poniedziałek, 20 kwietnia 2015

                                     Kociewie rękodziełem stoi

                W niedzielę dnia 22 lutego 2015 roku w Fabryce Sztuk w Tczewie  miało miejsce otwarcie wystawy rękodzielników z Kociewia zatytułowanej „Kociewie – serdeczna strona świata”. Kuratorem wystawy jest pani mgr Kamila Gillmeister – etnograf. Na wystawie zgromadzono hafty, rzeźbę, malarstwo na szkle, plecionkarstwo, intarsję, fotografie i malarstwo sztalugowe.  Wystawę zorganizowano ze zbiorów Fabryki sztuk w Tczewie, Muzeum Kociewskiego w Wycinkach oraz ze zbiorów prywatnych Kamili Gillmeister i uczestników wystawy.
               Wystaw o podobnej tematyce jest niezwykle mało i chwała organizatorom za jej realizację. By wystawa mogła zaistnieć muszą być eksponaty i ich twórcy. I tu pozwolę sobie wymienić artystów biorących udział w wystawie. Rzeźbę reprezentują: Jerzy Kamiński z Barłożna, Tomasz Bednarczyk ze Starogardu, Leszek Baczkowski z Franka, Michał Ostoja-Lniski z Czarnej Wody, Roman Samorowski z Wycinek i Marek Zagórski z Rokocina.
Malarstwo wystawiają : Andrzej Venulet i Krzysztof Bagorski z Małego Bukowca, Irena Zagórska z Rokocina, Ryszard Rosławski ze Starej Kiszewy, Teresa Trzewik z Ciecholew, Jolanta Stepun ze Starogardu, Anna Mierzejewska – Otta z Franka, Malwina Dzwonkowska ze Stężycy.
Swoje piękne hafty na wystawie pokazują: Anna Ledwożyw z Osowa Leśnego, Krystyna Engler z Pinczyna, Stefania Wielińska z Wycinek, Maria Leszman z Pelplina i Katarzyna Nowak z Tczewa. Natomiast Zenon Pląskowski z Rokocina pokazuje na wystawie intarsję.
Licznie zgromadzone na wystawie fotografie podpisane są przez: Andrzeja Grzyba, Henryka Spychalskiego, Tomasza Rogalskiego, Marcina Pląskowskiego, Zenona Usarkiewicza i Piotra Januszewskiego.
                  Bardzo spodobała mi się wypowiedź pani mgr Kamili Gillmeister podczas otwarcia wystawy. Jej słowa zasługują na publikację, co niniejszym, za zgodą autorki,  czynię.
Kociewie – region etnograficzny, który coraz bardziej jest rozpoznawalny. Coraz więcej osób wie, że Kociewie nie jest subregionem Kaszub. Jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów jest sztuka ludowa.
Czym dzisiaj jest sztuka ludowa? Czy dzisiaj istnieje sztuka ludowa? Co oznaczają słowa współczesna sztuka ludowa? Na te pytania nie można odpowiedzieć jednym zdaniem, nie mówiąc już o prostych słowach tak/nie. Na studiach etnologiczny/antropologicznych studenci uczą się wielu teorii czym jest sztuka ludowa. Każdy z naukowców dodaje swoje do teorii. I tak naprawdę po zajęciach studenci wychodzą z mętlikiem w głowie.
Logicznie rzecz ujmując sztuka ludowa nie może istnieć, bo nie ma ludu. Zdecydowanie zmieniła się funkcja prac. Kiedyś rzeźbiono, malowano na chwałę Pana Boga, Maryi i świętych. Zresztą świątki  ludowe były traktowane jako realne istoty obdarzone realnymi zmysłami. Jeśli dany święty, np. Jan Nepomucen nie wywiązał się ze swojego zadania, to chłopi potrafili wymienić tę nieskuteczną figurę na nową, ale tego samego świętego.
Twórcy bardzo często byli anonimowi – nie podpisywali swoich prac. Z klasycznego okresu rozwoju sztuki ludowej, czyli II połowy XIX wieku znamy bardzo mało nazwisk twórców. Wśród ludności nie istniało pojęcie sztuki, twórców. Nie istniała żadna ochrona twórców. Wzory i wiedzę na temat świętych i otaczającego świata zdobywano z kazań kościelnych, opowiadań dziadowskich i innych. Wizerunki świętych miały się spodobać zbiorowości, bo to zbiorowość zamawiała i akceptowała dane prace.
Dzisiaj przede wszystkim zmienił się odbiorca prac twórców. Jest to przede wszystkim odbiorca miejski. Prace pełnią całkowicie inne funkcje – są to funkcje dekoracyjne. Przez lata PRL-u i kolejne lata po 1989 roku pojawiły się nowe tematy – świeckie, konkursy sztuki ludowej na Staliny, Leniny, Kościuszków itp. Czyli tematy kompletnie obce sztuce ludowej. Młodzi zaczęli zachwycać się kulturą ludową związaną z folklorem andaluzyjskich Cyganów, obejmujące muzykę, śpiew, taniec, strój i zachowania, czyli flamenco, tańczymy tańce celtyckie i irlandzkie. A polskie tradycje były kwitowane machnięciem ręki: wiocha. Jednak w ostatnich latach elementy sztuki ludowej różnych regionów Polski znajdujemy na ubraniach, meblach, rzeczach codziennego użytku. Prym w tym wiodą elementy łowickie.  Zaczynamy rozumieć, że ludowość staje się naszym plusem i może być niezłą wizytówką Polski na świecie. Oczywiście mówię tu o ludowości dobrze rozumianej. O jej pełnej harmonii, bo sztuka ludowa nie była nigdy kiczem. Wystarczy wspomnieć pawilon polski na wystawie EXPO 2010 w Szanghaju, który został zainspirowany polskimi wycinankami. Dzięki etnodizajnowi zaczynamy to rozumieć. Także elementy kociewskie zaczynają się pojawiać na torebkach, filiżankach, obudowach do telefonów. I mam nadzieję, że właśnie dzięki temu Kociewie nie będzie obcą nazwą dla osób z innych regionów i nie będą mylili nas z naszym znanym sąsiadem.
Na zakończenie opowiem jedną sytuację, która mnie spotkała kilka lat temu w Gdańsku. Na ulicy Mariackiej, jak państwo wiedzą, można zakupić różnorodne rękodzieło, m.in. hafty z Pomorza. Stoję obok stoiska i oglądam pięknie wyszywane serwety: kociewskie, kaszubskie (przede wszystkim była tam szkoła żukowska i borowiacka). Obok mnie stoją dwie panie i oglądają obrus z motywem kociewskim, a jedna z nich mówi – jakie te hafty kaszubskie są ładne, piękne i kolorowe. W tym momencie odezwał się mój lokalny patriotyzm (mimo iż w połowie jestem Kaszubką;) i mówię, że akurat ten obrus jest wyhaftowany wzorami kociewskimi. Pani spojrzała na mnie jak na istotę z innego świata i zadała pytanie: jakimi wzorami? A Kociewie to nie Kaszuby?
Mam nadzieję, że m.in. dzięki naszej wystawie takich sytuacji będzie coraz mniej.
Ja też mam taką nadzieję.
Gdańsk 26 lutego 2015                                     Edmund Zieliński







                                                Ogólny widok wystawy





                        W głębi - senator Andrzej Grzyb, Alicja Gajewska dyr.Fabryki Sztuk i Starosta Powiatu Starogardzkiego Leszek Burczyk


 Alicja Gajewska, Marek Zagórski-rzeźbiarz i Zenon Usarkiewicz - regionalista z Wycinek






                                        Alicja Gajewska i Kamila Gillmeister - kurator wystawy





                                               Alicja Gajewska i  Kamila Gillmeister



                                           Ptaszki Rajmunda Zielińskiego ze Zblewa



                                                    Serwetka Katarzyny Nowak z Tczewa



                                                Serwetka Marii Leszman z Pelplina



                                            Serwetka Ani Ledwożyw z Osowa Leśnego




                Za rzeźbami stoją - Grzegorz Walkowski, Danuta Zielińska i Ania Ledwożyw





                                                       Rzeźba Jerzego Kamińskiego




                             Szopka bożonarodzeniowa Tomasza Bednarczyka ze Starogardu


Foto: Edmund Zieliński i Krzysztof Bagorski
















































































































sobota, 11 kwietnia 2015

JEDZIESZ PIERWSZY RAZ DO MIASTA, TO MUSISZ USMAROWANEGO ŻYDA POCAŁOWAĆ W BRODĘ. REGINA MATUSZEDrukujE-mail
niedziela, 18 styczeń 2015
A czy wjeżdżając pierwszy raz do Starogardu nie było podobnie? Tylko, że tu na początku ul. Chojnickiej siedział Bismarck na rogu kamienicy (inni mówili, że Krysztof), którego wjeżdżający musiał pocałować w sumiaste wąsiska. Inni mówili, że w tylną część ciała. I ja podobną historię przeżyłem. Jechałem wozem konnym z wujkiem Franciszkiem do cioci Waleski z ziemniakami. Całą drogę wujek mi przypominał, że będę musiał pocałować Bismarcka. Więcej było we mnie ciekawości niż bojaźni, trochę niedowierzania również. Wjeżdżając w ulicę Chojnicką nijak nie mogłem dostrzec na kamienicy Bismarcka. Wujek z uśmiechem powiedział - pewnie poszedł na obiad. I tak mi się upiekło.
A pani Regina wspomina dalej…
Przyszedł do nas Stefens, światły człowiek. Był w Ameryce i dużo rzeczy widział. Był jakiś czas wójtem. Popatrzył na matkę, pogadał i mówi do ojca: Krawcu, ty ratuj żonę. Jedź z nią do doktora. Jak nie masz pieniędzy, to ci pożyczę. Masz małe dzieci, żeby sierotami nie zostały. 
Ojciec pojechał z matką do Łysych. Matka bojała się doktora, mówiła: Jak mam umrzeć, to i tak umrę. Śmierci też się bojała. Dała się przekonać, była trzydziestopięcioletnią kobietą. Lekarz matkę zbadał i naznaczył matce zastrzyki brać dwa miesiące co dzień. 
Co tu robić, co dzień jeździć, za daleko. Na szczęście w Łysych mieszkał Antoś, Sym ciotki Bronci. Kiedyś, gdy mój ojciec się ożenił z moją matką, jak ja byłam mała, on uczył się u mojego ojca na krawca. W Łysych otworzył swój warsztat, pomagała mu siostra Stefka. Ojciec matkę zostawił w Łysych. Celinkę zawiózł do ciotki do Dąbrów, mnie do pilnowania Celinki. Byłam Trzy tygodnie, tęskniłam bardzo do domu. Ojciec przywiózł pranie ciotce i Genię do bawienia Celinki. Ojciec mnie wziął na rower i przywiózł do domu. Na drugi dzień zaprowadził mnie na pole, żebym pioła proso (pieliła chwasty z prosa – E.Z.). 
Były to wakacje. Mnie to pielenie licho szło, sama jedna, nudno. Słońce zaczęło mocno przygrzewać. Tego roku była wielka susza, niektóre studnie powysychały. Przyszłam do domu, ojciec kazał mi krów popaść. Za dwa tygodnie znów pojechałam do Dąbrów do ciotki. Genia przyjechała do domu, bo też tęskniła za domem. Irki też trzeba było pilnować, żeby gdzie nie poszła od domu. Jakiś czas matka miała ją w Łysych. Odbywały się tam małe targi. Irka chodziła z matką po targu i się zgubiła. Szła i płakała, ludzie jej pytali, jak się nazywa. Mówiła, Irena Ksepka. A gdzie mieszkasz? U Antosia. Ludzie Antosia znali i Irkę doprowadzili do matki. 
Matka w Łysych czuła się dobrze. Antoś i Stefka podleczyli ją duchowo. Lekarstwa też leczyły. Ojciec do Dąbrów przyjechał furmanką po mnie i po Celinkę. Celinka była krzykliwa i swoją obecnością stawiała wszystkich na nogi. Na furmance całą drogę spała. Była wielka radość, wszyscy w domu razem.
Było już po żniwach. Ojciec najął do odbierania żyta Sobotkową Stefkę. Ona wyszła ze szkoły i była rada, że trochę zarobi. Czternaście lat miała, ale była krzepką dziewczyną. Zaczelim z ojcem snopki zwozić, my wszystkie trzy na wozie drabiniastym. Irkę matka trzymała na kolanach. Genia obok mnie, wóz jakoś przez bruzdę podskoczył i Genia spadła, tak jakoś w bruzdę i ojciec konia wstrzymał, ale jedno koło przez Geni szyję czy głowę przejechało. Wszyscy się zlęklim tego wypadku, ale widać miała szczęście, bo nic jej się nie stało. Ojciec w polu dużo nie robił, ludzie go wyręczali. Mówili: Uszyj mi portki, a ja za ciebie zrobię w polu.
W okolicy szył Lejba – Żyd. Ludzie go wozili z maszyną od domu do domu. Mówili: Krawcu, jak ty uszyjesz, to trzyma do zdarcia, a jak Lejba, to trzeba ręce prosto trzymać, bo jakby chciał podnieść do góry, to się wyrywały. Ojciec szył pomału i dobrze, pewnie za swoją robotę brał drożej. Żyd szył szybko i brał taniej. Biedniejsi ludzie szli do Lejby. Lejba miał gromadę dzieci, na które mówiło się bachory, chciał je wyżywić i nauczyć jakiegoś fachu. Żydzi na roli nie pracowali. Pamiętam Pejsę, jak jeździł z cielakami po wsi. W długich, czarnych mantlach i czarnych jarmułkach na głowie. Za starymi szmatami też jeździli Żydzi.
Byłam z matką w Myszyńcu na jarmarku. Matka chciała mi kupić materiał na sukienkę. Chodź, pójdziem do kromnicy, tak się nazywały te sklepy żydowskie. Na ścianach były półki od góry od samego dołu. Za kontuarem stała Żydowka. Miała czarne, kręcone włosy. Bez przerwy mówiła. W sklepie był tłum ludzi. Trudno się było dostać do przodu. Żydówka pokazała mamie różowy kreton w białe kropki. Podobał mi się bardzo, ale matka mnie nie pytała. Może był za duży hałas. Kupiła mi niebieskiego mongolu. U Żydów pewnie kupiło się taniej, dlatego tyle ludzi było w kromnicy. 
Ludzi na jarmarku było dużo. Każdy przyjechał, żeby coś sprzedać i kupić. Powstawały i polskie sklepy, ceny w nich były równe. U Żyda ceny skakały. Kto umiał się targować, to za pół ceny kupił. Jak kupił coś rano, to wieczorem sobie pluł na brodę, bo mógł kupić daleko taniej. Trzeba było być kutym na wszystkie cztery nogi. Gdy się kupowało coś większego, to się brało kogoś, kto znał się na towarze. Jak jakaś kobieta chciała kupić maszynę do szycia, to przychodziła do nas i ojca prosiła, żeby ojciec z nią jechał do Kolna i pomógł jej kupić dobrą maszynę. Ojciec jechał i wypróbowywał maszyny, która lepiej szyje. Jak rower chciał jakiś kawaler, też brał kogoś starszego. Konia czy krowę kupić, też trzeba było brać kogoś mądrego, bo głupiemu wgadali handlarze byle co. Ojciec po nici guziki i haftki jeździł do Kolna, choć było dalej. Miał znajomego Żyda Rubensztejna i on jemu towar sprzedawał po niższej cenie. Z Żydów ludzie się podśmiewali, szydzili, bo mieli różne dziwne nazwiska. Żyd na to nie zważał, bo z tych ludzi żył.
Gdy jechało się do Kolna, to sąsiedzi sprzęgali konie i jechało się szybciej. Przeważnie po prosiaki jechało się do Kolna, a do Myszyńca sprzedać. Gdy brało się dziecko, żeby zobaczyło miasto, to się mówiło: Jedziesz pierwszy raz, to musisz usmarowanego Żyda pocałować w brodę. Bał się każdy, kto pierwszy raz jechał, ale ciekawość była silniejsza. Dużo było do oglądania, tyle różnych wyrobów. Wszystkie ręcznie wyrabiane. Dziś i w muzeum tego nie zobaczy, co zobaczyło się na rocznym jarmarku. Na zwykłym też było co oglądać, który odbywał się raz w tygodniu. Moi sąsiedzi sprzęgali konie i z kobietami swymi pojechali do Kolna. Kobiety poszły kupić co im było trzeba. Chłopy poszli popatrzeć, jak idzie handel. Nie mieli za dużo w kieszeni i im się trochę nudziło. 
Przy rynku miał Żyd dużą kamienicę i tę kamienicę chciał sprzedać. Rozgłaszał wszędzie, czy kto nie kupi. Moi sąsiedzi zaraz się zgłosili, że oni kupią. Zaczęli się z Żydem targować i w ręce tłuc, kto więcej płaci. Jeden drugiego brał za dłoń, swoją dłonią tamtego uderzył i pytał, ile chcesz za cielaka. Tamten brał znów rozmach, żeby zdrowo uderzyć tego drugiego. Tak długo się targowali i uderzali w dłonie, aż targu dobili. Moi sąsiedzi tak targowali się z tym Żydem o tę dużą kamienicę. Żyd ich nie znał i targował się zajadle. Ludzie zaczęli się zlatywać i podżegać targujących. Wszyscy mieli z tego wielki ubaw. Sąsiedzi potem opowiadali, jak Żyda nabrali. To, że przy targu w ręce się uderzali, to było dobre, bo to jak prądy dziś ludzi leczą przez dotyk. Kiedyś ludzie instynktownie wyczuwali, co dla nich dobre.
Gdańsk 14.12.2014 Opracował Edmund Zieliński



wstecz dalej »

niedziela, 5 kwietnia 2015

EDMUND ZIELIŃSKI. KRZYŻ WUJKA BENKADrukujE-mail
sobota, 04 kwiecień 2015
Był marzec 1945 roku. Wojska hitlerowskie pod naporem Czerwonej Armii cofały się na zachód. Trwały zacięte walki o wsie i miasteczka Kociewia. 6 marca ostatni żołnierze niemieccy opuścili naszą wieś Białachowo. Ich miejsce zajęli żołnierze z czerwoną gwiazda na czapkach. Jeszcze tego samego dnia kazali nam opuszczać domostwa i udać się na południe, bo tu znowu będzie przechodził front.










Przymusowe wysiedlenie dotyczyło tylko gospodarstwa Redzimskich i Zielińskich. Dlaczego tylko nas? Posadowione pod lasem nasze chaty były zapewne wygodne na kwatery dla wojska, które teraz zalegało cały dziadkowy las.
Nie było rady. Wujkowie załadowali na wóz najpotrzebniejsze rzeczy i udaliśmy się do Małego Bukowca. Pamiętam, że na wozie wśród pierzyn siedziała babcia Paulina i ja z moim młodszym bratem Rajmundem. Obok wozu kroczyli moja mama, starsza siostra Danusia, a wujek Antoni prowadził konie. Mój ojciec z moim starszym bratem, Jerzym, przebywali tego dnia w gospodarstwie dziadka Zielińskiego. W Małym Bukowcu zajechaliśmy na podwórze do państwa Sarnowskich, bo według opowiadań ze strony dziadka Franciszka Zielińskiego, państwo Sarnowscy to nasi dalecy krewni ( może uda się to sprecyzować?). W tym samy czasie na wóz ładowali swój dobytek wujkowie Zielińscy, by podążać naszym śladem.


Benedykt Zieliński w 1941 roku

Pamiętam, że nasza mama była wtedy chora i po przyjeździe do państwa Sarnowskich położyła się do łóżka. Po dniu pobytu przyjeżdża na koniu radziecki żołnierz i każe nam wracać do domu mówiąc po polsku – oni wam tam wszystko splądrują. Nie namyślając się wiele ruszyliśmy w drogę powrotną.
Przy zjeździe z szosy borzechowskiej w drogę do Białachowa zobaczyliśmy straszny widok, rozbity wóz, martwe konie, walające się pierze i resztki dobytku. Okazało się, że to furmanka moich dziadków Zielińskich, która najechała na minę w drodze do Małego Bukowca. Wujek Benek powożąc końmi tak to zrelacjonował. W pewnym momencie coś zaniepokoiło konie, bo parskając i strzygąc uszami przestali ciągnąć wóz, szczególnie opierał się koń z prawej strony. Wujek Benek przeszedł na jego stronę, by popędzić tego konia i w tym momencie nastąpił wybuch. Przednie koło wozu, przy którym jeszcze przed chwilą szedł wujek Benek, najechało na minę. To przejście na druga stronę ocaliło mu życie. Babcia Antonina siedziała w pierzynach i wyszła z wybuchu miny bez szwanku. Pozostali domownicy szli w pewnym oddaleniu i nic im się nie stało. Wujek Benek, został co prawda ciężko ranny, ale, z Bożą pomocą, wrócił do pełnego zdrowia. Przez wiele lat po wojnie wydobywał jeszcze z ciała odłamki – szplytri (po niemiecku Splitter), jak je nazywaliśmy. 

Gospodarstwo Zielińskich w obrazie Alego Zwary według stanu z 1932 roku. Po wojnie uległo przebudowie.
Gospodarstwo Redzimskich w obrazie Alego Zwary według stanu z 1974 roku. Dziś wygląda zupełnie inaczej.
Droga do Białachowa od strony lasu.
W niedługim czasie wujek Benek postawił w miejscu tragedii wysoki, przez siebie wykonany krzyż. Otoczył to miejsce pięknym drewnianym płotkiem. Ten mini ogródek był zawsze zadbany, ukwiecony. Dzieci z rodziny Zielińskich wykładały ziemię wokół krzyża zielonym mchem. Pamiętam, że czasem można było zobaczyć tam „narysowane” kamykami serce, którego płaszczyzna wysypana była skruszoną czerwoną cegłą. Na krzyżu wisiała tabliczka z napisem: "Z wdzięczności za ocalenie życia mego 6 marca 1945 roku. Benedykt Zieliński."




Krzyż wujka Benka na miejscu tragedii 
Gdańsk 24 lutego 2015 Edmund Zieliński
Fotografie z mojego archiwum

poniedziałek, 16 marca 2015

MARIUSZ KUROWSKI. „KU GOCIEWIU” (AŻ CIŚNIE SIĘ NA USTA: GDZIE RZYM, GDZIE KRYM?)DrukujE-mail
niedziela, 15 marzec 2015
ku Gociewiu”

Pan Bogdan Kruszona opublikował w 2013 roku w wydawnictwie Bernardinum książkę pt. „Kociewie czy kociołki” 1. Książka byłaby jedną z wielu o historii Kociewia, gdyby nie kontrowersyjne wnioski, jakie autor wyciąga na podstawie analizy meldunku ppłk. Józefa Hurtiga (nie Hurtyga!) datowanego na 10 lutego 1807, a adresowanego do gen. Jana Henryka Dąbrowskiego. Mówię tutaj o rozdziale „V. Nowa analiza starych dokumentów” na stronach 51 do 60. Wnioski te tak się różnią od tego, co dotychczas było wiadomo na ten temat, że nie mogłem na nie pozostać obojętnym. A cóż takiego kontrowersyjnego jest w nich zawarte? „Dokument ppłk. Hurtyga z 10 lutego 1807 r. do gen. Dąbrowskiego zawierający w nazwie Gociewie nie dotyczy w żaden sposób terenów Kociewia określanych i wyznaczanych w dostępnych publikacjach do dnia dzisiejszego.” 2. Jakby tego było mało, pisze, że „Podobnie jest z Gociewiem, którego lokalizacji należy szukać w okolicach Malborka.” 3. Aż ciśnie się na usta: gdzie Rzym, gdzie Krym? Książka ta za kilka lat może być cytowana jako źródło wiedzy o Kociewiu i wnioski w niej zawarte będą powielane jako jedynie słuszne. A nie są słuszne! Autor skupił się na analizie meldunku, ale przyjął błędne założenia o tym, co wiedzieli lub mogli wiedzieć oficerowie (ppłk Józef Hurtig był adiutantem gen. Jana Henryka Dąbrowskiego). Meldunek należy czytać dokładnie tak, jak został napisany i nie wybiegać w dywagacjach poza to, co w nim jest zawarte. Pułapka w próbie interpretacji polega na tym, że pan Bogdan próbuje go zrozumieć przez pryzmat tego, co on wie o Kociewiu (Gociewiu), a nie, co wiedział ppłk. Józef Hurtig. A według mnie o Gociewiu Hurtig nie wiedział absolutnie nic. Nazwa ta nic mu nie mówiła! Postaram się to w dalszej części udowodnić.
Aby poprawnie zinterpretować ten meldunek, należy najpierw spróbować zrozumieć całość taktyki wojsk polskich, sposobu raportowania, jak również wydarzeń, jakie działy się na tych terenach. Janusz Staszewski 4 w 1933 roku opublikował nakładem Towarzystwa Naukowego w Toruniu książkę „Źródła wojskowe do dziejów Pomorza w czasach Księstwa Warszawskiego część I Zajęcie Pomorza 1806/7 r.” 5. Dlaczego ta publikacja jest taka ważna? Ano dlatego, że jest ona zbiorem meldunków, rozkazów i korespondencji Jana Henryka Dąbrowskiego pomiędzy nim a jego oficerami, dowódcami wojsk powstańczych uczestniczących w kampanii pomorskiej. Czym była kampania pomorska? Była ona częścią Powstania Wielkopolskiego 1806 roku 6, jednego w czterech powstań polskich, jakie zakończyły się wygraną. Wygraną, jaka nie byłaby możliwa bez udziału i współdziałania z wojskami francuskimi Napoleona, które najpierw zajęły Berlin, a następnie skierowały się m.in. na Poznań i Warszawę w końcu zajmując tereny Prus.


No dobrze, ale co miało wspólnego powstanie Wielkopolskie z Pomorzem? Dlaczego w ogóle wojska polskie pod dowództwem Jana Henryka Dąbrowskiego znalazły się właśnie tutaj? Aby to zrozumieć, należy przywołać mapę 7 tych terenów opracowaną przez von Schroettera w latach 1802-12. (Mapa jest przywołana tylko do celów poglądowych, Jan Henryk Dąbrowski jej nie znał w czasie, o którym mowa!) Po pasmach porażek i przegranych bitew wojska pruskie cofnęły się na Pomorze i do Prus. Na tych terenach istniały trzy główne ośrodki oporu pruskiego: twierdze w Grudziądzu, Kołobrzegu i Gdańsku. Twierdza grudziądzka była zdobywana przez wojska francuskie przebywające na prawym brzegu Wisły i blokowana przez wojska polskie rozlokowane na lewym brzegu Wisły. Ten podział na prawy i lewy brzeg Wisły jest bardzo ważny, ponieważ rzeka w naturalny sposób stanowiła linię podziału pomiędzy wojskami i tak właśnie wynika to z analizy meldunków. Wojska pruskie natomiast operujące z twierdzy gdańskiej miały pełną swobodę działania na terenie całego Pomorza Gdańskiego, Żuław i terenów dzisiejszego (tak jak dzisiaj je znamy) Kociewia, ponieważ najpierw należało zająć te tereny, następnie zablokować Gdańsk i zdobyć go. Twierdza kołobrzeska natomiast była zdobywana przez wojska francuskie. To właśnie wojska polskie, podporządkowane i współdziałające z wojskami francuskimi, miały za zadanie opanować tereny dzisiejszego Kociewia. Walczyć ze sobą miały dwa wojska: pruskie, tracące teren jak również żołnierzy w wyniku dezercji, i polskie, starające się ustanawiać własną administrację, organizujące ciągle swoje oddziały, zaciągające rekrutów, konie do kawalerii i transportu armat oraz cierpiące na niedostatek broni i ładunków do niej. Wojska polskie miały działać frontem w kierunku Gdańska z punktem koncentracji w rejonie Bydgoszczy z jednej strony i oparte o Wisłę (Świecie, Nowe, Gniew) a z drugiej strony o Koronowo, Tucholę i Chojnice. Jak wyglądało kalendarium tych działań?
5 stycznia gen. Dąbrowski w Warszawie wydał rozkaz (42. strona 61) o koncentracji wojsk w rejonie Bydgoszczy. Wcześniej już 4 stycznia gen. Kosiński zajął Świecie (40. strona 59). W następnych dniach trwało zajmowanie kolejnych wiosek i miejscowości tak, aby utworzyć kordon, linię wojsk w celu przeciwdziałania wypadom wojsk pruskich w kierunku Bydgoszczy i Wielkopolski. Centrum logistycznym i aprowizacyjnym dla wojsk stało się Świecie (22 stycznia, 71. strona 102). Do 29 stycznia zajęte zostały: Nowe, Gniew, Tuchola, Chojnice, Skarszewy, Starogard Gdański i Tczew. 29 stycznia wskutek wycofywania się Francuzów na prawym brzegu Wisły i przerwania oblężenia Grudziądza także gen. Dąbrowski wydaje rozkaz o wycofaniu się wojsk polskich za Czarną Wodę (rzeka Wda) i w kierunku Świecia (152. Strona 185). Po rezygnacji przez Francuzów z blokady Grudziądza mógł się spodziewać ataku Prusaków spoza Wisły i odcięcia swoich wojsk od Świecia. Kolejnym punktem zwrotnym tej kampanii był 10 lutego, kiedy to gen. Dąbrowski otrzymał wiadomości o ponownym oblężeniu Grudziądza przez Francuzów (269. strona 277). Ważną datą są także dni 7-8 lutego, czyli dzień bitwy pod Iławą Pruską, gdzie Napoleon zmusił wojska rosyjsko-pruskie do odwrotu. Do 10 lutego wieści o tej bitwie dotarły już prawdopodobnie do Gdańska i dalej do oddziałów pruskich na dzisiejszym Kociewiu i stały się przyczyną ich wycofania.

A zatem jak dobrze oficerowie gen. Dąbrowskiego znali tereny, na jakich walczyli? Okazuje się, że niezbyt dobrze, a mapy, którymi się posługiwali nie były tak dokładne jak mapa von Schroettera. Oto co pisał gen. Dąbrowski do gen. Kosińskiego 24 stycznia „…Ponieważ mapy tak fałszywe, że żadną miarą w żadnej operacji na nie spuścić nie można” (89. strona 118). „…Pytaj się jego, czy niema mapy rysowanej departamentu mareinwerderskiej (kwidzyńskiego)…” (89. strona 119). Z kolei gen. Kosiński do gen. Dąbrowskiego 25 stycznia „Niech Generał będzie łaskaw zaleci w swojej kancelarji, ażeby o jednym miejscu pisząc jednostajnie go nazwali, w dzisiejszym rozkazie Starogard i Stargard nieumiejącemu po niemiecku zrobił ambaras.” i dalej „Będę się starał z Bystramem złączyć, lecz o Zelgorzu (chodzi o Zelgoszcz) nikt nie wie”. Gen. Dąbrowski 26 stycznia do kamery (zarządu) kwidzyńskiej „Proszę takoż prześwietną kamerę, aby kazała natychmiast kopiować dla mnie mapy departamentu swego, które się znajdują po wszystkich stolicach departamentowych” (105. strona 138). Wielokrotnie też opisując swoje położenie określają je poprzez zapisanie, ile to mil (pruskich, równych około 7,5 km) jest względem innych miejscowości. Wniosek jest zatem taki, że musieli polegać na niedokładnych mapach, ewentualnie rysować je sami dla swoich potrzeb, jeśli urzędy miejscowe nie były w stanie ich dostarczyć. Problemem były także niemieckie i polskie nazwy miejscowości, jak również ich wymowa (Zelgorz, Zelgoszcz). Bardzo często stosowali je zamiennie, aby były zrozumiałe dla adresatów meldunków. Podejrzewam, że podobnie mogło być z nazwą Gociewie (Kociewie). Głoski „g” i „k” są na tyle podobne do siebie, że jeśli wymawia je osoba z akcentem, to mogą być zniekształcone. A narodowości na tych terenach było dużo [Polacy, Niemcy, Żydzi, Holendrzy (Olendrzy)] i z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić, że nie wszyscy byli w stanie poprawnie posługiwać się językiem polskim.
Jakie były relacje żołnierzy polskich i ludności miejscowej? Czy mogli liczyć na ich przychylność? Gen. Dąbrowski bardzo dbał o to, żeby mieszkańcy niezależnie od narodowości nie czuli się skrzywdzeni przez wojska. Niejednokrotnie karał za rabunki. A nieliczne sytuacje, kiedy pozwalano żołnierzom grabić, zawsze były związane z oporem zbrojnym, jaki stawiali mieszkańcy miast. „Odezwa gen. Dąbrowskiego do Holendrów i wszystkich rodu niemieckiego mieszkańców na polskiej ziemi” z dnia 1 lutego (184. Nowe, strony 210-212) wymownie świadczy o tym. Obiecuje, że ludność miejscowa traktowana będzie jednakowo dobrze niezależnie od narodowości. Spośród ludności rekrutowano także szpiegów, którzy donosili o ruchach wojsk i innych sprawach. Żyd, Józef Manche ze Świecia, zawsze używany od p. Dziewanowskiego pułkownika za szpiega; przed kilku dniami wysłał go tenże p. Dziewanowski pod pretekstem o rekwizycją do Nowego, gdzie mu magistrat miejski kazał przenocować. W nocy przyszła komenda pruska i zabrała go do Gdańska i jest tedy domysł, że Prusacy o nim musieli być uwiadomieni, ile że prosto do tego domu, gdzie on nocował, po niego zajechali. Ten nieszczęśliwy zostawił tu żonę i dzieci, bez sposobu życia.” (115. Świecie, 26 stycznia, strona 150). Wiele cennych informacji uzyskiwano poprzez przepytywanie miejscowych i podróżnych.

Kolejna sprawa to pytanie o odległość, jaką była w stanie pokonać piechota i kawaleria w warunkach zimowych. W rozkazie z Warszawy dnia 5 stycznia dotyczącym koncentracji wojsk pod Bydgoszczą gen. Dąbrowski wyznaczył ją bardzo wyraźnie: dzienne 2 do 4 mil pruskich (15 do 30 km) (42. strona 63). W warunkach bojowych dystans ten mógł być różny, ale trzeba pamiętać o tym, że piechota nie była używana do zwiadu, ale co najwyżej patrolowania brzegów Wisły i najbliższej okolicy miejsca postoju. Do zwiadu na dalsze odległości była używana kawaleria. Jednak promień działania także nie był dużo większy. Prawdopodobnie dziennie mogła przebyć około 5-10 mil (42 do 75 km). W jednym z meldunków gen. Kosiński donosi, że „Tym tylko sposobem 10 mil w jednym dniu ujechać potrafię” (157. strona 190). W warunkach bliskiej obecności przeciwnika dowódcy liniowi wysyłali patrole na bliskie odległości tak, aby mieć rozpoznanie terenu i działań przeciwnika. Siłą rzeczy promień działania takiego patrolu nie mógł być zbyt duży, ponieważ ich zadaniem nie było podjęcie walki, ale rozpoznanie sił wroga i miejsc jego pobytu.
Jeśli chodzi o Malbork, to pojawia się on w dwóch meldunkach. Jeden (112 Gniew strona 147), płk. Dziewanowskiego, mówi o tym, że Francuzi po drugiej stronie Wisły (prawej) podeszli do Malborka i Kiszporka potykając się z Prusakami i zwyciężając ich. Drugi (314. z 15 lutego) mówi o patrolach strzegących dróg na Gniew, Starogard, Gdańsk i właśnie Malbork. Malbork i jego okolice nigdy nie były celem wojsk polskich! Na prawym brzegu operowali Francuzi i to oni jedynie potrzebowali mieć rozpoznanie tego terenu. Gen. Dąbrowskiego interesował lewy brzeg Wisły, prawy natomiast tylko w kontekście doraźnego zagrożenia od Prusaków. Jedynie Kwidzyn z racji podziału administracyjnego (powiat obejmował także tereny po lewej stronie Wisły) mógł wyłamywać się z tego schematu. Nie znalazłem też żadnego meldunku, który by informował o sytuacji w okolicach Malborka. Ani przed ani po dacie 10 lutego 1807 roku. A skoro patrol został wysłany, to jakiś ślad w meldunkach musiałby pozostać.
Stan Wisły i możliwość jej przejścia bardzo interesował gen. Dąbrowskiego i dopominał się o meldunki na ten temat. Ale z kontekstu rozkazów i meldunków wynika, że chodziło o ewentualne zagrożenie ze strony wojsk pruskich i przeciwdziałał temu rozstawiając straże i wysyłając patrole wzdłuż rzeki. Oto niektóre z nich: „Już Wisła zaczyna stawać tak, że już ludzie przechodzą pojedynczo.” (101. Nowe, 26 stycznia, strona 134). „Wisła, aż do montewskiej szpicy jest zamarzła, od szpicy do Tczewa jest otwartą, za Tczewem aż do Gdańska znów stoi.”(110. Gniew, 26 stycznia, strona 143). „Uwiadomniono mnie natychmiast, że tu znajdują się Prusacy, lecz posławszy mocne patrole nad przewóz pokazało się, że tu nie było, jak tylko 3 dragonów, którzy zatrudniali się usłaniem słomą ścieżki przez Wisłę i ci na zbliżenie się patrolu wystrzeliwszy z pistoletów uciekli. Mieszkańcy tutaj powiadają, że tu widzieli dnia wczorajszego 38 Prusaków, oprócz wspomnianych 3 dragonów, z których jedni powiadali, że tędy regiment kawalerji, a drudzy, że 3 kompanie piechoty przeprawić się mają równo ze świtem.”[179. Munsterwalde (Opalenie), 31 stycznia, strona 206]. I najważniejszy, bo dotyczący stanu Wisły w dniu napisania meldunku przez Hurtiga:„Dnia 10 lutego przeprawiło się naszych przez Wisłę ludzi sto pięć. Miejscami był lód słaby, że konie wpadały. Widząc to, nasi szukali innego miejsca do przeprawy i dotąd nie przybyli.” (291. Rudnik strona 289). Wynika z tego, że owszem, Wisła była możliwa do przeprawy, ale nie było to łatwe i patrol pozostający na prawym jej brzegu łatwo mógł zostać przechwycony i wzięty w niewolę. Ostatni opis dotyczy przeprawy pod Grudziądzem w dniu zdobycia twierdzy grudziądzkiej i w sytuacji dobrego rozpoznania terenu. Inaczej to wyglądało pod Nowem.
Skoro już dotarliście do tego momentu, to czas najwyższy na przywołanie pełnego tekstu meldunku ppłk. Hurtiga. Większość ludzi zna tylko fragment o wysłaniu patrolu ku Gociewiu. Niewielu zna pełen tekst meldunku.
Oto on:
Nowe, 10 lutego 1807.
Ppłk. Hurtig do gen. Dąbrowskiego.
Stanąłem w tym momencie tutaj. Prusaków miało być 400 do 500 wszystkiego i mieli armaty, wczoraj rano wymaszerowało 200 ludzi, a wieczór reszta, wszyscy poszli do Gniewu, o czem mam pewną wiadomość, bo mówiłem z ludźmi, którzy ich żołnierzy odwozili i spotkałem powracających.
Zostawiam tak kawalerję płk. Dziewanowskiego jako i piechotę w mieście, dopóki dalszych rozkazów nie odbiorę. Skoro konie wytchną, pójdą dwa patrole: jedna ku Gociewiu [?], a drugi ku Starogardowi. W Starogardzie ma się 200 Prusaków znajdować.
Hurtyg, ppłk.
Mówią, że wszystkie wojska pruskie będące w tych okolicach, dostały rozkaz cofnąć się aż do Gdańska.”

Zastanówmy się, co takiego Hurtig napisał w tym meldunku. Nie miał powodu kłamać, fantazjować, bo straciłby wtedy zaufanie swojego szefa, gen. Dąbrowskiego. Przekazywał to, co wiedział i w taki sposób, żeby być zrozumianym. Dlaczego użył słowa „Gociewie” i co ono oznacza? Zapomnijmy przez chwilę, że wiemy, co to jest Kociewie i jakie jest jego dzisiejsze położenie. Postawmy się w sytuacji oficera, który przepytuje ludzi, którzy powrócili po odwiezieniu żołnierzy pruskich i mówią mu, gdzie ich odwozili, w jakim kierunku. Dlaczego stosuje dwie nazwy Gniew i Gociewie? Gniew przewija się ponad 70 razy na 394 meldunki, natomiast Gociewie tylko raz, ten jeden jedyny. Otóż Hurtig usłyszał tę nazwę być może po raz pierwszy i potraktował ją tak, jak każdy wojskowy by ją potraktował. Gociewie to nazwa miejscowości, wioski, a nie krainy geograficznej rozumianej tak jak mogłoby się to dzisiaj wydawać. Nigdy wcześniej ani później w żadnym meldunku nie wysyłano patroli na Żuławy ani Kaszuby, zawsze jest wskazane konkretne docelowe miejsce, wieś czy też miasto. Jeśli jest mowa o Żuławach, to np. w kontekście zbierania zaopatrzenia z kilku wiosek leżących na Żuławach lub też wysłania patrolu do Tczewa a później na Żuławy. Dla ludzi miejscowych określenie Gociewie było zrozumiałe, natomiast dla Hurtiga już nie. Moim zdaniem doszło do pomyłki Hurtiga w rozumieniu tego, co ludzie odwożący żołnierzy mu przekazali. Oni mówili o regionie, dosyć niewielkim w tamtych czasach, natomiast on potraktował to jako nazwę wioski! On chciał wysłać patrole w ślad za Prusakami, a ci z kolei nie mogli z armatami przeprawiać się przez Wisłę, rozdzielać siły, ponieważ armaty były zbyt cenne, żeby je stracić podczas przeprawy. A nie byli w tym czasie postawieni pod ścianą, nie musieli ewakuować się w sytuacji bezpośredniego zagrożenia wojskami polskimi. Rozdzielili swoje siły tylko po to, żeby wysłać przodem armaty z osłoną piechoty, natomiast straż tylną stanowiła druga grupa osłaniała odwrót zatrzymując ewentualny atak. Pozostawienie armat w Gniewie także nie wchodziło w grę, ponieważ były one potrzebne do obrony bardziej ufortyfikowanych miast jak Tczew czy Gdańsk.
Ten dopisek na końcu o rozkazie cofnięcia się aż do Gdańska wskazuje na to, że mogli wybrać najkrótszą drogę do Gdańska, która prowadzi przez… Pelplin. Sam autor publikacji Janusz Staszewski także sądził, że Gociewie to zniekształcona nazwa wioski, dlatego opatrzył nazwę pytajnikiem [?] i umieścił w wykazie miejscowości na końcu książki. Podejrzewam, że mianem Gociewia (Kociewia) określano teren kilku wiosek pomiędzy Ropuchami na północy a Królów Lasem na południu, czyli tereny dzisiejszej gminy Morzeszczyn. Jest wiele poszlak wskazujących, że chodzi dokładnie o ten obszar, ale to już temat na oddzielny artykuł.


wtorek, 3 marca 2015

EDMUND ZIELIŃSKI. O CO TU CHODZI? (GŁOS W SPRAWIE EW. POŁĄCZENIA MUZEUM I BIBLIOTEKI)DrukujE-mail
wtorek, 03 marzec 2015


Stara zabudowa w Starogardzie przy ul. Bocznej przed adaptacją na Muzeum Ziemi Kociewskiej

10 lutego otrzymałem od Pana Andrzeja Błażyńskiego, dyrektora Muzeum Ziemi Kociewskiej w Starogardzie, niepokojącą wiadomość, iż intencją Prezydenta Starogardu Gdańskiego Pana Janusza Stankowiaka jest powołanie na niwie kultury nowego tworu powstałego z połączenia Miejskiej Biblioteki Publicznej im Ks. Bernarda Sychty i Muzeum Ziemi Kociewskiej w Starogardzie pod nazwą Centrum Zbiorów Bibliotecznych i Historii Kociewia im Ks. Bernarda Sychty w Starogardzie Gdańskim.

Pamiętam, gdy zaczynałem „obracać” się w kulturze regionalnej Kociewia, jeszcze pod koniec lat 50-tych, niezapomniana pani Stefania Liszkowska-Skurowa – etnograf z Wojewódzkiego Domu Twórczości Ludowej mówiła, że w starogardzkiej baszcie powstanie muzeum na potrzeby Kociewia. Coraz głośniej mówiło się o tym w latach 60-tych i 70-tych XX wieku. W międzyczasie w 1973 roku powstała Stacja Upowszechniania Wiedzy o Regionie, którą kierowała pani mgr Krystyna Laskowska – etnograf. Jej następcą został mgr etnografii Andrzej Błażyński. W końcu po wielu latach starań 10 września 1980 roku powstało Muzeum Ziemi Kociewskiej, które istnieje do dziś.

W zbiorach tej placówki jest około 3500 zabytków kultury materialnej i ludowej oraz blisko 2500 pozycji bibliotecznych. Wiele przedmiotów to darowizny od okolicznej ludności przekazywane z wiarą, że pozostaną tam na zawsze i mówić będą potomnym o historii naszego regionu. Cieszę się osobiście, że w zbiorach tego muzeum znajduje się płaskorzeźba Matki Boskiej Łąkowskiej, która wisiała w płycinie Bożej Męki w Zblewie. W 1972 roku Pan Aszyk, który przeprowadzał remont kapliczki, znając moje zainteresowania sztuką ludową, przekazał ją mnie. Mogłem ją zatrzymać. Sumienie nakazało mi przekazać ją do zbiorów w Starogardzie. Jest to jeden z cenniejszych zabytków XIX-wiecznej sztuki sakralnej znajdujący się w Muzeum Ziemi Kociewskiej. Wśród innych moich darowizn znajdujących się w tutejszym muzeum są obrazy na szkle, rzeźba i przedmioty kultury materialnej wsi.

Bogatą i liczną darowizną dla Muzeum Ziemi Kociewskiej może poszczycić się Pani Regina Matuszewska z Czarnegolasu. To ona podarowała krosna w dobrym stanie, wiele rzeźb i obrazów. Są też inni twórcy wyznający zasadę, że najlepszym miejscem dla sztuki jest muzeum, które posiada odpowiedni statut i ochronę prawną zbiorów. Co się stanie z tym bogactwem naszej kultury w razie (nie daj Boże!) połączenia tych dwóch instytucji? Przytoczę tu słowa obecnej Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego prof. dr hab. Małgorzaty Omilanowskiej – historyka sztuki, wypowiedziane na posiedzeniu Rady do Spraw Muzeów: „Przy okazji poprzedniego posiedzenia już mówiłam Państwu o tym, że przede wszystkim mamy obawy związane z zapisem mówiącym o łączeniu instytucji. Ta nowela umożliwiła łączenie muzeów z innymi instytucjami kultury, natomiast w praktyce okazało się, że jeżeli w przypadku takich fuzji nie zostanie zachowana tożsamość muzeów i w związku z tym nie zostanie zachowane działanie ustawy o muzeach na to włączone w większą instytucję kultury muzeum, to wówczas znika ochrona prawna w stosunku do zbiorów i to jest podstawowy problem, z którym w tej chwili borykamy się na poziomie Rady do Spraw Muzeów (…) Już na etapie dyskusji w łonie Rady do Spraw Muzeów na konkretnych przypadkach, które w tej chwili nam się przydarzyły, wiemy, że bardzo trudno jest uzyskać ową ochronę zbiorów, czyli takie sformułowanie projektu łączenia instytucji kultury, żeby owa tożsamość muzeum została zachowana i ochrona zbiorów była zgodna z oczekiwaniami społecznymi i gwarantowana ustawowo. (…) Jeśli dany podmiot prosi nas o połączenie biblioteki, centrum kultury i muzeum regionalnego w centrum kultury, to w tym momencie ten nowy podmiot, który będzie centrum kultury, działa już zgodnie z ustawą o instytucjach kultury i nie ma tam zapisów ustawowych broniących kolekcję np. przed rozprzedaniem. Taki podmiot nie musi się kierować zapisami – bo już nie działają – ustawy o muzeach, mówiącymi o tym, jak należy zabezpieczać zbiory”. 


Stan obecny Muzeum Ziemi Kociewskiej w Starogardzie Gdańskim. Poniżej Baszta Gdańska zbudowana około 1325 roku stojąca w sąsiedztwie muzeum.




b

Jeszcze nie tak dawno Starogard był najbardziej uprzemysłowionym miastem powiatowym na Pomorzu. Funkcjonowała potężna Fabryka Obuwia i szkoła związana z tym przemysłem, mleczarnia, fabryka papy, huta szkła, wytwórnia baterii – Daimon, browar, młyny nie mówiąc już o takich państwowych firmach jak - Zakładach Spirytusowych czy Zakładach Farmaceutycznych. Pod względem uprzemysłowienia Starogard zepchnięty został na margines tej działalności. Czy nasze Muzeum Ziemi Kociewskiej też należy zdegradować, zepchnąć na margines?

Wysoka Rado Miasta Starogardu. Pamiętajcie, że wybrało Was społeczeństwo miasta Starogardu, a tymym samym obdarzyło Was zaufaniem, że będziecie rządzić mądrze. Oby wyborcy pod koniec kadencji mogli powiedzieć – rządzą głową, niech rządzą dalej. Pierwszy mądry krok zrobiliście nie głosując za połączeniem w/w instytucji w jedno, za co Wam Cześć i Chwała.



Gdańsk 25 lutego 2015

Honorowy
Prezes Oddziału Gdańskiego

Stowarzyszenia Twórców Ludowych

Edmund Zieliński



dalej »