środa, 4 maja 2016

EDMUND ZIELIŃSKI. PO LATACH W PŁOCICZNIEDrukujE-mail
środa, 04 maj 2016
Wielkimi krokami zbliża się X plener artystów ludowych Pomorza corocznie organizowany przez szkołę w Bytoni. Przez większość plenerów tematem wiodącym dla rzeźbiarzy były przydrożne kapliczki. Nie licząc 14 stacji Drogi Krzyżowej stojącej przy kościele w Bytoni, na terenie gminy Zblewo postawiono 6 przydrożnych kapliczek – w Bytoni, Cisie, Pinczynie, Miradowie, Borzechowie i w Wirtach. Przy okazji X pleneru planujemy postawić kolejne kapliczki w Cisie, Górze i Płocicznie. Ostatnie dwie miejscowości leżą poza terenem gminy Zblewo, ale czy nie możemy zrobić prezentu sąsiadom?


W czwartek 28 kwietnia 2016 roku odwiedziłem zaprzyjaźnioną szkołę w Bytoni. Pan dyrektor Tomasz Damaszk powiada – a może przejedziemy się do Płociczna na rekonesans, poszukamy dobrego miejsca na kapliczkę. Chętnie się zgodziłem, w samochód i jazda do Płociczna przez Cis. Na pewnym odcinku drogowy kontrast – kilkaset metrów asfaltowej drogi i znowu stary piaszczysty trakt. Po drodze zatrzymaliśmy się w rejonie przystanku PKP Bytonia. Pan dyrektor wskazał mi miejsce, gdzie stanie kapliczka figurami – św. Katarzyny, patronki kolejarzy, św. Andrzeja, patrona podróżnych, i Jana Gwalberta, patrona leśników. Będzie posadowiona wśród leśnych drzew w sąsiedztwie przystanku.
Dalej jechaliśmy przez Stary Cis, Nowy Cis, obok jeziora Pieszczenko, Starą Lipę z jeziorem Lipskim – swego czasu własność pana Gełdona ze Zblewa, minęliśmy jezioro Kaczmarskie i miejscowość Kazub z jeziorem Kazubskim. To w tej miejscowości i przy tym jeziorze dumnie rosną wiekowe sosny z pewnością pamiętające urodziny mojego pradziadka Antoniego w 1845 roku. Właściwie to żadna głusza leśna, bo co krok letniskowy domek, a obok siedlisko całoroczne. W miejscowości Dunajki wyłoniła się wśród gęstowia drzew posiadłość pana Marcina Kaliszewskiego. Obok w kopli, jak kiedyś nazywaliśmy ogrodzony teren przeznaczony do wypasu bydła i koni, stado danieli z hodowli pana Marcina. Za moich młodych lat nic takiego nie było nawet do pomyślenia. Dziś nie trzeba jechać w egzotyczne kraje, by zobaczyć strusia, i u nas się je hoduje. Inny świat. Również inny z tego względu, że za moich młodych lat jadąc przez Cis, Kazub napotykaliśmy domostwa kryte strzechą, po których czas nie zostawił śladu.

Kościółek w Płocicznie
Raptem na horyzoncie wśród drzew wyłoniła się kopuła (przypominająca prawosławną architekturę sakralną) kościoła w Płocicznie i wjechaliśmy do uporządkowanej i zadbanej wsi. W mojej pamięci zachowałem ją zupełnie inną, ubogą, zaniedbaną, bo sprzed 55 lat. Wtedy ostatni raz byłem w tej wsi z członkami męskiego chóru naszej „Cecylki” ze Zblewa. Pojechaliśmy na motocyklach. Pamiętam, że na ówczesnych maszynach marki Jawa byli – Paweł Libiszewski, Makowski, Zygmunt Weisbrodt, Czesław Szulc. Na Panonii rodem z Węgier przyjechali Czesław Zalewski i Bogdan Sulewski. Ja przyjechałem na motocyklu marki SHL 150 mojego brata Jerzego. Pasażerami tych maszyn byli - Erwin Dorawa, Roman Rozkwitalski, Konrad Mindykowski, Marian Łącki, Marian Jędrzyński. O ile mnie pamięć nie zawodzi, był również Gerard Sulewski, Heniek Birna, Kazik Rezmer, Józef Kuczkowski. Oczywiście przewodził całości nasz organista i dyrygent Izydor Borzyszkowski. Daliśmy tam koncert w miejscowym kościółku. Wydaje mi się, że było to majowe nabożeństwo. Co śpiewaliśmy? Witaj jutrzenko rano powstająca, Boże mocny, Boże cudów… i dalej nie pamiętam. Kto wtedy był duszpasterzem w tym kościele – też nie pamiętam.
Obecnie zawiaduje tym kościółkiem ksiądz Romuald Prosator – przez miejscowych, i nie tylko, zwany „dobrym duchem”. Przyjął nas bardzo serdecznie w swojej plebanii pomimo niezapowiedzianej wizyty. Był też w trakcie niesienia pomocy jednemu z mieszkańców wsi, który doznał zawału serca. Ksiądz Romuald zorganizował pomoc medyczną.
W przytulnym mieszkaniu księdza Romualda czuć ducha artysty i miłośnika sztuki. Zauważyłem stojące rzeźby na szafie i liczne obrazy na ścianach, a wśród nich bardzo dobrą reprodukcję „Patrolu powstańczego - pikieta” Maksymiliana Gierymskiego z 1872 roku. Wśród rzeźb rozpoznałem pracę Czesława Kasperowicza z Gdańska, który przez wiele lat przebywał w Górnych Malikach, gdzie tworzył swoje dzieła, również do ołtarza papieskiego w Sopocie w 1999 roku. 
 Miejsce przeznaczone na kapliczkę
Odręczny projekt kapliczki
Ten poewangelicki kościół z 1906 roku odzyskał swoją świetność między innymi dzięki obecnemu księdzu Romualdowi Prosatorowi. To tutaj obok kościoła stanie kapliczka z figurą św. Józefa, którą z Bożą pomocą wyrzeźbię. Kapliczka pobłogosławiona zostanie w sierpniu 2016r. Kolejny ślad bytońskich plenerów na trwałe wpisze się w krajobraz naszego Kociewia.
Gdańsk 2 maja 2016 Edmund Zieliński
Męski chór "Cecylki" ze Zblewa z roku 1959. Wróciliśmy z wycieczki do Wdy, gdzie śpiewaliśmy podczas mszy świętej. Najniżej siedzi Heniek Birna. Rząd wyżej od lewej:  Józef Kuczkowski - syn zamordowanego przez Niemców w Szpęgawsku nauczyciela ze Zblewa, Marian Łącki,  Zygmunt Weisbrodt, Makowski, Izydor Borzyszkowski, Czesław Zalewski, Stasiu Poniedziałek, Paweł Libiszewski i Czesław Szulc. Wyżej od lewej: Erwin Dorawa, Konrad Mindykowski, Kazimierz Rezmer, Gerard Sulewski i Edmund Zieliński.
Powyższe zdjęcie pokazano na wystawie fotograficznej w Zblewie w 2005 roku. Wówczas w opisie nie umieszczono nazwiska mojego, Makowskiego, Zalewskiego, Poniedziałka, Kuczkowskiego, Rezmera. Błędnie dopisano nazwiska - Sobisz, Radkowski, Kwaśniewski, Wasilewski, których na tym zdjęciu nie ma. To tak gwoli ścisłości dla archiwizujących stare zblewskie fotografie.

dalej »

czwartek, 14 kwietnia 2016

EDMUND ZIELIŃSKI. Z ZAKRYSTII DO AUSCHWITZDrukujE-mail
czwartek, 14 kwiecień 2016
Konrad Redzimski, syn Franciszka i Pauliny z Kosiedowskich, urodził się 19 sierpnia 1890 roku w Czersku. Około 1920 roku poślubił Wandę Kocikowską. Z tego małżeństwa 7 grudnia 1922 urodził się Kazimierz, a 14 czerwca 1933 roku córka Wiesława. Konrad Redzimski, urodzony w 1890 roku w Czersku, był bratem mojej mamy Zofii. Często odwiedzałem ciocię i wujka w Bydgoszczy na ulicy Wiatrakowej.
Ostatni raz tam byłem z moją żonką około 1968 roku. Ludzie starsi są skorzy do wspomnień, a ja bardzo lubię im w tym nie przeszkadzać. Wujek Konrad wracał wspomnieniami do I wojny światowej, w której uczestniczył jako żołnierz niemiecki na froncie zachodnim. Walczył nad Sommą, gdzie po obu walczących stronach padły tysiące zabitych. Warunki w okopach więcej jak podłe. Szczury łaziły na przedpolu i w okopach wśród zabitych, budząc początkowo grozę i obrzydzenie, później dziwną obojętność ogarnęła żołnierzy. Myślał, że stamtąd już nie wróci. Wrócił, a kiedy mówiono, że wkrótce wybuchnie kolejna wojna, przeczuwał, że ta będzie o wielokroć straszniejsza. Nie mylił się.
Mojego kuzyna Kazimierza znam tylko z opowiadania i starych zdjęć. Jak powiadano w rodzinie, był bardzo zdolnym uczniem i miał zamiar poświęcić się na służbę Bogu – chciał zostać księdzem. W roku szkolnym 1938/39 Kazik był uczniem I Liceum i Gimnazjum Klasycznego im. Marszałka Józefa Piłsudskiego i uczęszczał do klasy IV b. Wujek Konrad (ojciec Kazika) był urzędnikiem kolejowym w Bydgoszczy. 

Kazik z rodzicami

Kiedy wybuchła wojna, był świadkiem działań dywersyjnych mniejszości niemieckiej zamieszkałej w Bydgoszczy w niedzielę 3 września 1939 roku. Kiedy przez miasto przejeżdżały tabory wycofującego się wojska polskiego, dywersanci ostrzeliwali żołnierzy i cywilów w różnych punktach miasta. Samorzutnie zorganizowana samoobrona skutecznie rozprawiła się z bojówkarzami spod znaku swastyki. Nasze działania obronne Niemcy nazwali „Bromberger Blutsonntag” - „Krwawą niedzielą w Bydgoszczy”. Mam przed sobą książkę z 1951 roku, w której opisane są wydarzenia z 3 na 5 września 1939 roku. Przytoczę fragment:
Krwawa niedziela bydgoska" została rzucona narodowi niemieckiemu jako hasło do nienawiści i zemsty, jako rozkaz do morderczego odwetu, jako parol działania dla tych wszystkich sadystów, którzy przez długi czas okupacji szaleli w Auschwitz, Majdanku, Dachau, Mauthausen i w wielu, wielu innych obozach śmierci. Hasło o „krwawej niedzieli bydgoskiej” przekazywano falami radiowymi i milionami druków do państw neutralnych, do państw „osi” i do narodów walczących jako dowód usprawiedliwiający straszny terror hitlerowski wobec Polaków, który przecież nie mógł być przed światem ukryty.

Kazik krótko przed aresztowaniem
Po zajęciu miasta przez wojska okupacyjne rozpoczął się krwawy odwet. Może ta sytuacja była przyczyną, że Kazik zaczął działać w tajnej organizacji skierowanej przeciwko okupantowi. Należał, jak i inni jego koledzy, do Związku Jaszczurczego (tajna organizacja szlachty z ziemi chełmińskiej powstała w 1397 roku w celu ochrony przed uciskiem krzyżackim) – Narodowych Sił Zbrojnych. Organizacja ta prowadziła szeroką działalność wywiadowczą. W 1941 roku zorganizowano w Bydgoszczy ośrodek wywiadu Związku Jaszczurczego, który był częścią składową Ekspozytury „Zachód”. Do najaktywniejszych członów tej organizacji należał Wydział Zachód. To wywiadowcy z tego ugrupowania wykryli produkcję wyposażenia do rakiet V-1 i V-2 w Zakładach Elektrotechnicznych - Elektronische Erzeugnise Erhardt Schmidt w Bydgoszczy. To w tej komórce (wraz z innymi kolegami) konspirował Kazimierz Redzimski. 
  Po lewej Wiesława Redzimska siostra Kazika w szkole średniej około 1950 roku





Ks. Wenancjusz Zmuda w swoim opracowaniu pt. „Konspiracyjne komplety filozoficzno-teologiczne w Bydgoszczy w latach 1941 – 1942” Studia Bydgoskie 2 (2008) omawia aspekty związane z rzekomo działającym w konspiracji „seminarium duchownym” w Bydgoszczy. Przewija się tam również nazwisko mego kuzyna Kazika. Nie chciałbym wnikać głębiej w treść badań ks. W. Zmudy z uwagi na zawiłość sprawy.
Po aresztowaniach członków Związku Jaszczurczego w Brodnicy nastąpiła dekonspiracja naszych wywiadowców w Bydgoszczy, w tym Kazimierza Redzimskiego. Zapewne po okrucieństwach podczas przesłuchań, po wielodniowych „badaniach” zapadł wyrok.
Przez wiele lat niewiele wiedziałem o tragicznie zakończonym żywocie Kazika. W rodzinie krążyły na ten temat różne opowieści, ale jedna brzmiała zgodnie, że zginął w obozie koncentracyjnym w Auschwitz. Ktoś w rodzinie mówił, że rodzice Kazika otrzymali przesyłkę z Auschwitz. Była to puszka z prochami ich syna, jak w załączonym dokumencie napisano – er starb an einem Herzschalg (zmarł na zawał serca). Na dodatek za przesyłkę trzeba było jeszcze zapłacić – Ordnung muss zein do samego końca.
Aby wreszcie dowiedzieć się prawdy, napisałem do Państwowego Muzeum Auschwitz – Birkenau i w krótkim czasie otrzymałem odpowiedź:
Archiwum PMAB –Auschwitz Museum Archiwes.
W odpowiedzi na Pana zgłoszenie Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu informuje, że po starannej kwerendzie, przeprowadzonej w częściowo zachowanych aktach KL. Auschwitz, odnaleziono następujące dane o niżej wymienionym więźniu:
REDZIMSKI Kazimierz ur. 7 grudnia 1922 r., Bydgoszcz, został przewieziony do KL. Auschwitz w dniu 25 czerwca 1943 roku transportem zbiorowym. W obozie został oznaczony jako polski więzień polityczny numerem 126314. Pod datą 29 lipca 1944 r. odnotowano jego zgon w KL. Auschwitz III – Monowitz.
Podstawą źródłową tych ustaleń są:
- numerowe wykazy transportów przybyłych do KL. Auschwitz;
- akta szpitala KL. Auschwitz III – Monowitz;
- książka zgonów KL. Auschwitz III – Monowitz;
- materiały PCK. Zdjęcie obozowe się nie zachowało.
W uzupełnieniu powyższej informacji pragniemy wyjaśnić, że dokumenty odnalezione i przechowywane w Muzeum stanowią jedynie część akt wytworzonych podczas istnienia obozu. Ich analiza pozwala odtworzyć tylko w pewnym zakresie losy więźniów.
Podczas likwidacji i ewakuacji KL. Auschwitz, na polecenie władz obozowych SS, została zniszczona znaczna część akt, w tym także akta personalne więźniów. Częściowo zachowane dokumenty nie pozwalają na udzielenie pełnych i dokładnych informacji o wszystkich osobach, które przebywały w obozie.
Biuro Informacji o Byłych Więźniach.

Kończąc mój tekst przytoczę słowa ks. Wenancjusza Zmudy:
Badając temat miałem wielokrotnie przekonanie, że swymi poszukiwaniami spóźniłem się o kilka lat, tym bardziej, że bezpośrednich świadków i uczestników wydarzeń w ciągu ostatnich lat zabrała śmierć. Niemniej, historia tajnych kursów filozoficzno-teologicznych jest faktem, a los grupki młodzieńców, harcerzy i sodalisów mariańskich, synów żołnierzy i urzędników II Rzeczpospolitej wpisuje się w historię kamieni rzucanych przez Boga na szaniec w tym trudnym okresie naszych dziejów. Koniec cytatu.
Gdańsk 14 kwietnia 2016 Edmund Zieliński

sobota, 9 kwietnia 2016

EDMUND ZIELIŃSKI. PAMIĘTAM TO DOBRZE [BIAŁACHOWO [OKUPACJA I WYZWOLENIE] – CZĘŚĆ IIDrukujE-mail
sobota, 09 kwiecień 2016
Żołnierze frontowi jak wpadli tak i wypadli. Nadciągnęła cała rzesza oddziałów tyłowych i innych formacji. Zrobili sobie jakiś dłuższy odpoczynek, bo w lesie dziadka urządzili dobrze zorganizowany obóz. Stało tam mnóstwo czołgów, samochodów i innego sprzętu wojskowego. Znaczna część dziadkowego lasu przypominała leśne miasteczko. Na skraju lasu od strony jeziora żołnierze wykopali cały rząd ziemianek (nazywaliśmy je bunkrami) wzdłuż których biegła piaszczysta alejka obsadzona iglakami. 
Po prostu wycinali małe świerki i wsadzali w ziemie. Ziemianki były pokryte drągami i przykryte słomą obrzuconą ziemią. Była dobrze zorganizowana infrastruktura socjalno-bytowa. Po przeciwległej stronie był fryzjer, szewc, krawiec, lazaret i swego rodzaju leśny teatr, gdzie żołnierze oddawali się rozrywce. Podobne dwie ziemianki powstały za stodołą dziadków Redzimskich. Jak później się dowiedziałem, w Białachowie stacjonowały wojska wchodzące w skład 65 Armii gen. Pawła Batowa, która parła na Gdańsk.

Zapamiętałem kilka zdarzeń związanych z pobytem żołnierzy radzieckich w gospodarstwach moich dziadków Redzimskich i Zielińskich. Pewnego razu przyszedł do mojej mamy oficer radziecki z propozycją upieczenia placków ziemniaczanych. Mama powiada, że nie ma na czym, nie ma tłuszczu. No to on poszedł do spiżarni babci i przyniósł kawał słoniny. Rządzili się, jak chcieli. W kuchni babci gotowali jakąś zupę. Pamiętam, jak jeden z żołnierzy wziął mnie na kolano i zachęcał do jedzenia tej strawy mówiąc: Kuszaj malczyk, kuszaj. Jadłem, była tak smaczna, że zapamiętałem jej smak do dziś. Była zawiesista, koloru beżowego, z drobinami mięsa. Wspominam tego żołnierza i zastanawiam się, co się z nim stało – przeżył, może poległ?

Były i mniej przyjemne zdarzenia. Pewnego razu mocno zdenerwowany wrócił nasz ojciec od dziadków Zielińskich i powiada, że obronił ciocię Teklę (swoją siostrę) przed gwałtem. Jeden z żołnierzy napastował ciocię, a gdy ojciec stanął w jej obronie, ten wyciągnął krótki bagnet i zamachnął się na ojca. Ojciec wybił mu bagnet z ręki. Na szczęście nadszedł radziecki oficer i poskromił swego podwładnego. Ojciec podniósł z ziemi bagnet i chciał oddać oficerowi. Ten odrzekł – Wozmitie suwienir. Bagnet uchował się do dziś.

Kiedy wojska radziecki odeszły na Gdańsk, chodziliśmy do dziadkowego lasu obejrzeć byłe obozowisko. Tam walało się wiele sprzętu wojskowego. Było mnóstwo części gąsienic czołgowych, koła różnego typu, a w ziemiankach, gdzie spali żołnierze, walało się wiele amunicji strzeleckiej. Z bratem Jerzym znaleźliśmy komplet narzędzi chirurgicznych. Część zachowała się do dziś. Walały się jakieś dywany, sfatygowane mundury. Znajdywaliśmy puszki konserw i słoje z kompotem. No, te ostatnie z pewnością pochodziły ze spiżarń okolicznych gospodarstw. Las dziadka bardzo ucierpiał. Trzeba było to wszystko doprowadzić do porządku, a to trwało. Tutaj najwięcej pracy włożył wujek Willi Shineman – kuzyn babci Antoniny z Berlina. A tak naprawdę Willi był wychowankiem moich pradziadków. Jak wspomina moja siostra Danusia, był żonaty, miał syna Stefana, piosenkarza. Można było go usłyszeć w Deutsche Funk (radiu niemieckim) w latach sześćdziesiątych. Wujek Shineman z wykształcenia był felczerem. To dzięki niemu zachowałem swój palec odcięty siekierką (wspominam o tym w mojej książce „Na ścieżkach wspomnień…”), a mój młodszy braciszek przeżył szkarlatynę. On też sprawił, że las dziadka Franciszka odzyskał dawny wygląd. Wujek Shineman zasypał wszystkie ziemianki. W 1946 lub 1947 roku wyjechał do Niemiec.

Niedawno odwiedziłem swoją wieś Białachowo i nie sposób było pojechać do byłego dziadkowego lasu i oddać się wspomnieniom. Po drodze sfotografowałem dwie boże męki, budowniczym których był mieszkaniec Białachowa pan Marian Artuna, urodzony w 1910 roku – zmarły w 1994, o czym poinformowała mnie moja kuzynka Marlena Baniecka. Kapliczkę mojego dziadka pan Artuna postawił w 1945 roku. Niestety, nie wiem, kiedy powstała kapliczka stojąca w samej wsi. Moja siostra mówi, że gdy chodziła do szkoły w Białachowie w czasie okupacji, kapliczka już tam stała. Czyżby Niemcy ją oszczędzili? Jak mówi Marlena, w czasie remontu kapliczki został zatynkowany rok jej budowy.

Zatrzymałem się w lesie. Stary drzewostan pamiętający obozowisko żołnierzy armii radzieckiej został wycięty przez wujka Franciszka i posadzono nowy las. Dziś liczy sobie już pół wieku i w niewielkim stopniu przypomina las czasu wojny, bo i właściciel się zmienił.
Wyjeżdżając z lasu zatrzymałem się jeszcze przed krzyżem wujka Benka, postawionego z wdzięczności za ocalenie życie Benedykta Zielińskiego, który powożąc końmi wóz najechał na minę. Było to 6 marca 1945 roku. Otoczenie krzyża zadbane, nowy płotek, porządek.

Pozostały wspomnienia – te dobre i złe. Żyje już niewielu świadków czasów minionej wojny. Oby nigdy więcej ludzkość nie doznała doświadczeń tamtych strasznych czasów.

Gdańsk 8 kwietnia 2016 Edmund Zieliński



Ps. Otrzymałem dziś 11.04.2016  następująca informację:
Cześć!
Kapliczka została wybudowana 1945-46 r. Przed nią były tam gruzy czerwonej cegły i pan Artuna postanowił w tym miejscu postawić nową ale pierwsza była ta obok Zielińskich postawiona,  tak to wspomina córka pana Artuny Ewa.

Pozdrawiam Marlena



Zdjęcia:



Kapliczka dziadka Franciszka z 1945 roku. Dziadek postawił ją z wdzięczności za przeżyta wojnę




Kapliczka w Białachowie



Kapliczka stojąca we wsi Białachowo



Krzyż wujka Benka. Pisze o nim w swojej książce „Na ścieżkach wspomnień…”



Miejsce stacjonowania wojsk radzieckich w 1945 roku

PRZEJDŹ DO CZĘŚCI 1 

sobota, 2 kwietnia 2016

EDMUND ZIELIŃSKI. REGIONALISTOM KOCIEWIA - CZEŚĆ I CHWAŁA!DrukujE-mail
niedziela, 30 czerwiec 2013
Wśród publikacji na tematy związane z Pomorzem znajduję się niewielka książeczka Stanisława Wałęgi i Władysława Góry zatytułowana „Wielkie Pomorze – popularny zarys historyczno – etnograficzny” wydana w 1938 roku z okazji Zlotu Młodzieży, jaki miał miejsce 19 czerwca 1938 roku w Toruniu. Swego czasu pochwaliła mi się nią znakomita hafciarka z Borów Tucholskich Pani Felicja Kołakowska, uczestniczka tamtego wydarzenia. Pani Felicja wie, że wszystko co związane z moją małą ojczyzną – Kociewiem, jest bliskie mojemu sercu...
















Pożyczyłem ją, wykonałem kserokopie, z których jedną otrzymał dr Aleksander Błachowski, etnograf z Torunia - znany badacz kultury i sztuki ludowej Pomorza, druga jest u mnie, a oryginał w Tucholi, u pani Felicji. Ogromna szkoda, że Pani Felicja nie ma żadnego zdjęcia z tamtego patriotycznego spotkania. Ale tak barwnie opowiadała o tamtym Zlocie, że słuchacze mieli wrażenie uczestniczenia w tym patriotycznym spotkaniu na toruńskich błoniach. Mówiła Pani Felicja, że tam na błoniach przygotowano zarys Pomorza i poszczególnych jego regionów. My Borowiacy staliśmy w sąsiedztwie Kociewiaków, a jakie oni mieli piękne stroje (…).



Książka z 1938 roku - Felicja Kołakowska
W rozdziale „Zagadnienia regionalne Pomorza” w w/w książce Stanisław Wałęga pisze (zachowam oryginalną pisownię): 
Wśród ludności polskiej dotychczasowego Pomorza dają się wyróżnić grupy regionalne zróżniczkowane dialektycznie. W ziemi chełmińskiej i lubawskiej mieszkają Chełmińszczaki, mówiące narzeczem chełmińsko-lubawskim, pokrewnym kujawskiemu. Na właściwym Pomorzu, po lewym brzegu Wisły, wyróżniamy na południo-zachodzie koło granicy niemieckiej Krajniaków, szczep mówiący poprawnie po polsku mimo, że na terytorium zamieszkanym przezeń, czyli t. zw. Krajanie, mieszkają w dużej liczbie koloniści niemieccy. Słynne Bory Tucholskie zamieszkująBorowiacy, zwący się także Borakami. Północna część powiatu starogardzkiego i t.zw. Kociewie między miastami Starogardem, Tczewem, Gniewem i Nowem zamieszkują Kociewiacy, odrębny szczep polsko-pomorski, różniący się zasadniczo od Kaszubów. Najłatwiej poznaćKociewiaka po mowie, gdyż w liczbie mnogiej czasu przeszłego osoby trzeciej - nie kończymy inaczej, tylko na – „eli”. Mówi się np. zabreli, zamiast zabrali, deli zamiast dali i t.p. Kociewiaków obliczono przed wojną na jakieś 100.000 głów. Południową część powiatu starogardzkiego zajmują Lasaki, mieszkający w wykarczowanej po większej części, mało urodzajnej okolicy, stanowiącej kończyny Borów Tucholskich. 
Książka z 1938 roku - Felicja Kołakowska

Przytoczę również wypowiedź dr Józefa Gajka z rozdziału „Stroje ludowe na Pomorzu”. Tutaj ograniczę się do Kociewia i Kaszub: 
Kociewie wraz z Kaszubami chodziło najchętniej w odcieniu ciemno-niebieskim, dyskretnie podkreślanym kolorem na podbiciu (…) O ile na Kujawach i Kociewiu kobiety najchętniej nosiły spódnice kwieciste i barwne, Kaszubki przedkładały raczej spódnice niebieskie i ciemne staniki. Najwyraziściej odcinali się od reszty mieszkańców Borów Tucholskich . Tak kobiety jak i mężczyźni ubierali się w odcieniu koloru szaro-żółtego, bogato obszywanego szarym barankiem. Nawet obuwie noszono z niefarbowanej żółtej skóry (…).



Mapa z 1938 roku

Wspaniałe zasługi dla gwary kociewskiej ma ks. Bernard Sychta – sercem oddany Kaszubom i Kociewiu. To dzięki jego dziełu pn. „Słownictwo kociewskie” możemy dowiedzieć się jak to psiyrwi gadeli. Nisko się kłaniam ś.p. Kazimierzowi Górskiemu za jego felietony pisane gwarą kociewską. Sugerowałem, by zebrał je w książkowym wydaniu. Tak się stało i mam tę ciekawą pozycję w swojej bibliotece. A nasz kociewski pisarz Bernard Janowicz również chwałą zapisał się dla Kociewia, pisząc mową naszych ojców bajki kociewskie. Kłaniam się również mniej znanemu pisarzowi kociewskiemu panu Janowi Wespie. On na co dzień posługiwał się mową naszych ojców i pisał swoje wiersze. Pisał tak jak mówił. Nikt tu nie może powiedzieć, że posługiwał się językiem wydumanym. Mówił językiem swoim i swoich przodków.





Mapa z 1938 roku
Nieżyjący już od dawna Władysław Kirstein w swojej książeczce „Kociewie – gawędy i wiersze” w nawiązaniu do piśmiennictwa kociewskiego wymienia dzieło dr J. Łęgowskiego „Kaszuby i Kociewie” z 1892 roku. Tutaj można dowiedzieć się o relacjach różnych informatorów, wśród których jest Franciszek Nierzwicki, nazwany przez Wł. Kirsteina „ojcem pisarstwa kociewskiego”.
To oni własną gwarę wyniesioną z rodzinnego domu, a nie prostacką mowę przelewali na papier. Gwara to nie jest prostacka mowa - to jest inna mowa. O ile uboższa byłaby nasza kultura, gdybyśmy posługiwali się jedynie językiem literackim. Na Kociewiu co wieś, a nawet w poszczególnych chałupach używano odmiennych nazw poszczególnych przedmiotów, czynności itp. I tu należy się cieszyć z bogactwa naszego języka polskiego, składającego się z poszczególnych gwar.
I na zakończenie powiem to, co powiedziałem swego czasu na Turnieju Gawędziarzy Ludowych we Wielu: Mowa naszych ojców, to czysta perła w skarbnicy kultury narodowej naszej ojczyzny. A trwać będzie tak długo, jak długo używać będziemy jej w naszym codziennym życiu.
Edmund Zieliński
Gdańsk 25 czerwca 2013 

środa, 30 marca 2016

Szanowni Państwo - Wójt, Rada,  pracownicy Urzędu Gminy w Zblewie i mieszkańcy - moi ziomkowie!

Niech Zmartwychwstały Jezus Chrystus darzy Was ciągłym  zdrowiem i nieustającą opieką. Niech w Waszych rodzinach panuję miłość , zgoda i dobroć. A mężczyźni niech pamiętają - w poniedziałek skoro świtanie zaczyna się dyngowanie. Tak po naszemu:
Dyngus dyngus po dyngusie
leży placek na obrusie.
Babcia kraje dziadek daje
proszę o święcone jaje.

Z serca życzy i serdecznie pozdrawia
Edmund Zieliński z małżonką.







niedziela, 6 marca 2016

REGINA MATUSZEWSKA. LEPSZA SWOJA ŁATA, NIŻ CUDZA SZATA - CZ. XVIIDrukujE-mail
niedziela, 06 marzec 2016
Edmund Zieliński: Czytając wspomnienia pani Reginy Matuszewskiej zanurzamy się w zupełnie inny świat, świat bezpowrotnie miniony, przez starszych mile wspominany. Kiedy pani Regina pisze o swoim ojcu krawcu, pamięcią wracam na ulicę Kościelną w Zblewie, gdzie miał swój warsztat krawiecki pan Edmund Szulc. Dom stał naprzeciw spichlerza pana Jancy, dziś przebudowanego na sklepy wielobranżowe. 
Korzystaliśmy z usług pana Szulcy. Szył mi młodzieńczy garniturek. Jego warsztatem była jedna z izb jego mieszkania. Duży stół z wielkim blatem, który służył do wszystkiego, co wiąże się z krojeniem, fastrygowaniem, szyciem i prasowaniem. Widzę to ciężkie żelazko stojące na mosiężnej podstawce i manekina z zawieszoną na nim ledwie zaczętą marynarką. Jakby to było wczoraj. Od dawna nie ma pana Edmunda Szulcy, jego warsztatu i domu. Pozostały wspomnienia.









Regina Matuszewska część XVII

Polska z Ruskiem wojnę wygrali, a Niemcy przegrali. Teraz po tylu latach okazuje się, że Niemcy są górą. Niemiecka zasobność i gospodarność doszła do bogactwa i rozkwitu. Dzisiaj i my chwalimy to, co niemieckie, tracimy dawną nienawiść, którą nam przez wszystkie lata wpajano. Widzimy i słyszymy, jak młodzi ludzie jadą do nich i się płaszczą przed nimi. Przywożą to, czego już Niemcy nie chcą. Handlują tym i cieszą się, że mają zarobek. Kto tu przegrał i kto tu winien, żeśmy tak nisko upadli. Służyliśmy podczas okupacji i teraz służymy z własnej woli. Gdzie te przysłowie - lepsza swoja łata, niż cudza szata. Stroimy się w cudze piórka. Co nasze stare i dobre, bo nas tyle lat grzało, wyrzucamy do lamusa. Ameryka nas zauroczyła swoimi mamidłami. Narzucić chcą nas swoimi dobrociami. Wszyscy nas chcą uczyć ich rozumu, jakbyśmy naprawdę byli niedorozwinięci, jakbyśmy nie mogli wypracować swoich wzorców i żyć według swojej kieszeni. To tak, jak ja bym poszła do sąsiadki, pożyczyła pieniędzy i kupiła sobie kapelusz, albo jeszcze gorzej - kupiłabym wódki, wina, różnych „marsów” i coś tam jeszcze. Bez tego można się obyć, zastępując czym innym. Teraz tak się chyba robi, inaczej byśmy nie doszli do takiej gospodarki. Teraz Polska to jest jak takie pijaczysko, co nie może się z nałogu wyzwolić i musi dalej pić i pożyczać na to picie. Tak wygląda teraz, że Polska nie jest Polską. Straciliśmy Polskę i polski honor.

Regina Matuszewska, Elżbieta Żuławska i Krystyna Szałaśna w Czarnymlesie 24 kwietnia 1996

Niemcy zaprowadzili podczas okupacji swoje rządy. Szkoły zamknęli i dzieci nie uczyły się. Pomagały rodzicom w polu i w domu. Starszą młodzież zabierali w transporty i wywozili na roboty do Niemiec. Młodzież nadgraniczna sama się zgłaszała do Prus na roboty za służących. Stręczyli (namawiali - E.Z.) jeden drugiemu, że tam, u tego Niemca, będzie ci dobrze. Chcieli być bliżej swoich rodzin, mogli odwiedzać swoje rodziny. Zabrali dalej, wtedy była prawdziwa niewola. Niemcy wyznaczali szarwark, furmanki były im potrzebne. Ojciec miał ziemię i konia, i też musiał jechać, jak na niego sołtys czy podsołtys wyznaczył. Ludzie dużo przynosili do szycia. Lejby już nie było i innych żydowskich krawców. Matka mówiła do Żyda, jak raz on czytał po niemiecku książkę: "Wasza mowa podobna do niemieckiej, to wam będzie dobrze, gorzej z nami". Żyd jej przytakiwał, ale oni chyba coś czuli, bo z moich stron wszyscy pouciekali. Ojciec na całą okolicę był sam, co szył. Ludzie się naprzykrzali z robotą. Ojciec poszedł do gminy, do wójta niemieckiego, rozpowiedział o swoich kłopotach. Wójt wysłuchał ojca i wypisał zwolnienie od szarwarku.

Regina Matuszewska z mężem Stanisławem

Ojciec wziął ucznia, żeby uczyć. Ciotki Franek też przyszedł się uczyć na krawca. Ludzie sami się garnęli do nauki jakiegoś zawodu. Pod koniec roku było pięciu uczniów stale. Ojciec dobudował do domu pracownię. Dwóch uczniów jeszcze było dochodzących. Franek spał na ślabanie (ława przystosowana do spania – E.Z.), Bronek na leżance, Antek rozkładał na dużym stole sukno, co ludzie przynieśli do szycia, i spał na stole. Ten blat stołu nie był przybity. Raz cały blat spadł razem z nim i on dalej spał. Jaki to jest sen mocny młodych ludzi. Franek, Bronek i Antek jedli śniadanie i kolację razem z nami. Na śniadanie i kolację były gotowane ziemniaki i coś do ziemniaków, kapusta czy barszcz jakieś i kluski na mleku, czy jakaś kasza. Przy stole ledwieśmy się zmieścili. Była stawiana miska duża z ziemniakami i duże miski z kapustą. Jak to było zjedzone, stawiało się salaterki z mleczną zupą. Wszyscy sięgali i się najedli. Pomiędzy śniadaniem a wieczerzą gotowało się kawę. Oj, czy kawa była... cykoria czy inną mieszanka. Chłopcy szli na niedzielę do domu i blachę chleba sobie przynosili na cały tydzień. Leli sobie kawę, słodzili i jedli z chlebem. Uczniowie się zmieniali. Wyuczyli się i szli na swojej maszynie szyć. Byli i tacy, co się nie nadawali do tego fachu, też odchodzili. Początkującemu przywiązywało palec obrębkiem. Środkowy, na którym miał naparstek. Ten palec musiał się odpowiednio przygiąć, żeby nie szyć bokiem palca, tylko środkiem. Brało się w prawą rękę igłę bez nici i wkłuwało się w szmatę pustą igłę, aż się nauczył szyć na pusto, dostawał coś do obrzucania szwów. Kiedy nauczył się szyć igłą, dopiero uczył się szyć na maszynie. Antoś, najmłodszy brat mojego ojca, odwiedzał nas często. Też się trochę uczył szyć, ale mówił, że to nudne. Wolał grać na organce (harmonijka ustna – E.Z.) i robić coś w polu. Później nas już nie odwiedzał. Poszedł do szkoły rolniczej. 

Regina Matuszewska z mężem Stanisławem
Babcia kupiła stryjkowi osiem hektarów ziemi szlacheckiej, czyli pszenno-buraczanej. Na samą wojną babka stryjka Antosia ożeniła. Piszę ożeniła, bo babka o wszystkim decydowała. Słyszałam, jak po cichu kumy babcine gadały, że Antoś nie bardzo rwał się do ślubu z Honorcią. Mnie się nowa stryjenka bardzo podobała. Na tym weselu tylko ja byłam. Do domu babki naschodziło się kumów pełna izdebka. Była dość obszerna i tam kobiety ustały w kółeczko i śpiewały skoczne i wesołe piosenki, trochę inne jak w Łączkach. Kobiety i ubrane były inaczej, po szlachecku. Spódnice też tkane na krosnach, ale kolory nie takie jaskrawe, bardziej stonowane. Ciemnozielone, bordo, brąz i przetaczkowe. Jedna nitka czarna, druga biała. Wstążeczki czarne i w tym kolorze co spódnice. Nie takie szerokie jak u nas. Szyte w kliny i długie. Do tego bluzki długie i zwiewne. Fartuszki też grały z kolorem spódnic. Włosy zaplecione w koszyczek i schowane pod chustkę. Chustki u nas wiązało się na okrągło. W Cieloszce i we wsiach sąsiednich chustki były jaskrawe i wiązało się pod brodę. Kobiety się naśpiewały. Babcia poczęstowała plackiem i swojskim piwem z jałowca i gryczanym. Gryczany chleb świeży to był taki dobry, lepszy jak pszenny, i mówiło się na niego gryczan. Stryjek był na muzyce. Młody pan wynajmował muzykantów. Oni grali muzykę w wynajętym domu dla całej wsi. Rano poprzychodziły druhny i drużbowie do domy babci. Kumy też przyleciały, żeby stryjka pożegnać i wyprowadzić do ślubu. Śpiewały piosenki smętne;
Ty pójdziesz górą, a ja doliną”, i
Wyszła dziewczyna, wyszła jedyna
jak różowy kwiat.
Ręce załamała, oczki zapłakała,
Zmienił jej się świat.
Nie płacz dziewczyno, nie płacz jedyna,
Ty będziesz...
Ludzie mi cię ganią i rodzice rają
I sam Pan Bóg w niebie.
Ty pójdziesz górą, a ja doliną,
Ty zakwitniesz różą, a ja kaliną.
Ty pójdziesz drogą, a ja gościńcem,
Ty zakwitniesz różą, a ja kaczeńcem.
Ty będziesz panną w tym białym dworze,
A ja będę księdzem, księdzem kanonikiem
W białym klasztorze.
A gdy umrzemy, to damy sobie
Złote litery wybić na grobie.
A gdy kto przejdzie,
Przeczyta sobie,
Tu młoda para, tu młoda para
Leży w tym grobie. 

Furmani konie pozaprzęgali, przystroili wstążeczkami. Sany (sanie) ładnie wymościli. Wiązki ze słomy do siedzenia, przykryte kilimami. To był karnawał, było zimno. Chłopy poubierali ciepłe kożuchy. Drużbowie w ciemnych kurtkach. Kobiety w ciemnych paltach. Sanki każde były inaczej pomalowane i miały inne ozdoby. Powsiadaliśmy do sań i jechalim z dziesięć kilometrów. W Ptakach przywitali nas śpiewem tamtejsze sąsiady. Honorka ubrała się w długą suknię, jasny seledyn. Druhna Irena, jej siostra, poprzyszywała drużbom malutkie wianuszki z mirtu i białej wstążeczki. Teraz szykowali się wszyscy do kościoła. Ja zostałam z dziećmi, bo i ja byłam dzieckiem. Poznałam młodsze siostry Honorci. Z Genią i Janią polubiłyśmy się. Sąsiadki kucharzyły. Myśmy wylatywały na szosę i wyglądały, czy od ślubu nie jadą. Ślub był w Kolnie, a ksiądz Bronek, brat, ślub im dawał. Przyjechali z kościoła, wszyscy się porozbierali i zasiedli za stoły. Przyjechał i ksiądz stryjek, usiadł koło młodej pary i koło babci. Ja siedziałam trochę dalej. Ksiądz mnie zauważył i mówi: "O, Reginka jest". Nałożył na talerzyk pieczoną kiełbaskę i mi podał, oraz nóż i widelec. Ja zaczęłam jeść nożem i widelcem. Kiełbaska ślizgała mi się po talerzyku. Nie wiedziałam, gdzie oczy schować, tak się tego wstydziłam. Jakoś zjadłam i ucieszyłam się, że mogłam iść od stołu. Ksiądz po obiedzie dał mi dwa złote, żeby kupić cukierków i obdzielić dzieci, jakie były na weselu. Sklep był u sąsiada. Poszłam z gromadą dzieci i kupiliśmy białych landrynek. Innych tam nie było. Raz, dwa obdzieliłam wszystkie dzieci i po cukierkach. Przyjechałam do domu i rodzicom i siostrom opowiadałam, że dostałam dwa złote i kupiłam cukierków. Siostry mówią: "Ale tyś i głupia, co by mógł za dwa złote kupić". Kiedyś było wstyd wydawać pieniądze na łakocie. Sama nieraz żałowałam, że przepuściłam pieniądze. Teraz, po tylu latach myślę, że dobrze zrobiłam. Pieniądze mogłam zgubić, a tak mam dobre wspomnienie, i dziś bym tak samo zrobiła. Na tym weselu byłam jedynym gościem z domu, chodziłam do drugie klasy. W 1938 roku to było.
Stryjek długo się ze stryjenką nie cieszył. Mieszkali i gospodarzyli w Ptakach. Honorka była dziedziczką, a syna nie mieli jej rodzice. Ona była najstarszą córką i jej przyszło gospodarzyć. Ziemia stryjkowa była w sąsiedniej wsi i tą ziemię stryjostwo obrabiali. Od zimy do lata gospodarzyli. Wszystkich młodych ludzi brali do wojska i stryjka też wzięli. Do domu wrócił, dostał się do niemieckiej niewoli. Irena, siostra Honorki, poszła do księdza Bronka za gosposię. Jania zmarła młodą dziewczynką. Honorka gospodarzyła z rodzicami i urodziła Bronkę. Lubiliśmy rodzinę Honorki. Byli gościnni i chyba też nas lubili.
W następnym odcinku będzie o życiu pod okupacją niemiecką.


Foto. Edmund Zieliński


środa, 24 lutego 2016

EDMUND ZIELIŃSKI. PAMIĘTAM TO DOBRZE [BIAŁACHOWO - OKUPACJA I WYZWOLENIE]DrukujE-mail
wtorek, 23 luty 2016
Miesiąc marzec zawsze kojarzy mi się z marcem 1945 roku. Kończyła się okupacja niemiecka na początku której przyszedłem na świat. Jednak zanim Armia Radziecka wkroczyła do Białachowa, przeżyliśmy wiele niepewnych dni. Wiele epizodów tamtego życia utkwiło mi w pamięci. Dobrze pamiętam moje codzienne wędrówki z mamą, która w dwojaczkach zanosiła obiad mojemu ojcu pracującemu w majątku Helmuta Hermana w Białachówku, a od 1944 roku i bratu Jerzemu. 



Kiedy skończył szkołę w Białachowie musiał iść do pracy na majątku. Zanoszone obiady moim bliskim były bardzo skromne – zawsze jakaś zupa. Pamiętam grochówkę ugotowaną na wędzonych skórach po słoninie. Ojciec dawał mi je do ust a ja ząbkami ściągałem tłuszcz – tata zjadał resztę. Chodziliśmy zawsze tą samą drogą, miedzą obok gospodarstwa Baczkowskich, brzegiem jeziora, polną drogą przez ziemie Hermana do majątku i między stodołą a oborą prosto do świniarni. Tam w „świńskiej” kuchni ojciec i Jerzy zjadali obiad. Raz spotkał nas w drodze policjant ze Zblewa – Bletel (Zblewo wtedy nazywało się Hochstüblau). Mama bardzo się bała, bo w każdej chwili groziła nam wywózka, w najlepszym wypadku do Generalnej Guberni, bowiem nie podpisaliśmy listy narodowościowej (Volksliste). Bletel w ostrym tonie zapytał się po niemiecku – Wo wollen Się hin? dokąd idziemy. Kiedy mama odpowiedziała – Ich habe ein Abendessen für meinen Mann. Er arbeitet auf einem Bauernhof Helmut Herman – mam obiad dla mego męża. Pracuje w majątku Helmuta Hermana. Kiedy to usłyszał powiedział – Nun, Się können gehenn – możecie iść i puścił nas wolno. I tak sobie dziś myślę, że może praca w majątku uratowała nas od wywózki? Jak opowiadała mi moja siostra Danusia, kiedy naszego ojca skierowano na Wał Pomorski ( Pommernstellung), by podwodami (wozami konnymi) woził materiał na umocnienia i amunicję na ten odcinek przyszłego frontu, poszła do Hermana po deputat, jaki należał się ojcu – pracownikowi tego majątku. Herman zapytał się siostrę – Vater ist noch nich angekommen? Nein, Herr Herman. Wird bald zurück sein – ojciec jeszcze nie wrócił? Nie panie Herman. Niebawem wróci. I tak było. Za kilka dni widzimy wracającego z kierunku Białachowa naszego ojca.



Figurka Matki Bożej z Lourdes. Prezent ślubny dla moich rodziców od Agaty i Józefa Zielińskich


W majątku Hermana pracowały też Ukrainki. Jedna na imię miała Dasza a druga Tania. Po pracy przychodziły do naszego mieszkania, pięknie śpiewały i opowiadały o swoich stronach. Pamiętam te piosenki. Jedna mówi o tęsknocie za ojczyzną a druga o jaskółce, by nie odlatywała i nie zostawiała nas. Ojciec Daszy był kapitanem okrętu wojennego. To dzięki tym dziewczynom w naszym domu było mleko. Kiedy mama zanosiła w dwojaczkach obiad naszemu ojcu i bratu, napełniała je mlekiem, które sama udoiła od krowy w oborze Hermana. Ukrainki w tym czasie stały na czatach. Co stało się z tymi dziewczynami? Już się nie dowiemy.




Ruiny byłej świniarni w majątku Helmuta Hermana w Białachówku. Foto Edmund Zieliński 8 września 2010



Były pałac Helmuta Hermana w Białachówku. Foto Edmund Zieliński 8 września 2010



Może policjantowi ze Zblewa, który nazywał się Peiters, też należy się szacunek? On to, bowiem ostrzegał nas przed represjami ze strony okupanta. Zapamiętałem jego sumiaste wąsy. Natomiast wspomniany Bletel miał jak najgorszą opinię. Wielu doświadczyło jego represji w stosunku do Polaków. Danusia pamięta do dziś jak ją Bletel spoliczkował, a miała wtedy 10 lat. Było tak. Dzieci ze szkoły w Białachowie, zwłaszcza z rodzin które nie podpisały Volkslity, po lekcjach musiały iść do pracy w majątku Hermana. Tym razem było to wyrywanie marchwi z pola. Danusia tam też była i pracowała do wieczora. Bała się wracać o późnej porze, to uciekła z pola do domu. Ktoś musiał donieść policji o tym fakcie. Na drugi dzień na drodze przed szkołą czekał na Danusię Bletel. Siedział na rowerze, lewą nogą wspartą na ziemi. Kiedy Danusia zrównała się z nim, zatrzymał ją i pyta się – Warum bist du weggelaufen gestern von der Arbeit?- dlaczego wczoraj uciekłaś z pracy? Tłumaczyła, że – ich hatte Angst, zu spät nach Hause zu gehenn - bałam się wracać późno do domu. Bletel nic tylko spoliczkował Danusię z solenną obietnicą, że – wenn es passiert werden wir anderes reden - jeśli to się powtórzy porozmawiamy inaczej.

Pewnego razu patrzyłem przez okno w kierunku Białachówka, już zbliżał się front, i widzę nadlatujący samolot nad stodołę Hermana. Rozległ się głuchy huk i nad dachem pojawiły się kłęby czarnego dymu. Płonęła stodoła zbombardowana przez radziecki samolot.




Gospodarstwo moich dziadków Redzimskich w Białachowie, miejsce mego urodzenia. To tutaj zajechał wozem Wacek. Zdjęcie z dnia 16 sierpnia 1974



W głębi gospodarstwo moich dziadków Zielińskich. Zdjęcie z dnia 16 sierpnia 1974.

Foto. E. Zieliński 16.08.1974



Wkrótce po rozpoczęciu ofensywy przez wojska radzieckie w styczniu 1945 roku, szosą z Borzechowa do Zblewa przejeżdżało coraz więcej pojazdów wojskowych i cywilnych. W drugim przypadku były to wozy konne przykryte plandekami z uciekinierami (Flüchtlinge) z Prus Wschodnich. Pewnego razu pod wieczór, w drogę do naszego gospodarstwa skręcił wóz i wjechał na podwórko. Pamiętam, że powoził nim niejaki Wacek – Polak, jak się okazało wywieziony na roboty do bauera. Teraz wiózł dobra swego pana na zachód, który uciekał inną drogą. Z Wackiem jechała również służąca tego bauera o imieniu Wierka. Przyszli do naszego mieszkania. Najbardziej ucieszyliśmy się z tego gara zmrożonego smalcu, który wraz z pętem kiełbasy Wacek przytaszczył do naszej izby. Ale pojedliśmy! Przyniósł też jakieś sukienki dla siostry Danusi. Tata odwdzięczył się machorką własnej roboty i kartoflami na paszę dla koni. Wacek na dodatek ostrzygł moją i brata głowę. W czasie tej czynności siedziałem na moim składanym foteliku z blatem do zabawy. Jak wspomina moja siostra Danusia, przebywali u nas około tygodnia. Któregoś dnia rano nasi goście odjechali w kierunku Starej Kiszewy i Kościerzyny, gdzie opodal przebiegała przed wojną granica polsko-niemiecka. Doszły do nas wieści, że kolumnę uciekinierów zbombardowały samoloty radzieckie. Może i Wacek tam był?

Przyszły również do nas dwie młode Niemki, też uciekające na zachód. Widzę z wysokości małego dziecka, gdzie wzrok sięgał blatu stołu. Stały na nim dwie puszki po konserwach do których uciekinierki upychały Kartoffelsalat, bardzo prostą sałatkę ziemniaczaną składającą się z gotowanych kartofli, octu, cebuli i oleju. Czasem nasza mama i nam przygotowywała na kolację taki posiłek z dodatkiem kiszonego ogórka. I dziś ja sam, dla przypomnienia tamtych ciężkich dni taką sałatkę przyrządzam. Dodam jeszcze solonego śledzia – pyszne. Kiedy miałem gości z Niemiec, przygotowałem tę prostą sałatkę i opowiedziałem im historię z nią związaną. Wyjedli do czysta.



Gospodarstwo moich dziadków Redzimskich stan na dzień 2 listopada 1974. 

Foto. E.Zieliński 2.11.1974 


Gospodarstwo moich dziadków Redzimskich stan na dzień 2 listopada 1974. Dziś wygląda zupełnie inaczej. 

Foto. E.Zieliński 2.11.1974


Droga do Białachowa, którą dreptałem do szkoły od 1947 do 1951 roku.
Foto Edmund Zieliński 17 sierpnia 2006

Pod koniec lutego 1945 roku w nocy usłyszeliśmy walenie do drzwi i wołanie po niemiecku – aufmachen, Polizei! Tata otworzył i wpadło do nas dwóch SS-manów, którzy świecąc latarkami po oczach kazali - sofort das Haus verlassen. Gehen Się In Richtung Berent. Hier kommt Iwan - natychmiast opuścić dom i iść w kierunku Kościerzyny. Nadchodzą Rosjanie. Tata oczywiście solennie obiecał wykonać nakaz, jednak zamiast iść na szosę, skryliśmy się wszyscy na szopie w sianie. Ułatwiła nam to „odwaga” SS-manów, którzy nie czekając na nas pędzili na rowerach do Zblewa tylko się śnieg kurzył za nimi. Na szopie czekaliśmy na nadejście Rosjan, którzy obwieszczali swoje rychłe przybycie hukiem armat. Na szopie byliśmy kilka dni i nocy. Na belce stała figurka Matki Bożej z Lourdes (jest u mnie do dziś), do której wznosiliśmy modły o ocalenie. Kiedy już wyraźnie się uspokoiło, a szosa jakby opustoszała, ojciec wydedukował, że okupant „dał nogę”. Zeszliśmy do mieszkania. Po jakimś czasie przyjechał wozem konnym niemiecki żołnierz, by nieco odpocząć – miał na imię Franz. Wspomógł nas konserwami i marmoladą. Mówił, że za kilka dni będzie tu Iwan. Jak wspomina siostra Danusia (miała wtedy 11 lat) przebywał u nas kilka dni, a do siostry mówił Kallinchen. Może miał córkę o tym imieniu? Ostatniego dnia posilał się przy stole i zobaczył, że niedaleko okna spadła na ziemie ognista kula. On to widząc powiedział – Oh mein Gott, das ist von den Russen. Ich habe zu laufen – o mój Boże, to jest od Ruska. Muszę uciekać. Ojcu zostawił lornetkę (mam ją do dziś) i śpiesznie odjechał w kierunku Białachowa. Chyba tego samego dnia usłyszeliśmy strzelaninę od strony lasu Szarafina. Pod oknem przebiegł kulejący żołnierz niemiecki. Pokładliśmy się na podłogę pod ścianami, a w zrębową ścianę domu stukały kule z luf radzieckich karabinów i automatów. Po chwili zaroiło się w izbie od Krasnoarmiejców. Pytają się o Giermańca, o czasy (o Niemca, o zegarki). Któryś do ojca mówi dawaj zakurić i bezceremonialnie przeszukuje szafę. Mama pyta się a gdzie wojsko polskie. Za tri dni budziot, któryś odpowiada i dodaje - my Giermańca patapim w morie. Frontowcy jak wpadli, tak wypadli i nadeszły oddziały tyłowe. Było to 71 lat temu, 6 marca 1945 roku. Co było dalej - napiszę w kolejnym odcinku.

Ps. Powyższy materiał znajduje się w mojej książce „Na ścieżkach wspomnień…” Tutaj ją go zmodyfikowałem wykorzystując pamięć siostry Danusi.

Gdańsk 3 lutego 2016 Edmund Zieliński




 Z wielkim zainteresowaniem przeczytaliśmy wspomnienia z Białachowa, w których dodałeś nowe fakty do tych opisanych w Twojej książce Na ścieżkach wspomnień. Postarałeś się wiernie przekazać wypowiedzi  w języku niemieckim -gratulacje!
Myślę, że ten Niemiec mówil do Danusi-Twojej siostry ; Karinchen , bo tak mówi się jeszcze dziś na dziwczynkę o imieniu Karin lub Karina, /nasza córka Karina też tak była nazywana/  było to wiec Karineczko. Ale    najpewniej mogło to być Kaninchen, bo tak się mówi na dziewczynki jeszcze dziś. Po polsku to znaczy  „Króliczku”. To tyle, co chciałbym dodać, reszta fantastycznie, tak jak zawsze obrazowo oddany opis postaci i sytuacji.

Pozdrawiamy...
Janek z Hanią