyłania się konfesjonał stojący po lewej stronie kościoła (po prawej na zdjęciu). Tak to wyglądało do czasu objęcia stanowiska proboszcza w Zblewie przez ks. dziekana Franciszka Wróblewskiego. Ten bardzo nowatorski ksiądz mocno wziął sobie do serca postanowienia Soboru watykańskiego II (1962-1965) i przeprowadził dość znaczną zmianę wewnątrz kościoła. Zniknął stary gotycki ołtarz, kratki, ambona, przesunął ustawienie konfesjonałów, z nawy środkowej usunął stare kandelabry, przebudował organy i pokrył nową polichromią zachowane dziewiętnastowieczne malunki wnętrza kościoła. Widoczne doskonale ławki, to te same, które jeszcze dziś stoją (prawdopodobnie mają być zastąpione nowymi - szkoda).









                                                                     Spojrzenie na prezbiterium





                                                                                                         1882 r.





1913 r.




                           
                                                            Kościół i cmentarz w Zblewie w 1913 roku

W rozmowie z Edmundem (Dziuszkiem) Łąckim pochodzącym ze Zblewa, moim kolegą ze szkolnej ławy, dowiedziałem się, że według opowieści rodzinnych pierwszą osobą ochrzczoną w nowym kościele w Zblewie była Marianna Gołuńska - babcia Dziuszka urodzona 8 grudnia 1879 roku. 


I na koniec zdjęcie szóste, może z początku XX wieku. Opisując to zdjęcie Gerard Sulewski napisał do mnie tak: „Mógłbyś rozważyć, czy ten plac - ogród z naszymi przodkami z przełomu, jak sadzę XIX/XX wieku, nie był miejscem zabaw tanecznych itp., o czym nadmienia Pani Teresa Krzyżyńska w swojej monografii 'Zblewo. Zarys Dziejów Wsi Kociewskiej'? Na str. 62 pisze, że Towarzystwo Ludowe ufundowało sobie sztandar 24 czerwca 1906 roku i po mszy św. uczestnicy udali się do ogrodu Łąckiego 'gdzie odbywały się śpiewy, koncerty, tańce i sztuki teatralne…' i dalej na str. 62 - 'zabawa taneczna 22 lipca 1906 w ogrodach p. Łąckiego…???'. Nota bene, w 1906 roku – Bibliotekę Towarzystwa Czytelni Ludowych w Zblewie prowadził Marian (?) Łącki. A był jeszcze Wincenty Łącki w Zblewie, który w roku 1919 – jako jeden z trzech Polaków zdał egzamin abituriencki w Gimnazjum (jeszcze) pruskim w Starogardzie…”
Czy tu, w tej starej wsi, był gdzieś ogród Łąckich? Dziuszek wspomina o ogrodzie rodziny pod Cisem. Gdzie dokładnie odbywały się te zabawy, o których pisze pani T. Krzyżyńska, chyba się nie dowiemy. Gerardzie i Dziuszku, dziękuję Wam za tę porcję wiadomości z przeszłości Zblewa,
Gdyby tak poszperać w zakamarkach pamięci, w starych szufladach i szafach, można by sprawić, że jeszcze wiele wątków z życia naszych przodków ujrzałoby światło dzienne. Zachęcam, szukajcie, publikujcie, to nasza historia.
Pan Gerard Sulewski zdjęcia pozyskał z Facebooka - źródła: www.tu-berlin.de oraz www.fotopolska.eu
Na powyższych zdjęciach jest pieczęć z napisem: Architekten-Verein zu Berlin W. Wilhelmstrasse 92-93 (w wolnym tłumaczeniu – Stowarzyszenie Architektów w Berlinie).
Gdańsk
3 września 2016
Edmund Zieliński