niedziela, 10 sierpnia 2014

EDMUND ZIELIŃSKI. ALOJZY STAWOWY, JAN GIEŁDON, ALFONS PASCHILKE I INNIDrukujE-mail
czwartek, 29 marzec 2012
Tworzyli i żyli wśród nas
Chcę napisać wspomnienie o twórcach ludowych Kociewia, którzy tworzyli i żyli wśród nas. Wszystkich znałem osobiście, odwiedzałem ich, fotografowałem i zapisywałem na taśmie filmowej – wtedy jeszcze za pomocą kamery 8 mm na taśmie celuloidowej, bez dźwięku. Mimo wielu mankamentów technicznych te zapiski archiwalne są dla mnie bezcenne. Nikogo spośród osób, które wymienię w moim tekście, nie ma już na tym świecie. Pozostały wspomnienia i te chcę moim czytelnikom ujawnić.






Alojzy Stawowy rzeźbiarz z Bietowa. Urodził się 16 maja 1904 roku w Żelazkowie koło Gniezna. W 1920 roku zamieszkał w Bietowie, tu ożenił się z Kociewianką. Wkrótce i on sam zakorzenił się w tym regionie. Zawsze podkreślał, że jest Kociewiakiem. Pan Alojzy opowiadał mi, że od dzieciństwa lubił malować. Ale nie ten kierunek sztuki zdominował jego zainteresowania, a rzeźba w drewnie. Jeszcze przed II wojną światową wyrzeźbił popiersie Tadeusza Kościuszki, które dumnie stało na szafie w pokoju gościnnym. Początkowo postacie wielkich Polaków były tematem jego prac. Był rolnikiem, to i nie zawsze starczało czasu na „dłubanie”, jak sam określał posługiwanie się dłutem przy wydobywaniu z klocka lipy ukrytej tam postaci. Po wojnie, w latach pięćdziesiątych, zainteresowała się panem Stawowym pani etnograf Stefania Liszkowska – Skurowa, przez twórców zwana „Funią”. Pracowała ona w Wojewódzkim Domu Twórczości Ludowej w Gdańsku, mieszczącym się w Ratuszu Staromiejskim przy ulicy Korzennej 33/35. Pan Stawowy zaczął być zapraszany do udziału w wystawach i konkursach. Od tamtej pory datują się moje spotkania z panem Alojzym. Wiosną 1961 roku w Powiatowym Domu Kultury w Starogardzie przy ulicy Sobieskiego nastąpiła konfrontacja rzeźby tego artysty z moimi nędznymi figurkami. Czułem się głupio. Prace pana Stawowego - we właściwych proporcjach, statyczne, „odrobione”, jak określał wykonawstwo swoich rzeźb ich autor. Moje „koszmarki” rzeźbione kuchennym nożem nijak nie przystawały do mistrza Stawowego. Pan Stawowy mówił mi, że rzeźba musi przedstawiać czytelną postać, a niy jake poczwary, co by się wej z niych sam diabeł uśmiał. Słuchałem, obserwowałem prace innych i ciągnęło mnie do wyrzeźbienia podobnych. Na szczęście pozostałem sobą.
Pamiętam spotkanie konsultacyjne w WDTL z panią Funią, która określiła rzeźbę pana Stawowego jako zbliżoną do sztuki profesjonalnej. Później, po latach, spotkałem pana Wincentego Krajewskiego z Zawidza Kościelnego, który formą i stylem przypominał rzeźbę pana Stawowego. Pan Krajewski został przyjęty w poczet członków Polskich Artystów Plastyków, co bardzo nobilitowało prace tego prawie osiemdziesięcioletniego pana. Pan Stawowy nie zabiegał o członkostwo u Artystów Plastyków, a wydaje mi się, że miał duże szanse. Za to w 1972 roku został przyjęty do Stowarzyszenia Twórców Ludowych, z czego był bardzo dumny. Cieszył się, że na czele Oddziału STL w Gdańsku stanął jego ziomek, też Kociewiak, czyli ja.
Kiedy ostatni raz odwiedziłem pana Stawowego, trzymał się jeszcze krzepko. Siedzieliśmy w jego pracowni i prawiylim o starych czasach. Opowiadał mi wtedy pan Alojzy, jak to za przyczyną osoby z jego wsi, zaraz po wojnie, dostał się do obozu w Rosji i kilka miesięcy tam siedział. Za co? Niech pozostanie tajemnicą…
Pan Alojzy Stawowy zmarł 10 marca 1994 roku. Pogrzeb odbył się 12 marca o godzinie 14.00. Artysta został pochowany na cmentarzu w Lubichowie.
Jan Giełdon był kolejnym znakomitym rzeźbiarzem kociewskim. Urodził się 27 lipca 1929 roku w Czarnej Wodzie. Mieszkał w uroczym zakątku tej miejscowości, na skraju lasu i łąk. Każda pora roku była Jankowi miła i inspirowała go do twórczej pracy. Był znakomitym wytwórcą ptaków i nie daremnie ptasznikiem z Czarnej Wody go nazywano. Podpatrywał przyrodę i zaklinał ją w lipowym, brzozowym i sosnowym drewnie, nadając kształt ptaszków, sarenek i innych leśnych zwierzątek. Nie stronił też od rzeźby sakralnej i malowania na desce czy płótnie. Potrafił wykorzystać fakturę drewna, jego kształt i kilkoma cięciami nożyka czy siekierki wydobyć ukrytą srokę, dzięcioła czy wilgę. Przez dwa lata próbował swych sił w Technikum Sztuk Plastycznych w Gdyni Orłowie. Gdyby nie choroba byłby pewnie znakomitym artystą plastykiem. Był częstym gościem zakładów leczniczych, co znacznie utrudniało Jankowi kontynuowanie nauki. Od 1959 do 1962 pracował w Zakładach Płyt Pilśniowych w Czarnej Wodzie jako malarz ścienny. Wkrótce jednak i z tego musiał zrezygnować i zajął się wyłącznie twórczością ludową. Nawiązał bliski kontakt z WDTL. Również nim, od strony merytorycznej, serdecznie zaopiekowały się panie: Stefania Liszkowska – Skurowa i pani etnograf Krystyna Szałaśna z Oddziału Etnografii Muzeum Narodowego w Gdańsku. Pani Funia wiedziała, że Jankowi nie wiedzie się najlepiej. Pokierowała go do Cepelii, gdzie przez jakiś czas dostarczał swoje prace. Również odwiedzałem naszego ptasznika – sam bądź w towarzystwie Krystyny Szałaśnej. Pamiętam, jak pierwszy raz pojechałem do Janka w latach siedemdziesiątych. Wysiadłem z autobusu i skierowałem swe kroki do siedliska naszego rzeźbiarza. Droga wiodła przez las rozedrgany letnim upałem i przepełnionym świergotem ptaków. W powietrzu wisiał zapach żywicy cieknącej z pni starych sosen. Piaszczysta droga z wplecionymi korzeniami przypominała mi tę z lasu dziadka, która prowadziła do jeziora i dalej w las rządowy, jak nazywaliśmy lasy państwowe. Droga wcale się nie dłużyła. Wręcz przeciwnie, chciałem iść jak najdłużej i snuć wspomnienia z dzieciństwa i dziadkowego lasu. Wkrótce w prześwicie sosen ujrzałem niewielką chatkę stojąca na skraju boru. Drewniany płot, bramka, podwórko i zastukałem do drzwi chaciny. Otwiera mama Janka (mieszkał tylko z nią). Wyłuszczyłem cel mojej wizyty i weszliśmy do kuchni, gdzie pod platą palił się ogień, rzucający na ściany i sufit refleksy świetlne. Powietrze nosiło zapach świeżo struganego lipowego drewna, i faktycznie, w sąsiednim pokoju siedział na zydelku nasz Janek i strugał ptaszka. Przywiozłem Jankowi dokumenty potrzebne do ubiegania się o przyjęcie do STL. Poprosiłem go też o wykonanie dla mnie św. Franciszka i Matki Bożej. W niedługim czasie wyrzeźbił i była okazja do powtórnego odwiedzenia Jana Giełdona. Minęło kilka lat. Dowiedziałem się, że nasz Janek po śmierci swojej mamy został umieszczony w Domu Pomocy Społecznej w Damaszcze koło Godziszewa. Odwiedziłem go z panią Szałaśną. Był bardzo przygaszony, smutny. To nie było miejsce dla człowieka na co dzień obcującego z przyrodą, człowieka wolnego. Próbował powrotu do swej chatki w Czarnej Wodzie bez wiedzy kierownictwa DPS. Tam jednak sam egzystować nie mógł. Choroba postępowała, musiał przebywać pod opieką, również lekarską. W czasie naszych odwiedzin kupiłem od Janka obraz namalowany na desce, tam, w Damaszce. Ucieszył się, że obraz znalazł nabywcę, a do tego przybyła znaczna sumka na własne potrzeby. Niebawem powiadomiła mnie pani Krystyna Szałaśna, że Jan Giełdon zmarł dnia 29 sierpnia 1982 roku i pochowany został na cmentarzu parafialnym w miejscowości Turze.
Kolejnym z wielkich twórców ludowych Kociewia był wspaniały rzeźbiarz Stanisław Rekowski z Więckowych koło Skarszew. W owym czasie był najstarszy wiekiem oraz stażem rzeźbiarskim. Urodził się w 1895 roku we wsi Więckowy i tam do końca swoich dni mieszkał. Jego ród zamieszkiwał w tej miejscowości od ośmiu pokoleń. Przy każdym spotkaniu potwierdzał przynależność swego rodu do Kociewia. Wspominam o tym, ponieważ w niektórych opracowaniach kaszubskich autorów Więckowy, jak i Skarszewy, zalicza się do Kaszub. Dał się na to nabrać nawet dr Aleksander Błachowski, który swego czasu na wykładach z malarstwa na szkle w Kaszubskim Uniwersytecie Ludowym, mówiąc o paramentach kościelnych z kościoła w Obozinie, zaliczał tę wieś do Kaszub. Zwróciłem na to uwagę panu Błachowskiemu, który przyznał, że musi zweryfikować swoją wiedzę w tej kwestii. Wracając do Stanisława Rekowskiego, jego twórczość datuje się dopiero od 1967 roku, kiedy to odkrył go jeden amator prowadzący badania terenowe. Od tego czasu muzeum w Oliwie zaczęło gromadzić prace pana Rekowskiego. Rok 1967 to oficjalna data rozpoczęcia twórczości pana Rekowskiego. Natomiast swoje zdolności artystyczne wykazywał już w latach szkolnych. Będąc rannym w czasie I wojny światowej w 1915 roku, przez kilka tygodni przebywał w szpitalu w Świeciu. Tam jego zdolności dostrzegł profesjonalny rzeźbiarz i namówił pana Rekowskiego do wykonania kilku prac. Wykonał kilka przedmiotów ozdobionych płaskorzeźbami, zorganizowano ich wystawę, która cieszyła się powodzeniem wśród żołnierskiej braci, przysparzając panu Rekowskiemu sławy i nabywców jego prac. Po powrocie z wojny, w czasie wolnym od gospodarskich prac, wykonywał półeczki, bogato rzeźbione skrzynki do zegarów, rzeźbił ptaszki i konstruował zabawki. Po 1967 roku posypały się zamówienia na ptaki i rekwizyty obrzędowe. Wykonał dla muzeum szopki z kukiełkami, gwiazdy kolędnicze, maszkary. Jego ruchome karuzele – zabawki w swej prostocie i pięknej kolorystyce wzbudzały zachwyt szczególnie u dzieci, których wokół siebie miał zawsze pełno. Sprowadził na swoje podwórko stary autobus, w którym urządził szkółkę rzeźbiarską dla dzieci ze wsi. Posługiwał się prostymi narzędziami – kilka dłut, nóż, siekierka i piła. Pod koniec swego życia zaczął tworzyć w gazobetonie, co było zaskoczeniem dla znawców przedmiotu, etnografów. Wydaje mi się, że wiek pana Rekowskiego i łatwość obróbki w tym sztucznym tworzywie skłoniły rzeźbiarza do wykorzystania tego materiału w jego pracach.
U pana Rekowskiego byłem kilkakrotnie w towarzystwie pani Krystyny Szałaśnej i dr Longina Malickiego. Dokonywaliśmy zakupów do zbiorów muzealnych i zwyczajnie zajeżdżaliśmy w gościnę do pana Stanisława. Pan Stanisław był bardzo miłym człowiekiem, szczerym i zawsze uśmiechniętym. Dodam, że kurzył papierosy i kopcił jak parowóz, a mimo to dożył sędziwego wieku. Zmarł na początku czerwca 1984 roku. 
Na skraju wsi Osieczna leży osada Małe Krówno, w której mieszkał i tworzył rzeźbiarz, pan Teodor Kałuski. Urodził się na obczyźnie w Westfalii, bo tam jego rodzice szukali chleba. Pan Teodor znacznie różnił się swoją twórczością od wymienionych już kolegów. Jego sztuka miała dość szeroką tematykę. Malował obrazy - landszafty przedstawiające okoliczną przyrodę i te o zabarwieniu erotycznym. Przyozdabiał ściany swojej chaty malowanymi kwiatuszkami. Rzeźbił, jakby to powiedzieć, sobie a muzom. Czuł się wolnym, niczym nie skrępowanym artystą i nie obchodziły go niczyje sugestie odnośnie stylu jego prac. Komu się spodobało – kupował. Komu nie – jego sprawa. Pan Teodor tym się nie zrażał i chwała mu za to. Nie zabiegał o sławę, chciał być sobą i takim pozostał do końca. Mam w swoich zbiorach rzeźbę Kałuskiego. Kiedy ją kupowałem, nie przedstawiała wielkiej wartości artystycznej. Dziś? Mam rzeźbę człowieka, którego nie ma już wśród nas. Urodził się w 1918 roku, a zmarł w 1987.
W Czerwińsku (poczta Smętowo w powiecie Starogardzkim) mieszkał pan Alfons Paschilke. Nieprzeciętny rzeźbiarz, który w swej pracowni wykonał kopię ołtarza Wita Stwosza z kościoła Mariackiego w Krakowie. Nie pamiętam skali, w jakiej ołtarz został wyrzeźbiony, w każdym bądź razie mieścił się w jego pokoju. Miał około 3 metrów wysokości, wykonany w dość dużym uproszczeniu, a niektóre figury zredukowane zostały do płaskorzeźb. Pracował Nad tym dziełem dwa lata. Pomijając szczegóły i wierność kopii, była to ogromna praca, można powiedzieć dzieło życia pana Alfonsa. Gdzie dziś znajduje się ten ołtarz? Nie wiem.
Alfons Paschilke urodził się w 1919 roku w Brusach koło Chojnic. Wyuczył się zawodu szewca i rymarza. Po II wojnie światowej zamieszkał w Smętowie Granicznym na Kociewiu. 
Po przejściu na rentę chorobową w latach siedemdziesiątych zaczął zajmować się rzeźbą, co stało się jego życiową pasją. Wykonywał rzeźbę figuralną, płaskorzeźbę i scenki rodzajowe, w których przedstawiał życie swojej wsi. Był pastuch z kozami, rybak naprawiający sieci, biesiada przy piwie i zestaw muzykantów. W zbiorach muzeum etnograficznego w Oliwie znajdują się prace Alfonsa Paschilki, miedzy innymi godna uwagi „Golgota”. Pan Paschilke rzeźbił też ptaszki. One zasługują tu na szczególną uwagę. 12 lipca 1988 roku gościłem u pana Alfonsa. Podał mi wówczas jednego ptaszka i zapytał, w jakim gatunku drewna został wykonany. Ptaszek był mały, z doklejonymi skrzydełkami przylegającymi do tułowia, w naturalnym kolorze drewna. A właściwie nienaturalnym, bowiem nie przypominało mi znanych gatunków drewna stosowanego przez kolegów rzeźbiarzy. Ptaszek miał smużki przebarwień w stonowanych odcieniach brązu. Odpowiednio dobrane drewno na skrzydełka swą kolorystyką przypominało naturalny układ upierzenia otaczającego nas ptactwa. Ptaszek osadzony był na kawałku czarnej dębiny wydobywanej z torfowisk. Głowiłem się nad tą zagadką, wymieniałem różne gatunki drzew, a pan Paschilke tylko przecząco kręcił głową. Długo strzegł swej tajemnicy nasz mistrz. Dopiero przy kolejnym spotkaniu powiedział mi, że do wyrobu ptaszków używa drewna kaliny. Nigdy bym na to nie wpadł. Był chyba jedynym rzeźbiarzem na Kociewiu wykorzystującym w swych pracach kalinę. A ptaszek – zagadka? Znajduje się w mojej kolekcji jako prezent od mistrza Alfonsa, który zmarł dnia 14 stycznia 1996 roku. 

W 1934 roku w Wielkich Walichnowach koło Gniewa urodził się Alojzy Dmochewicz. Po ukończeniu szkoły podstawowej zaczął fizycznie pracować jako junak w brygadzie „Służba Polsce”. Młodszym wiekiem przypominam, że była to paramilitarna formacja, powołana do życia ustawą z dnia 25 lutego 1948 roku, której głównym celem była praca fizyczna na wielkich budowach, czy to przy odgruzowywaniu Warszawy, budowie Nowej Huty pod Krakowem, w kopalniach czy Państwowych Gospodarstwach Rolnych w czasie akcji żniwnej. SP rozwiązano 17 grudnia 1955 roku i zastąpiono Ochotniczymi Hufcami Pracy, powołanymi do życia w roku 1958.
Pan Dmochewicz pracował również w charakterze rybaka na Wiśle. Niestety, zdrowie nie dopisało i w 1958 roku przeszedł na rentę inwalidzką. W 1976 roku wraz siostrą Teresą kupili domek w Gniewie i tam zamieszkali. Tutaj nastąpił drugi okres w życiu pana Alojzego, bowiem w przydomowym warsztaciku, nie chwaląc się nikomu, zaczął rzeźbić. Nie wiem, co było inspiracją do podjęcia tego kroku. Na pewno dużo wolnego czasu. Myślę również, że popularne w latach siedemdziesiątych masowo organizowane konkursy na sztukę ludową. Odkrył w sobie coś, co drzemało od dawna. Kiedy zaczął brać udział w konkursach, komisje dostrzegły w nim wielki talent, co poskutkowało wieloma nagrodami. Rzeźbił w drewnie lipowym piękne figury sakralne i o tematyce świeckiej. Nie rozstawał się ze swoimi pracami, gromadził je we własnym mieszkaniu. Odwiedzałem pana Alojzego Dmochewicza i słuchałem jego ciepłych słów o innych rzeźbiarzach. Do mnie mówił: jak ja bym chciał rzeźbić tak jak pan. Miło było to słyszeć i dobrze, że pozostał sobą, bo jego rzeźby były naprawdę wspaniałe. Tak pisał o sobie w swoim życiorysie (…) Nie traktuję tego jako zawód czy zarobek, lecz jako hobby i zamiłowanie. (…)Jest tyle talentów, czy to sakralnych, wiejskich, czy innych, że by starczyło do końca najdłuższego życia. (…)Latem większą część spędzam na działce, tam czuję się najlepiej wśród drzew i kwiatów, tam można obserwować prawdziwe piękno. Nawet trawa, jak się przyjrzeć, ma swój urok. Na Wielkanoc chodziliśmy z brzózkami po domach siekać po nogach i mówiło się „za te Boże rany”. Gospodyni dawała kawałek placka lub jajek. Na św. Jana paliło się ognisko na wale nadwiślańskim (…) Rzeźbił zaledwie 16 lat. Zmarł nagle 31 sierpnia 1992 roku. Pozostawił po sobie cały zbiór swych prac. Osobiście czyniłem starania o zakup tych prac do Muzeum Ziemi Kociewskiej w Starogardzie – zabrakło pieniędzy. W końcu udało się zakupić je do zbiorów muzeum w Oliwie, co jest ewenementem na szeroką skale. Wszystkie bowiem prace jednego autora, od pierwszej do ostatniej, znalazły się we właściwym miejscu. Pana Alojzego nie ma. Są jego dzieła powstałe w krótkim, ale bardzo owocnym żywocie tego artysty z Kociewia.
Zygmunt Bukowski był to wielki artysta, dążący do doskonałości w swej rzeźbie i poezji. Poznałem go za pośrednictwem pani Funi na progu jego działalności twórczej, czyli w 1974 roku. Początkowo jako poetę, później jako znakomitego rzeźbiarza. Zygmunt od samego początku uparcie dążył do szerokiego ujawniania swej twórczości i jednocześnie domagał się uznania. Uważał, że mimo krótkiego stażu, stoi wyżej od innych twórców. Potrafił być krytyczny wobec innych rzeźbiarzy. Wykazywał ich nieudolności warsztatowe, zastój twórczy, brak nowych pomysłów, powielanie raz wykonanych tematów itp. Dawniej moja rzeźba była bardzo płytko rzeźbiona, a dzięki polichromii stawała się wyrazista i bardziej czytelna. U Edmunda farba odgrywa dużą rolę – mawiał - i miał rację. Zygmunt w swej twórczości wracał do lat dzieciństwa, okupacji, przedstawiał życie dawnej wsi w radości, smutku i znojnej pracy. Bardzo czytelne w swej wymowie są jego płaskorzeźby głęboko rzeźbione. Jego urokliwe Boże Narodzenie w wiejskiej zagrodzie dobitnie świadczy o głębokim przywiązaniu do ziemi, miejsca swego pochodzenia, rodziny. Ten wątek możemy wyczytać w jego wierszach.
Urodził się na skraju Kociewia, w Wysinie dnia 30 kwietnia 1936 roku. W połowie października 1939 roku Niemcy kazali upuścić rodzinny dom im i wielu innym mieszkańcom Wysina. Załadowali ich na wagony i wywieźli do GG (Generalnej Guberni), do miejscowości Michałowo. Po wielu ciężkich przeżyciach i latach niepewności o jutro, na początku kwietnia 1945 roku, wrócili na Pomorze. Na zachodzie grzmiały jeszcze działa dobijające faszystów hitlerowskich, a Bukowscy, wygnańcy z Wysina, przez miesiąc mieszkali u siostry ojca w Liniewku. Później otrzymali poniemieckie gospodarstwo w Trzepowie i zaczęło się życie od nowa. Szkoła, nauka zawodu, wojsko, ożenek i zamieszkanie w Mierzeszynie. Wraz z rozwojem swojej twórczości Zygmunt zaczął zbierać sprzęty kultury materialnej wsi i po jakimś czasie otworzył Izbę Regionalną na terenie swego gospodarstwa, w której i jego rzeźby znalazły miejsce. To małe muzeum cieszyło się ogromnym powodzeniem. Przyjeżdżały wycieczki szkolne i turyści, a Zygmunt dumny ze swego dorobku, jak wytrawny kustosz, oprowadzał zwiedzających wyjaśniając, co do czego, czym, jak itd.
Z moim przyjacielem Zygmuntem spotykałem się fizycznie, telefonicznie, a ostatnio na łączach internetowych. Zachwalaliśmy możliwość kontaktowania się za pomocą Skype, gdzie nie tylko można rozmawiać, ale i widzieć siebie. Pisał swoją ostatnią książkę i często zwracał się do mnie o jakieś dane, wiedząc, że lubię archiwizować wydarzenia związane z folklorem i sztuka ludową. Nic nie zapowiadało tragedii. Pewnego dnia zadzwonił telefon i Zygmunt mówił do mnie, że już długo nie będzie żył, ma niedotlenienie mózgu, a po jego śmierci mam się zająć jego rzeźbą i przekazać do muzeum. Powiedziałem mu, żeby się nie załamywał, nie takie choroby ludzie przezwyciężają, że wróci do zdrowia. Niestety, śmierć przyszła niespodziewanie w niedzielne przedpołudnie dnia 20 lipca 2008 roku. Został pochowany na cmentarzu w Mierzeszynie z udziałem licznych mieszkańców wsi, muzealników, kolegów i przyjaciół. Spoczął w ziemi, którą ukochał nad życie. Wierszem Zygmunta
Kiedy mi ziemia zakończę to wspomnienie.

Kiedy mi ziemia przysłoni
Jasny wielki świat
Nie zakrywajcie grobu betonem
Niech rosną na nim kwiaty polne
U wezgłowia postawcie drewnianą kapliczkę
A gdy zapomną wszyscy
Przyjdź najdroższa
I przynieś bukiet piękny
Ze wszystkich dni naszych
Wiem że będą w nim
Chabry marcinki wrotycz i macierzanki
Tylko nie płacz
Bo kwiatom do których przeniknąłem
Z żalu pękną serduszka złote
Dopisz jedynie zielonym kolorem
Kiedy Bóg zgasił
Moją gwiazdę na niebie.

Jerzy Zieliński urodził się 10 marca 1930 roku w Białachowie. Z zawodu ślusarz – mechanik. Rzeźbą zainteresował się w 1988 roku, a właściwie inspiracją dla niego była moja twórczość. Zaczynał od ptaszków, później była płaskorzeźba, rzeźba figuralna, szopki bożonarodzeniowe. Pomimo częstego kontaktu z moją rzeźbą, wypracował swój styl. W naszym kościele na Zaspie jest szopka braci Zielińskich (Edmund, Rajmund, Jerzy), do której Jerzy wykonał zwierzęta – jest wielbłąd, osioł i wół. Kiedy pan Marian Kołodziej poprosił rzeźbiarzy do udziału w budowie ołtarza papieskiego w Sopocie, Jerzy również się w to zaangażował. Podjął się wykonania św. Rodziny. Już przywieziono mu kloce lipy na podwórko do Zblewa, Jerzy już pracował nad koncepcja wykonania tego dzieła - niestety, Pan Bóg miał inne plany. Jerzy zmarł po krótkiej i ciężkiej chorobie dnia 2 lutego 1999 roku. Rzeźbę do ołtarza wykonali: Rajmund Zieliński – Matkę Bożą, Edmund Zieliński – św. Józefa, a małego Jezusa – Stanisław Plata, urodzony w Zblewie, mieszkający na Zaspie.
Bracia Zielińscy rzeźbią krzyż cmentarny w Zblewie.

W Bytoni mieszkał pan Kazimierz Gołuński urodzony w Zblewie 28 listopada 1926 roku. Był fantastycznym człowiek. Podjął się trudu stworzenia drzewa genealogicznego rodu Gołuniów, które po latach cierpliwego szperania w starych dokumentach kościelnych i archiwach państwowych, pomyślnie zostało ukończone. Ród ten ma swoje Stowarzyszenie pod nazwą Zrzeszenie Rodu Gołuniów z siedzibą w Borkowie koło Kartuz. Znakiem rodowym jest herb PORAJ, natomiast ZRG znaczy się herbem Gryfa Kaszubskiego. Swego czasu „Wieczór Wybrzeża” zamieścił artykuł zatytułowany Ukradzione jezioro. Przytoczę fragment wstępu do tego artykułu: "Gdyby rodzina Gołuńskich mocno się uparła, duża część Kaszub stałaby się ich własnością”.
Pierwszy z lewej Kazimierz Gołuński
Ród Gołuniów korzeniami sięga XIII wieku. Czytałem dokument mówiący, że jeziora Gołuń, Gołuniów i Wdzydzkie należały do dynastii Gołuniów, przyznane na mocy Przywilejów Fundacyjnych przez książąt Pomorza i Gdańska - Sambora i Mestwina. W dokumencie jest również mowa o 23 innych jeziorach leżących w okolicy, nadanych w wieczystą dzierżawę zacnemu Panu Pomorza i Kaszub - Nikolaus de Golun. Graf Nicolaus de Golun był sędzią przybyłym z Poznania na starostwo Kiszewskie. To odległa przeszłość, wróćmy do czasów współczesnych.
Jak wielu Pomorzan, tak i pana Kazimierza nie oszczędził zły los i w czasie II wojny światowej zapędził go do dwóch armii. Siłą wcielony do armii niemieckiej w 1944 roku, walczył na froncie zachodnim. W bitwie pod Achen dostał się do amerykańskiej niewoli. Tam zgłosił się do Wojska Polskiego. Dostał przydział do 16 Samodzielnej Brygady Pancernej gen. Maczka jako łącznościowiec. Do kraju wrócił w 1946 roku. Zaczął się niełatwy okres w życiu pana Kazimierza. Musiał się meldować na milicji, często był przesłuchiwany, miał kłopoty z zatrudnieniem. Był robotnikiem przy wyrębie drzew, pracował w Powiatowym Zarządzie Dróg jako robotnik. Jego przeszłość okupacyjna blokowała mu dostęp do lepszej pracy i możliwości nauki. Dopiero w 1970 roku ukończył Zasadniczą Szkołę Leśnictwa i został zatrudniony jako gajowy w Nadleśnictwie Wirty. W 2001 roku Prezydent RP mianował sierżanta Kazimierza Gołuńskiego na stopień podporucznika Wojska Polskiego. Odsyłam czytelnika do mojej książki Na ścieżkach wspomnień…, gdzie odnajdzie dalsze losy jego życia. A jak doszło do „odkrycia” pana Gołuńskiego?
U schyłku XX wieku dowiedziałem się, że jakiś pan z Bytoni rzeźbi ptaszki. Później, że nazywa się Kazimierz Gołuński. Postanowiłem odwiedzić nowego twórcę. Pojechałem do Bytoni z etnografem Krystyną Szałaśną. Było to 30 czerwca 2004 roku. Już przed domkiem pana Kazimierza zobaczyliśmy ogródek przystrojony mnóstwem drewnianych ptaszków. I dopiero tutaj dowiedziałem się, że pan Kazimierz jest bratem mego kolegi ze szkolnej ławy – Gerarda. Byliśmy zaskoczeni wyrobami pana Kazimierza i jego skromnością. Nigdzie się nie pokazywał ze swoimi ptaszkami. Pytam się, czemu? A co ja tam takygo robia – odpowiedział. Tego dnia dowiedziałem się, że żyje jeszcze mój nauczyciel Stefan Gełdon, którego żonka jest kuzynką pana Kazimierza. Zapoznaliśmy się z drzewem genealogicznym rodu Gołuniów i zachęciliśmy pana Kazimierza do wzięcia udziału w najbliższym konkursie na sztukę ludową Kociewia. Oczywiście od razu był sukces, pan Kazimierz został nagrodzony za swe piękne ptaszki. Widziałem na jego twarzy uśmiech i zadowolenie. Od tamtej pory wziął udział w konkursie następnym i plenerach dla artystów ludowych Pomorza w Bytoni. Niestety, przewlekła choroba, wiek, ciężkie życie zrobiły swoje. Zmarł nagle w niedzielę dnia 20 września 2009.

Maria Wespa
Jan Wespa i hafty jego żony Marii na J. Dominikańskim 1984 r.
Dobrze zapisali się kulturze ludowej Kociewia małżeństwo Maria i Jan Wespa. Pani Maria w dziedzinie haftu, a pan Jan jako poeta. Do tego wątku muszę jeszcze dopisać jedną osobę, a mianowicie panią Małgorzatę Garnysz. Dlatego, że obie wymienione panie utworzyły wzory haftu, dziś zwanego kociewskim. W latach sześćdziesiątych zaczęły szperać po kościołach, bibliotekach, muzeach w poszukiwaniu pierwowzoru haftu kociewskiego. Ogromna pomoc w tym zakresie udzieliła Poradnia Metodycznej Pracy Kulturalno-Oświatowej w Tczewie. To pracownicy tej poradni obwozili państwa Wespów wszędzie tam, gdzie mogły się zachować jakiekolwiek ślady dawnego haftu. Przewertowano literaturę etnograficzną, odwiedzano muzea i konsultowano się nieustannie z etnografami. I tak powoli wyłaniał się haft, którego w obecnym stanie nigdy na Kociewiu nie było. Bezpieczniej będzie go nazywać haftem Wespowej i Garnyszowej. Po pierwszych pokazach, w oczach pani mgr Stefani Liszkowskiej – Skórowej i mgr Wojciecha Błaszkowskiego – etnografów, haft zyskał życzliwą aprobatę, a to zachęciło panią Marię i pracowników Poradni Metodycznej do dalszej pracy nad haftem.
Podobną drogę poszukiwań i prób nad reaktywowaniem haftu kociewskiego obrała pani Małgorzata Garnysz z Pączewa. Sięgała do przekazów rodzinnych, zwłaszcza swojej matki, czerpała motywy z zachowanych wzorców malarskich, głównie z ornamentyki malarstwa ściennego jak i malatur na meblach. W książce Kultura Ludowa Kociewia pan Roman Landowski napisał: (…) twórczyni z Pączewa sięgała również do motywów z ludowych wycinanek, a także wykorzystywała relacje opisowe starych mieszkańców innych miejscowości regionu kociewskiego. Najcenniejsze okazały się uchronione tkaniny i nieliczne fragmenty strojów, zdobione haftem (…) Przyglądając się haftom Wespowej i Garnyszowej stwierdzamy różnice kolorystyczne i kompozycyjne. I to jest bardzo cenne, bo każda z tych pań opracowała własny haft, a stał się naszym, kociewskim.
Oto co na temat haftu na Kociewiu pisze dr Longin Malicki w swojej książce Kociewska Sztuka Ludowa „(…) haft biały, płaski tzw. angielski, występował w drugiej połowie ubiegłego wieku (XIX – E.Z.) przede wszystkim na krajkach spódnic i płóciennych sznurówek (staników). Kilka okazów tego rodzaju, pochodzących z lat 70 – tych XIX wieku napotkał podczas swoich badań w powiecie świeckim Wł. Łęga . Dla przykładu podaje on m.in. spódnice z Komorska z roku 1872, o brzegu ząbkowanym, powyżej którego biegł wyhaftowany szlak o motywie roślinnym ze stylizowanych koniczynek i serduszek, wkomponowanych w splot łodyżek, trójlistnie zakończonych. Haft był kombinowany – płaski z dziureczkowym (…) Źródła archiwalne z XVIII wieku wspominają o haftach wykonanych kolorową lub czarną nicią na poszwach pierzyn i powleczonych poduszek zamożniejszych chłopów kociewskich. Jednak bliższych danych o charakterze tego haftu brak (…) Jest niemal równie pewne, iż czarny aksamitny czepek ubiegłowieczny, pokryty haftem złotolitym – ofiarowany do zbiorów starogardzkich przez Czarnowską ze wsi Królów Las w pow. Tczewskim, a pochodzący od zamożnej babci, został wykonany na wzór kaszubski(…)”.
Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie wydało wzory haftu pań Wespowej i Garnyszowej, i chwała im za to. Haft ten cieszy się ogromnym powodzeniem. Kupujący zachwalają jego kolorystykę i elementy naszych pól i łąk zawarte w kompozycjach. To bardzo cieszy i daje nadzieję, że haft ten będzie istniał tak długo, jak długo będą go tworzyć nasze zdolne kociewskie twórczynie.
Maria Wespa urodziła się w Tczewie dnia 8 grudnia 1920. Od 1936 do 1981 roku mieszka w Morzeszczynie, po czym ponownie wraca do Tczewa. Stąd z mężem wyjechali do Berlina Zachodniego (kilka lat przed upadkiem muru berlińskiego i Niemieckiej republiki Demokratycznej). Umiera nagle 17 marca 1990 roku. 
Małgorzat Garnysz urodziła się 10 czerwca 1912 w Pułkowicach koło Sztumu. Od 1920 roku mieszkała w Pączewie. Zmarła po długiej chorobie 19 kwietnia 1990 roku.
Pan Jan Wespa urodził się 14 czerwca 1919 roku w Gętomiu koło Morzeszczyna. Pracował jako kolejarz na stacji kolejowej w Morzeszczyn. Znałem pana Jana wiele lat. W rozmowie posługiwał się starą kociewską gwarą i w tym języku pisał swoje wiersze. Debiutował za pośrednictwem Zrzeszenia kaszubsko-Pomorskiego na łamach „Pomeranii”. W „Kociewskim Magazynie Regionalnym” zamieszczał swoje ballady: O jeleniu zes Jelania, Strylowskie przygody, Koźli zaprzang, Franek ji Franka. Do pisania używał starej maszyny, na owe czasy był to cenny sprzęt, której czcionki stawiały koślawe literki. ZK-P wydało jego tomik wierszy zatytułowany Rodzinna moja ziamnio. Przytoczę tu krótki wiersz, wspominający martyrologię na Kociewiu:

Szpęgawski las

Ti kociewska ziamnio nasza,
Dzie swich sinów masz
Co to legli w twi obrónie
Czi ich grobi znasz?
Jej ich kości tam bjelyjó
Dzie szapngawski las
Tamój żicie łostawiyło
Tila z pośród nas
Tu słóneczko jim przygasło
Co sia wznosi w zwiż
Tu sia niebo zaciamniyło
Ji siał ostał krzyż
Bandzie kwsitnąć pamianć uo was
Zawdi w każdan czas
Bośta legli za uojczizna
Niych wóm szumni las.

Jan Wespa zmarł w 1992 roku również w Berlinie.

Dnia 11 października 1908 roku w Subkowach urodziła się Jadwiga Kozanecka (z męża). Rodzina przeprowadziła się do Pelplina, gdzie ojciec prowadził warsztat obuwniczy. Tam pani Jadwiga chodziła do szkoły niemieckiej, a po odzyskaniu niepodległości uczęszczała do Szkoły Wydziałowej. Dalej kształciła się w Szkole Gospodarczej w Kamieniu Pomorskim. Po uzyskaniu małej matury (9 klas) pracowała jako księgowa w Spółdzielni Przemysłu Ludowego i Artystycznego - jak pisze w swoim życiorysie. W 1932 wyszła za mąż za Teofila Kozaneckiego i zamieszkali w Skórczu, a później w Gniewie. 
Po II wojnie światowej pani Jadwiga rzuciła się w wir pracy społecznej, szczególnie zaś w nauczanie dziewczyn wiejskich wszelkiego rodzaju robótek ręcznych. Jak wspomina w swym życiorysie, prowadziła kursy robótek ręcznych w 25 wsiach. Pośród tego rękodzieła na czoło wysunął się haft. Co prawda, w tamtym czasie haft na Kociewiu w dzisiejszym odbiorze jeszcze nie istniał. U pani Kozaneckiej często występowały motywy haftu kaszubskiego. Wiedziała, że nad haftem pracuje pani Maria Wespa i Małgorzata Garnysz, ale mnie się wydaje, że pani Jadwiga chciała iść własną drogą. Nie przejmowała się w ogóle uwagami dotyczącymi stosowania motywów kaszubskich, chciała haftować i tyle. Wiele uczestniczek jej kursów przynajmniej nauczyło się prowadzić nitkę po płótnie, tworząc kwiatki, liście i łodyżki. Dziś, mając dostęp do teczek haftu Wespowej i Garnyszowej, wykorzystując naukę u pani Jadwigi Kozaneckiej, można tworzyć piękne serwety, obrusy i bieżniki z kwiatami kociewskich pól i łąk. Ostatni raz spotkałem panią Jadwigę na otwarciu pokonkursowej wystawy sztuki ludowej Kociewia, krótko przed jej śmiercią. Pani Jadwiga Kozanecka zmarła w 1998 r.
A pamiętacie, Drodzy Czytelnicy, Wojciecha Lesińskiego z Tczewa? Był znakomitym artystą malującym na szkle. Urodził się 16 września 1938 roku w Tczewie, z dziada pradziada Kociewiak. Ukończył Technikum Łączności w Gdańsku. Malarstwem na szkle zainteresował się około 1984 roku. Pierwsze swoje prace pokazał publicznie w 1986 roku na wystawie twórców nieprofesjonalnych w Tczewie. Odtąd coraz bardziej interesował się malowaniem na szkle i brał udział w wystawach „Współczesna sztuka ludowa Kociewia” w Tczewie.
Pierwszy raz spotkałem Wojciecha Lesińskiego na kursie malowania na szkle w skansenie we Wdzydzach Kiszewskich dnia 22 czerwca 1989. Tego dnia dr Aleksander Błachowski z Torunia rozpoczął nauczać twórców ludowych, jak malować na szkle w oparciu o zachowane obrazki z XIX wiecznego malarstwa kaszubskiego. Kilka tych obrazków znajduje się w Muzeum Kaszubskim w Kartuzach. Niestety, nie zachował się żaden obrazek na szkle powstały na Kociewiu. Jest jedynie opis obrazka Matki Bożej Samotrzeciej, zlokalizowanego przed wojną w Świeciu. W śród kursantów, a było nas sześć osób, Wojciech był już „szychą”. Znał doskonale techniczną stronę malowania na szkle i często na ten temat wdawał się w dysputy z panem Błachowskim. Wojciech i my w ogóle nie znaliśmy tradycji malowania na szkle i na tym kursie mieliśmy ją poznać. Odbyło się kilka spotkań i w 1991 roku zaprezentowaliśmy nasze prace na wystawie pokonkursowej Sztuka Ludowa Polski Północnej w Toruniu. To była rewelacja, reaktywowane zostało malarstwo na szkle na Pomorzu w oparciu o zachowane relikty. Napisałem na Pomorzu, ponieważ od samego początku uważałem, że musiano malować i na Kociewiu, zwłaszcza, że jesteśmy sąsiadami Kaszub - kulturowo zbliżeni do siebie. W konkursie tym prace Wojciecha Lesińskiego otrzymały pierwsza nagrodę. Był skromnym człowiekiem, nie chwalił się swoją twórczością i pewnie tworzył by jeszcze wiele lat, gdyby nie kres ziemskiej wędrówki. Dnia 30 maja 2005 roku Wojciech Lesiński spoczął w ziemi tczewskiej. Niech dalej maluje w bezkresie Szczęśliwości Wiecznej.
Nie wspominałem o nagrodach, wyróżnieniach, zaszczytach jakie dostąpili na swej twórczej drodze życia wymienieni artyści ludowi. Każda i każdy z nich zasłużyli na najwyższe uznanie. Dzięki nim kultura i sztuka ludowa Kociewia wzbogaciła się o kolejne bezcenne karty, zapisane w księdze historii związanej z rękodziełem ludowym.
Gdańsk lipiec 2011 Edmund Zieliński




wstecz dalej »
OD MALEŃKOŚCI DLA NAS, WIEJSKICH LUDZI, NAJWAŻNIEJSZY BYŁ LEN. REGINA MATUSZEWSKA - CZĘŚĆ XIXDrukujE-mail
niedziela, 10 sierpień 2014
To było około 1948 roku. Mój ojciec wydzierżawił kawałek ziemi z byłego majątku Helmuta Hermana w Białachówku i posiał len. Nawet byłem z tego dumny, że mamy trochę pola obsianego tym złotem, o którym pisze pani Regina w tej części. Piękny był widok, jak len zakwitł. Jakby błękit nieba wylał się na to nasze pole. No i przyszedł czas zbioru. Całą rodziną ten len kiściami wyrywaliśmy z ziemi i wiązali w maleńkie snopki, które zestawiliśmy w maleńkie sztygi (jak kiedyś kopy żyta). Wkrótce wujek Franc zabrał len na wóz i zawiózł do roszarni, a ojciec otrzymał jakąś gratyfikację – były pieniądze i olej lniany.

W czasie zbioru, widząc jak mozolę się z wyrywaniem lnu, podszedł do mnie ojciec i powiedział: jak ci będzie ciężko, ofiaruj to za dusze w czyśćcu cierpiące. Zapamiętałem to na całe życie, i trudne chwile za naszych zmarłych ofiarowuję. Przejdźmy do wspomnień Pani Reginy…

Po dwudziestu latach opowiadam córce różne dzieje, i o tym, że w 1972 roku zaczęłam pisać pamiętnik, i że ona była temu przeciwna. Ona mi mówi, że ona nic nie pamięta o tym. Może to wszystko już ludzie dawno napisali, to co ja piszę. Może nieciekawe, ale doszłam do wniosku, że ludzie mają krótką pamięć i trzeba im wszystko przypominać. Nasi rodzice mieli więcej czasu na przekazywanie tego, co oni przeżyli. Mogli to robić co dzień przy pracy i przy odpoczynku. Myśmy chcieli, żeby nasze dzieci uczyły się i miały lżejsze życie. Nie było kiedy przekazać tego, cośmy sami przeżyli. Żal tego wszystkiego, co idzie w zapomnienie. Chcę to wszystko utrwalić, co jeszcze pamiętam i oddać rodzinie, i tym, których to interesuje. 

Regina Matuszewska przy Izbie Regionalnej w Wycinkach - 2011 rok

W tych czasach zapanowała moda na pisanie. Napisali swoje książki – Gierek, Jaruzelski, Tymiński, Maryla Rodowicz, Janda i Wałęsa inni. Myślę, że to chyba nie moda, a spowiedź. Każdy chce się sprawdzić, uniewinnić i wyjść cało z tej polityki. Piszą politycy i aktorzy i ludzie wykształceni. Ludzie ze wsi mniej piszą, nie mają na to czasu. Oni muszą dbać, żeby wszyscy chleb mieli. Żeby mogli ludzie uczeni zadbać o interesy wiejskie. Teraz jakby się o tej wsi zapomniało. Nęci nas wszystko zagraniczne. Zapominamy o tym, że jak będzie rolnik biedny, to cały kraj będzie biedny. Kupujemy zagraniczne produkty żywnościowe, mówimy, że tańsze. Nie liczymy, że przewóz też kosztuje. Okręty, samoloty i pociągi się niszczą. Jakbyśmy zapłacili naszemu rolnikowi drożej, to pieniądze zostałyby w kraju. Rolnik by pieniędzy nie kisił. Zainwestowałby w coś. O drogi by zadbał. Słyszałam w telewizji, że jeden rolnik sam jeden most wybudował dla wszystkich. Szkoły budowali. Miasta, szpitale i kościoły budowali. Pomogliby w czym by się dało. 


Uczestnicy XIII pleneru w Kaszubskim Uniwersytecie Ludowym we Wieżycy 19 – 29 czerwca 1995. Regina Matuszewska w różowej sukience.

Niedawno byłam na święcie seniorów. Było tak uroczyście, nawet paczki nam dali. Myślałam, że to wszystko ofiarowała opieka społeczna. Tymczasem to byli sponsorzy, a między nimi rolnik z Barłożna. Dowód, że rolnik nie przepuści pieniędzy na swoje zachcianki. Na wczasy też rolnicy nie jeżdżą. Może się mylę i chciałabym się mylić, ale myślę nieraz, że w tym rządzie to chyba jest dużo naszych wrogów. Oni chcą zniszczyć polskie rolnictwo. Poniekąd to im się udaje. Tyle rozwalili PGR-ów, narobiło się nędzy. Jak ktoś dojdzie do biedy przez lekkomyślność, to rozumiem, ale jeżeli człowiek pracowity dojdzie do biedy, to woła to o pomstę do nieba. Jak ktoś od razu zrobi się zamożny, to według mnie jest bardzo podejrzany o „brudną robotę”. Wszystkiego się spodziewalim, nawet tego, że na księżyc poleciem. Ale takich czasów tośmy się nie spodziewali. Polskie rolnictwo indywidualne wegetuje. Nie wiadomo jak długo to potrwa, czy na oczy przejrzy ktoś z wyższej władzy i coś zmieni. Niech rządziłby kto bądź, czy pan, czy ksiądz, czy chłop, ale niechby dbał o lud. Równo skąd będzie, czy z miasta, czy ze wsi, a choćby i z zagranicy, ale niechby dbał o nasze dobro. Skłócenie wsi z miastem, na co nam to się przyda. Nikt nie pamięta, że miasta powstały ze wsi. Zgoda buduje, niezgoda rujnuje. To mądre, stare przysłowie. W niezgodzie człowiek marnie się czuje, na pewno każdy to powie.
Od maleńkości dla nas, wiejskich ludzi, był najważniejszy len. Może nie każdy zna jego historię o lnie. Dziś już nie każdy zna tę drogocenną roślinkę. Ziarnka lnu, czyli siemienie, leczy wszystkie choroby. Gdy się nosiło bieliznę lnianą, było lepsze krążenie krwi.
Historia o lnie to była taka. W jednym królestwie była bieda. Król chciał kupić złoto, żeby ludzie nie cierpieli nędzy. Pewnego razu przyszedł do niego dziadek z mieszkiem i mówi, że sprzeda mu nasienie złota. Król ucieszył się, że będzie tanim kosztem miał złoto. Na wiosnę dworzanie zasieli siemię. Król co dzień wyglądał przez okno. Len powschodził na polu zieloniutko. Król pomyślał, że może później to złoto się okaże. Później len zakwitł niebiesko. Król myślał, że może nasiona będą złote. Nie mógł doczekać się, kiedy dojrzeje. Przyszedł czas, że len zaczął brązowieć. Król poszedł na pole zobaczyć swoje złoto. Zerwał główki, rozkruszył, okazało się, że to te same nasiona, które kupił od dziadka. Król rozeźlony nakazał wyrwać to zielsko, zawieźć do stodoły, wytłuc kijami i wywieźć na rozstajne drogi i porozrzucać. Słudzy zrobili, jak kazał król.
Po kilku tygodniach król wyjechał na polowanie. Przyjechali na rozstajne drogi, a tu coś się pod nogami plącze. Król mówi co to za zielsko. Dworzanie krzyczą, że to te zielsko, co kazałeś wyrzucić. Królowi przypomniało się jak został oszukany. Znowu kazał len wytłuc, aż paździerze zaczęły się sypać. Ktoś zawołał, że idzie ten dziadek, co siemię królowi sprzedał. Król rozkazał dziadka wrzucić do lochu. Może by dziadek w lochu umarł, ale córka nadzorcy więzienia przynosiła mu jedzenie. Dziadek poprosił ją, żeby do lochu przyniosła to zielsko. On to w ręku wycierał i prządł, jak w dawnych czasach przędli, na wrzecionie. Gotową przędzę oddał córce nadzorcy. Ona na ręcznych krosienkach utkała płótno. Wybieliła na murawie i zaniosła do króla. Królowi opowiedziała, jak to wszystko się stało. Król dziadka wypuścił na wolność, a swoim poddanym kazał siać len. Od tej pory wszystkie biedne dzieci miały koszulki. 


Uczestnicy XVI pleneru w KUL w odwiedzinach u Józka Chełmowskiego we wsi Jaglie koło Brus Brus 22 czerwca 1998 r. 

Myśmy też siali len. Pobudowali wielkie roszarnie, żeby odciążyć kobietę od ciężkiej pracy. Kupowaliśmy gotową lninę. Cieszyliśmy się, że tyle ludzi dostało pracę w tych roszarniach. Rolnicy sieli łany lnu, żeby mieć pieniądze na podatki i na inne potrzeby. Opłacało się. Dziś się lnu nie sieje. Roszarnie rdzewieją, ludzie stracili pracę, rolnicy podupadli. Nie wiadomo dziś co siać i co hodować. Najlepiej jeszcze jest tym, co nastawili się na świnie. Ale co to będzie, jak się wszyscy przerzucą, chociaż to może nie nastąpi. Żeby się przerzucić, trzeba wpierw pobudować chlewnię. W tych czasach budować niemożliwe. Pożyczki wysoko oprocentowane. Nawet remonty trudno zrobić. W rolnikach umarła nadzieja.
Myśmy starsze pokolenie, po wojnie też ludzie biedowali. Ciężko było, duże podatki, kontyngenty, odstawy. Na budowanie Warszawy trzeba było dawać. Na służbę zdrowia, na różne fundusze, cegiełki, że wszystkiego trudno spamiętać. Ciężko było, ale mieliśmy nadzieję, że to się kiedyś wszystko skończy. Doczekaliśmy się lepszych czasów. Za Edwarda Gierka zaczęła się wieś budować, zaczęli ludzie oddychać. Nawet doszło do tego, że rolników się ubezpieczyło. Zabezpieczyło się rentę na starość rolnika. Choć ta renta trochę oszukana i okrojona, ale jest. Rolnika nikt nie pyta, ile lat ma wypracowanych jak robotnika czy urzędnika. Narzucono z góry i tak musi być. Rolnik i tak się cieszył, bo tego nigdy nie było, żeby z rolnikiem się kto liczył. 
Chłop był stale bity. Dziś mamy te parę groszy i cieszymy się z tego. Nie musimy dzieci prosić, żeby nam dały na ofiarę do kościoła. Moja teściowa prosiła mojego męża, żeby jej dał 50 groszy do kościoła. Na inne potrzeby nigdy nie prosiła. Widziała, że nam się nigdy nie przelewa. Stale brakowało. Żyło się tylko nadzieją. Podobnież najgorzej, jak nadzieja w człowieku umrze. Żeby to tylko u nas był ten bałagan. Bezrobocie, strajki, rabunki, gwałty, złodziejstwa. Obserwuje się na całym świecie to samo. Nowe choroby, o których kiedyś nikt nie słyszał. Tyle dzieci niepełnosprawnych, do tego w innych krajach wojny. Nie wiadomo o co. Pomaga się im dając broń i inne zapomogi. Myślę, że broń po to, żeby się prędzej wykrwawić. Czemu te mocniejsze kraje w jakiś sposób nie wpłyną na te kraje, żeby się pogodziły. Czemu na tym świecie jest tyle okrucieństwa. Uczono nas od maleńkości, że dobro zwycięża. Uczono nas nienawidzić wrogów, którzy co jakiś czas na polski naród napadali. Niemożliwością było wyjść za mąż za obcego. Dzisiaj się szczycą dziewczyny, gdy uda się wyjść za mąż za cudzoziemca. Myślę, że kiedyś wyjeżdżali za chlebem, za ocean i teraz szukają tego lepszego chleba za granicą.
U nas nie ma przyszłości. Nie ma pracy i roboty, a jak nie ma pracy, nie ma i chleba. W tych czasach ludzie przyzwyczaili się do dobrego chleba i do chleba, żeby było co dobrego. Suchego chleba nikt nie chce jeść. Zmienił się dzisiejszy człowiek. Właściwie to myśmy sami wychowali swoje dzieci. Pragnęliśmy wszyscy, żeby nasze dzieci miały lepiej. Żeby nie biedowały, żeby się lepiej odżywiały. Z odżywianiem tośmy przedobrzyli. My myśleliśmy, że jak nie będziemy głodować, jeść tłusto, to już będziemy zdrowi. Tymczasem wpadliśmy we własną pułapkę. Okazuje się, że głodówka trochę oczyści organizm. Jeść chudsze potrawy daje zdrowie. Biały chleb, dużo cukru i dużo tłuszczu prowadzi do katastrofy. Rozpędziliśmy się, do tego dobrobyt. Jeżeli nie zwolnimy biegu, upadniemy. I po co było tak gonić. Ten blichtr tak nas omamił. Okazuje się, że trzeba się czasem na innych obejrzeć. Uczyć się na błędach innych. Myślę, że to wszystko jest jakoś narzucane. Trudno czasem odróżnić jedno od drugiego. To co się robi, wydaje się dobre, dopiero po czasie widzi się błędy. To co kiedyś błyszczało, dziś wydaje się szare i byle jakie. Tego co się kiedyś pragnęło, dzisiaj jest dla nas obojętne.
Starość nie radość, myślę, że te młode lata jakoś szybko zleciały. Za mało się dokonało. Gdy człowiek młody, to myśli, że młodość będzie wiecznie trwać. Że człowiek będzie stary, zdawało się, a kiedy to będzie. A ta tak szybko przyszła, nieproszona. Tak chyba musi być. Młody człowiek musi czuć radość, żeby coś po sobie zostawić, ma chęć do pracy i do życia. Myślę, że jak człowiek ma jakiś cel w życiu i do tego celu pragnie dojść, obojętne co by to było, czy rzecz ważna, czy mniej ważna, nie odczuwa się tych lat na grzbiecie. Trzeba być zawsze w ruchu i myśleć – co bym mogła, czy mógł zrobić dla innych. To daje radość. Nie trzeba zawsze myśleć o sobie, lecz o innych potrzebujących. Dziś może jest mniej tych potrzebujących. Każdy te parę groszy ma, ale nie o to chodzi.
W dzisiejszych czasach ludzie przestali się odwiedzać. Pragną porozmawiać z kimś, a nie mają z kim. Widzisz, że coś na drodze leży lub w innym miejscu, podnieś, żeby się ktoś przez to nie przewrócił się przez to. Trzeba tak robić, żeby nie być młodym zawadą. Pocieszenie kogoś, uśmiechnięcie nic nie kosztuje, a ile czasem ono daje. Dobre słowo przywraca siły do życia. Jak będziemy dla siebie lepsi, życie będzie wolniej upływało. Jak będziemy myśleć, jak innym pomóc, zapomnimy o swoich troskach. Nie trzeba szukać daleko, obejrzeć się wokół siebie, co jest do zrobienia. Nie chcę nikogo pouczać. Może moje rady na coś komuś się przydadzą?
W następnym odcinku będzie dużo o medycynie ludowej, o stawianiu baniek, o rwaczu – o kimś, kto wyrywał zęby itd.
Opracował Edmund Zieliński
Gdańsk 5 sierpnia 2014
Zdjęcia z archiwum Edmunda Zielińskiego.


dalej »

wtorek, 5 sierpnia 2014

DZIEWCOKI POCEKOJTA PRZY WOZIE. REGINA MATUSZEWSKA - CZĘŚĆ VIIIDrukujE-mail
wtorek, 05 sierpień 2014
Zgodnie z przysłowiem "im dalej w las, tym więcej drzew", zagłębiając się tekst wspomnień Pani Reginy dowiadujemy się o wielu ciekawych zdarzeniach z jej młodego życia. Bardzo chciała się uczyć i kto wie, może dziś odnosząc się do Pani Reginy mówiłbym do niej Pani profesor? Wielkich szkół nie kończyła, ale jej wiedza jest zaskakująco bogata. Dzięki dociekliwej obserwacji życia codziennego w swojej wsi, zapamiętanym szczegółom – knot z lnu wstawiony w rureczkę wstawioną w naczynie… i cała latarka, w mojej ocenie osiągnęła miano etnografa, chociaż bez dyplomu. Czytajmy dalej.







Zaczęłam je pisać (moje wspomnienia) w roku 1972. Napisałam kilka stron i dałam przeczytać mojej najstarszej córce Bożence. Ona chodziła w tym czasie do pracy w Starogardzie. Była po Liceum, kursie pisania na maszynie i kursie księgowości. Po dłuższych poszukiwaniach dostała pracę w Pezetgeesach (Powiatowy Związek Gminnych Spółdzielni – przypis E.Z.). Ona przeczytała i jej się to moje pisanie nie podobało. Przerwałam to moje pisanie, myślę, że byłam słabym człowiekiem. Nie miałam swojego zdania. Dałam się sobą kierować. Miałam tylko słabe wykształcenie podstawowe. Przed wojną chodziłam do szkoły trzy lata. Uczyłam się dobrze, rodzice mieli nadzieję, że będę się dalej uczyła. Pomóc miał ksiądz, ojca brat.

Na początku wojny matka zaczęła chorować, a właściwie choroba zaczęła się już przed wojną. Moje marzenia zaczęły gasnąć. Wprawdzie po wojnie chodziłam na kurs dla dorosłych, który trwał jedną zimę. W następne lato chodziłam z koleżanką do nauczycielki, żeby przerobić 5 i 6 klasę. Ta nauczycielka z jej mężem kapitanem miała wyjechać do Ostrołęki. Obiecywała, że jak się dobrze przygotujemy, to nas weźmie do miasta, żebyśmy mogły uczyć się dalej. Myśmy z Władzią uczyły się trudnych zadań matematycznych. Nieraz mówiłyśmy, że chyba lżej by było gnój rozrzucać, niż te zadania zrobić. Ale jakeśmy się dobrze przyłożyły, to wszystko wydawało się lekkie. Historia czy geografia wchodziły nam lekko. Najgorzej było, jak raz musiałyśmy streścić ostatnio przeczytaną książkę. Władzi szło łatwiej, ona przeczytała książkę dla dzieci. Mnie pociągnęła książka dla młodzieży. Było tam o miłości, o ciąży. Nie wiedziałam jak to napisać, żeby nie nadużyć swojej skromności. Władzia mówi: Po coś się dorwała do takiej książki. Napisałam, oddałam i pani tylko błędy podkreśliła, o nic nie pytała.



Na plenerze w Kaszubskim Uniwersytecie Ludowym we Wieżycy 17 czerwca 1998. Od lewej Henryk Lepak z Bytowa, Regina Matuszewska z Czarnegolasu i Edmund Zieliński z Gdańska


Przyszedł dzień wyjazdu. Pani z rodzinką wyjechała prędzej, żeby się urządzić. Mojej koleżanki ojciec naszykował na wóz kartofli, drewek, małe garnki i nasze rzeczy. Wszystko było na tym wozie. Zaprzągł karego konia, nas usadowił i pojechaliśmy do szosy w Rudnym. Przejechaliśmy Piątkowiznę, Zalas i Wejdo, i powoli wjeżdżaliśmy w bór. Zaczęło się ściemniać. Na twardej drodze siedziałyśmy na wozie. W piasku koniowi było ciężko i wtedy wszyscy schodziliśmy, żeby koń miał lżej. Wjechaliśmy w bór i usłyszeliśmy grzmot. Wiatr się zerwał i zaczął padać deszcz. Ciemno się zrobiło. My idziemy z tyłu, aż tu trach i wóz się przewraca. Co tu teraz zrobić. Ojciec Władzi mówi: Wy dziewcoki pocekojta przy wozie i przy koniu, a ja się wrócę do tych ludzi, cośmy ich przy drodze mijali, co mieszkali przy drodze, może dostanę jakiej latarni. To było dość daleko się wracać, może po godzinie wrócił z kagankiem. Robiło się takie latarki. Knot z lnu wstawiony w rureczkę, wstawioną w naczynie. Obudowane od spodu deseczką, połączoną drutem i ochronioną butelką bez dna. Butelkę okręcało się lnianym sznurkiem (by uzyskać szklane naczynie do latarki – przypis mój, E.Z.) umoczonym w nafcie. Tym sznurkiem się okręciło butelkę, we dwóch się pociągało, każdy za swój koniec. Zapalało się sznurek i butelkę szybko wstawiało się do zimnej wody i dno odlatywało. Było z tej butelki szkło do latarki (do którego nalewało się naftę – przypis mój E.Z.). Ojciec Władzi tę latarkę powiesił na drzewo. Deszcz przestawał padać. Wszystko pozbieraliśmy, bo z wozu wszystko się wysypało, i drewka i ziemniaki. Ojciec Władzi poszedł odnieść latarkę. My pilnowałyśmy wozu. Gdy wrócił, zaczęło jakby się rozwidniać. Było lepiej widać drogę i pomalutku dojechaliśmy do szosy.

Do Ostrołęki było około 60 kilometrów. Jak gdzieś dalej jechało się przez las, lepiej jechać było nocą. W dzień w lesie były bąki i koń się mocno męczył. W nocy po chłodzie i koń miał lepiej, i ludzie. Jak jednej nocy nie dospał, to nikomu się nic nie stało. O konie też ludzie dbali. Koń to była wielka siła. Bez tej siły było ciężkie życie.

Przyjechaliśmy do tej pani nauczycielki na ulicę Ogrodową. Tam na poddaszu dostałyśmy pokoik z kuchenką do gotowania. W tym pokoiku sameśmy sobie gotowały. Jednego razu gotowałyśmy dynię, po tamtejszemu – molon. Molon gotowało się z kaszą jaglaną albo kartoflanymi kluskami, czyli z rejbakami. Na tarkę mówilim rejbacka. Gdy już dynia była miękka, włożyliśmy małe kluseczki z odciśniętych ziemniaków. Ogień musi być mocny, gdy się wrzuca kluski. Nie wiem, jak myśmy to gotowały, że ta dynia nam się przypaliła. Musiałyśmy ją jeść, bo liczył się każdy grosz. Mnie coś nie poszła w pożytek. Dostałam jakby uczulenie. Mówiło się, że dostało się słodki wrzód. Dostałam po ciele takie swędzące pęple (bąble – E.Z.). Były w głowie i w oczach swędziało. Mówiłam Władzi. Władzia mówi: Za trzy dni ci zginie. Jak mnie mocno swędziało, wyszłam na poddasze, wydrapałam się, i na chwilę pomogło. Władzia mówiła: Nie drap, bo będziesz brzydka. Była o rok starsza, ale mądrości miała za nas obie. 


25 lecie Oddziału Gdańskiego Stowarzyszenia Twórców Ludowych - 23 czerwca 2003 Wdzydze Kiszewskie. Pani Regina Matuszewska otrzymuje z rąk prezesa O/STL E .Zielińskiego medal „Za zasługi dla Twórczości Ludowej”. Obok sekretarz Zarządu O/STL Elżbieta Żuławska


Mnie matka dała z półtora kilo masła. Władzia mówi: Choć to sprzedamy i będziesz miała parę groszy. Lodówek wtedy nie było, to masło miałyśmy na tym strychu. Było nie bardzo twarde. Chodziłyśmy od domu do domu, lecz nikt nie chciał kupić. W końcu jedna pani kupiła od nas to masło. Włożyła zaraz w zimną wodę. Za tydzień gdzieś od naszego przyjazdu, dołączyła do naszego pokoiku Stasia. Z naszej wioski, młodsza o rok. Na drugi dzień poszłyśmy z naszą panią na egzaminy. 




Bydgoszcz – konkurs malarski im. Ociepka, pani Regina otrzymuje wyróżnienie



Mówiło się, że po wojnie szkoły są za darmo i może się dostać każdy. To było nieprawdą . Myśmy całą wojnę się nie uczyli. W miastach widać się w jakiś sposób uczyły dzieci. Stałyśmy pod tą szkołą i patrzyłyśmy, jak młodsze od nas chcą zdawać do trzeciej klasy, do drugiej i czwartej. Pierwszych w ogóle mało tam było. Nas było wstyd. My takie pannice po szesnaście lat i do pierwszej klasy. Czekałyśmy, że nas wywołają, ale nic takiego nie było. Przyszła do nas nasza pani powiedzieć, że nie ma miejsc w pierwszych klasach. Możemy natomiast zdawać w jakimś terminie do szkoły rękodzielnictwa. Nasza pani radziła czekać, że dużo dla nas dobrego da samo przebywanie w mieście. Myśmy były zawiedzione. Pragnęłyśmy zostać nauczycielkami. Po szkole rękodzielniczej nie wiadomo czym. Władzia była wytrwalsza. Została ze Stasią.
Mój ojciec po trzech tygodniach po mnie przyjechał i zabrał do domu. Powiedział, że rękodzieła to mogę uczyć się w domu. Żal mi było, że nie spełnią się moje marzenia. Ale najbardziej było mi żal mojej matki. Myślałam, jakbym była w szkole, na matkę spadłby największej ciężar. Matka choć nie leżała, była słaba. W cięższych pracach jej pomagałam. Po prawdzie to byłam do wszystkiego – koniowi dać żreć, krowy wydoić, mleko do mleczarni zanieść. Jechać gdzieś coś załatwić i przywieźć, jechać w konia i na koniu, chleb upiec, bo już wtedy wszyscy się przerzucili i chleb piekli na blachach. Pranie i sprzątanie. W wolnych chwilach ojciec gonił do szycia. Uczył nas wszystkich, zawsze było kilku uczni, kroić spodnie proste i galiwki, czyli bryczesy, marynarki i płaszcze. Tyle może i w tej rękodzielniczej szkole bym się nie nauczyła w dwa lata. Ja zostałam w domu, a moja młodsza siostra Genia poszła się uczyć. Myślę, że rodzice dobrze zrobili, bo Genia troszkę kulała. Ja miałam zdrowe nogi i ręce. We dwie nie mogłyśmy się uczyć, bo rodzice by nie poradzili nas utrzymać. Genia jakby została na wsi, byłaby popychadłem. Tak była szanowana, ceniona, silna i pewna siebie. Doszła do czego chciała. Ma męża, dzieci, teraz już ma i wnuczkę, która za dobre stopnie została przyjęta na studia bez egzaminów.
Władzia przebyła rok w szkole rękodzieła. Na drugi rok dostała się do gimnazjum, do Kolna. Teraz jest profesorką w wyższej szkołach. Moja edukacja skończyła się na dwa lata. Wyszłam za mąż i zostawiłam swoją schorowaną matkę. Ale to już inny rozdział mojego życia.

Gdańsk 2 sierpnia 2014 
Edmund Zieliński

W kolejnym odcinku będzie trochę o polityce i ziołolecznictwie.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

niedziela, 4 września 2011


"Otwarte Warsztaty Rękodzielnicze" - MODRA SZKOŁA 2011

Integracyjny namiot
W sobotę 23 lipca 2011 w Lęborku świętowali Kaszubi. Właśnie w tym dniu miał miejsce XIII Światowy Zjazd Kaszubów. I ja w tym święcie uczestniczyłem. Kaszubski Uniwersytet Ludowy miał tam swoje stoisko, stoisko jak najbardziej integracyjne, jak wypowiedział się na ten temat prezes KUL Marek Byczkowski. I słusznie, bo zasiadali w nim przedstawicieli trzech regionów.
DSC_0370
Kaszuby reprezentował Karol Elas – Necel z Chmielna, pani Janina Garbowska urodzona na Kaszubach, ale rodzice urodzili się – mama na Kielecczyźnie, ojciec na Wileńszczyźnie. No i ja, reprezentant Kociewia. Naszym zadaniem było przekazywanie wiedzy i swoich umiejętności wszystkim chętnym do spróbowania swych sił w rękodziele ludowym. Nasze zajęcia odbywały się w ramach projektu „MODRA SZKOŁA – ochrona dziedzictwa kaszubskiej kultury ludowej - 2011” dofinansowanego ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Opiekę nad nami pełnił prezes KUL pan Marek Byczkowski, który w dowcipny sposób posługując się diabelskimi skrzypcami, zwoływał przechodniów do odwiedzenia naszego stoiska. Dzielnie mu w tym sekundowały panie z KUL Alina Leszczyńska i Anna Żywicka. Częstowały nas i przechodniów kuchem, wręczały materiały promocyjne i uwieczniały nasze zmagania aparatem fotograficznym. Zdjęcia znajdujące się w tym felietonie są ich autorstwa.
Pan Karol wzbudzał powszechne zainteresowanie swoim kołem garncarskich, za pomocą którego wytaczał cudeńka z gliny. Chętnych do spróbowania wytoczenia jakiegoś naczynka było tyle, że przywieziony zapas gliny szybko się kurczył. To nic, że dziecięce dłonie obklejały się gliną. Ważne, że z każdym obrotem koła poruszanego stopami mistrza Karola, wyłaniał się kształt glinianego garnuszka. Na koniec uśmiech zadowolenia i duma ze stworzonego własnoręcznie dzieła, czyniły spotkanie z gliną czymś wyjątkowym.
DSC_0202
Jest gliniane naczynko, to może jakiś kwiatek papierowy wykonać? Tutaj rej wiodła pani Janina, która jest mistrzynią w tworzeniu przepięknych kwiatków z papieru, do złudzenia przypominających ich pobratymców występujących w naszej przyrodzie. I tutaj ustawiały się kolejki dzieci do twórczego działania. Pani Janina cierpliwie pokazywała, jak zrobić różyczkę, lilię czy goździka. Żadne z dzieci nie odeszło z przysłowiowym kwitkiem, wręcz przeciwnie, dzierżyło w ręku samodzielnie wykonany kwiatek.
DSC_0264
Najtrudniej było dzieciom wyrzeźbić drewnianego ptaszka. Chętnych było sporo, ja jednak obawiałem się o małe paluszki dzieciaków - po kilku cięciach odbierałem klocuszek i sam wykonałem ptaszka, a czekające na niego dziecko pomalowało go fantastycznymi kolorami. Przyznać muszę, że dzieciaki dały mi popalić. Dobrze, że wcześniej uformowałem klocuszki drewna nadając im przybliżony kształt ptaka. Przygotowałem kilkadziesiąt ptaszków i wszystkie się rozleciały, nawet do Niemiec i Holandii. Żal mi było tych, którzy musieli odejść bez ptaszka – zabrakło materiału… i sił. Nikt z naszej trójki nie spodziewał się takiego zainteresowania. To jest bardzo budujące i niech zmusza do myślenia decydentów, by dotowali taką instytucję jak KUL zwiększonymi funduszami. Pomimo niebywałego postępu w każdej dziedzinie i zalewu rynku chińskimi śpiewającymi ptaszkami, nasze dzieci chcą się sprawdzać w polskim rękodziele, a że ptaszki wykonane w Lęborku nie śpiewają? To nic, mają za to własnoręcznie wykonanego ptaszka, wytoczony na kole garnuszek i upleciony kolorowy kwiatek.
DSC_0370

W integracyjnym namiocie była i bardziej doniosła chwila. Odwiedzili nas premier RP pan Donald Tusk, poseł Jan Kulas i senator Kazimierz Kleina. Pan poseł J. Kulas przedstawił mnie i moją małżonkę panu premierowi jako Kociewiaków współpracujących z Kaszubami. Wspomniałem panu premierowi nasze spotkanie na rozwiązaniu konkursu na sztukę ludową Kociewia dwadzieścia lat temu (dokładnie w środę 9 października 1991 roku), kiedy był jeszcze przewodniczącym Kongresu Liberalno-Demokratycznego. Oczywiście przypomniał sobie ten moment. Tu w Lęborku podarowałem panu premierowi rekwizyt – kołatkę mówiąc: Jak Rada będzie się spóźniać, niech pan użyje tego rekwizytu. Uśmiał się i spróbował jak głośna jest ta kołatka.
Nasz udział w XIII Światowym Zjeździe Kaszubów dobiegał końca. Pełni wrażeń wracaliśmy do Gdańska. Po drodze słuchaliśmy wypowiedzi jakiej udzielił Radiu Gdańsk Marek Byczkowski, jeszcze raz wspominając integracyjny namiot i dokonane w nim dzieła.
Gdańsk 26 lipca 2011
Edmund Zieliński
„Otwarte Warsztaty Rękodzielnicze” – otwarta sesja E, w ramach projektu pn.: „MODRA SZKOŁA – ochrona dziedzictwa kaszubskiej kultury ludowej – 2011” dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

sobota, 26 lipca 2014

DWADZIEŚCIA ZŁOTYCH PRZED WOJNĄ PIECHTĄ NIE CHODZIŁO - REGINA MATUSZEWSKA CZĘŚĆ VIIDrukujE-mail
czwartek, 24 lipiec 2014
Święta prawda, pani Regino, to był kawał grosza. Mój teść przy budowie stoczni w Gdyni zarabiał 10 zł na dzień, a jajko na targu kosztowało 5 groszy – jak mówiła mama. Jednak w kontekście „handlu” tej młodej dziewczyny, którą wspomina pani Regina, więcej było straty niż pożytku.
Wspomina pani Regina o kośnikach pracujących przy koszeniu traw na łąkach. Prawda, że do tej roboty należało wychodzić skoro świt, gdyż trawy zroszone perlistą rosą ułatwiały koszenie.

A ścinano trawę kosami. Mój wujek Antoni, w ślad za swoim szwagrem pochodzącym z Ukrainy, ostrząc osełką brzeszczot kosy mawiał: Kasi kasa paki rasa, rasa dałoj a my damoj (kosa kosi dopóki jest rosa, a jak ta opadnie idziemy do domu).


A jak to na Kurpiach było – wspomina pani Regina


Gdy matka miała czternaście lat, poszła za Kolno żąć owies. Były z nią starsze dziewczyny. Na matkę się dąsały, bo matki nie mogły dogonić. Matka przodowała, nie dała się żadnej robocie. Była smolarnia w Cieloszce. Kobiety chodziły i mężczyźni kopać karpinę, czyli pnie. Była z nich wyciągana smoła.

Przed wojną w ostatnich latach zaczęli niektórzy ludzie handlować. W każdej wsi był jakiś handlarz. Skupywali płótno lniane, grzyby suszone. Jeździli z tym do Warszawy, do Poznania. Zarobili coś na tym towarze. Ładnie się ubierali, z pańska. Ładnie nauczyli się mówić. Handlarza czy handlarkę można było z daleka poznać. To zachęcało innych, mniej odważnych. Prosili starszych, żeby ich ze sobą wzięli. Niejedni ludzie mieli więcej z handlu niż z gospodarki. Byli i tacy, co całe życie pamiętali swój handel.

Opowiadała mi sąsiadka, jak była jeszcze panną. Poszły z koleżanką do swojej sąsiadki handlarki, żeby je wzięła ze sobą na handel. Sąsiadka zgodziła się. Poszły po wsi, żeby dostać chodników na kredyt. O to nie było trudno, każdemu pieniądz się przydał. Lepiej dać znajomym, niż trzymać chodniki w domu. Na jarmarku tanio płacili, bo tych chodników było dużo. W każdej wsi i prawie w każdym domu były tkane. Pojechały w kilka i jeździły później już same. Na dworcu czy w pociągu i tak się poznajdywali. Handlarze wszyscy się znali. Wiedzieli, kto, z której wsi, kto czym handluje.

Koleżanka mojej sąsiadki była ładną panną. Byle z kim nie chciała gadać. Głowę wysoko nosiła. Ojciec jej miał ładne konie, szczycił się tym i, że ma najładniejszą córkę. Byle komu jej nie dam - mówił. Marysia tak handlowała, aż w coś wpadła. Po cichu ludzie mówili, że jeden bogaty handlarz płacił 20 złotych za jedno przespanie się z dziewczyną. Której handel licho szedł, to uchciwiła się. Dwadzieścia złotych przed wojną „piechtą nie chodziło”, trzeba było na nie ciężko pracować.

Kościół parafialny w Zalasiu. W nim modliła się pani Regina

Kośnik za jeden zaranek (czas przeznaczony na koszenie traw na łące od wczesnego świtu do godzin południowych – E.Z.) zarobił dwa złote. Zaranek się nazywał, ale szło się w szarówce, jeszcze ciemnawo było. Kosili gdzieś do dziewiątej, zjedli podśniadanek, który gospodyni przynosiła na łąkę. Przynosiła chleb, masło, gotowane jajka i słoninę. Kawy z mlekiem pełen czajnik. Kośnik musiał dobrze podjeść, bo kosę ciągnąć było ciężko. Po podśniadanku kosili do 12 – 13 godziny i szli na śniadanie. 8 – 10 godzin kosili za dwa złote.

Za 20 złotych Marysia w ciążę zaszła. Nikomu się nie wydała, że jest w ciąży. Nikt nic nie wiedział. Pojechała na handel. U kogoś spały na chlewie na sianie. W nocy mówiła, że musi zejść na dół, bo ją brzuch boli. Musiała komuś zapłacić, żeby się dzieckiem zaopiekował kilka dni. Później dziecko wzięła i zostawiła gdzieś pod ochronką. Koleżanki nic nie wiedziały. Przyjechały do wsi, na zabawę poszły, tańczyły. Jej ojciec sprzedał krowę i ludziom zapłacił za chodniki, bo podobno Marynie handel licho poszedł, ale to ludzie po cichu gadali. Po roku przyjechała do Maryny policja. Przywieźli jej synka. Wtedy ludzie głośno się śmieli i gadali. Wyszła za mąż, ale nie za tego, co chciała, tylko za tego, co ją chciał.


Kurpianki w tradycyjnych strojach

Panna z dzieckiem dawniej to było najgorsze nieszczęście. Była palcami wytykana. Naubliżał się jej byle kto. Dziecko było przezywane od siubrów i bękartów. Najgorzej było iść takiemu człowiekowi do urzędu po metrykę czy coś z tym związane. Imię ojca powiedzieć - nieznany. Całe życie wlokło się za nim. Ze starego chłopa i to się śmieli. W dawniejszych czasach jeszcze gorzej było. Moja teściowa mi opowiadała, że we wsi jej matki jedna panna zaszła w ciążę i tak się z tym taiła, że do końca nikt nie wiedział, że jest gruba. Zrobili chłopaki muzykę niedaleko ich domu. Poleciała na muzykę, wytańczyła się, chwyciły ją bóle, poleciała do domu. Nie wiedziała, że ktoś za nią idzie. Prędko to dziecko urodziła i matka kazała jej iść znów na zabawę. Sama dziecko udusiła i wyniosła do komory. Córka się znowu natańczyła, jakby nic jej się nie stało. W kilka dni po tym przyjeżdża policja i rewidują cały dom. Nic nie znaleźli i już chcieli odjeżdżać, a głos zza ściany mówi; zobaczcie w beczce, w kapuście. Tam znaleźli uduszone niemowlę. Matce założyli dyby i powieźli do więzienia. Świadek mówił, że córka nie chciała udusić tylko matka. Była jedynaczką i wyszła za tego świadka za mąż kilka lat po tym wypadku. Był to młody chłopak i jemu się ta dziewczyna spodobała. Obserwował ją zawsze. Przyszedł pod jej okna i widział, co się tam działo. Rok po weselu urodziła drugie dziecko i cały rok chorowała, nie mogła dojść do siebie. Ludzie mówili, że panny jak rodzą, to im Pan Bóg dopomaga. Dzieci ich lepiej się chowają, choć byle co zjedzą. Nie chorują i nie umierają. Są przez wszystkich poszturchiwane i poniewierane.

W czasie okupacji już młodzi ludzie nie handlowali. Służyli w Prusach u Niemców za parobków, niektórzy się ukrywali i z handlem się nie pokazywali. Handlowali ludzie starsi, tacy, którym nie groziło wyjechanie do robót w Niemczech.


Wnętrze kościoła w Zalasiu. Tutaj ochrzczono panią Reginę, tu przyjęła I Komunię św. i została bierzmowana.

Ludzie za Niemca dostawali kartki na przydział do kupienia w niemieckich kantynach. Później dali punkty na kupienie materiału na odzież. Dużo tego nie było, ale i sklepów w pobliżu nie było. Były kantyny spożywcze i z żelastwem. Te punkty dawało się handlarzowi. Nieraz szukało się i w innej wsi. Taki handlarz brał punkty, w walizki towar – była to jakaś żywność - i jechał z tym do Warszawy. Żywność sprzedawał, ale nie na rynku. Mieli swoich ludzi. Potem szedł do sklepu i za punkty kupował jakiś materiał. Przywoził i ludziom sprzedawał, co mu dali punkty. Ostatnim razem wyjechał tak nasz znajomy i już nie wrócił, zginął w łapance w Warszawie.


Współczesna kapela kurpiowska

W sąsiedniej wsi jedna kobieta handlowała farbą do tkanin. Sprzedawała ją na łuty. Moja matka, jak chciała ufarbować wełnę, to mnie wysyłała do Mechowej po farbę. Lubiłam iść do tej kobiety. U nich tak było dokładnie wysprzątane. Łóżko ładnie zaścielone, ładną płachtą nakryte, kilka pięknych poduszek w rogu łóżka leżały jedna na drugiej. Pięknie haftowane. Na stole nakrytym białym obrusem, piękne święte figurki i kwiaty zrobione ładne z bibuły. Nieduża to była izba, ale widać była zgoda, bo oni mieli syna i synową i ich dzieci. Swoje dorosłe i ludzi obcych przez cały dzień się przewinęło. Ludzie, jak przyszli, to zawsze szybko nie uciekali. Pogadali, posiedzieli. Gospodyni zachęcała – mówiła: Jak nie usiądziesz, to mi kury na jajkach nie będą chciały siedzieć. I zawsze się posiedziało, posłuchało się, o czym starsi opowiadali.

Po wojnie w tej wsi jednego chłopa zabolał duży palec u nogi. Pojechał z tym chorym palcem do Piszu, do wojskowego lekarza. Bo tych lekarzy dość było na ziemiach odzyskanych. Lekarz popatrzył, palec czarny, i mówi, że trzeba go odjąć. Chłop się zląkł i uciekł od doktora. Przyszedł do niego sąsiad i mówi: Idź do woza i weź tego przepalonego smarowidła, co się koło kręci. Ten chłop przyłożył tego przypalonego smarowidła. Na drugi dzień palec zbielał i powoli zaczął przybierać normalny wygląd. Ludzie dawniej sami się leczyli. Do doktora szli, kiedy już koło chorego śmierć stojała. Lekarz kierował do szpitala i często nie wracali już z niego, bo było za późno na leczenie. Lekceważyli choroby, mówili: Samo weszło, samo wyjdzie. Szpitala też się bali. Mówili: Jak mam umrzeć, to już wolę w domu. Dopiero po wojnie zaczęli sie ludzie przekonywać do lekarzy i szpitali. Z Ameryki niektórzy dostawali lekarstwa w paczkach. Młodzi ludzie byli bardziej oczytani i szukali porady u lekarzy. Na wsi było o wiele lżej, bo tyle ludzi poszło na ziemie odzyskane.

Powyższe wspomnienia spisała pani Regina w 1972 roku. Później była przerwa aż do 1993 roku. Co było dalej, przeczytamy w VIII i kolejnych odcinkach.

Edmund Zieliński

Gdańsk 4.07.2014




dalej »

czwartek, 3 lipca 2014

TAM, GDZIE MIESZKALIŚMY, ZAKĄTEK TEN NAZYWAŁ SIĘ ZACIEĆWÓRKA… REGINA MATUSZEWSKA - VIDrukujE-mail
czwartek, 03 lipiec 2014
W naszych stronach zakątki wsi, lasów czy jezior miały swoje nazwy. Las w kierunku Twardego Dołu podzielony był na białe błotawilcze doły. Mawiał wujek Władyś – chcesz nalyźś wiancy jagodów abo grzybów, jidź na wilcze błota. 
Zakątek Białachowa gdzie mieszkaliśmy (Redzimscy i Zielińscy) też miał swoją nazwę. U Zielińskich to było na dole, a u Redzimskich na górze.Tutaj ukształtowanie terenu spowodowało te nazwy. Poczytajmy, jak to było w rodzinnych stronach pani Reginy.
E. Z.

Mówić to prawie każda wieś inaczej coś mówiła. Myśmy do Zalasa chodzili przez Piątkowiznę. W Piątkowiźnie mówiło większość ludzi bez nos. Jak Maryla Rodowicz śpiewa często bez nos. Piątkowieniów przezywało się pijawki i nieraz dzieci się przezywały krankru pijaweczka. Łączkowskich ludzi przezywali sabelwonami. Na Zalas mówili cebula. Cebulę sadzi – mówiło się na dziewczynę, która długo nie wychodziła za mąż. 
Każda wieś miała swoją nazwę i przezwę. W każdej wsi były zakątki i miały swoją nazwę. Tam, gdzie my mieszkaliśmy, zakątek nazywany był Zaciećwórka, dalej był Długi Las. Tam, gdzie mieszkali Sakowscy, mówiło się Zokanoła. Nikt nie mówił, że idzie do Sakowskich. Szło się do Zokanołu i każdy wiedział, do kogo się idzie. Z Zaciećwórki szło się przez Kulisiową Górkę, przez Kobyloki i przez Sobótków Mostek. Na skróty szło się przez Zychową i na Ceran. 
Pod Siwą Górą pasły dzieci krowy. Tam zaczynały się łąki. Każdy miał swoją łąkę. Przy wsi blisko kto miał, to była łąka na twardym gruncie. Dalej, nad szerokim kanałem, były moczary. Krzewina – mówili na te łąki. Trzeba było skakać z kępy na kępę i tak kosić. Grabić tak samo. Zagrabione, wiązać w powrozy i nosić do ścieziora. Sciezior to był wbity drąg i dokoła niego powbijane krótkie paliki. Nakładziono na to gałęzi, i to było łożysko. Na tym łożysku, dookoła drąga stożyło się stóg. Jak się stóg obgrabiło, to się podawało na długich widłach użniętą dużą kępę. Kładło się tę kępę na wierzch stogu, żeby się siano dobrze uleżało. Woziło się siano dopiero zimą, gdy był dobry mróz.
Miałam pisać, gdy byłam mała. Miałam chyba pięć lat. Moja matka chciała iść nad granicę. Zmarł Józef Piłsudski i żeby uczcić ten dzień, palono ognisko na granicy. Matka zaszła do Kobuski, bo ona była najchętniejsza do wszystkiego. Kobuska widać matkę podmówiła, żeby mnie nie brać na tę uroczystość. Matka wyszła ze mną na dwór i kazała mi iść do domu. A ja w ryk i matka rada nierada musiała mnie zabrać. To był rok chyba 1935. Nad granica paliło się wielkie ognisko. Na polskiej stronie i na niemieckiej stronie palili Niemcy. Był to wieczór, a widno było jak w dzień. Było ludzi dużo na naszej stronie i na niemieckiej. Nasze strażnicy stali na naszej stronie, a na niemieckiej niemiecka straż. Były deklamacje i wiwaty. Niemcy czcili Piłsudskiego. Wojna, jak kto miał portret Śmigłego czy Mościckiego, to potłukli. Piłsudskiego nie ruszali. Szanowali go jak wujka z Ameryki. 
Regina Matuszewska z mężem Stanisławem i jej rzeźbą
Moja matka, gdy wyszła na pole, brała nas ze sobą. Piołłyśmy len i proso. Wolałam pleć len. W len można było usiąść i wybierać zielsko z drobnych roślinek. Len na wieczór się podniósł, choć był tyłkiem przygnieciony. Często przyszła nam pomóc Galicjanka. Nazywała się inaczej, ale nikt na nią inaczej nie mówił, tylko ciotka Galicjanka. Przywiózł ją mąż w tamtą wojnę z Galicji. Mąż jej zginął. Ona chowała się z córką. Jej córka też była wdową i jak mogły, tak biedę klepały. Nigdy nie odwiedzała swoich rodzinnych stron. Jej też nikt nie odwiedzał. Nie było możliwości. Biedniejsi ludzie mogli wędrować tylko pieszo. Miała trochę ziemi, musiała pilnować, żeby był chleb. Opowiadała nam o swoich stronach z wielkim namaszczeniem. 
Mówiła, że u nich nie nosiło się sukiennych, czyli wełnianych spódnic. Nosiło się płócienne. Białe bluzki i dużo czerwonych korali. Tutaj ubierała się po naszemu, jak mogła. Była przy narodzinach wszystkich noworodków. Była tak zwaną „babką”. Nie brała żadnej zapłaty. Pomagała ludziom, doradzała, jak umiała. Oczytana była i lubiła czytać. Jak len piołłym, to my dzieci prosilim – ciotko opowiedzcie jakąś bajkę. Nie dała się długo prosić. Opowiadała o św. Magdalenie i św. Genowefie, o śpiewającym drzewie i o złotym ptaku. Raz nam opowiadała o pewnej pani. Ta pani chodziła często do spowiedzi i zakochała się w księdzu. Poszła do swojej matki i się jej radzi, co ma w tej sytuacji zrobić. Matka mówi jej tak: Zniszcz mężowi, co ma najdroższego i zobaczysz, co z tego wyniknie. 
Regina Matuszewska jej prace i mąż Stanisław
Mąż tej pani miał w ogrodzie jabłoń, którą otaczał szczególną opieką. To było w zimie, pan wyjechał w dalszą podróż, a żona nakazała służbie, żeby tę jabłoń ścięli i napalili w piecu, bo jej zimno. Służba zrobiła, jak pani kazała. Pan wraca, pani do niego wylatuje i wita go tymi słowami: Mężusiu, tak było zimno i kazałam ściąć twoją ulubioną jabłoń, żeby napalić w piecu. Mąż wysłuchał i nic nie mówił. Poleciała pani do swojej matki i powiada, że mąż nic nie mówił na jej wybryk. Matka mówi: Myślę, że to za mało. Jeszcze raz coś zrób, żeby męża zdenerwować. 
Po jakimś czasie znów mąż wyjechał. Pani myśli, co tu zrobić. Aż tu wpada pies i leci prosto na pani kanapę. Pani myśli, jest okazja. Ten pies to jest ulubieniec męża. Krzyczy pani na służbę: Zabijcie mi zaraz to psisko. Jak on śmiał wejść na moją kanapę. Służba zrobiła, jak pani nakazała. Mąż wraca i znowu nic nie mówi. Pani leci do swojej matki z radością, że znowu mąż nic nie mówi. Mądra matka mówi: Córko, do trzech razy sztuka. Zrób jeszcze raz coś, żeby go dobrze zdenerwować. 
Regina Matuszewska z córkami w Czarnymlesie
Po krótkim czasie zaprosili dużo gości. Ustawili wielki stół, nakryli ładnym obrusem z frędzlami. Wszystko, co mieli ładne i dobre, postawili na stół. Żona do frędzli przywiązała klucze od spiżarni. Gdy już goście zjechali, pozasiadali za stoły, żona się zrywa i mówi: Kochany mężu, zapomniałam jeszcze wszystkiego podać. Chwyciła za klucz i wszystko ze stołu spadło razem z obrusem. Pan gości przeprosił. Mówił, że jego żona chora. Goście się rozjechali, a mąż zaprosił cyrulika. Cyrulik puścił żonie krew. Zrobiła się taka słabiutka, że już jej się księdza odechciało. 
Kiedyś, gdy byłam dzieckiem, słuchałam jak bajki. Dziś myślę, że dobrze mieć mądrą matkę i mądrego męża. Jakie ich życie było później, nie wiadomo. Pewne jest, że jakby nie miała się kogo poradzić i poszła za głosem serca, mogłaby iść na manowce. Tyle ludzi by cierpiało i nie wiadomo, jaki by był koniec. Myślę, że ta pani się wyleczyła ze swej słabości i na świat spojrzała innemi oczami. Dla nas pozostał morał; słuchać się ojca i matki i tego, co ci chleb daje. 
Regina Matuszewska w Ostrołęce, gdzie podarowała temu miastu swoją pracę przedstawiającą parę kurpiowską
Galicjanka, pracując z nami, tyle zostawiła nam mądrości. My tego nigdy nie zapomnimy. Czasem człowiek nieświadomie coś po sobie zostawia. Jest przysłowie: Za siebie rzucisz, przed sobą znajdziesz. Myślę, że to wszystko jest jakoś powiązane. Mam 64 lata, a to wszystko mi się wydaje, że to było wczoraj. Życie jest naprawdę krótkie. Czasami mi się wydaje obłudne. Człowiek młody, zdrowy, to by chciał cały świat zwojować. Tak to szybko zlatuje. To powiedzenie się sprawdza, że o czym bym się spodziewała, to bym się spodziewała, ale, że będę starą to nigdy. Człowiek patrzy i nie może się zdziwić, że już nasze dzieci się starzeją. Wnuki rosną, a my piękniejem, a nasze serca rwą się do życia i do czynu, a tu nie można nic.
Ojciec nam bajki nie opowiadał, myślę, że nie umiał. Jego dzieciństwo i młodość zeszły na pracy. Ojciec jego w Ameryce, najstarszy brat w Ameryce w szkołach, a mój ojciec z matką i młodszymi braćmi na gospodarstwie. Po wojnie wszystko spalone. Odbudować nowe budynki. Jak wrócili z lasu z krowami, bo wszyscy w wojnę pouciekali do lasu ze swoim dobytkiem. Odkopali kartofle, bo zboże wojsko zabrało, i zobaczyli, że kartofle wszystkie zmarzły. Te kartofle zgniłe rozsypali gdzie się dało, żeby wyschły. Suche łuskali i gotowali z nich kluski. Mleko mieli od krów. W okopach znajdowali żołnierzy nieboszczyków. Musieli ich pochować. Wojsko widzieli różne: polskie, halerczyków, kozaków, ruskie i Niemców. W tamtą wojnę światową w Cieliszyce był front i moi rodzice dużo się napatrzyli, i nam naopowiadali o wojnie. Po wojnie chorowali na hiszpankę i tyfus. W Łączkach ludzie chorowali na cholerę. Nie chowali nieboszczyków na cmentarzu przy kościele. Chowali we wsi. Dziś tylko wspomina się to miejsce i na pamiątkę krzyż drewniany stoi.
Jak mojego ojca ojciec wrócił z Ameryki, to mój ojciec poszedł uczyć się na krawca. Trzy lata uczył się. Miał dwadzieścia cztery lata, jak został krawcem. Poszedł od razu do Łączek na gospodarkę, którą babka kupiła. Ci ludzie, co sprzedali tą gospodarkę, wyjechali do Ameryki. Były to ziemie piaskowe wyższe, i łąkowe niższe. Na łąkowych ładnie się rodziło, na piaskowych zależało od pogody. Było jak w piosence; zasiałam ja pszeniczkę, przyszło zbierać mietliczkę, a na górze wywiało, bo się licho zasiało. A na dole wymokło, bo się licho zawlokło. Jak była pogoda i deszcze przelatywały, to chleba starczyło. Najgorzej, jak mróz żyto wymroził, wtedy trzeba było naganiać kartoflami. Jak za dużo było deszczu, to na dołach wymokło. 
Kilka lat przed wojną państwo nasze zaczęło dbać o gospodarkę. Były kopane rowy przez łąki. Młodzi ludzie, mężczyźni mogli trochę grosza zarobić przy szarwarku. Szli zarabiać, gdzie się dało. Niektórzy szli do lasu sadzić sosnę. Mówiło się, że się chodzi do chojecków. Dziewczyny szły do sadzenia. Nie każdy mógł dostać tę robotę. Gajowy przeważnie zatrudniał swoich znajomych. W lecie niektórzy szli za Kolno, na szlachtę. Tam ziemie były lepsze, szlacheckie. Pszenica na tych ziemiach rodziła się. Tam można było zarobić u szlachciców i we dworach. W jesieni niektórzy się zawijali, żeby szybko wykopać swoje kartofle i iść na szlachtę. 
Moja matka nam nieraz opowiadała, jak chodziła ze siostrą Stefcią za Kolno na kopanie ziemniaków. Płacili im za pół korca. Każdy się zawijał, żeby na lepsze rzędy trafić, na lepsze kartofle. Więcej można było zanieść półkorcówek. Korzec to był jakby dziś kwintal, albo mówili cały metr. To pół korca każdy musiał sam zanieść na wyznaczone miejsce. Przez cały dzień się nanosili tych półkorcówek. Do jedzenia były ziemniaki z mlekiem, a na wieczór kasza. Matka mówiła, że tak ciągnęło żeby się czymś przekwasić. Zaczęły śpiewać przy gospodarzu: Wczoraj kasza, dzisiaj kasza, już nie mogę nosić pasa. Nic to nie pomogło, na drugi dzień znowu kartofle z mlekiem. Na wieczerzę, jak przyszły, to mówiły tej gospodyni, żeby im barszczu z buraczków ugotowała. Gospodyni mówiła, że ona nie umie barszczu gotować. Niech sobie urwą buraczków i ugotują. Na drugi wieczór sobie ugotowały buraczków, pani dała śmietany i wszyscy jedli ziemniaki z barszczykiem. Kopały ziemniaki u tych ludzi do samych mrozów. Spały w stodole na sianie. Do domu wróciły po grudzie (po zamarzniętej ziemi – E.Z.)
Zaszły po drodze do Kolna, żeby sobie coś kupić za zarobione pieniądze. Moja matka kupiła sobie długie, brązowe trzewiki sznurowane i jedwabny szal. Mówiła, że w Cieloszce nauczycielki w takich chodziły i ona marzyła, żeby ubrać się podobnie. Ciotka Stefcia była zmówiona (po zaręczynach – E.Z.) z przyszłym mężem Pawelczykiem. Swoje pieniądze schowała na potrzeby weselne. Matka ubrała nowe buty i z Kolna do Cieloszki przyszła w nowych trzewikach. Ciotka Stefcia miała na nogach szydełkowane pacie. W końcu i te pacie (papcie – E.Z.) się zdarły, było bose nogi widać.
Ciąg dalszy za tydzień, a w nim jak matka owies kosiła, jak dziewczyna sprzedała się za 20 złotych (przedwojennych), o sianokosach…

Edmund Zieliński
Gdańsk 29.6.2014