środa, 15 stycznia 2014

EDMUND ZIELIŃSKI. JANEK STACHOWIAK I JEGO RÓD - CZĘŚĆ VIDrukujE-mail
wtorek, 14 styczeń 2014
Franciszek Stachowiak miał dwóch braci, Jana i Stanisława, oraz siostrę, Helenę. Siostrzyczka była drugim dzieckiem Barbary i Stanisława Stachowiaków, urodziła się 15 stycznia 1912 roku w Barmen. Chrzest odbył się 25 stycznia 1912 i krótko po tym zmarła. Jan urodził się 15 października 1913 roku w Barmen i tam dnia 26 października 1913 został ochrzczony. Najmłodszym był Stanisław urodzony w Zblewie w 1924 roku.







Po przyjeździe w marcu 1915 roku do Zblewa,  do domu przy ulicy Chojnickiej 3, jako kilkunastomiesięczny chłopiec zaczął wrastać w nowe środowisko. W Barmen mówiono po niemiecku, a tutaj mieszkała ludność dwujęzyczna, z przewagą języka polskiego. Po kilku latach poszedł do siedmioklasowej Publicznej Szkoły Powszechnej w Zblewie, którą ukończył 31 sierpnia 1927 roku z wynikiem ogólnym dobrym.
W szesnastym roku życia Janek podjął naukę zawodu piekarza. Pomimo że kopia umowy znajduje się na załączonym zdjęciu, wypiszę niektóre fragmenty z uwagi na nieistniejące już dziś słownictwo. 
Dnia 18 kwietnia 1932 roku miedzy uprawnionym do kształcenia uczniów pryncypałem p. Pawłem Kamińskim właścicielem zakładu rzemieślniczego pod firmą znajdującą się w Zblewie w domu nr 9 przy ulicy Główna wykonywującym samoistnie przemysł rzemieślniczy piekarski z jednej strony, a kandydatem na ucznia Jan Stachowiak (…) pryncypał zobowiązuje się wyuczyć na ucznia rzemiosła piekarskiego w ciągu 3 i pół roku t. j. w ciągu czasu, wymaganego do wyuczenia się tego rzemiosła.
Pryncypał zobowiązuje się przy wystawianiu kandydatowi świadectwa, stwierdzającego przebyty czas nauki, zaliczyć czas próby, który trwał od dnia 1 stycznia 1932 do dnia 1 lipca 1935.
Ucząc się praktycznej nauki zawodu u pana Kamińskiego pan Jan Stachowiak od 1 stycznia 1932 uczęszczał do Publicznej Szkoły Dokształcającej Zawodowej w Zblewie, którą ukończył 15 czerwca 1934. Kierownikiem tej szkoły był pan Władysław Kuczkowski, później zamordowany przez nazistów niemieckich w Lesie Szpęgawskim.
Z zachowanych dokumentów wynika, że Jan Stachowiak zdał egzamin czeladniczy dnia 21 sierpnia 1935 roku o godzinie 14. Legitymacja czeladnicza wystawiona została przez Zarząd Cechu w Starogardzie, którego zwierzchnictwo, czyli Pomorski Związek Cechów Piekarskich znajdował się w Grudziądzu. Sztyft, jak na Kociewiu nazywano ucznia, stał się fachowcem. Przez jakiś czas Janek pracował jako czeladnik u pana Kamińskiego. Później pracował u pana Bielińskiego w Piecach w zakładzie cukierniczo-piekarskim. Wyobrażam sobie, jak codziennie siadał na rower i pokonywał trasę ze Zblewa do Pieców i z powrotem. Zaraz przypominam sobie ucznia pana Stanisława Bąkowskiego, do którego warsztatu codziennie przyjeżdżał na rowerze uczeń z Lubichowa. Deszcz nie deszcz, śnieg nie śnieg. To samo doświadczał pan Jan Stachowiak.
W 1939 roku pan Jan podjął pracę w piekarni pana Laseckiego, gdzie produkowano również wyroby cukiernicze. Pamiętam, że kiedy chodziłem do podstawówki przy ul. Chojnickiej w Zblewie, na dużej przerwie często biegliśmy do sklepu pana Laseckiego po cukierki. Jeszcze przez długie lata po wojnie na szczytowej ścianie domu widniał napis Bäckerei (piekarnia). I tutaj mała ciekawostka odnośnie niemieckich napisów na domach. Niedawno odrestaurowano w Gdańsku starą kamienicę. Kiedy zaczęto stawiać rusztowania, zdążyłem jeszcze zrobić zdjęcie szyldów informujących, że tu można było kupić chleb, jaja i inne produkty spożywcze. Przejeżdżałem tamtędy po remoncie i o dziwo, napisy zostały odrestaurowane. To też część naszej historii.
Pan Janek pomimo pracy zawodowej był również członkiem Zblewskiego „Sokoła” i jak jego brat Franciszek czynnie uczestniczył we wszelkiego rodzaju zajęciach sportowych – biegach przełajowych, wyścigach rowerowych i pokazach gimnastycznych.
Jak wspomniałem w którymś z poprzednich odcinków, Stanisław Stachowiak za namową swojej drugiej żony zamienił gospodarstwo z ul. Chojnickiej na ul. Kościerską. Rodzice Janka, Franciszek i Gertruda, wynajęli mieszkanie u pana Jaworańskiego przy ul. Północnej 1, i tu w jednym z pokoi zamieszkał brat Franciszka i szwagier Gertrudy – Jan. Mieszkanie było obszerne – trzy pokoje z kuchnią i dużym korytarzem nad schodami. Państwo Stachowiakowie mieli wtedy jednego syna, Henryka, ur. w 1936 roku, więc miejsca było dość dla wszystkich. W 1937 urodził się Franuś, w 1938 Janinka, a w 1945 Janek.
Po napadzie Niemców na Polskę w 1939 roku nastały w Zblewie zupełnie inne czasy. Zakaz używania języka polskiego, wywózki na roboty do Niemiec, rozstrzeliwania inteligencji, groźby wywiezienia do obozów koncentracyjnych czy Generalnej Guberni. I tutaj zaczyna się wojenna historia pana Jana Stachowiaka.
W 1940 roku Niemcy wywieźli na roboty wielu zblewiaków i bytoniaków. Ze Zblewa zabrali Jana Stachowiaka, szewca Bolesława Ossowskiego, montera telefonów Józefa Śliwę, gospodarza Michnowskiego i wielu innych. Wywieźli ich na pogranicze niemiecko-francuskie. Zostali wcieleni do Bauzugu (budowa kolei). Ich grupa nazywała się Feldzug Westen. W grudniu 1941 roku przeformowano ich w Feldzug Osten i przetransportowano do Rosji w okolice Witebska. Trwały walki niemiecko-radzieckie, potrzebne były nowe trasy kolejowe, jak i remonty uszkodzonych bombardowaniami. Tam przebywali do końca 1942 roku i z ostatniego miejsca postoju, jakim był Dorogobusch (pisownia niemiecka – E.Z.), na początku stycznia 1943 roku przewiezieni zostali na budowę linii kolejowych w dolinie rzeki Moseli we Francji.
Przed przymusową wywózką na roboty, gdy pracował w zakładzie pana Laseckiego, poznał bliżej jego córkę Anelię. Janek na ten temat pisze tak: 
Przymusowa rozłąka wzmocniła ich uczucia – sam to przechodziłem i wiem, że rozłąka gasi mierne uczucia a wzmaga wielkie. Tak, jak wiatr gasi świecę a wzmaga pożar. Na kolejnym urlopie wujek Jan postanowił oświadczyć się Aneli. Na początku czerwca 1943 roku przyjechał na tygodniowy urlop. Już 3 czerwca odbyły się zaręczyny, na których byli moi rodzice, mój najstarszy brat Heniek, brat Franuś i siostra Janinka. Był też dziadek Stanisław z macochą Moniją i wujek Stasiek najmłodszy brat mojego Tatusia. Tego dnia była tylko najbliższa rodzina Stachowiaków i Laseckich. Uroczystość zaręczynowa trwała do późnych godzin wieczornych.
Następnego dnia odbyły się poprawiny, na których byli koledzy wujka Janka i niektórzy dobrzy sąsiedzi. Byli też znajomi państwa Laseckich. Poprawiny zaczęły się około godziny 13 obiadem, potem podano ciasto, kawę i alkohole. Ktoś przyniósł spirytus, który pan Lasecki wymieszał z lodami śmietankowymi i po obiedzie niektórzy uczestnicy poprawin go spożywali. Około godziny 21 spotkanie dobiegło końca, bo kilku z uczestników poczuło się źle i poszli do domu. Źle się poczuł mój wujek Jan i po powrocie do domu powiedział do mojej Mamusi – Trudka, ja coś mam z oczami, nie wiem co się dzieje. Myślę, że ten spirytus z lodami mnie zaszkodził. Mamusia szybko podała mu mleko, które zwymiotował, potem kazała mu zjeść suchych fusów z kawy zbożowej, które na pewien czas mu pomogły. Pił dużo mleka i kawy zbożowej. Zasnął i rano 5 czerwca 1943 roku przyszedł lekarz, dał zastrzyk i powiedział – jak nie będzie poprawy w widzeniu do południa, to trzeba do szpitala w Starogardzie. Po zastrzyku zasnął. Obudził się 20 minut po 11 i wypowiedział słowa, które często w naszym domu we wspomnieniach o wujku Janku powtarzano – Trudka, ja nic nie widzę, ja umieram! Westchnął głęboko, a lekarz, który był przy nim, powiedział – on nie żyje.
Kiedy mój wujek już zmarł, w kilku innych zblewskich domach też pomagano odzyskać zdrowie uczestnikom poprawin. W ratowanie ich bardzo zaangażował się aptekarz Holfeldt, który dostarczał środki medyczne. Już do południa 5 czerwca cały czas był u państwa Laseckich i ratował Anelię (mówili na nią Ane). Niestety, narzeczona wujka Janka zmarła o 17.30. Następnego dnia,  czyli 6 czerwca 1943 roku o godzinie 4 rano zmarł Szarafiński.
Pogrzeb wujka Jana Stachowiaka i jego narzeczonej odbył się 9 czerwca 1943 roku o godzinie 16.45. Pochowani zostali w jednym grobie na zblewskim cmentarzu. Tego samego dnia pochowany został kolega wujka Janka – Szarafiński. 11 czerwca zmarł drugi kolega wujka – Stanisław Weisbrodt, którego pogrzeb odbył się 14 czerwca 1943 roku. Wszyscy spoczęli na zblewskim cmentarzu.
Konkludując swoją tragiczną opowieść Janek zauważył, że dzięki pozycji, jaką piastował w Zblewie aptekarz Holfeldt, nie doszło do żadnych aresztowań. To on fakt zbiorowego zatrucia wyciszył.
Dzięki Jankowi, mojemu przyjacielowi, dopisałem kolejna kartę historii sagi Stachowiaków, mieszkańców naszej wsi. Że tragiczna? Nasze życie nie jest usłane różami.

Gdańsk 12 stycznia 2014 Edmund Zieliński
Cdn.

Zdjęcia




                     Świadectwo urodzenia Jana Stachowiaka







                    Świadectwo szkolne Jana Stachowiaka








Świadectwo szkolne Jana Stachowiaka




Umowa o naukę w rzemiośle zawarta pomiędzy pryncypałem Pawłem Kamińskim a uczniem Janem Stachowiakiem 










                                         Cd. Umowy





                                        Cd. Umowy




Świadectwo Pawła Kamińskiego o ukończeniu nauki zawodu przez Jana Stachowiaka










                            Wpis do ewidencji Cechowej






                                Świadectwo ukończenia Szkoły Zawodowej












                  Legitymacja czeladnicza Jana Stachowiaka





               Świadectwo kupna roweru od pana Bielińskiego z Pieców








Jan Stachowiak




Jego narzeczona Anelia Lasecka




Koledzy – od lewej Szarafiński, Jan Stachowiak i Stanisław Weisbrodt





W Bauzugu we Francji – w środku z papierosem w ręku Bolesław Ossowski. Siedzi po prawej Jan Stachowiak










                  W Bauzugu przy budowie linii kolejowej





                   W Bauzugu też były przyjemniejsze chwile











W Bauzugu – jest choinka, piwko, pewnie święta Bożego Narodzenia





                  Akt zgonu Jana Stachowiaka.


dalej »

środa, 1 stycznia 2014

POLECAMY! WSPANIAŁA SAGA ZBLEWSKIEJ RODZINY PISANA PRZEZ EDMUNDA ZIELIŃSKIEG0!DrukujE-mail
wtorek, 31 grudzień 2013


Polecamy jeszcze w starym roku! Wspaniała saga zblewskiej rodziny, pieczołowicie spisywana przez Edmunda Zielińskiego. Tylko on, świadek i uczestnik niektórych opisywanych wydarzeń, literat i zblewski kronikarz, może to pisać. Mnóstwo rewelacyjnych starych zdjęć przedstawiających Zblewo, jakiego materialnie w dużej części już nie ma, ale które tworzy nasze DZISIAJ, naszą zblewską tożsamość. Zapraszamy do lektury jeszcze w tym starym roku! 

wtorek, 31 grudnia 2013

EDMUND ZIELIŃSKI. JANEK STACHOWIAK I JEGO RÓD CZĘŚĆ 5DrukujE-mail
wtorek, 31 grudzień 2013
Postawmy się na chwilę w roli pana Franciszka Stachowiaka i spójrzmy, jakie Zblewo zastał. Nie spodziewał się, że kilka okazałych budynków legnie w gruzach. Tak było z domem państwa Rekowskich (zajazd i sklep), Holfeldta (aptekarza), państwa Śliwów, Kuczyńskich, pocztą.








Myślę, że najbardziej żałował pan Franciszek obiektów Roha Perschonki, w których zdobywał umiejętności sportowo-strzeleckie. Zblewo nie miało strategicznego znaczenia dla walczących stron, a spalono znaczące dla mieszkańców obiekty.

Pan Franciszek już w innej rzeczywistości, w innym ustroju politycznym szukał zatrudnienia, by utrzymać rodzinę. Janek znalazł dokument, w którym stwierdzono, że jego tatuś od 28 września 1945 do 28 lutego 1946 był zatrudniony w Polskim Radiu – Radiowęzeł Zblewo. Był organizatorem tej stacji, jej monterem i speakerem. Po nim obowiązki montera przejął pan Garaż*. Pan Stachowiak najwięcej pracy miał jako monter. Przecież „kołchoźniki”, jak powszechnie nazywano te skrzynki odbiorcze, zawieszane w domach i na słupach w miejscach publicznych, były czymś nowym, co zostało narzucone przez nową władzę działająca pod kuratelą Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich z siedzibą w Moskwie. Naród miał słuchać i tyle. Na drewnianym słupie na ryneczku w Zblewie taki kołchoźnik wisiał do drugiej połowy lat sześćdziesiątych. Z „kołchoźników” można było usłyszeć tylko program I Polskiego Radia, audycje Radia Gdańsk i lokalne komunikaty o zbieraniu stonki ziemniaczanej. Przypominano o obowiązkowych dostawach zboża, mięsa, mleka i ziemniaków. 
 Podpowiedział mi Janek, że radiofonia przewodowa Drahtfunk Hochstüblau funkcjonowała w Zblewie w czasie okupacji, a centrala jej mieściła się w  domu aptekarza Willibalda Holfeldta. Pod koniec wojny przeniesiona została do narożnego mieszkania domu pana Szulcy. Myślę, że tę działalność propagandową przy pomocy głośników - szczekaczek przywieziono jednak ze wschodu. Za nim faszyzm zapanował w Niemczech, tam już doskonale funkcjonowały  obozy koncentracyjne i zainstalowanie w nich szczekaczki.

W końcowej fazie funkcjonowania radiofonii przewodowej na terenie powiatu starogardzkiego radiowęzeł zblewski został przejęty przez radiowęzeł Starogard. Tutaj speakerem był pan Edmund Falkowski, który ze studia w Starogardzie (oprócz nadawania różnych komunikatów) prowadził koncert życzeń. Mogliśmy usłyszeć życzenia z okazji urodzin, ślubu, gratulacje. Pamiętam, jak pan Falkowski przesyłał jakąś piosenkę na życzenie słuchacza dla dziewczyny w Bobowie.
Poprosiłem mojego przyjaciela Edmunda Łąckiego o uzupełnienie informacji o starogardzkim radiowęźle. E.Łącki, świeżo upieczony absolwent Technikum Łączności w Gdańsku, w 1958 roku zatrudniony został Rejonowym Urzędzie Telekomunikacji w Starogardzie jako konserwator centrali automatycznej  Siemensa. Sprawdził się jako dobry fachowiec i szybko awansował na stanowiska kierownika Wydziału Budowy i Remontów Linii Telekomunikacyjnych. Piastował to stanowisko do 1975 roku. Od tej pory do zasłużonej emerytury był zastępcą dyrektora Wojewódzkiego Urzędu Telekomunikacji w Elblągu. O radiowęźle w Starogardzie napisał mi tak: Do 1958 roku mieścił się przy ul.Wojska Polskiego i stanowił oddzielną jednostkę organizacyjną niezwiązaną z telekomunikacją. Po roku 1958, nie wiem, czy w ramach oszczędności (ale według mnie to główny powód) radiowęzeł został przeniesiony do pomieszczeń telekomunikacji, a dokładnie do biura badań (tam gdzie zgłaszano uszkodzenia telefoniczne), które mieściły się przy ulicy Parkowej - w podwórzu Poczty. 
W ten sposób oszczędzono dwa lub trzy etaty, ponieważ radiowęzeł obsługiwany był w systemie zmianowym, a obowiązki zwolnionych lub przeniesionych pracowników radiowęzła przejęła obsługa centrali automatycznej  i biura badań, miedzy innymi i ja wykonywałem te czynności. 
Radiowęzeł Starogard otrzymywał sygnał z Gdańska, który przesyłał mieszkańcom Starogardu i innym placówkom pocztowo-telekomunikacyjnym na terenie powiatu starogardzkiego. Obowiązkiem obsługi było codzienne włączenie radiowęzła o godzinie 4.30 i wyłączenie po 23.00 po odegraniu hymnu państwowego kończącego nadawanie programu I  Polskiego Radia z Warszawy.
Oprócz przekazywanych audycji ogólnopolskich, emitowane były audycje lokalne dla mieszkańców Starogardu i powiatu. Nadawano je prawie codziennie o określonej godzinie (chyba o 17.20), a w soboty były koncerty życzeń dla mieszkańców Starogardu i powiatu. Tą część przygotowywał i prowadził pan Edmund Falkowski, nauczyciel, Inspektor Wydziału Oświaty w Starogardzie. 
Aby to wszystko działało należycie, potrzebna była obsługa techniczna konserwacji i budowy linii radiowych. Tym zarządzali panowie Zenon Laskowski i bracia Gajewscy. Była również grupa osób, która prowadziła  tzw megafonizację np. z okazji obchodów święta 1 Maja i innych np. Rewolucji Październikowej. Tą grupa kierował i zarządzał pan Stefan Majewski (...)

O Panu Franciszku nie zapomniał Urząd Bezpieczeństwa Publicznego. Jakżeby inaczej, przecież wrócił z Zachodu. To nic, że przez lata okupacji był na robotach przymusowych, że groziła mu śmierć i prawie go dopadła, i nic to, że miał otwartą drogę na Zachód, a wybrał swoją ojczyznę. No tak, ale kontaktował się z Anglikami, to oni odwieźli go do sowieckiej strefy okupacyjnej, i kto wie, może dostał jakieś szpiegowskie zadanie? W marcu 1946 roku przyszli po niego panowie z postawionymi kołnierzami, zarzucając mu działalność na szkodę bezpieczeństwa państwa polskiego. Po sześciu miesiącach odzyskał wolność. Zatrudnił się w Zjednoczeniu Przemysłu Maszynowego w Gdańsku – nie na długo. Jakoś ponownie przypomniano sobie w Urzędzie Bezpieczeństwa o panu Stachowiaku i od stycznia do czerwca 1947 roku ponownie przesiedział w ubeckim więzieniu. Po zwolnieniu podjął zatrudnienie w Państwowych Zakładach Zbożowych w Starogardzie, a w maju 1949 roku objął stanowisko referenta do spraw skupu w Gminnej Spółdzielni Samopomoc Chłopska w Zblewie.
Pan Franciszek nie zapomniał o swoim zamiłowaniu do aktorstwa. Włączył się w rytm pracy artystycznej na miarę swoich i obiektywnych możliwości. Dalej, jak przed wojną, grywał w różnych przedstawieniach ze swoimi kolegami i koleżankami z dawnego „Sokoła”. Miał pan Stachowiak swoje pięć minut. Zespól teatralny ze Zblewa na jakimś pokazie ludowych zespołów teatralnych w Gdańsku, było to około 1951 roku, wystawiał sztukę „Żołnierz Królowej Madagaskaru” Stanisława Dobrzańskiego (1847 – 1880). Pan Franciszek za swój występ zajął I miejsce wśród aktorów amatorów i w nagrodę otrzymał radio marki „Aga”. Jak na owe czasy, to była cenna nagroda. Pewnie dziś równałaby się z ceną średniej marki telewizora. A co zrobił pan Stachowiak? Podarował radio na użytek świetlicy wiejskiej w Zblewie. Uważam, że pan Franciszek postąpił bardzo szlachetnie i swoją nagrodę uznał za wspólną dla całego zespołu teatralnego. Za długo to radio tam nie stało, bo w niewyjaśnionych okolicznościach znalazło się w prywatnym mieszkaniu pewnej rodziny ze Zblewa. Po wielu latach, bo około 1962 roku wróciło do świetlicy, którą zawiadywało koło Związku Młodzieży Wiejskiej w Zblewie.
W roku odniesionego sukcesu na przeglądzie teatralnym w Gdańsku pan Stachowiak był pracownikiem Gromadzkiej Rady Narodowej w Zblewie (odpowiednik dzisiejszego Urzędu Gminy). Odniesiony sukces na scenie spowodował, że został skierowany na szkolenie do Szkoły Aktorskiej w Warszawie. Po kilku tygodniach mozolnych ćwiczeń i doskonaleń skierowano go do Szkoły Aktorskiej w Łodzi. I, jak to ładnie napisał Janek, tutaj wkroczyła mama. Zapewne konstruktywna musiała być dyskusja rodziców Janka związana z artystycznymi zapędami ojca. Rozważono wszystko za i przeciw. Stypendium było niskie, nie gwarantowało utrzymania rodziny, a GRN nie mogła wypłacać pensji panu Stachowiakowi w czasie jego nauki w Łodzi. Studia aktorskie upadły.
O sukcesie pana Stachowiaka i nadziei, że Zblewo będzie miało swego prawdziwego artystę, rozmawiali wszyscy. Gdyby wtedy znalazł się jakiś dobrodziej i wsparł rodzinę, by pan Franciszek mógł ukończyć szkołę, Franciszek Stachowiak znalazłby się w czołówce aktorów scen polskich przynosząc chlubę rodzinie, wsi i krajowi. Niestety – stało się inaczej.
Od 7 lutego 1951 roku był zatrudniony w Ekspozyturze Budowy Nr 1 w Czarnej Wodzie, gdzie budowano (1947 – 1953) nowoczesny zakład do produkcji płyt pilśniowych. Tutaj pracował pan Franciszek w Dziale Mechanicznym i Inwestycyjnym. Tutaj dopadł go nieszczęśliwy wypadek. Po wyleczeniu kontuzji pan Stachowiak został kierownikiem Świetlicy Zakładowej. Wkrótce skierowano go do Wojewódzkiej Szkoły Związków Zawodowych w Krakowie na kurs kierowników świetlic. Szkoła mieściła się na Rynku Głównym 27, a internat znajdował się przy ulicy Skarbowej 2.
Ponownie zatrudnił się w GS Zblewo. Tutaj, za przyczyną czyjegoś donosu (nie wiadomo czego dotyczył), 19 marca 1954 roku został aresztowany, osadzony w więzieniu, a 19 września 1954 odzyskał wolność. Trzeba było znowu szukać pracy, a pobyt w odosobnieniu tej czynności nie sprzyjał. Jego kuzyn był kwatermistrzem w Jednostce Wojskowej (w czerwonych koszarach) w Starogardzie i umożliwił panu Franciszkowi pracę. Tutaj pracował do końca stacjonowania jednostki wojskowej w Starogardzie. Drogą służbową 1 października 1955 został przeniesiony do pracy w ZPP w Czarnej Wodzie, gdzie na różnych stanowiskach pracował do 31 października 1975 roku. Tego dnia przeszedł na zasłużoną emeryturę. Niestety, nie pobrał ani złotówki. Zmarł nagle 17 listopada 1975 roku.
Muszę napisać, że miałem szczęście występować na scenie z panem Franciszkiem Stachowiakiem. Przy Gminnej Spółdzielni w Zblewie utworzony został niewielki zespół estradowy z udziałem pana Franciszka.
W roku 1963 w Wałczu miały miejsce Międzywojewódzkie Eliminacje Zespołów Estradowych Gminnych Spółdzielni. Nasz zespół brał w nich udział. Pamiętam próby w świetlicy GS (w pomieszczeniach po byłym sklepie pana Franciszka Platy) przygotowujące nas do występów. Nadzór artystyczny mieli nad nami panowie Wiktor Piątek i Jan Dudziński, już przed wojną znani aktorzy zblewskiej sceny. Jak wspaniale prezentował się pan Franciszek! Jego dykcja, artykulacja, tonacja świadczyły o solidnym przygotowaniu aktorskim. Już nie pamiętam nazwy skeczu, w którym z panem Franciszkiem występowałem. Coś mi się zdaje, że akcja działa się w zakładzie fryzjerskim. To pewnie dzięki panu Franciszkowi zespół nasz zajął III miejsce w kategorii zespołów estradowych. 
Niewiele napisałem o mamusi Janka – Gertrudzie Stachowiak. Tak to kiedyś było, że żony pozostawały w cieniu swych mężów. Kiedy pan Franciszek został aresztowany, pani Gertruda, by zapewnić minimum egzystencji dzieciom i sobie, w maju 1954 roku została zatrudniona jako salowa w Gminnym Ośrodku Zdrowia w Zblewie, który zawiadywał również Izbą Porodową. Przez jakiś czas pracowała tutaj również jako kucharka. Pani Gertruda była wdzięczna pani Wandzie Gamalskiej, która pojechała z nią do Wydziału Zdrowia Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Starogardzie (któremu podlegał zblewski Ośrodek Zdrowia) i wsparła ją w uzyskaniu pracy. Pani Wanda wówczas była pracownicą Gromadzkiej Rady Narodowej w Zblewie. O ile się nie mylę, była księgową. 
Pani Gertruda Stachowiak pracowała w zblewskiej placówce zdrowia do czasu przejścia na rentę inwalidzką w 1966 roku. Chorowała ciężko przez kilka lat. Zmarła 5 września 1969 roku w Akademii Medycznej w Gdańsku. Janek tak mi napisał: Pochowana została w Zblewie 9 września 1969 roku (…) kondukt żałobny rozpoczął się od domu na ulicy Kościerskiej. Niesiono mamę całą drogę z domu do kościoła ulicą Kościerską, Główną i Kościelną. Kiedy wnosili Mamę do kościoła, to ostatni w kondukcie byli koło starej poczty – tyle ludzi naszą Mamusię żegnało!!!

Edmund Zieliński
Gdańsk 17 grudnia 2013 
Cdn.
*Pan Garaż był specjalistą od budowy wag przeznaczonych do ważenia ciężkiego sprzętu – samochody, wozy, wagony itp. Waga, która wiele lat istniała (może jeszcze jest) na placu węglowym Gminnej Spółdzielni Samopomoc Chłopska w Zblewie jest jego dziełem. Pamiętam, że przy montażu tej wagi pomagał mu jego zięć pan Makowski.

ZDJĘCIA


Odbiornik radiowy marki „Aga” - nagroda dla Fr. Stachowiaka 







                                                   W tym domu mieścił się radiowęzeł w Zblewie









    Koledzy – Zbyszek Stopa i Janek Stachowiak przed domem pp. Krajewskich przy ulicy Młyńskiej w Zblewie








Rodzina pp. Stachowiaków. Od lewej Franciszek Stachowiak trzyma pod ramię swoją synową Erykę, Gertruda Stachowiak – żona pana Franciszka, Monika Trepkowska - druga żona pana Stanisława Stachowiaka, Trudzia – córka Gertrudy i Franciszka, oraz Stanisław Stachowiak – ojciec pana Franciszka.








Rodzina pp. Stachowiaków. Od lewej Trudzia, Monika Trepkowska, Franuś – syn Gertrudy i Franciszka i jego żona Eryka, dziadek St. Stachowiak i żona Franciszka - Gertruda.







                               Grób Gertrudy i Franciszka Stachowiaków w Zblewie








                                    Po lewej dom Perschonki (przed wojną) w Zblewie przy ulicy Głównej







Lewej części tego domu też  nie ma. Na tablicy reklamowej napis "Fabryka wód mineralnych hurtownia skład piwa. Piotr Lewandowski. Pan Lewandowski produkował napoje chłodzące i po wojnie, o czym swego czasu pisałem w jednym z moich felietonów o Zblewie.








Na wprost poczta od 1945 do lat siedemdziesiątych. Obok dom pp. Żabińskich, w którym do odzyskania niepodległości po 123 latach niewoli mieścił się Bezirksamt (Urząd Rejonowy). Najbliżej po prawej dom p. Mazurowskich – była siedziba Gromadzkiej Rady Narodowej w Zblewie








Zblewski zespół teatralny przed wojną po spektaklu „Krakowiacy i Górale”. W drugim rzędzie czwarty od lewej Marian Łącki, szósty Jan Szulc, wyżej pierwszy po prawej Jan Dudziński








                          Janek Stachowiak przed domem p. Krajewskich, w którym mieszkali pP. Stachowiakowie

środa, 25 grudnia 2013

EDMUND ZIELIŃSKI. JANEK STACHOWIAK I JEGO RÓD CZĘŚĆ IVDrukujE-mail
poniedziałek, 23 grudzień 2013
Gdyby tak wszystko napisać, co przeżył w czasie okupacji Franciszek Stachowiak, byłaby z tego spora książka. Był skrupulatnym człowiekiem, dokładnym, co w znacznej mierze przyczyniło się do odtworzenia części jego wojennych przeżyć. Nie wszystkie notatki się zachowały, niektóre są wręcz nie do odczytania, ale te, które pozostał,y w jakieś mierze przybliżą potomnym rodu Stachowiaków jego postać.









Pod koniec wojny spotkało pana Franciszka straszliwe przeżycie. Znalazł się w grupie osób oskarżonych o dezercję. Pan Stachowiak był zatrudniony jako osoba cywilna i nie podlegał rygorom wojskowym. A było tak. 
Od 1 do 12 lutego 1945 roku pan Franciszek przebywał w obozie dla robotników przymusowych w Zoppot (Sopot). 8 lutego otrzymał dwudziestoczterogodzinną przepustkę na odwiedzenie rodziny. Już następnego dnia miał stawić się z powrotem. Jaki miał zamysł pan Stachowiak, skoro nie wrócił na czas do obozu? Pewnie był przeświadczony, że zbliżający się front (Zblewo wyzwolone zostało 6 marca 1945) narobi tyle zamieszania w administracji niemieckiej i nieobecność pana Franciszka nie zostanie zauważona. Niestety „Ordnung muss sein” (porządek musi być), jak mawiali Niemcy, i 10 lutego po uciekiniera przyjechała Feldgendarmerie (Żandarmeria Polowa). 
Tego dnia zostawili go na posterunku Gestapo (jak pisze Janek) w Zblewie. Rano 11 lutego przewieziony został do komendantury Geheime Feldpolizei (Tajna Policja Polowa) w Starogardzie. Po przesłuchaniu został zakwalifikowany jako dezerter skazany na rozstrzelanie. To miało się stać w miejscu kaźni tysięcy Polaków w Lesie Szpęgawskim. Czekali na dowóz innych dezerterów ze Skórcza i to pewnie uratowało panu Franciszkowi życie. W międzyczasie bowiem usilnie starali się uchronić od śmierci pana Franciszka jego ojciec Stanisław i siostra matki pana Franciszka – Franciszka Szklarska. Ubłagali komendanta tajnej policji w Zblewie Holfeldta, by ten z ojcem pana Franciszka udał się do Starogardu interweniować w tej tragicznej sprawie. Wstawiennictwo Holfeldta było na tyle skuteczne, że pan Franciszek został zwolniony z nakazem natychmiastowego stawienia się w obozie w Sopocie, co stało się 13 lutego. Bardzo pomocnym w uwolnieniu pana Stachowiaka okazał się też dokument stwierdzający, że zatrudniony był jako cywil i tym samym nie podlegał rygorom wojskowym. Po ponownym, ostatecznym przesłuchaniu w obozie w Sopocie i wyjaśnieniu wszelkich wątpliwości musiał podpisać dokument stwierdzający, że nigdy nie będzie łamał dyscypliny, nie będzie sabotował poleceń, szpiegował. W tutejszym obozie przebywał do 12 marca i odtransportowano go do Pilau (Pilawa).
Mam przed sobą notatki pana Franciszka z ostatnich miesięcy II wojny światowej. Od 19 do 29 marca 1945 przebywał w Frische Nehrung ( Mierzeja Wiślana) nad Frisches Haff (Zalew Wiślany) na południe od Pilawy. Bardzo wyraźnie słychać było grzmot armat zbliżającego się frontu. Wokół Królewca zgromadzone były znaczne siły niemieckie, mogące jeszcze stawiać opór Armii Czerwonej. Na kierunku Berlina front stał już nad Odrą, a tu na północy wojska niemieckie mogły w desperacji kontratakować i przebijać się do stolicy Rzeszy. Gdyby nie padł Berlin, gdyby herszt nazistów nie palnął sobie w łeb, wojna mogła jeszcze trochę potrwać. 
Dla bezpieczeństwa brygady OT przerzucono do miejscowości Fischausen na wschód od Pilawy w kierunku Królewca. Kolejnym etapem było zgrupowanie się w Pilau (obecnie Bałtyjsk). Przebywał tam od 15 do 17 kwietnia 1945. Celem następnym było przerzucenie robotników OT barkami do Swinemünde (Świnoujście) przez Hel. 17 kwietnia, późnym wieczorem - z pewnością pod osłoną nocy łatwiej było się skryć przed nalotami czy okrętami wojennymi - zostali załadowani na trzy barki, które holowano w kierunku Helu. Niestety, samoloty radzieckie zaatakowały konwój. Jedna z barek została odcięta z holu dla zwiększenia szybkości pozostałych. Co się z nią stało? Nie wiemy. 
18 kwietnia o godzinie 7.30 znaleźli się w porcie na Helu. Tam przebywali do 20 kwietnia i tego dnia o godzinie 13 wypłynęli do Swinemünde. Udało się szczęśliwie pokonać tę morską trasę i 22 kwietnia 1945 roku zawinęli do portu w dzisiejszym Świnoujściu (Swinemünde). Ich „szefostwo” planowało dalszy rejs do Lübeck (Lubeka), jednak na zagrożenia ze strony Royal Navy (Królewska Marynarka Wojenna Wielkiej Brytanii) postanowiono uformować kolumnę marszowo- samochodową i zwyczajnie dać nogę przed ruskimi. 26 kwietnia dotarli do Pasewalk, 28 kwietnia do Neubrandenburga i dalej forsownym marszem 2 maja 1945 osiągnęli miejscowość Schönberg. Do Lubeki, zamierzonego celu, już nie dotarli. Z 3 na 4 maja 1945 roku „wodzowie” ogłosili, że są wolni, ich rozkazom już nie podlegają – mogą opuścić kolumnę lub kontynuować marsz z żołnierzami do Lubeki. A więc WOLNOŚĆ!
Co dalej. Jak zwarta była grupa byłych robotników przymusowych, ile liczyła, pewnie już się nie dowiemy. Pan Franciszek zanotował, że od 6 do 8 maja przebywali w miejscowości Wahlsdorf koło Lubeki. Od 9 do 14 maja przebywali w majątku Wahrsow. Tutaj zatrzymani zostali przez oddział żołnierzy angielskich, którzy rozlokowali ich w okolicy Lüdersdorf, gdzie przebywali do 8 lipca. Z jakichś powodów ponownie rozlokowano ich w majątku Wahrsow, gdzie przebywali do 24 lipca. Tego dnia mieli zostać załadowani do pociągu, którego jednak nie podstawiono. Siłą rzeczy musieli pozostać w Wahrsow do 1 sierpnia 1945 roku. Tego dnia o godzinie 22 Anglicy samochodami przewieźli ich do węzła kolejowego Bad Kleinen. Tutaj załadowali się do pociągu, którym przez Bützow, Güstrow dnia 2 sierpnia dojechali do Szczecina. Wyobrażam sobie zniecierpliwienie pana Franciszka, który z każdym kilometrem zbliżał się do swego domu w Zblewie. Wraz z dwoma kolegami uciekł z transportu w Szczecinie. Miał dość nadzoru, chciał być rzeczywiście wolny. Przez Bydgoszcz, Tczew, Starogard dnia 10 sierpnia dotarł do Zblewa. Z pewnych powodów w domu zawitał dopiero 26 sierpnia 1945 roku – była to niedziela.

Gdańsk 24 listopada 2013 Edmund Zieliński
Cdn.

Zdjęcia



                                      Dokument urodzenia i chrztu rodzeństwa Franciszka i Heleny Stachowiaków







                                         Dowód ubezpieczenia domu Stachowiaków przy ul. Chojnickiej 3








Przy jeziorze w Twardym Dole przed wojną. Pierwszy z prawej siedzi Franciszek Stachowiak. Nazwa lokalna jeziora -Miedacek. Właściwa - Niedacz.







              Z piłką Franciszek Stachowiak. Za plecami pana Franciszka siedzi komendant Sokoła pan Marian Zalewski. W środkowym rzędzie
drugi z prawej Wiktor Piątek.







Pierwszy z prawej stoi komendant Sokoła pan Marian Zalewski, drugi z prawej stoi Franciszek Stachowiak. W górnym rzędzie szósty od prawej pan Wiktor Piątek (późniejszy prezes Gminnej Spółdzielni w Zblewie). Przy sztandarze z prawej stoi pan Gustaw Kołodziejczyk.







Drugi z prawej siedzi Franciszek Stachowiak, obok z żoną siedzi pan Gustaw Kołodziejczyk. Pierwszy z lewej siedzi pan Wiktor Piątek, w środku siedzi pan Marian Zalewski.  Towarzystwo „Sokół”






Budowa autostrady w Zblewie, lub okolicach tej wsi.







                                 Dokument Franciszka Stachowiaka z robót przymusowych z zaznaczoną lokalizacją 








Ostrzeżenie Franciszka Stachowiaka o możliwości zastosowania wobec niego represji wojennych na wypadek dokonania sabotażu, zdrady tajemnicy, szpiegostwa po zaniechaniu powrotu z przepustki w lutym 1945 roku






Świadectwo ślubu Gertrudy i Franciszka Stachowiaków podpisane przez okupacyjnego wójta w Zblewie Hoffmanna








                                    Stara zabudowa ulicy Głównej w Zblewie (naprzeciw dzisiejszego Urzędu Gminy)







Chór "Cecylia"  w Zblewie przed wojną – w drugim  rzędzie drugi od lewej  stoi  Franciszek Stachowiak. W środku przed trzema paniami siedzi organista i dyrygent  chóru pan Izydor Borzyszkowski. W pierwszym rzędzie czwarta z lewej to Gertruda Gulgowska. Na ziemi pierwsza z prawej to pani Firyn. Z tyłu pana Borzyszkowskiego siedzi pani Jasińska z męża. Stojący panowie od lewej to bracia Wolnik, Leon Radkowski, Marian Sulewski, Jan Wierzba, trzeci z prawej to  pan Brunon Wolnik.

dalej »