niedziela, 10 stycznia 2016

EDMUND ZIELIŃSKI. EDMUND WERNER I HISTORIA JEGO ŻYCIADrukujE-mail
sobota, 09 styczeń 2016

W środę 2 maja tego roku pojechałem do pana Romana Kalinowskiego zamieszkałego w Skórczu. Po naszym ostatnim spotkaniu w moim mieszkaniu przyszedł czas na rewizytę, zwłaszcza że pan Kalinowski chciał mi opowiedzieć historię, jaka wydarzyła się w latach okupacji hitlerowskiej w Zblewie.






Pogoda była cudowna, wiosna w pełni, drzewa zielone i błękitne niebo nad głową. 
Umówiłem się telefonicznie, że około godziny dziesiątej będę u państwa Kalinowskich. Żonkę zostawiłem u bratowej w Zblewie i pojechałem w kierunku Skórcza. Nie spieszyłem się. Chciałem delektować się znanym mi krajobrazem, chociaż mocno już zmienionym. 
Kiedy z berlinki skręciłem na Borzechowo, odezwała się moja komórka. To pan Kalinowski objaśniał mi, jak mam do niego dojechać. Solidność – to jedna z cech charakteru pana Romana Kalinowskiego. 
Po drodze mijam znane mi miejsca. Na pierwszym zakręcie pod Borzechowo jeszcze na początku lat pięćdziesiątych na poboczu szosy leżał do góry kołami spalony wrak niemieckiego transportera opancerzonego. Trochę dalej znajdowało się w przeszłości miejsce odpoczynku dla wędrowców, o którym pisałem. Tu mieszkał pan Spaiser, a zaraz za nim na zakręcie czołg radziecki w 1945 roku rąbnął w skarpę. Kierowca jego zginął i tam został pochowany. Przez wiele lat wyraźnie widoczny był ślad po gąsienicy. Po prawej Szarafin, a po lewej wyłoniło się miejsce mego urodzenia. Tylko miejsce, bowiem budynki już inne i otoczenie nie to samo. Tam gdzie były torfkule, jest wygłaskane oczko wodne, bez śladu dawnych porostów, kęp i krzewów. Widać, że natura ma tu niewiele do powiedzenia. Pod samym lasem pozostałości po świetnym gospodarstwie mego dziadka. Owszem, to co zostało, jest zadbane przez nowych właścicieli, jest ład i porządek, ale bez ducha tamtych lat. 
Przejeżdżam przez las, który w dawnych latach tworzył szpaler wiekowych świerków dla biegnącej tu szosy. Gdzieś w połowie leśnej trasy przypomniałem sobie opowiadanie Bronka Węsierskiego, jak to nocą powoził bryczką i coś go wystraszyło. Konie stawały dęba, koła obracały się w miejscu i do przodu ani rusz. Coś w ciemnościach biegało wokół bryczki czyniąc sytuację stokroć straszniejszą. W pewnym momencie konie galopem ruszyły do przodu i zatrzymały się dopiero w gospodarstwie Węsierskich. Takie sytuacje się zdarzały w dawnych latach. Wyjeżdżając z lasu spojrzałem w miejsce, gdzie w latach czterdziestych znaleziono ciało zastrzelonego milicjanta. Zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. 
Jadę i wspominam. Po prawej mieszkał pan Sekołowski, po lewej Pora, dalej po prawej Czajka – leśniczy, Stywa i po lewej Wałdoch. Dalej, w głębi po lewej, pan Błażejewski. Potem jest cmentarz, kościół i wieś Borzechowo.

Spokojnie jadę w kierunku Bietowa. Tu, na moście, przesmyku pomiędzy dwoma jeziorami, zdarzył się przed laty straszny wypadek. Motocyklista jadąc zbyt szybko, wypadł z szosy. Motocykl się zapalił i kierowca zginął na miejscu. Jak mi opowiadał Stanisław Pobłocki, milicjant ze Zblewa, z odzienia motocyklisty został tylko skórzany pasek.
Za Bietowem po prawej stronie stoi jeszcze dom, w którym mieszkał znakomity rzeźbiarz, pan Alojzy Stawowy.
Lubichowo to prawie miasteczko. Tu na cmentarzu leży ksiądz prałat Adam Lorenc. Na stare lata mieszkał na plebanii w Zblewie u księdza Franciszka Wróblewskiego, który był jego krewniakiem. Pamiętam, jak skończył 90 lat, odprawiał jeszcze mszę świętą i powiedział dopóki mam w ręku siekierę, kostucha po mnie nie przyjdzie. A siekierkę miał w ręku często, bo lubił drobić chrust na plebańskim podwórku.
Przejeżdżam przez Zelgoszcz i przypominam sobie pożar wsi pod koniec lat pięćdziesiątych. Gasiłem ją jako strażak OSP w Zblewie. Tu też mieszkał brat mej mamy, wujek Walter Redzimski. Jadę wzdłuż starych torów kolejowych, mijam nieczynny dworzec i zostawiam po lewej Wielki Bukowiec. Tu też zostały wspomnienia z młodych lat. O tym innym razem. 
Kilka kilometrów lasem i jestem w Skórczu. To już inne miasto. Wyładniało, wiele sklepów, czyste i zadbane. Samochód zaparkowałem na parkingu przy kościele i idę na ulicę Sobieskiego w kierunku domu pana Kalinowskiego, a pan Roman czeka na mnie już w pobliżu swego siedliska. Witamy się serdecznie, przechodzimy przez bramę, wejście do kamienicy i schodami pniemy się do mieszkania państwa Kalinowskich. Tam zostałem miło powitany przez żonę pana Kalinowskiego i ich córkę. Siadam wygodnie na kanapie, a mój gospodarz w fotelu. Pani częstuje nas kawą, herbatą i ciastem. Pan Kalinowski zaczyna opowiadać o zdarzeniu, jakie miało miejsce w czasie II wojny światowej w Zblewie.
Mój kuzyn Edmund Werner urodził się 9 lutego 1916 roku tam gdzie ja, w Nadolnej Karczmie z ojca Jana Wrnera i matki Anastazji z Kalinowskich. Jego mama i mój ojciec byli rodzeństwem. 





                                           Edmund Werner w mundurku gimnazjalisty



Edmund po ukończeniu gimnazjum rozpoczął naukę w seminarium nauczycielskim w Tucholi, gdzie uczył się jego starszy brat. Ojciec jego był kolejarzem i pracował na stacji w Tucholi. Około 1930 roku przeprowadzają się do Zblewa, zamieszkują na dworcu w domu naprzeciw wieży ciśnień. 




              Budynek stacji kolejowej w Zblewie. Foto. Gerard Sulewski  12 września 2008 r.




                  Wieża ciśnień na stacji kolejowej w Zblewie. W głębi po prawej niski  budynek w którym ukrywał się Edmund Werner.  Foto. Gerard Sulewski 12 września 2008 r.


Wujek pracował teraz na stawidle(nastawnia kolejowa – przyp. E.Z.), tej pod CisemSzkołę Powszechną kończy Edmund w Tucholi, a Gimnazjum Męskie w Starogardzie, gdzie uczył się łaciny, greki i języka francuskiego. 
Po skończonym seminarium nauczycielskim w Tucholi Edmund miał objąć pracę na Podolu. Przed wojną tak właśnie robiono, że naszych nauczycieli wysyłano na Kresy, a tamtych przysyłano do nas. Moja wychowawczyni pochodziła gdzieś spod Pińska. Edmund mówił do mamy, że jednak w tamte strony nie chce iść, wolałby tutaj zostać. Tak się złożyło, że była oferta dla absolwentów seminarium ze strony szkoły chorążych w Toruniu i on tam wstąpił. Był po maturze, więc bardzo szybko awansował, tak, że przed wojną był już podporucznikiem i miał ordynansa.






                   
                                            Pan Roman Kalinowski z małżonką



Według relacji córki pana Edmunda – Szkoła Podchorążych Rezerwy należała do 65 pułku piechoty w Grudziądzu. Pod koniec kursu w 1936 roku, z uwagi na bardzo dobre wyniki w wyszkoleniu zaproponowano mu służbę zawodową i skierowano do Szkoły Podchorążych Piechoty w Ostrowcu Mazowieckim którą ukończył w 1938 roku w stopniu podporucznika. Zostaje skierowany do 18 pułku piechoty w Skierniewicach na stanowisko dowódcy plutonu. 
Pan Kalinowski mówi dalej. 
Jego jednostka macierzysta stacjonowała w Skierniewicach. Kiedy wybuchła wojna, oczywiście wszyscy ruszyli do boju. Jego ominęła bitwa nad Bzurą, ponieważ jego jednostka została skierowana na Warszawę. W wielkich walkach tam nie uczestniczył. Warszawa poddała się 28 września 1939 roku. On gdzieś tam zdobył cywilne ciuchy i udał się pieszo w kierunku Skierniewic. Gdy tam dotarł, działała już administracja niemiecka, a jego znajoma pracowała w biurze. On się jej poradził co i jak, bo chciałby dostać się na Pomorze. Jeszcze wtedy nie było granicy, jaką okupanci ustanowili później pomiędzy Generalną Gubernią a Rzeszą. Ale w pociągach kontrolowali. On nie miał jakichś mocnych dokumentów, tylko jakieś zaświadczenie i jego znajoma wypisała mu przepustkę czy bilet do miejscowości Stüblau. Zblewo nazywało się Hochstüblau, a Stüblau było gdzieś za Człuchowem. 
On spokojnie sobie na ten bilet jechał do Tczewa, z Tczewa do Zblewa i tam wysiadł. Mieszkali dalej na dworcu, ale interesowała się nimi policja. Raz byli w domu, zanim on z tych Skierniewic wrócił. Wrócił gdzieś tak w pierwszej połowie października. Kiedy drugi raz przyszli, on był już w domu. Ciocia miała w sypialni dosyć niskie łóżka. Widzą, że policja już się zbliża. Gdzie tu się schować, żadnej komórki nie było. On wsunął się pod te łóżka. Miał kaszel, ale jakoś wytrzymał. Przeszukali wszystko, łóżka też, ale pod nie nie zaglądali. To było całe szczęście. Gdyby go znaleźli, żołnierza – oficera, pewnie by go nie rozstrzelali, chociaż do końca nie wiadomo jak by to było. No i wtedy tam było już bardzo gorąco. 
Znał bardzo dobrze Fischerów. Już przed wojną się przyjaźnili i on jakoś do nich się skierował, by go ukryli. Zgodzili się. 





                                        Edmund Werner u państwa Fischerów



Mieli piwnice pod restauracją i tam miał schowek. Piwnice wysokie, na posadzce ułożył podest, raz, że nie było wilgoci, a dwa, był pod podłogą restauracji i słyszał rozmowy przebywających tam Niemców, co planują itd. Tam bywało dużo gości, bo budowano autostradę. On tam nawet planował i już częściowo miał zrobiony podkop, by połączyć piwnice ze stodółką. To mu się jednak nie powiodło. Ciocia z wujkiem wiedzieli, że ich z dworca wysiedlą i postanowili uprzedzić Niemców. Wynajęli pokój z kuchnią u państwa Szarmachów mieszkających blisko żwirowni, na uboczu, kilkaset metrów od Fischerów. Tam byli razem z Edmundem, bo kryjówka u Brunona Fischera stawała się niebezpieczna. 
Wujka zaciągnęli do Bauzugu (firma budowlana) i wywieźli do Francji. U Szarmachów w miarę spokojnie sobie żyli. Edmund tam nawet walizki robił, jednak na dwór wychodził tylko wieczorem, by go nikt nie widział. Później, by trochę pobyć w dzień na dworze, na podwórku postawili taki stożek z pociętego drewna na opał, blisko chlewika. Wykopali tunel i połączyli chlewik z pustym w środku stożkiem. On tam wchodził i przebywał jak na dworze. Mimo, że mieszkali na uboczu, Niemcy zawsze mogli tu zajechać. Jednego razu ciocia patrzy przez okno, a tam idzie trzech mundurowych, czarnych. To chyba było gestapo (Geheim Stadt Polizai). Edmund był w domu w tym czasie i jadł z mamą obiad, zupę. Gdy ciocia ich zobaczyła, to byli jakieś 500 metrów przed domem. Edmund szybko otworzył okno od strony ogrodu i czmychnął w żyto. Ciocia talerz Edmunda z zupą wrzuciła do wiadra ze zlewkami. Gdy przyszli, to już śladu po nim nie było. Zrobili rewizję i jak się okazało, miało to związek z wysadzeniem pociągu pod Strychem (z 8 na 9 czerwca 1942 roku partyzanci porJana Szalewskiego wykoleili pociąg pośpieszny Królewiec – Berlin - przyp. E.Z.). 
Po tym zdarzeniu Edmund zrobił sobie schowek w lesie. Tam przypadkowo spotkał się z dwoma Anglikami, którzy uciekli z obozu jenieckiego spod Gutowca. Oni budowali tą autostradę. Przez jakiś czas przebywali razem w lesie. Pewnego dnia Anglicy odeszli. Edmund, kiedy tylko mógł, przebywał w domu. Jednak odwiedziny policji były coraz częstsze. Na dłuższy czas przenosi się do lasu, którym zawiadywał leśniczy – Niemiec. Tyle co mi wiadomo, żona leśniczego wiedziała, że w tym lesie ukrywa się Edmund. Ja nie wiem, czy leśniczy nie wiedział. Myślę, że on nie chciał wiedzieć, zwłaszcza, że leśniczyna czasem podkarmiała Edmunda. 
W międzyczasie wydarzyła się taka historia. Niespodziewanie ktoś puka do drzwi. Edmund chowa się za szafę, a do mieszkania wchodzi naczelny inżynier budowy autostrady i powiada, że chce się zobaczyć z Edim. Ciocia niemal zemdlała. On uspakaja, że nie ma złych zamiarów, powołuje się na znajomość z Fischerami, gdzie faktycznie często przebywał. A oni ufając mu powiedzieli o Edmundzie. Edmund za szafą słyszy, że powołuje się również na dziewczynę Fischerów i dochodzi do wniosku, że ona by go nie zdradziła. Fischerowie chcieli go uprzedzić o wizycie tego inżyniera, ale on był szybszy. Edmund zza szafy wychodzi, a ten Niemiec go serdecznie uściskał i powiedział, że mieszka w Berlinie, ma trzy córki. Ale jakby któraś wyszła za hitlerowca, to by tego zięcia zastrzelił. 
Powiedział do Edmunda, że ma życzenie, aby jedna z córek została jego żoną. Odwiedzał ich jeszcze wielokrotnie. Kiedy budowa autostrady się skończyła – wyjechał. Przysyłał paczki, w których były również papierosy i cukierki. Z cukierkami była zawsze karteczka z napisem Für kleinen Edi (dla małego Edzia) dla zmylenia poszukujących Edmunda. Po wojnie chciał się jakoś odwdzięczyć i szukał inżyniera różnymi sposobami. Prawdopodobnie zginął w czasie bombardowania. 
Muszę tutaj dodać informację córki Pana Edmunda, że w czasie ukrywania się w lesie biegle opanował język angielski, posługując się książkami niemiecko-angielskimi. Wymowy nauczył się na podstawie rysunków pokazujących prawidłowe ułożenie języka.
I tak Edmund przetrwał wojnę. Po wyzwoleniu został powołany do wojska. Jako zastępca dowódcy kompanii wracał z Berlina przez Budziszyn, Kłodzko do Żywca. Widziałem go, jak przyjechał na urlop, była zima, a on w drelichowych spodniach. Wszystko robił, by z tego wojska się wydostać i jakoś się udało. 
Według relacji córki pana Wernera, proponowano mu dalszą karierę w wojsku, ale warunkiem było wstąpienie do partii komunistycznej, z czego nie skorzystał. Pani Beata pisze tak:
Zdegradowany przedwojenny oficer, wykształcony nauczyciel zafascynował się czymś nowym – ziemniakiem, i w 1946 roku rozpoczął pracę w Stacji Hodowlanej Bozniewice, później Wyszoborz gmina Manowo jako asystent i zastępca kierownika. Dwukrotnie został delegowany (1948 – 1950) do Francji do pracy nad stonką ziemniaczaną. Po powrocie z drugiej delegacji pracował jako asystent w Laboratorium Badań Ziemniaka I.H.A.R. w Gdańsku-Wrzeszczu (przy ulicy Jesionowej - przyp. mój). Pracuje jako organizator pracy badawczej nad stonką w Przczynie i Zamartem k/Chojnic, gdzie od 1952 do 1961 był kierownikiem Laboratorium Przeciwstonkowego i Działu Hodowli Ziemniaka. 
Tatko po raz trzeci wrócił do szkoły, tym razem do Akademii Rolniczej w Olsztynie, w której w 1956 roku uzyskał tytuł inżyniera, w 1962 – magistra, a 1968 doktora nauk rolniczych, pisząc pracę doktorską pt. „Uzyskiwanie haploidów ziemniaka oraz ich znaczenie w metodyce hodowli”. W międzyczasie (1959-1960) w ramach wymiany organizowanej przez Ministerstwo Rolnictwa przebywał na rocznej delegacji na Uniwersytecie Wisconsin w USA. Był kierownikiem Pracowni Ekologii w Laboratorium Badań Ziemniaka w Gdańsku-Wrzeszcu, a od 1965 roku do końca swej zawodowej kariery pracownikiem Zakładu Doświadczalnego Ziemniaka w Boninie k/Koszalina, którego jako współorganizator był zastępcą dyrektora ds. naukowych. Pełnił też funkcję kierownika Zakładu Hodowli Eksperymentalnej. W 1972 r. został docentem, a w 1983 profesorem nadzwyczajnym. Wkrótce zostaje ogólnokrajowym koordynatorem hodowli ziemniaka, znanym naukowcem w tej dziedzinie w Polsce i zagranicą. Zasiadał w wielu Radach Naukowych i zespołach doradczych. 
Bohater mego felietonu był autorem 14 odmian ziemniaka; Azalia, Bogna, Dalia, Ina, Irys, Jaśmin, Kama, Kora, Leda, Liwia, Malwa, Mila, Olsztyński i Ronda. Pan Kalinowski wspomina, że kiedyś w rozmowie na pytanie jak tam jest w Stanach Zjednoczonych miał powiedzieć: 
Co ja mogę powiedzieć. Byłem w trzynastu. Gdybym był we wszystkich, to mógłbym coś powiedzieć, jak tam w Stanach jest. 
Jednocześnie był bardzo solidnym i dokładnym. Współpracownicy mawiali, że Edmundowi to trudno dogodzić. Często sam brał się za łopatę i uprawiał poletka doświadczalne.
Rodzice Edmunda – Anastazja i Jan Werner od 1949 roku zamieszkali u pana Krajewskiego Franciszka w Zblewie. Ojciec był już na emeryturze i pomagał w gospodarstwie Krajewskiego. Pewnego razu zawoził szlófami (drewniane płozy z podestem) zboże na dworzec. W drodze powrotnej konie się spłoszyły i został szlófami poturbowany, co było powodem jego śmierci. Natomiast Janek Stachowiak tak opisał mi to zdarzenie:

(…) Jak Tobie opowiedziałem, pan Jan Werner codziennie odwoził mleko do mleczarni. W tym dniu był śnieg, więc wiózł to mleko na "szlufach". Po odstawieniu mleka do Kan nalał serwatki i przygotowywał się do powrotu. W tym czasie z dworca jechał ciągnik „Lanzbulldog” z węglem i konie o nazwach "Orzech" i "Pupa" wystraszone gwałtownie wyciągnęły szlufy na ulicę w kierunku Jóskowskiego. Pan Werner jeszcze nie siedział na kanach, więc przez niespodziewane szarpnięcie koni stracił równowagę i się przewrócił na tył szluf tak nieszczęśliwie, że wypadł poza nie, trzymając lejce zahaczył o tylny hak szluf. Konie spłoszone biegły całą szerokością drogi i na zakręcie uderzyły w bok drzewa. Pan Jan w to drzewo również uderzył i potem całe jego ciało było wleczone po szosie. Koło Richterow przed skrzyżowaniem na Pinczyn, któryś woźnica je zatrzymał i zabrał na swoje sanie pana Wernera do Ośrodka Zdrowia w Zblewie. Gdy przyjechało pogotowie, pan Jan jeszcze żył, ale był nieprzytomny. Pani Wernerowa, przywieziona saniami do Ośrodka Zdrowia, jeszcze zdążyła męża przytulić. Cały czas odmawiała modlitwę i prosiła Boga o pomoc. Kiedy pogotowie odjeżdżało, nakreśliła ręką krzyż na pożegnanie swego Męża. Była to bardzo bogobojna kobieta. Codziennie chodziła na mszę świętą. Pamiętam, jak na ławeczce pod stosem drewna złożonym u nas w podwórzu, z naszą Buśką w okresie letnim odmawiała Różaniec.

Pani Anastazja do śmierci mieszkała ze swoim synem Edmundem.
W trakcie pisania tego felietonu zadzwoniła do mnie pani Kawala, kuzynka Edmunda z informacją, że jest w posiadaniu zdjęć bohatera tego felietonu, ma też spisane wspomnienia córki Edmunda – pani Beaty (część z nich wyżej przytoczyłem). Jak nie skorzystać z takich materiałów? Pojechałem dziś (wtorek 15 maja 2007) na Przymorze pod wskazany adres. Niezwykle miła pani Kawala wręczyła mi archiwalne zdjęcia naszego bohatera i wspominki pani Beaty. Pani Kawala widziała mnie pierwszy raz i obdarzyła mnie pełnym zaufaniem. Powiedziała mi, że będę wiedział co z tego przyda mi się do tego reportażu. W domu wszystko zeskanowałem i natychmiast odwiozłem te cenne pamiątki. Teraz dopiero spojrzałem na człowieka, o którym piszę. Panie Edmundzie - mój imienniku, czy moje pisanie spodoba Ci się?
W swych wspomnieniach o kochanym ojcu pani Beata pisze: 
W czasie studiów w Olsztynie będąc na przyjęciu u znajomych w Sopocie, tatko poznał moją mamę Irenę z Górskich. Oboje znali język francuski i pożyczali sobie książkę pt. „Mały Książe” A. De Saint-Exupery. Ten, wtedy 36-letni mężczyzna i 30-letnia, energiczna blondynka, pokochali się i po roku znajomości pobrali – 19 kwietnia 1952 roku – w kościele pod wezwaniem św. Jerzego w Sopocie. W grudniu następnego roku urodziłam się ja – Beata, a potem przez kolejne dwa i pół roku moje rodzeństwo; brat Tadeusz (1954) i siostra Joanna (1956). 
Dalej pani Beata pisze: 
Moja pamięć sięga też do wspólnych weakendow i wakacji spędzonych, bądź nad morzem, bądź w górach, chwil przy rodzinnej grze w karty zwanej „durniem podrzucanym”, łowienia ryb w jeziorach lub rzekach, lecz najczęściej do tych wielogodzinnych wypraw do lasu, gdy tatko uczył nas jak zbierać jagody i jak rozpoznawać grzyby – prawdziwki, rydze, gąski, kozaki i odróżniać je od muchomorów i innych trujących grzybów. Wyprawom naszym często towarzyszył śpiew układanych wspólnie piosenek, jak np. ta: „Choć dzień smutny i ponury, ród Wernerów rusza w góry”.
Pan Edmund Werner pod koniec 1992 roku leci z żoną w odwiedziny do swojej córki – Beaty zamieszkującej w Los Angeles. Spędzają wspólnie kilka szczęśliwych miesięcy. Myślę, że warto oddać głos Pani Beacie, która tak wspomina tamte chwile.
Kocham Ciebie, tatku! I ja także cię kocham, Beatusiu! To były moje ostatnie słowa, jakie wymieniłam z moim tatą na lotnisku w Los Angeles w 1993 roku. Twarz mojego tatki, pokryta kalifornijską opalenizną, była pełna uśmiechu, ale jego niebieskie oczy, które zawsze patrzyły na mnie z taką wielką miłością – były pełne łez. Może ten siedemdziesięciosiedmioletni mężczyzna z siwą czupryna przeczuwał, że coś się stanie. Ale ja tego majowego dnia niczego nie przeczuwałam i łez tatki nie zrozumiałam. Po tym, jak spędziliśmy razem z moimi rodzicami niezapomniane cztery miesiące w moim domu w Kalifornii, było mi bardzo ciężko powiedzieć do widzenia mojej mamie i mojemu tacie. Tym bardziej, że po raz pierwszy w życiu mogłam gościć moich rodziców we własnym domu z moją rodziną – mężem i synem. Słowa „do widzenia” wywołały łzy. Słońce nie mogło osuszyć mojej płaczącej duszy. Do tej pory zastanawiam się, dlaczego wtedy powiedziałam te trzy słowa tylko mojemu tacie, a nie mojej mamie, którą przecież także kocham. Wydaje mi się, że w moim domu rodzinnym nie używało się zbyt wielu słów, by okazać uczucie. Było oczywistą rzeczą, że kochaliśmy się wzajemnie, więc po co słowa? Nie pamiętam, aby moi rodzice używali je w stosunku do nas, więc dlaczego w tym ostatnim momencie powiedziałam „Kocham Ciebie, tatku”? Może to moje serce mi je dyktowało; może to moje serce mówiło mi, że to twoja ostatnia szansa, abyś powiedziała te trzy proste słowa „Ja Ciebie kocham”.
Państwo Wernerowie spędzili u dzieci, bo i druga córka Joanna tam mieszka, szczęśliwe cztery miesiące. Zwiedzali słoneczną Kalifornię i jej ciekawą przyrodę. Podziwiali indiańskie tereny, kaniony Grand, Zion i Bryce, olbrzymią wodną zaporę na rzece Colorado. Byli w mieście Las Vegas i San Francisco. Dla pana Romana ciekawym było zobaczyć majestatyczne drzewa w Redwood Forest oraz olbrzymie sekwoje w Sequoia Park. Niedługo po powrocie państwa Wernerów do Polski pani Beata odbiera od brata Tadeusza telefon z wiadomością: tatuś zmarł godzinę temu. (14 czerwca 1993 r.) Nie chciałam wierzyć jego słowom; to niemożliwe, że już nigdy nie zobaczę mojego tatki i jego pełnych miłości niebieskich oczu; to niemożliwe, że już nigdy nie usłyszę z ust jego mojego zdrobniałego imienia „Beatuśka”, że już nigdy nie będę miała możliwości powiedzieć mojemu tatusiowi „kocham cię”. Przyleciałam na pogrzeb tatki, moje serce z bólu krzyczało, moja dusza krwawiła, a z oczu lały się łzy. 
Tego skromnego człowieka o wielkim sercu przepełnionym miłością, żegnało setki osób. Stojąc nad grobem tatki – wspomina dalej pani Beata – zapytałam po raz ostatni: Tatku, czy wiedziałeś, że już mnie nigdy nie zobaczysz, gdy twoje oczy były pełne łez na lotnisku w Los Angeles? Ale po raz pierwszy nie usłyszałam odpowiedzi. Wtedy byłam wdzięczna memu sercu, że owego pamiętnego dnia podszepnęło mi, aby po raz pierwszy i ostatni w moim życiu powiedzieć „TATKU, KOCHAM CIĘ” – i zawsze będę. Chciałbym dodać za księdzem Twardowskim: śpieszcie się kochać ludzi – tak szybko odchodzą.
To już cała historia, której byśmy nie poznali, gdyby nie moje spotkanie z panem Romanem Kalinowskim. A ile podobnych tajemnic kryją jeszcze wsie i miasteczka naszego Kociewia – trudno powiedzieć. Może ktoś mi coś opowie?
Gdańsk maj 2007 Edmund Zieliński

Postscriptum do mego felietonu Edmund Werner i historia jego życia
Breisach am Rhein 7.01.2016
Dzień dobry mój Drogi Przyjacielu. Na Fb. T. Majewski zamieścił na swoim profilu  zdjęcie zniszczonego „Zajazdu Fischerow”. Zaczęły sie komentarze, do których i ja się włączyłem. Redaktor Majewski "napomknął”, że gdzieś w jednym z reportaży ktoś wspomniał o tym, że u Fischerow  w czasie okupacji „ktoś” się ukrywał. Wiedząc że to Był Edmund Werner, odpowiedziałem kilkoma zdaniami. Kiedy pan Tadeusz poprosił mnie o szczegóły, po krótkim opisie na ten temat zdecydowałem, że odeślę go do Twojej Książki „Na ścieżkach wspomnień” z poleceniem przeczytania rozdziału – Historia życia Edmunda Wernera. Myślę, że zrobiłem dobrze, bo odnowi się pamięć o ludziach, o których prawie nikt nie wie. Jak widzisz, znów dotknąłem „coś” bardzo interesującego, o którym tylko Ty Edku i ja może wiemy.  Cieszę się, że mogę odnowić pamięć Janie Wernerze, jego żonie Anastazji i ich synach - Edmundzie i Brunonie, których w moim życiu spotkałem na swej drodze. Opisywałem Tobie moje przebywanie w towarzystwie pana Jana Wernera, który pracował na gospodarstwie Krajewskiego. Setki godzin z nim spędziłem w polu, stajni, w bryczce, na furmankach i szlufach. Są to miłe mojemu sercu wspomnienia.
Co, Edziu, o tym myślisz???
Janku – dziękuję Ci. Wspominając historię, przedłużamy wiedzę o naszej wsi, rodzinie, znajomych, a tego nigdy za wiele.



                                                                                   Breisach am Rhein 7.01.2016  21.30
Mój dobry, mądry Przyjacielu, z wielkim zainteresowaniem  przeczytałem kolejny raz historie rodziny  Edmunda Wernera. W pewnym momencie  popłynęła mi łezka na wspomnienie tych ludzi . Naprawdę, to byli bardzo dobrzy i uczciwi ludzie. Myślę,  że długo dzisiaj  nie będę mógł zasnąć - wrócą wspomnienia przebytych dni , miesięcy, lat zwłaszcza z Panem Janem Wernerem. Znalem bardzo dobrze ich wnuków Zbyszka i Dankę - dzieci Brunona ,nauczyciela z Malborka . Kiedy przyjeżdżali na wakacje razem bawiliśmy się ,a Danka dawała mi liściki dla Gerarda, bo się w nim zakochała. Byłem też w gościnie u nich  na ulicy Grunwaldzkiej ( z okna domu był widok na mały skwer na którym stal czołg).Opowiadałem Tobie sytuację,  kiedy z Panem Bronkiem i Zbyszkiem byliśmy nad jeziorem „u Zielińskich  kolo Białachowa Pan Bronek wiózł nas rowerem - ja siedziałem na ramie a Zbyszek na bagażniku. W miejscu gdzie się kąpaliśmy byl gwałtowny uskok i Zbyszek w pewnym momencie zniknął pod woda, ja zacząłem się „drzeć” i wołałem o pomoc! Pan Bronek niedaleko łowił ryby i natychmiast przybiegł i ja mu wskazałem gdzie wpadł Zbyszek . Skończyło się szczęśliwie , jego ojciec zanurzył się w to miejsce i go szukał pod wadą. Po wyciągnięciu na brzeg ( widzę to jeszcze dziś) Zbyszek przez kilka minut wymiotował, a potem był bardzo wystraszony i mizerny. Tyle wspomnień.
Życzę Danusi i Tobie dobrej nocy, dobra noc niech Was utuli - Dobranoc!


Dziękuję Edku, za dołączenie moich wspomnień.



O Maxie Ubowskim  w wywiadzie udzielonym  Panu Tadeuszowi Majewskiemu mówi Justyna M.
Kolejarskie życie 

- W Zblewie mieszkałam od 1946 roku. Wie pan, jak to jest - kolejarskie życie. Zblewo... Piękne mam wspomnienia - wzdycha pani Irena.
Kolejarskie życie, bo ojciec pani Ireny, Maksymilian Ubowski, w Zblewie był zawiadowcą stacji. Przed wojną i tuż po wojnie. Oprócz tego był też przez jakiś czas zawiadowcą stacji w Liniewie koło Skarszew. Żeby ukonkretnić, odtwórzmy kolejowy szlak ojca pani Ireny: Tuchola, Subkowy, Liniewo, Zblewo, Smętwo, Zajączkowo (?).
Tuż po wojnie Makasymilian został przeniesiony do Smętowa Granicznego. 
Maksymilian Ubowski był postacią nieprzeciętną. Zanim "osiadł" na kolei, był ułanem. Uczestniczył w wojnie w 1920 roku i brał udział w bitwie o Warszawę - w "cudzie nad Wisłą' Otrzymał srebrny krzyż Virtuti Militari. "Wiadomo nam tylko - czytamy w pismach rodziny Ubowskiego - że tak wysokie odznaczenie wojskowe otrzymał na froncie bolszewickim, wyprowadzając duże ilości wojska polskiego z okrążenia..."
- Przed wojną za Virtuti Militari otrzymywało się 300 zł rocznie – ciągnie pani Irena. - Była to niebagatelna kwota. Pamiętam, że pieniądze odbierało się w styczniu w Tczewie. Po wojnie tego odznaczenia nie uznano.

Blisko Piłsudskiego 

Pan Maksymilian był bardzo blisko Piłsudskiego - w Belwederze, w Szwadronie Przybocznym Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Chciał się przeprowadzić do Warszawy, ale mama pani Ireny Leokadia, wyraziła stanowczy sprzeciw. Nie da się dziś odpowiedzieć na pytanie, czy nie odpowiadał jej zgiełk stolicy, czy nie wyobrażała sobie życia z dala od Borów Tucholskich. W każdym razie na skutek stanowczego veto Leokadii "Max" Ubowski pożegnał się z karierą przy boku Pana Prezydenta, zaopatrzył się na drogę w przepiękną szablę i dwa rapiery, pamiątkową fotkę i wrócił na rodzinne łono, na Pomorze. Pani Leokadia zwyciężyła.

Jako ostatni 

Wrzesień 1939 roku. "Max" Ubowski musi opuścić stację w Zblewie jako ostatni. Z zawiadowcą stacji to tak jak z kapitanem na okręcie. Paskudna sytuacja - ordery, ojczyźniane papiery, a na dodatek działalność w Związku Zachodnim. Uciekł jako ostatni. Zdążył dojechać do Jeżewa pod Grudziądzem. Już wiedział – jak go złapią z takim obciążeniem, z taaaakimi papierami, od razu pod ścianę. Na stacji w Jeżewie, konkretnie w ubikacji, położył na desce wszystkie dokumenty. 





Przeleżały sześć lat! 


Po wrześniowej gorączce w Zblewie w ustępie utopił szablę i rapiery. Poszedł na na dworzec. Tam dowiedział się, że go szukają. Na szczęście przyjaciele byli pierwsi.
- Do dworca w Zblewie wiodą dwie drogi - wyjaśnia to zdarzenie pani Irena. - Dwóch jechało z obu stron, żeby go ostrzec. Jednym z nich był ksiądz Rudnik. Tata wsiadł na rower, wjechał w las, ostro pedałował. Ścigali go na motocyklu. Jakaś kobieta rozmyślnie pokazała im drugą stronę, zmyliła. Potem siedział w kopce siana i "na żywo" widział egzekucję kilku ludzi. Pytał o nas, rodzinę, ale myśmy jeszcze nie przyjechali z Chełmna. Ukrywał się tu i tam. Nikt specjalnie nie chciał ukrywać, bo z tym ukrywaniem zupełnie tak, jak mówi powiedzenie. "Wszy sobie za kołnierzem nie będę przetrzymywać, bo zjedzą". W końcu, zrozpaczony, zrezygnowany i skrajnie wycieńczony, postanowił się zgłosić. Szedł z lasu do Zblewa. „Pani Ubowski, gdzie pan idzie?! Co pan robi?! Przed chwilą rozstrzelali mojego wuja” - kręcił z przerażeniem głową napotkany zblewiak.

Schowała go w stodole 

Znowu w naszej opowieści pojawiła się jakaś kobieta. Schowała go w stodole. A potem różnie - też u Fischerów w piwnicy. Kiedy "szpręgowali" drogę do młyna (dziś droga nr 22 - przyp. red.), inżynier Hering pracował w Zarządzie Budowy Dróg. Zarząd urządził biura w domu Fischerów. Nawiasem mówiąc, za tym budynkiem były wielkie wyrwiska żwiru. Hering wiedział, że Ubowski był Polisch verdachitg (politycznie podejrzany) i początkowo kiedy do Fiszerów, przychodzili Niemcy, mówił: "Max masz uciekać". Ubowski zbiegł do piwnicy. W Zblewie inni też się ukrywali, jeden nawet przez 6 lat. Wyuczył się angielskiego.

W firmie Todt 

W 1941 roku Niemcy nieco się "ucywilizowali" - już nie było samosądów i "Max" mógł się ujawnić. Zatrudniono go w firmie Todt. Ta wysłała go daleko na wchód, za niemiecką armią, żeby budował drogi. Wysłano go w czas. 
- Ojciec miał powiązanie z partyzantami z Czarnej Wody (pani Irena ma zdjęcie grupy czarnowodzkich partyzantów!). Po wysadzeniu pociągu Niemcy przyszli do Ubowskich, żywotnie zainteresowani głową rodziny. Tymczasem Maksymilian był już od pewnego czasu na podbitych terenach ZSRR. Jak widać niemiecki porządek nie zawsze był taki "ordnung". W 1945 roku "Max" porzucił Todta, uciekł.




czwartek, 24 grudnia 2015

EDMUND ZIELIŃSKI. CZAS KOLĘDNIKÓW I RADOŚĆ Z PRZEŻYWANIA NAJPIĘKNIEJSZYCH ŚWIĄTDrukujE-mail
czwartek, 24 grudzień 2015
Jak ten czas szybko płynie. Było lato i już jesteśmy w okresie Bożego Narodzenia. To chyba najpiękniejszy okres w roku obrzędowym na wsi. Nic tak dzieci nie cieszy, jak umykające dni zbliżające nas do Wigilii Bożego Narodzenia. Bo choinka, a pod nią prezenty. To czas kolędników i radość z przeżywania najpiękniejszych świąt. A jak z kolędowaniem na Kociewiu dawniej bywało?







Do końca XIX wieku panował jeszcze ogólnie rozpowszechniony zwyczaj kolędowania z szopką obnośną zawieszoną na szyi kolędnika. W tym wypadku była to domena chłopców. Szopką była zazwyczaj niewielka skrzyneczka otwierana z przodu. Wewnątrz stajenki (bo i tak szopkę nazywano) umieszczona była święta rodzina, czyli mały Jezusek w żłobie na sianku z Maryją i Józefem. Na szerszej podstawie szopki rozstawione były pozostałe figurki wchodzące zwyczajowo w skład stajenki, jak króle i pasterze z owieczkami. Wystrój i wyposażenie szopki zależał od zdolności wykonawców i dostępności materiałów zdobniczych. Pani Anastazja Lange z Lubichowa ur. 1898 r. wykonała w 1961 r. szopkę, do której kukiełki uszyła z kolorowych szmatek. W moich młodych latach już sporadycznie kolędowano z szopkami w czasie adwentu.
Innym zwyczajem praktykowanym na Kociewiu były pochody przebierańców adwentowych. W skład takiego zespołu wchodziły maszkary niedźwiedzia, bociana, diabła, kominiarza, był też dziad i baba. Wszystkie postaci miały odpowiednie maski i odzienie. Taki zespół nazywano wówczas gwizdorami, gwiazdorami czy gwizduchami. Mieszkańcy poszczególnych chałup chętnie przyjmowali tych kolędników do swoich izb, gdzie każdy z przebierańców miał do wykonania określone zadanie. Bocian długim dziobem szczypał dziewczyny, diabeł z widłami straszył domowników a kominiarz smolił policzki i nosy. Niedźwiedź turlał się po podłodze, a dziad i baba w potwornie połatanym i podziurawionym odzieniu tańcowali i zbierali datki. Jeśli niedźwiedź odziany był w skóry – pół biedy. Natomiast jeśli okręcony był powrósłami ze słomy lub grochowinami, no to izba po występach wymagała gruntownego sprzątania.
Obrzędowość noworoczna miała też swoisty koloryt, bowiem wówczas wędrowali Trzej Królowie. Chłopcy zwykle pokryci białymi powłóczystymi szatami z kolorowymi koronami na głowach i odpowiednim makijażem. Przecież musiał być murzynek z twarzą usmarowaną sadzami. Ci kolędnicy nieśli ze sobą gwiazdę na kiju, którą niosący obracał za pomocą korbki lub zwyczajnie popychał ramie gwiazdy dłonią. Do konstrukcji gwiazdy często używano obłąka rzeszota, które wyklejano kolorowymi papierami.
Wielkie zasługi w upowszechnianiu obrzędowości dorocznej na Pomorzu ma Kaszubski Uniwersytet Ludowy we Wieżycy. To tutaj odbywał się cały cykl warsztatów dla nauczycieli, gdzie instruktorami byli uznani artyści ludowi. To dzięki tym warsztatom po wsiach chodzą kolędnicy umilając mieszkańcom piękny okres związany z Bożym Narodzeniem.
A jak jest dziś na Kociewiu? Jeśli chodzą kolędnicy, to jest to już odtwórczość dawnych zwyczajów, bowiem zanikła ich ciągłość. Tylko w niektórych miejscowościach (nie na Kociewiu) ten zwyczaj ma swoją kontynuację od pokoleń.
Odważne kroki w dawne zwyczaje stawia młodzież ze szkoły w Bytoni i chwała im za to. Pozwolę sobie wymienić kolędników z imienia i nazwiska. Są to: Daniela Wildman, Iwona Szwedowska, Dominika Para, Dominik Lampkowski, Arkadiusz Jaworański i Kacper Fierek. Postanowiłem tamtejszy zespół kolędników wyposażyć w konia obrzędowego - maszkarę kolędniczą, która nie występowała na Kociewiu, ale wiele zespołów kolędniczych w sąsiednim regionie na Kaszubach takim koniem się posługuje. Jest to wielkie urozmaicenie w czasie występu kolędników. Jeśli konia dosiądzie zwinny jeździec z dużym poczuciem humoru, zabawa będzie przednia. Może ktoś powie, jeśli tego nie było na Kociewiu, dlaczego to wprowadzać. Zgoda, daleki jestem od wprowadzania obcych elementów do obrzędowości danego regionu. A co jest z palma wielkanocną (kurpiowską czy wileńską), już masowo stosowaną na Kociewiu? Palmy wielkanocne czy konie obrzędowe jednak występują w obrzędach naszego kraju. A halloween, walentynki? Zupełnie obce w naszym kraju – tu jest dopiero problem.
Z serca życzę bytońskim kolędnikom sukcesów na drodze upowszechniania dawnych zwyczajów i obrzędów, zwłaszcza bliskich każdemu sercu zwyczajów związanych z okresem Bożego Narodzenia. Nam, starszym, przypomnicie, jak to dawniej bywało, gdy byliśmy w waszym wieku, a sobie i waszej wsi stworzycie piękną kartę historii z naszej kultury ludowej. Kolędujcie, już czas.
Gdańsk 3 grudnia 2015 roku Edmund Zieliński
Zdjęcia:

1. Kukiełki do szopki Trzej Królowie wykonała pani Anastazja Lange z Lubichowa około 1959 roku. Foto. Ryszard Petrajtis.




2. Kukiełka do szopki Kociewiak wykonała Anastazja Lange z Lubichowa około 1959 roku. Foto. Ryszard Petrajtis.



3. Gwiazda kolędnicza w kolorach zielonym i czerwonym z Koźmina około 1950 roku. Foto. Ryszard Petrajtis.




4. Gwiazda kolędnicza ze wsi Więckowy, wykonał Stanisław Rekowski około 1959 roku. Foto. Ryszard Petrajtis.




5. Bocian z Koźmina około 1970 roku. Foto. A. Kleina.



6. Koza z Koźmina około 1970 roku. Foto A. Kleina.




7. Szopka kolędnicza wykonał Stanisław Rekowski ze wsi Więckowy 1971 rok. Foto. Ryszard Petrajtis.




8. Kolędnicy z bytońskiej szkoły




9. Kolędnicy z bytońskiej szkoły




10. Kolędnicy z bytońskiej szkoły




11. Kolędnicy z bytońskiej szkoły




12. Maszkara krowy E. Zielińskiego w zbiorach muzeum w Oliwie




13. Maszkary E. Zielińskiego w zbiorach muzeum w Oliwie




14. Nauczyciele na zajęciach z wykonywania atrybutów kolędniczych w Kaszubskim Uniwersytecie Ludowym we Wieżycy w 2013 roku. Na pierwszym planie Teresa Jaszewska.




15. Szopka braci Edmunda, Rajmunda i Jerzego Zielińskich w kościele na Zaspie.




16. Korony i maski Trzech Króli E. Zielińskiego w zbiorach muzeum w Oliwie.




17. Koń obrzędowy dla bytońskich kolędników.


dalej »

niedziela, 6 grudnia 2015



Z przewodnika turystycznego  SZWAJCARIA KASZUBSKA



2 Kanon atrakcji Szwajcarii Kaszubskiej 30 31 Od XV w. jest on celem pielgrzymek Kaszubów, którzy przed figurą Maryi proszą o łaski za wstawiennictwem Najświętszej Panienki. O powstaniu sanktuarium opowiada piękna legenda. W noc świętojańską dwoje zakochanych wybrało się na poszukiwanie kwiatu paproci. W oddali dojrzeli słabą złotą poświatę bijącą z zarośli. Zaintrygowani podeszli bliżej i zamiast kwiatu paproci odnaleźli figurkę Matki Bożej z Dzieciątkiem. Zdecydowali się przekazać ją do pobliskiego kościoła w Mirachowie, gdyż Sianowo nie miało wówczas swej świątyni. Następnego wieczoru młodzi spotkali się w tym samym miejscu i ze zdziwieniem ujrzeli, że figurka wróciła tam, gdzie ją znaleźli. Odwieźli ją jeszcze raz do Mirachowa. Gdy następnego dnia znów pojawiła się w Sianowie, mieszkańcy wsi uznali to za znak, że Maryja szczególnie upodoba- ła sobie to miejsce. Wybudowali tu kaplicę, a potem kościół. Parafia sianowska powstała za czasów krzyżackich, w 1393 r. Mieszkańcy okolic Sianowa niedługo cieszyli się nowym ko- ściołem, bo ten spłonął już w 1480 r. Figurka Madonny jednak cudownie ocalała. Nowa świątynia przez długi czas przynale- żała do parafii w Strzepczu, pełniąc funkcję kościoła filialnego. Tymczasem kult Matki Bożej z Sianowa rozszerzał się, a wielu pielgrzymów doznawało tu uzdrowień. Mimo wojen i zaraz, które nękały okolicę w XVII i na początku XVIII w., kościół przetrwał. Tragiczny w skutkach okazał się dopiero pożar z 1811 r. Świątynia spłonęła, a ocalałą figurę Matki Bożej przeniesiono do kościo- ła w Strzepczu. Tym razem nie planowano odbudowy świątyni w Sianowie, jednak Maryja znów dała znak jednej z parafianek, że ma ona stanąć tu na nowo. Po pięciu latach wzniesiono nowy kościół – wg projektu pruskiej administracji. Sianowska świątynia została zbudowana na planie prostokąta. Pierwotnie drewniana konstrukcja była wypełniona suszonymi glinianymi bloczkami (tzw. pacą), potem zastąpiły je cegły. Wieża wieńcząca zachodnią ścianę objęta jest połaciami dachu. W jednoprzestrzennym wnętrzu wyodrębniono prezbiterium poprzez wydzielenie pomieszczeń po bokach. Z poprzedniego kościoła zachowały się trzy barokowe ołtarze. Cudowna figura Madonny znajduje się w oł- tarzu głównym za przesuwanym obrazem Maryi Niepokalanej. W kościele, na ścianie północnej nawy, przechowywana jest jeszcze jedna rzeźba Matki Bożej: z ok. 1500 r. Na wschód od świątyni znajduje się plac pielgrzymkowy. Otaczają go kapliczki drogi krzyżowej mające postać płaskorzeźb wykonanych przez twórców ludowych z Pomorza wg projektu Edmunda Zielińskiego. W czasie tzw. Wielkiego Odpustu Naj- świętszej Maryi Panny z Góry Karmel, tj. w niedzielę po 16 lipca, do sanktuarium w Sianowie przybywa kilka tysięcy pielgrzymów. Uroczystości trwają przez 10 dni. Nieco mniej pątników przybywa tu w niedzielę po 8 września na odpust Nawiedzenia NMP, zwany także Świętem Matki Bożej Siewnej (kaszubska nazwa września: séwnik). Parafia rzymskokatolicka Narodzenia NMP w Sianowie, Sianowo 16, tel.: 58 6855776, psianowo@diecezja-pelplin.pl, www.sanktuariumsianowo.pl; kościół można zwiedzać, jednak lepiej wcześniej się umówić, dzwoniąc na plebanię. Kościół św. Marcina w Sierakowicach Kościoły drewniane na środkowych Kaszubach to rzadkość. Jedną z trzech drewnianych świątyń Szwajcarii Kaszubskiej moż- na obejrzeć w Sierakowicach. Powstała ona w 1822 r. jako ostatnia świątynia konstrukcji zrębowej na Pomorzu Gdańskim, z fundacji ówczasnych dziedziców wsi – Łaszewskich, na miejscu wcześniejszego kościoła z po- łowy XVII w. W 1903 r. zdecydowano o jej rozbudowie. Drewnianą świątynię powiększono, dobudowując od strony zachodniej ceglaną część nawy i – również murowaną – wieżę w stylu neogotyckim. Rozrastająca się szybko sierakowicka parafia potrzebowa- ła większego kościoła, toteż postanowiono przesunąć drewnianą część świątyni i zrekonstruować ją jako osobną budowlę, a część murowaną rozbudować, tworząc nowy, przestrzenniejszy gmach. Prace renowacyjne zakończono na początku 2014 r. – dzięki nim zabytkowy kościół św. Marcina można teraz oglądać w jego pierwotnej formie. Wybudowana z drewna sosnowego zabytkowa świątynia składa się z nawy, wydłużonego, węższego od niej prezbiterium zamknię- tego trójbocznie oraz trójkondygnacyjnej dzwonnicy o konstrukcji szkieletowej, zwień- czonej wysokim, ostrosłupowym hełmem. Dachy pokrywa gont, a ściany są pionowo oszalowane. Od północy do kościoła przylegają kaplica św. Barbary oraz zakrystia, a od po- łudnia kruchta utworzona z rozebranej kiedyś wieży. We wnętrzu można zobaczyć ołtarz główny z XVIII w. z płaskorzeźbami – św. Anny Samotrzeć i Piety w górnej kondygnacji. Oł- tarze boczne pochodzą z przełomu XVIII i XIX w., a ambona z wizerunkami ewangelistów z XIX w. W kaplicy św. Barbary znajduje się obraz przedstawiający św. Franciszka adorującego krzyż. Obecnie gospodarzem obiektu jest Gminny Ośrodek Kultury w Sierakowicach. Organizowane są tu wystawy, wernisaże i koncerty.

sobota, 24 października 2015

EDMUND ZIELIŃSKI. HENIEK – TO BYŁ DOBRY CZŁOWIEKDrukujE-mail
sobota, 24 październik 2015
Zwykle na stronie Wirtualnego Kociewia zamieszczam felietony o sprawach ważnych, o osobach ciekawych, zasłużonych, o historii naszej wsi. Tym razem chciałbym zamieścić wspomnienie o człowieku bardzo przeciętnym, zwykłym, niczym niewyróżniającym się mieszkańcu Zblewa.

















W poniedziałek 28 września przeniósł się do wieczności mieszkaniec Zblewa Henryk Klin. Młodzi powiedzą – już był stary. Ja powiem, że był młodszy ode mnie 8 lat i mógł jeszcze żyć. Cóż to jest 67 lat? Niezbadane są wyroki Boskie.

Urodził się Białachowie, w mojej wsi, 17 września 1948 roku. Byliśmy prawie sąsiadami. Chodziliśmy do tej samej szkoły. Znałem tę rodzinę, jego rodziców, którzy zapewne wyszli na spotkanie swego syna. Kiedy budowaliśmy dom przy ul. Jaśminowej  Heniek służył nam swoją pomocą i miał baczenie na wznoszony dom. Pamiętam, że gdy układałem bruk na ścieżce przed domem, przyszedł do mnie i powiedział: – Edziuś, robisz jak dawni, musisz coś napisać do Gazyti Kociewski o ti ścieżce.
Napisałem, a jakże, a Heniek pozytywnie zrecenzował mój felieton.

Kiedy byłem stałym korespondentem w tej gazecie, Heniek pilnie śledził moje felietony o młócce, żniwach czy wykopkach i zdawał mi relacje, mówiąc: - Jó, Edziuś, tak to richtich było.

Od czasu postawienia krzyża na zblewskim cmentarzu, wyrzeźbionego przez braci Zielińskich, był jego stałym konserwatorem. Kto teraz będzie go konserwował? Stojącą kapliczkę u wylotu ulicy Chojnickiej w roku ubiegłym pokrył drewnochronem przedłużając jej żywot na dalsze lata. Wiele lat temu, kiedy gospodarstwo moich dziadków było jeszcze w pełnym rozkwicie, Heniek pokrywał ściany mieszkania farbą, a wzór nakładał wałkiem. Kto to dziś robi? A ile karasi złowionych przez Henia przewiozłem ze Zblewa na mój zaspiański stół? Heniek – dziękuję Ci za to.
W czwartek 1 października odbył się pogrzeb Heńka. W ostatniej drodze oprócz rodziny towarzyszyło mu wiele mieszkańców Zblewa i okolic. Piękną homilię wygłosił ksiądz proboszcz zblewskiej parafii. Powiedział między innymi: Posługę duszpasterską pełnię już 30 lat. Udzielałem ostatniego sakramentu Henrykowi, który po kilkudziesięciu minutach oddał ducha Bogu. Zwykle zgon następuje po kilku godzinach, dniach, a nawet tygodniach po udzieleniu ostatniego namaszczenia. Tutaj nastąpiło to wkrótce, co zdarzyło mi się po raz pierwszy - zmarł w łasce uświęcającej.
Umierał spokojnie, uporządkował rodzinne sprawy i zażyczył sobie, by go pochowano w grobie swoich dziadków. Tak się stało. Niech spoczywa w Pokoju.

Gdańsk 1 października 2015 Edmund Zieliński


Zdjęcia:



Heniek na Jaśminowej w 2013 roku


Wychodzę z torbą karasi od Heńka




Heniek jego zięć i ja


Krzyż cmentarny w Zblewie



Ostatnie pożegnanie.

Foto Wojciech i Edmund Zieliński

dalej »

piątek, 23 października 2015

                                      
Edmund Zieliński

                        Krzyże i kapliczki na terenie gminy Kościerzyna
               Autor tej książki - ksiądz dr Leszek Jażdżewski wykonał kawał dobrej roboty. Zebrał materiał z niewielkiego obszaru, ale jaki materiał. Dotarł do każdej kapliczki i każdego krzyża, rozmawiał z właścicielami  o historii obiektu, co jest najcenniejszym dla zbieracza wiedzy o przeszłości naszego regionu, by móc ją utrwalić na kartach książki. To wszystko, to bogactwo wiedzy jest w tej książce.
               Zagłębiając się w jej treść, wędrowałem wspomnieniami po drogach dawnej wsi, która w moim odczuciu miała więcej uroku niż dzisiejsza. W tamtych czasach, przy każdej kapliczce odprawiało się majowe nabożeństwo. Przy Bożej Męce zatrzymywał się kondukt pogrzebowy na krótką modlitwę. O tym też jest w tej książce. Dziś jakby trochę to upadło. Inne czasy i niewiele możemy tu poradzić. Myślę jednak, że poprzez takie książki, jak książka księdza Leszka, niejeden młody człowiek zatęskni za czasami jego przodków. Może powróci stary dobry zwyczaj uchylania czapki przed Bożą Męką czy krzyżem.
              W historii naszych dziejów działo się wiele złego wokół naszej kultury sakralnej. Zaborcy tępili z zaciekłością wszelkie symbole naszej wiary, a już szczególnie przydrożne kapliczki na których widniała sentencja „Królowo Polski módl się za nami”. Tylko na samym Pomorzu, zostało bezpowrotnie zniszczonych wiele tysięcy tych obiektów sakralnych, o czym również w swojej książce wspomina ksiądz Leszek. Taki los spotkał kapliczkę w mojej wsi w Zblewie, która przed wojną postawiona została z wdzięczności za powrót do Polski i ku pamięci zblewiaków poległych na polach walk I wojny światowej i wojny bolszewickiej. Jak mówią świadkowie, z cegieł tej kapliczki miejscowy Niemiec wyłożył podest dla psiej budy. Dla ciekawostki powiem, że taka sama kapliczka stoi w Sierakowicach, a w latach dziewięćdziesiątych kopia zblewskiej kapliczki wróciła na swoje miejsce.
             W  czasach nam bliskich, za rządów komunistycznych, uzyskanie pozwolenia na postawienie krzyża czy Bożej Męki graniczyło z cudem. Uciekano się do podstępu i krzyż stawiano nocą, by postawić władze przed faktem dokonanym.
             Nie będę się zagłębiał w treść książki księdza Leszka, bo po prostu trzeba ją przeczytać. Uważam, że w każdej bibliotece szkolnej i gminnej książka ta powinna znaleźć swoje zaszczytne miejsce. Tego rodzaju publikacji, jakie ukazały się na Pomorzu, można policzyć na palcach jednej ręki. Tym większa chwała autorowi i dobrodziejom wspierających wydanie tej książki.
              Kończąc moje króciutkie podsumowanie tej książki - księże Leszku, PLURIMOS ANNOS, PLURIMOS!    
           

Gdańsk sobota 14 maja 2011                                                                                    Edmund Zieliński
EDMUND ZIELIŃSKI. POGRZEBY NA KOCIEWIUDrukujE-mail
sobota, 10 wrzesień 2011
Takie pogrzeby zapamiętałem
W dawnych latach, mam na myśli lata powojenne, smutne ceremonie pogrzebowe znacznie różniły się od dzisiejszych. Od śmierci domownika do stypy obowiązywały pewne zwyczaje i obrzędy. Z chwilą zgonu natychmiast zatrzymywano zegar i zasłaniano lustro prześcieradłem. Ciało zmarłej osoby zostało umyte przez domowników lub osobę, która zwyczajowo czynność tę w danej miejscowości wykonywała, i położone zostało pod oknem oddzielnego pokoju na podłodze posypanej piaskiem....



















Kondukt pogrzebowy dziadka Franciszka Zielińskiego  z Białachowa ur.11.10.1872 zmarł 2.04.1954. W tle jego gospodarstwo.

Pod głowę podkładano zwykle cegłę przykrytą białą serwetą, a całe ciało pokrywano białym prześcieradłem. Ktoś z rodziny szedł do księdza uzgodnić termin pogrzebu, powiadamiał o tym organistę i kościelnego, który rano, w obiad i wieczorem dzwonił zmarłemu. Jeśli śmierć nastąpiła w dzień, jeszcze tego samego dnia, wkrótce po śmierci, dzwoniono zmarłemu. Mieszkańcy od razu wiedzieli wej, znówki ktoś umer.Powiadamiano sąsiadów i dalszych mieszkańców o codziennym różańcu w domu zmarłego, który odmawiano wieczorową porą. Tutaj też był ktoś z zewnątrz, kto modlitwy żałobne prowadził. W Starej Kiszewie takim ceremoniarzem był mój wujek Jakub Kaiser. Prowadził modlitwy w swojej wsi i zapraszany był do miejscowości pobliskich. Był w tej kwestii na tyle znany i uznawany, że zainteresowali się nim studenci z Polskiej Akademii Nauk i spisali wszystkie jego modlitwy pogrzebowe i pieśni, którym również przewodził.
Od śmierci do pogrzebu mijały zwykle trzy dni. W tym czasie zamawiano u stolarza trumnę na miarę ciała zmarłego. Ostatni wieczór przed pochówkiem następowała tak zwana pusta noc. Kilka godzin wcześniej,osoba zajmująca się ubieraniem zmarłych odziewała nieboszczyka w odświętne ubranie. Mężczyznę ubierano w jego ślubny garnitur, kobietę w najlepsze suknie. Ludzie starsi już za życia czynili przygotowania do swego pogrzebu. Mówili, w co mają być ubrani, kogo należy powiadomić, jak ma wyglądać stypa. Na cmentarzu rezerwowali sobie już miejsce (dziś też), a znam przypadki, gdy zamawiali u stolarza trumnę, stawiali ją na strychu, gdzie czekała na śmierć swego właściciela. Nieletnią osobę, zwłaszcza dziewczynkę, ubierano w białą sukienkę, symbolizującą niewinność, co wyrażało się również w białym kolorze trumny.
Na marach trumna z ciałem dziadka Franciszka Zielińskiego z Białachowa. Niosą synowie i zięciowie zmarłego. Po lewej stary dom Szarmachów.

Podczas ubierania nieboszczyka bywało, że jego członki zastygły i nie można było wyprostować rąk złożonych w splecionych dłoniach. Osoba ubierająca ciało zwykle łagodnym głosem zwracała się do zmarłego, by pozwolił się ubrać. Z opowiadań wiem, że w wielu wypadkach członki zmarłego się rozluźniały. Po ubraniu ciało nieboszczyka składano do trumny, które w owym czasie były wygodniejsze, obszerniejsze, o innym kształcie. Dzisiejsze skrzynki są ciasne, głowa zmarłego leży bardzo nisko. W starych trumnach głowa leżała na dość wysokiej poduszce, a ciało wystawało ponad krawędź wiecznego łoża. Chodziły słuchy, że niejeden trunkowy stolarz w trociny, którymi wypełniał trumnę, wkładał opróżnioną butelkę. Trumnę z ciałem stawiano na krzesłach - taboretach lub drewnianych koziołkach. Wieko opierano o ścianę. Na krawędziach trumny dość gęsto ustawiano świece, które paliły się przez cały czas modlitw i śpiewów. Najpierw był różaniec i wiele innych modlitw, potem był poczęstunek dla żałobników, zwykle kuch i kawa zbożowa. Po tym przystępowano do śpiewania pieśni nabożnych – wszystkie zwrotki! Pamiętam, że w moich stronach pusta noc w tamtych latach trwała zwykle do godziny 24. Ostatnią była przejmująca pieśń żałobna „Zmarły człowiecze z tobą się żegnamy/przyjmij dar smutny/ który ci składamy/trochę na grób twój/ porzuconej gliny/ od twych przyjaciół/ sąsiadów rodziny”. Jej słowa topiły najtwardsze serca.
Sąsiedzi rozchodzili się do swoich domów, a rodzina zmarłego czyniła przygotowania do stypy. Ta, w tamtych czasach, odbywała się w domu zmarłego. W gospodarskich domach pieczono mięsiwa, gotowano rosoły i pieczono ciasta. Rano, przed wyprowadzeniem zwłok, modlono się przy zmarłym. Pamiętam, że do mego dziadka Franciszka w Białachowie przyjechał ksiądz proboszcz Bolesław Meloch i odmawiał stosowne modlitwy z pokropieniem zwłok włącznie. Przy trumnie ustawiła się rodzina, a fotograf, pan Lisiewicz ze Zblewa, wykonywał zdjęcia przy pomocy magnezji podpalanej na specjalnym statywie w momencie naciskania migawki w aparacie fotograficznym. Rozbłysk magnezji zastępował dzisiejsze lampy błyskowe sprzężone z fotoaparatami.

               W kościele w Zblewie za trumna rodzina dziadka Franciszka Zielińskiego - 1954 rok

Ksiądz został odwieziony powózką do Zblewa, a rodzina żegnała się ze zmarłym. Przy tym zawsze był lament. Pamiętam, jak ciocia Łucja szlochając mówiła, gdy szliśmy do kościoła i było bardzo zimno, tata brał nasze dłonie i wkładał do kieszeni swojego płaszcza, by je ogrzać(…). Nałożono wieko na trumnę, przybito gwoździami i wyniesiono na podwórko, gdzie stała powózka, na której ustawiono trumnę. Ktoś z domowników w tym czasie poprzewracał podstawki, na których stała trumna, by zmarły nie zabrał za sobą kogoś z rodziny. Wierzono również, że zmarły zabierze kogoś z rodziny, jeśli leży w domu przez niedzielę. Ruszył kondukt do odległego o 4 kilometry kościoła w Zblewie. W czasie marszu do kościoła przez całą drogę śpiewane były pieśni nabożne. Po drodze do konduktu przyłączali się sąsiedzi i inni. Wyprzedzający na rowerach czy wozach kondukt lub jadący z przeciwka z szacunkiem zdejmowali czapki z głów, kobiety zaś nabożnie żegnały się znakiem krzyża.
W międzyczasie umawiano chłopów do niesienia trumny , chorągwi kościelnych i krzyża. Jednak do końca zawsze tak nie było. Jeśli rodzina były liczna w mężczyzn, oni zanosili zmarłego na cmentarz. Tak było w przypadku mojego dziadka Franciszka i babci Antoniny. Zwykle to było tak, że ktoś z rodziny poszedł do jednego ze znanych posługujących w ceremonii pochówku, on już umawiał się z resztą mężczyzn do obsługi. Ekipa ta, czyniła posługę nie żądając niczego w zamian, wystarczył poczęstunek. Przecież byli to zwykle sąsiedzi zmarłej osoby. W Zblewie byli to najczęściej stali mężczyźni, sukcesywnie zmieniający się z biegiem lat. Pamiętam, że wśród nich był Henio Kuchta, Edwin Gajewski, Stasiu Bąkowski, Ramion, Bronek Pieczkowski i inni. Swoją funkcję zwykle zaczynali od złożenia trumny na marach. To następowało przed kościołem w sąsiedztwie państwa Szarmachów, jeśli kondukt pogrzebowy przybywał z innej wsi lub z wybudowań Zblewa. Jeśli zmarły pochodził z samej wsi, chłopy usługiwali zmarłemu już w domu żałoby.

Kondukt pogrzebowy z ciałem babci Antoniny Zielińskiej  ur.14.02.1882- zmarła 6,07.1958 roku






              
                                             Pogrzeb babci Antoniny Zielińskiej. Ceremonie pogrzebową sprawuje ksiądz Alojzy Licznerski

Po wprowadzeniu zwłok do kościoła i złożeniu na katafalku chłopy mieli godzinę wolnego, który zazwyczaj spędzali w miejscowej gospodzie przy herbacie, zwłaszcza w czas zimowy. W tym czasie w prezbiterium zasiadali naprzeciw siebie ksiądz i organista i zaczynały się nieszpory żałobne (egzekwie – łac. Exequiae). Potocznie mówiono - wej, tera łóni sia kłócó, bowiem odśpiewywali sobie nawzajem. Po zakończeniu nieszporów organista szedł na chór do organów, a ksiądz do zakrystii przywdziać żałobny ornat. Po odprawionej mszy świętej, podczas której rodzina klęczała za trumną, zwłoki na marach odprowadzone zostały na cmentarz. Mówiono, że podczas przekraczania bramy cmentarnej trumna stawała się cięższa, bo obsiadały ją dusze zmarłych. Przy grobie ksiądz się modlił, pokropił trumnę, nabrał ziemi małą łopatką i posypał trumnę. Chłopy złapali za sznury i zaczęli powoli opuszczać trumnę do grobu. W tym momencie organista zaintonował pieśń do Matki Bożej „Witaj Królowo Matko litości”. Żałobnicy zaczęli składać wieńce i kwiaty oraz rzucać grudki ziemi na trumnę. Jeszcze chwilę postali i najbliżsi zmarłego oraz sąsiedzi udawali się na stypę do domu żałoby. W niektórych zakątkach Kociewia i Borów Tucholskich mawiano tera Idzim na słodka kawa. Im rodzina zasobniejsza, tym stypa była okazalsza, wystawniejsza, gdzie jadła i napitku był dostatek. W biedniejszych rodzinach ze zrozumiałych względów już sąsiadów nie zapraszano.
A dziś? Wszystko się zmieniło. Ci, co dawniej posługiwali przy pogrzebach, sami już spoczywają na Zblewskim cmentarzu. Firmy pogrzebowe „załatwią” wszystko – od zabrania ciała, poprzez sprawy związane w urzędach, do złożenia w grobie. Mnie osobiście nie podobają się uniformy niektórych ekip pogrzebowych. Na jednym pogrzebie widziałem ekipę ubraną w „mundury” do złudzenia przypominające marynarskie odzienie. Za dużo jest dzisiaj blichtru przy grobie. Wprowadzono, obcy nam zwyczaj grania na trąbce czy saksofonie utworu „Złota Trąbka” – Cisza; De l`or le Cleiron – le Silence. Ani ja, ani moja żonka, na naszych pogrzebach tego nie chcemy. Jak to powiadał mój tata? (…)choćby złote trąby grały, oczy twoje będą spały.
Dziś coraz częściej następuje kremacja zwłok i zamiast trumny na cmentarz zanoszona jest urna z prochami zmarłego. Ku pamięci moich rodaków powiem, że w Zblewie pierwszy pochówek prochów zmarłej parafianki Danuty Banieckiej z Białachowa, odbył się dnia 20 lutego 2008. Pani Danuta urodziła się 26 lipca 1940 w Sosnowcu. Zmarła 15 lutego 2008 w Białachowie.
Moja kuzynka Wiesława z Redzimskich i jej mąż też zostali skremowani. Krystyna Majewska, z którą często jeździłem na zajęcia z rękodzieła, Józefa Izdebska – hafciarka, również spopielono ich ciała. Ja i inni wierzymy (…) w ciała zmartwychwstanie(…), a stan pośmiertny naszych doczesnych członków jest obojętny.
Edmund Zieliński
Gdańsk, wrzesień 2011 roku

niedziela, 11 października 2015

EDMUND ZIELIŃSKI. TWÓRCZY WEEKEND W BYTOŃSKIEJ SZKOLEDrukujE-mail
niedziela, 11 październik 2015
Dzięki dotacji samorządu województwa pomorskiego w szkole w Bytoni w dniach 25 – 27 września odbywały się warsztaty dla dzieci szkół Kaszub i Kociewia pod nazwą „Ludowe Talenty 2015”. Organizatorem warsztatów był Oddział Gdański Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego przy współudziale dyrektora szkoły Tomasza Damaszka i mojej osoby.

Dzięki dotacji samorządu województwa pomorskiego w szkole w Bytoni w dniach 25 – 27 września odbywały się warsztaty dla dzieci szkół Kaszub i Kociewia pod nazwą „Ludowe Talenty 2015”. Organizatorem warsztatów był Oddział Gdański Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego przy współudziale dyrektora szkoły Tomasza Damaszka i mojej osoby. 
Tematem zajęć było rękodzieło obejmujące malarstwo na szkle, malarstwo pastelami i plecionka. W tych dziedzinach instruktarzu udzielali: Regina Białk z Kościerzyny, znakomita plecionkarka, Krzysztof Bagorski z Małego Bukowca znany malarz portrecista, pejzażysta, stosujący różne techniki w tym zakresie. Ja przekazałem dzieciom wiadomości na temat malarstwa na szkle, jakie w XIX wieku występowało na naszych terenach. W wyniku tych działań powstało wiele koszyków i obrazów ku zadowoleniu samych autorów, tym bardziej, że wykonane dzieła stały się ich własnością.

Oto uczestnicy zajęć:

Szkoła Podstawowa w Baninie – opiekun Dorota Winter, uczniowie klasy V

1. Ignacy Dąbrowski

2. Magda Leyk

3. Marta Rytel

4. Anastazja Kułdosz

5. Aleksandra Biłanicz

6. Joanna Czermańska

7. Sara Susmed

8. Natalia Dembowska

9. Hanna Jelińska

10. Michalina Jende

11. Ignacy Redzimski



Uczniowie klasy VI

1. Antoni Dobrowski

2. Kinga Papke

3. Alicja Czermańska



Szkoła Podstawowa w Kleszczewie - opiekun Hanna Herman

1. Julia Bujak – kl. V

2. Oskar Cabaj – kl. V

3. Julia Szatkowska – kl. V



Szkoła Podstawowa w Bytoni – opiekun Hanna Herman

1. Oliwia Ługowska – kl. V

2. Katarzyna Klaister – kl. V

3. Wiktoria Szwedowska - kl. V

4. Agata Bielińska – kl. V

5. Aleksander Gołuński – kl. VI

6. Laura Dahm – kl. VI

7. Agnieszka Kinowska – kl. IV

Wiceprezes Oddziału Gdańskiego Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego Tomasz Szymański podziękował wszystkim uczestnikom za udział i pogratulował pięknych prac. Pani Barbara Maciejewska z muzeum etnograficznego w Oliwie podsumowała warsztaty, pogratulowała uczestnikom i życzyła kontynuowania prac.

Wszyscy uczestnicy otrzymali nagrody i dyplomy za udział w warsztatach.

Ze strony opiekunów padła propozycja poszerzenia w przyszłości warsztatów o haft i rzeźbę. Weźmiemy to pod uwagę.

Gdańsk 27 września 2015 Edmund Zieliński














Zdjęcia:  Krzysztof Bagorski