poniedziałek, 23 grudnia 2013

CIĄGLE ZAGADKA. DO DZISIAJ NIE WIEM, W JAKICH STROJACH SĄ TE PANIE!DrukujE-mail
niedziela, 22 grudzień 2013
Wiesława Kobierzyńska prowadzi punkt biblioteczny w Suminie (gm. Starogard). Społecznie jest sekretarzem Koła Gospodyń Wiejskich w tej wsi. W sobotę z Magdą Firgon prowadziła dużą imprezę z okazji 60-lecie KGW i 50-lecia Kółka Rolniczego. Podczas imprezy wykonałem kilka zdjęć, m. in. zdjęcie najstarszego... zdjęcia z kroniki KGW oraz zdjęcie Wiesławy referującej temat: historia i działalność KGW w Suminie...






Zaskoczył mnie widok pań ubranych w stroje ludowe wykorzystujących w wykładzie laptopa i rzutnik. Referat nt. Kółka Rolniczego wygłosił Marian Firgon – tu jako sołtys. Po zrobieniu fotek umówiłem się z sekretarz KGW na wywiad w poniedziałek. Ale wcale nie o historii KGW, jak planowałem... O ewentualnej przyszłości...


Klony ludu kociewskiego? (tytuł prasowy)
Do dyskusji

Z Wiesławą Kobierzyńską rozmawia Tadeusz Majewski

Wy to, w Suminie, ciągle znajdujecie sobie okazje do imprez...
- Tak, w ciągu roku zawsze coś jest. Ostatnio było na Jana, wypadło na 23 czerwca. Najważniejsze są dożynki. 
Impreza, jaką widziałem w sobotę, była duża. Referaty, wystawa prac członkiń KGW, albumy z pamiątkowymi zdjęciami, folderki o KGW, potem zabawa. I mnóstwo gości. Oficjeli, przedstawicielek KGW z sąsiednich sołectw. To robi wrażenie. Ile was jest, w KGW?

- Około pięćdziesiąt osób, z czego połowa to seniorki.
Pięćdziesiąt! I widać, że panie lubią tworzyć. Sporo haftują. Na ogół krzyżykowo (na marginesie: w ten sam dzień rano plastyczna Urszula Rybińska, zajmująca się gobelinem, "zainstalowana" na plenerze w szkole w Mirotkach, z żalem mi mówiła, że robiony według szablonów haft krzyżykowy, zabija prawdziwą sztukę). 
- Owszem, był haft krzyżykowy, ale też i haft płaski, kociewski, kolorowy. Były również wyroby szydełkowe i dziargane na drutach.

Mała galeria sztuki w głównej siedzibie Sumina... Wisi tam nawet wielki sum z drewna.

- Od ubiegłego roku. To symbol Sumina, którego nazwa pochodzi od wielkiej ilości tej ryby w naszym jeziorze. 



Ile osób ma stroje kociewskie?

- Mamy osiem kobiecych plus dwa męskie (jeden ma sołtys, drugi znajduje się w szkole, jest pożyczany na imprezy).
W szkole? To nie wasz? 
- Nasz. My tu działamy wspólnie ze szkołą. 

60 lat KGW... To ci dopiero tradycja! Jest do czego nawiazywać... 

- Przedwojenna trwała tylko 4 lata. Odbyło się kilka kursów kroju i szycia, konkurs na najlepszy ogródek, jakieś nauki dla młodych gospodyń w zakresie gotowania.
A więc zasadnicze dziedzictwo macie po czasach PRL-u. Nie wstydzicie się tego? 
- Nie. Teściowa, Zofia Kobierzyńska, wstąpiła do KGW w latach 60. Wtedy KGW odgrywało już pożyteczną rolę na wsi.
No tak. Rozprowdzanie drzewek, kurczaków, kursy zawodowe... 
- Teściowa mówiła, że wcześniej, przed latami 60., KGW to był jak gdyby wstęp do partii. Później już nie.
A dzisiaj co robicie? Jak by pani to ogólnie ujęła?
- Kontynuujemy tradycję. Organizujemy Dni Seniora, Spotkania Wigilijne itd.

Dajecie też występy. W strojach ludowych. To wiem. Jednak w sobotę coś mnie zaskoczyło: panie w strojach ludowych, a z drugiej strony laptop, rzutnik, aparaty cyfrowe. To połączenie ludowości (stroje, gadka kociewska) z nowoczesnością jakoś mi nie pasuje. Odczułem to jeszcze bardziej, gdy jedna pani w stroju ludowym w trakcie imprezy wyszła przed budynek i zrobiła aparatem cyfrowym zdjęcie rozkładu jazdy autobusu PKS, bo tam jest przystanek. Zapytałem, dlaczego robi to zdjęcie. Odparła, że zmienili rozkład jazdy. Nie ma zamairu przepisywać. Zgra zdjęcie do komputera i będzie sobie ten rozkład otwierać, kiedy zechce. Zabawne – w stroju ludowym, a taka gadka. 

- Świat idzie do przodu i my, na wsi, też. 

Ależ co to za wieś, pani Wiesławo! Sumin! To przedmieście Starogardu. Pani mąż jedzie do pracy w Polpharmie, wielu innych też, a wy udajecie wieś... Miałyście panie kursy komputerowe. Ile pań w nich uczestniczyło? 
- Kilkanaście z KGW. W sumie na te kursy chodziło około 30 osób. Ja też chodziłam.
I czego się pani nauczyła?
- Oswoiłam się z komputerem. Dotąd bałam się myszki. Dużo kobiet zaczynało od zera. Po kursach nie boję się włączać i wyłączać komputera... Może się wydawać, że to bardzo mało, ale my nie miałyśmy w szkole komputerów, co od 10 lat jest normalne. To dla nas ważne, pokonanie bariery mentalnej. Potem będzie następny krok. Unia wymaga, żeby rolnicy umieli pracować na komputerze.




I włącza pani komputer? 

- Młodzież nie chce dopuścić starszych do komputera.
No proszę... Ale i tak w wasze działanie wszędzie wchodzi nowoczesność. Komputery, aparaty cyfrowe, folderki o KGW. Wobec tego czy ten folklor jest autentyczny? Te stroje, te gadki kociewskie?
- Moim zdaniem tak. On się po iluś latach odradza.
Ale jak może być autentyczny, jeżeli te stroje nosicie panie tylko podczas imprez? 
- Nie tylko podczas imprez. W ubiegłym roku włożyłyśmy stroje na procesję Bożego Ciała... To się zaczyna jak gdyby odradzać, i stroje, i gwara. Dzieci zaczynają się uczyć gwary, ludzie nie wstydzą się używać wyrazów gwarowych... Tu niektórzy mówią na garnek topek, a na filiżankę tacka. Sporo zwrotów kociewskich używa szwagier... To wszystko wraca, choć wolnymi krokami.
A mi się wydaje, że to nie jest autentyczne. Autentyczne jest to, co robi się na co dzień, a nie podczas imprez. Na imprezach mamy do czynienia z Cepelią. Autentyczny to może jest strój góralski. Noszą go na co dzień. 
- Na co dzień nie. Noszą ci, którzy mają związek z turystyką, na przykład w pensjonatach. Byłam niedawno w górach, nie widziałam tego dużo.
Jesteście – obok KGW Koteże i KGW Grabowo – wiodącym kołem w powiecie. Czy wiodące koło zamiast powrotów do wystylizowanej tradycji nie powinno wymyślać folku dajacego się używać codziennie? Takiego folku, który byłby naturalny? Żeby ktoś ubrany w nowoczesny strój kociewski (na przykład połączenie tradycji z jeansem) ośmielił się pojechać tak odziany pociągiem do Warszawy bez narażania się na śmieszność... A o gwarze zapomnijmy... Chciałaby pani, żeby gwarą w Suminie ludzie mówili gwarą kociewską? Nawet jakby pani chciała, nie będą mówić, bo telewizja uniwersalizuje język. Może panie wymyślą nową tradycję? Może warto to wszystko przedyskutować, bo coraz bardziej widzę, że to zmierza w stronę Cepelii. Powstają coraz to nowe zespoły KGW w strojach ludowych, które różnią się tylko kolorem. To są klony fachowców od regionalistyki, wykonujące klony pieśni ludowych. A ja, kronikarz Kociewia, widzę, jak publika ziewa, nudząc się coraz bardziej. O młodzieży już nie wspomnę. Może to jest temat dla was – temat, jak połączyć stare z nowym? 
- To bardzo trudne do zrealizowania.

Ale może warto o tym pogadać. Przecież już coś wam się udało połączyć, choćby nowoczesną formę prezentacji historii z podobno tradycyjnymi strojami... Na marginesie. Te trzy panie, które są na najstarszym zdjęciu w kronice KGW, mają kociewskie stroje ludowe?

- Nie.

No właśnie. Ale chyba ludowe. Coś tu nie pasuje z tymi naszymi strojami ludowymi. Może tamte panie stoją w autentycznych strojach ludowych, w jakich wtedy chodziło się codziennie? 

- Na co dzień na pewno tak nie chodziły. To są stroje odświętne.

Ale każda jest inaczej ubrana. To nie są klony. Dziękuję za rozmowę i gratuluję tak wspaniałego jubileuszu. 


Napisz o problemie: biuro@kociewiacy.pl


1. Najstarsze zdjęcie KGW Sumin w kronice. Z lewej założycielek KGW Stanisława Pawłowska... Czy stroje tych pań nie są czasami bardziej ludowe od tych dzisiejszych? Fot. Tadeusz Majewski
2. Wiesława Kobierzyńska (w stroju ludowym) opowiada o historii i działalności KGW Sumin. Obok pracuje rzutnik. Fot.Tadeusz Majewski
3. Jak zwykle na takich imprezach w Suminie pełna sala. Fot. Tadeusz Majewski
4. Wielki sum wiszący w wiejskim domu. 

2007-07-15 


Notatka w dn. 3.02.2013.
Do dzisiaj nie wiem, w jakich strojach są te panie na archiwalnym zdjęciu. Wysłałem je do regionalisty Edmunda Zielińskiego, autora tekstów w Kociewiacy.pl. Również nie wiedział.
Tadeusz Majewski

czwartek, 19 grudnia 2013


EDMUND ZIELIŃSKI. WŚRÓD NOCNEJ CISZY…DrukujE-mail
czwartek, 19 grudzień 2013
Już niebawem obchodzić będziemy kolejne Święta Bożego Narodzenia. Dla jednych radosne, pełne szczęścia, dobroci i miłości dla innych smutne - dla tych wśród nas, którzy czekać będą, by jak najszybciej minęły, bo puste portfele, głodne żołądki, smutne oczy dzieciaczków, z nadzieją wypatrujących Świętego Mikołaja, chociaż z najskromniejszym prezentem…










A jak to było ponad pół wieku temu? Było biednie, ale radośnie. Świat mego dzieciństwa zawężony był do horyzontu Białachowa, a nawet mniej, bo w zasięgu naszego wzroku widoczne były tylko cztery gospodarstwa – Franciszka Szarafina, Feliksa Speisera, Franciszka Zielińskiego i Antoniego Redzimskiego. To tutaj, na naszym wybudowaniu, czekaliśmy na te najpiękniejsze święta w roku. Towarzyszyły nam zające, sarny, przemykające chyłkiem dziki i ptactwo czasu zimowego. Wyobraźcie sobie, młodzi Czytelnicy, gospodarstwo bez elektryczności, radia, o telewizji nikt jeszcze nie słyszał, a komputer? To pojęcie w ogóle nie funkcjonowało w społeczeństwie. W zamian mieliśmy spotkania sąsiedzkie, zabawy i gry, w karty też, śpiewy rodzinne, a starsi opowiadali nam, jak to kiedyś było.


                                        1 szopka Jerzego Kamińskiego w pracowni Edmunda Zielińskiego




                                                          2 szopka Józefa Hulki z Żywca na wystawie w muzeum w Oliwie




                                            3  Danuta Zielińska na wystawie w muzeum w Oliwie


No i nadchodziła wigilia Bożego Narodzenia. Najważniejszym zadaniem dla ojca, starszego brata czy wujka było przyniesienie choinki z lasu. Po drzewko szliśmy po obiedzie. To samo czynili inni mieszkańcy naszej wsi i nikt nie mówił, że kradniemy choinki. To był utarty zwyczaj tolerowany przez leśników. Kiedy choinka znalazła się już w domu, strojenie jej było zadaniem naszej mamy przy pomocy domowników. I w tym momencie zaczynaliśmy już śpiewać kolędy, oczywiście jako pierwszą śpiewaliśmy „Wśród nocnej ciszy…” . Był to dla nas, dzieci, podniosły nastrój, zdominowany czekaniem na „Gwiazdora”, który nie wiedzieć kiedy, zapełniał prezentami talerze stojące pod choinką. Przedtem jednak była skromna wieczerza wigilijna, poprzedzona podzieleniem się opłatkiem, na którą składało się kilka bardzo postnych potraw. Był śledź w occie z cebulą, ugotowane ziemniaki w obierkach i zupa brzadowa z suszonych owoców. Kucha mogliśmy zjeść dopiero po powrocie z pasterki. Dalej śpiewaliśmy nasze stare kolędy, często przy wtórze harmonii, na której grała mama i starszy brat. Na choince przez dłuższą chwilę paliły się świeczki, w tym czasie lampa naftowa była wygaszona. Jakiż to był uroczy wieczór – migotliwe płomyki świeczek przeglądały się w bombkach, sopelkach, w anielskim włosie. To wszystko wymieszane z przyjemną wonią świerkowego drzewka, rozgrzanego pieca kaflowego i radosnego „Bóg się rodzi…”.

    

           4  Ewa Gilewska kustosz muzeum etnograficznego w Oliwie objaśnia dzieciom działanie instrumentu obrzędowego "burczybas"





                                              
                                                          5  Fragment wystawy w muzeum w Oliwie






                                                           6 Szopka Edmunda Zielińskiego


Kiedy zamieszkaliśmy w Zblewie – był to już inny świat. Nawet „kołchoźnik” przekazywał program pierwszy Polskiego Radia z Warszawy. Młodym wyjaśniam, że „kołchoźnik” to była drewniana skrzynka z głośnikiem, podłączona przewodami do radiowęzła, który mieścił się w domu pana Szulcy. Ten system komunikowania ludności z władzą przywieźli ze sobą przedstawiciele propagandy Związku Radzieckiego po zakończonej II wojnie światowej. Oni mówili, my mieliśmy tylko słuchać.
Dla Związku Radzieckiego pojęcie świąt Bożego Narodzenia nie istniało. U nas był święty Mikołaj, Gwiazdor, Gwiazdka, u nich zaś tę funkcję przejął „Dziadek Mróz”. Do 1956 roku nowatorzy naszej tradycji skwapliwie hołubili „Dziadka Mroza”. Na szczęście mamy to już za sobą i w pełni możemy się cieszyć naszą tradycją.



                                                                          7  Szopka Edmunda Zielińskiego






      8 szopka Edmunda Zielińskiego w kościele p.w.Opatrzności Bożej Gdańsk-Zaspa Boże Narodzenie 2011




      9 Szopka Jerzego Kamińskiego z Barłożna wystawiona w kościele Opatrzności Bożej Gdańsk-Zaspa  2011 r.



                     
                           10 szopka - rzeźba wielofiguralna Tadeusza Szałkowskiego z Nowego Dworu Gdańskiego



Pod koniec lat 50. i na początku 60. XX wieku takim naczelnym Gwiazdorem w Zblewie był śp. Konrad Mindykowski. Miał wiele zamówień na odwiedzenie domostw w wigilię. Jakoś tak się złożyło, że poprosił mnie, bym mu towarzyszył w roznoszeniu prezentów. Wiedział, że plastycznie jestem uzdolniony, więc przygotowanie strojów zlecił mnie. Maski kupowaliśmy w sklepie pana Franciszka Platy, kożuchy od pana Laseckiego pożyczył pan Mindykowski, ja zajmowałem się wykonaniem biskupich czapek, czyli Mitr i Pastorałów.


Wtrącę tu kilka zdań na ten temat, które napisał mi Janek Stachowiak z Breisach am Rhein, śledzący moje felietony.
Bardzo  interesujący opis , tak było, tak to pamiętam! – żal, żal , że tamte czasy można tylko wspominać. Piękne i radosne , mimo ogólnej powojennej biedy były to czasy za którymi się tęskni...
Edku , czy zapomniałeś, że maski Mikołaja sam wykonywałeś? , pamiętam na 100%, jak na część głowy wykonanej z gliny , naklejałem ( klej –woda z mąką) stare gazety i Ty pokazywałeś mnie jak to robić. Robiliśmy to w drewnianej werandzie koło domu. Na drugi, czy trzeci dzień  ( byłem razem z Gerusiem Straszewskim ) te maski już odklejone od glinianej głowy były nasączane chyba pokostem i leżały na rozłożonych tekturach, aby stwardniały. Już pomalowaną otrzymałem  od Ciebie na własność. Jeszcze dzisiaj czuje zapach tej  „ LARWY” której dorobiłem wąsy i brodę z waty. U Pana Platy były ładniejsze ,ale kosztowały 15 złotych. ( tańsze były też).

Janek, bardzo Ci dziękuję za przypomnienie mi tych zajęć z larwami, jak nazywaliśmy na Kociewiu maski.




Mitry były złote z różnymi ozdóbkami, a nawet podświetlane. Pan Mindykowski prowadził skup wełny i tam przyjmował zamówienia na wizytę Gwiazdorów. Tych wstępów do rodzin zblewskich było kilkanaście. Musieliśmy się dość spieszyć, by do godziny 23 wypełnić zamówienia. Byliśmy członkami chóru „Cecylia” i na pasterkę musieliśmy być na chórze wspólnie śpiewając, jak to w cichą noc narodził się nasz Zbawiciel.
W ostatnich latach naszego „kolędowania” pojawił się konkurent. To pan Franciszek Saski przygotował sobie piękny strój św. Mikołaja i przemierzał ulice naszej wsi wzbudzając ogólny aplauz. Pan Konrad Mindykowski ostatni raz pokazał się jako Gwiazdor w wigilię Bożego Narodzenia 1972 roku w mieszkaniu mojego brata, przynosząc prezenty dla mojej chrześniaczki i mojego syna.
Obserwując obecny stan naszej tradycji bożonarodzeniowej, z radością możemy odnotować wzrost zainteresowania społeczeństwa kolędnikami. Zaczyna kolędować młodzież w Bytoni, myślę, że i w innych wsiach naszej gminy również. Jest dużo chętnych biorących udział w warsztatach, podczas których wykonujemy rekwizyty kolędnicze, ozdoby choinkowe, przypominamy dawne pieśni, zwyczaje, stroje i tych, których nie ma już wśród nas, a byli kontynuatorami starej dobrej tradycji, jak choćby panowie Mindykowski i Saski.
Drodzy moi Czytelnicy, przyjmijcie od starego mieszkańca Białachowa i Zblewa szczere życzenia Błogosławionych Świąt Bożego Narodzenia. Niech Dobry Bóg darzy Was zdrowiem i miłością. Niech napawa nadzieją na lepsze jutro, by już nigdy nie było biednych, głodnych i porzuconych dzieci. Oj Maluśki Maluśki…
Gdańsk 5 grudnia 2013 
Edmund Zieliński

wtorek, 10 grudnia 2013


EDMUND ZIELIŃSKI. „LAAMB – SENEGALSKIE ZAPASY” I „GLORIA ARTIS” W STAROGARDZKIM MUZEUMDrukujE-mail
wtorek, 10 grudzień 2013
6 grudnia 2013 w Muzeum Ziemi Kociewskiej w Starogardzie miało miejsce otwarcie wystawy fotogramów Pana Ludwika Szakiela zatytułowanej „Laamb – Senegalskie zapasy”. Pan Ludwik Szakiel urodził się w 1969 roku w miejscowości Daugavpilis na Łotwie. W 2011 roku w Trójmiejskiej Szkole Fotografii w Sopocie obronił swoją pracę dyplomową pn. „Niezwykłość zwykłych rzeczy”. Na wystawie zgromadzone są ujęcia fotograficzne z mini-turnieju zapaśniczego zorganizowanego przez Senegalczyków na plaży Barceloneta w Barcelonie. Ta niewielka diaspora bardzo przywiązana do swojej kultury bardzo szybko zyskała aplauz autochtonów,  i jak widać na fotogramach, do turnieju przystąpili również plażowicze.
    















  
Przy okazji wystawy Pana Ludwika Szakiela odznaczeniem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” uhonorowana została Pani Regina Matuszewska z Czarnegolasu. Ten zaszczytny medal przyznał Pani Reginie Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego Rzeczypospolitej Polskiej Pan Bogdan Zdrojewski  przy moim skromnym udziale.


Dla mnie to wzruszający moment, że po 25 latach kierowania Oddziałem Stowarzyszenia Twórców Ludowych w Gdańsku i na zakończenie pełnienia tej funkcji mogłem osobiście udekorować Panią Reginę tym ważnym odznaczeniem. Tym większa moja satysfakcja, że mogłem tego dokonać w Muzeum Ziemi Kociewskiej w Starogardzie kierowanym przez mego przyjaciela Andrzeja Błażyńskiego, z którym współpracuję dziesiątki lat - od czasu powstania w tym mieście Stacji Wiedzy o Regionie.

Szanowna Pani Regino! Dołączyła Pani do dość wąskiego grona osób wyróżnionych tym odznaczeniem, co świadczy, że Pani działalność na drodze upowszechniania kultury i sztuki ludowej jest zauważalna, bardzo potrzebna i doceniana – Droga nasza „Kurpiowska Kociewianko”! Tak swego czasu Panią nazwałem, by uszanować Pani przywiązanie do ziemi ojców, do ukochanych Kurpi i związanie się z Kociewiem, jego mieszkańcami i kulturą. W udzielonym mi kiedyś wywiadzie powiedziała Pani tak – polubiłam tę ziemię i ludzi, ale rodzinnych stron nie zapomnę nigdy.

Zapewne pamięta Pani nasze pierwsze spotkanie na Jarmarku Kociewskim tu w Starogardzie, w niedzielę dnia 13 czerwca 1993 roku. Byłem zaskoczony wówczas, że na Kociewiu żyje tak uzdolniona twórczyni ludowa, a ja o Niej nic nie wiem. Obiecałem wtedy Pani, że będę robił wszystko, by znalazła się Pani wśród członków Stowarzyszenia Twórców Ludowych, co wkrótce stało się faktem. Dziś należy Pani do grona najwybitniejszych artystów ludowych w Polsce, i za to należy się Pani również Cześć i Chwała!

Otwarcie wystawy prac Pana Ludwika Szakiela i obecność Pani Reginy Matuszewskiej uhonorowali; wiceprezydent Miasta Starogardu Pani Iwona Lewandowska,  Pan senator Andrzej Grzyb, Radny Rady Powiatu Starogardzkiego Patryk Gabriel, był Pan Tomasz Wiczyński, Tomasz Rogalski i pracownicy Urzędu Miasta.

Miło mi również odnotować, że obecna była też  najbliższa rodzina Pani Reginy. Aż z Białegostoku przyjechała córka Joanna Tołczyk, z Elbląga córka Bożena Matuszewska, i kolejna córka Mariola Zymek ze Starogardu. Nie zabrakło syna Stanisława  z żoną Teresą, oraz wnuczki Anny.

Edmund Zieliński
Gdańsk 7 grudnia 2013      

Zdjęcia


1. W oczekiwaniu na otwarcie wystawy. Od lewej Edmund Zieliński, Danuta Zielińska, Regina Matuszewska z córką Mariolą



2. Po prawej pan Ludwik Szakiel opowiada o swojej wystawie. Od lewej stoją: Tomasz Wiczyński, Izabela Czogała, wiceprezydent Miasta Starogardu pani Iwona Lewandowska , Regina Matuszewska i dyr. Muzeum Ziemi Kociewskiej pan Andrzej Błażyński



3. Izabela Czogała oraz Danuta i Edmund Zielińscy



4. Pani Regina opowiada o swojej twórczości



5. Pani Regina daruje panu A. Błażyńskiemu obraz swego autorstwa



6. Edmund Zieliński odczytuje list gratulacyjny



7. Moment zawieszania na piersi pani Reginy Matuszewskie medalu „Gloria Artis” przez Edmunda Zielińskiego



8. Już po dekoracji



9. Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”

Zdjęcia: Izabela Czogała i Magdalena Wałaszewska
 
dalej »

sobota, 7 grudnia 2013

EDMUND ZIELIŃSKI. JANEK STACHOWIAK I JEGO RÓD - CZĘŚĆ IIIDrukujE-mail
sobota, 07 grudzień 2013
Barbara Grzona, przyszła żona Stanisława Stachowiaka, będąc jeszcze panną przed 1909 rokiem kupiła w Zblewie dom przy ul. Chojnickiej 3. Przylegająca ziemia do tej posesji sięgała gruntów Pana Gustawa Kołodziejczyka, a od strony szkoły graniczyła ze starym boiskiem sportowym. Po przeciwnej stronie sąsiadami byli państwo Kuczkowscy i Szade.
Po powrocie z Niemiec do powoli odradzającej się Polski, a było to w środę 17 marca 1915 roku, Barbara wraz z mężem i synami, Franciszkiem i Janem, tutaj, przy ulicy Chojnickiej zamieszkali.









Po powrocie z Niemiec Barbara była pielęgniarką w szpitalu zakaźnym w Kocborowie. Być może, że praca ta spowodowała jej upadek na zdrowiu. Chorowała ciężko od 1929 roku i we wrześniu 1930 roku zmarła w swoim domu przy ul. Chojnickiej 3. Pogrzeb miał miejsce 22 września na cmentarzu w Zblewie, co odnotował w księgach parafialnych ksiądz proboszcz Piotr Zakryś. Z ojcem pozostali trzej synowie – dwudziestoletni Franciszek, młodszy Janek i tutaj urodzony Stanisław.
Stanisław Stachowiak, wdowiec po zmarłej Barbarze, ożenił się po raz drugi z Moniką Trepkowską, która wkrótce namówiła go do zamiany gospodarstwa z panem Kuklińskim z ulicy Kościerskiej. W międzyczasie Franciszek Stachowiak, ojciec Janka, podjął naukę w Publicznej Szkole Dokształcającej Zawodowej w Zblewie w zawodzie młynarza. Praktyczną naukę zawodu pobierał u Wolffy - właściciela młyna w Zblewie. Tę samą szkołę ukończył brat Franciszka - Janek, urodzony w Barmen. Muszę przyznać, że nigdy nie słyszałem o istnieniu takiej szkoły w Zblewie. Wspomina o niej na podstawie ustnych przekazów pani Teresa Krzyżyńska w swojej wartościowej książce „Zblewo” . Dziś, dzięki Jankowi Stachowiakowi, mamy dowód na istnienie tej szkoły w postaci świadectwa jej ukończenia przez Jana Stachowiaka z dnia 15 czerwca 1934 roku.
Franciszek Stachowiak ma bogaty życiorys związany z Towarzystwem Gimnastycznym „Sokół” w Zblewie. Ta prężnie działająca w okresie międzywojennym organizacja skupiała w swych szeregach młodzież (i nie tylko) patriotyczną Zblewa. Tutaj nabierano sprawności fizycznej, młodzi przechodzili szkolenie wojskowe, doskonalili je na ćwiczeniach strzeleckich. Pan Franciszek był jednym z jej filarów. Kiedy przegląda się historyczne już zdjęcia, prawie na każdym widać pana Franciszka Stachowiaka. Zachowane do dziś są jego legitymacje, świadectwa, które w części do tego felietonu załączam.
26 października 1931 roku Franciszek Stachowiak otrzymał kartę powołania do odbycia służby wojskowej w 14 pułku piechoty we Włocławku. Tam został przeszkolony na łącznościowca i 20 marca 1932 roku odkomenderowano go do 21 Batalionu Korpusu Ochrony Pogranicza 7 drużyny łączności w Niemenczynie, przez który przepływa rzeka Wilia, najdłuższy dopływ Niemna. Dosłużył się stopnia starszego szeregowego i 15 marca 1933 roku, rozkazem Nr 6/33 dowódcy 21 Baonu majora Parkasiewicza został przeniesiony do rezerwy. Radość ogarnęła naszego Franciszka, że szczęśliwie przeszedł przez szkołę życia, jak wtedy i za moich młodych lat nazywano służbę wojskową. Zmężniały, bardziej doświadczony, wrócił do swojej wsi, do Zblewa.
Gertruda Bukowska, by stać się pełnoprawną obywatelką Polski, musiała wystąpić z wnioskiem o nadanie jej obywatelstwa polskiego. Biologiczna matka Gertrudy mieszkała w Niemczech, co skutkowało na obywatelstwo dorastającej w Polsce córki.
Może dowiem się, jak to się stało, że Gertruda Bukowska i Franciszek Stachowiak postanowili iść przez dalsze lata swego życia w związku małżeńskim? No i dowiedziałem się od Janka - było tak.
Gertruda Bukowska i Franciszek Stachowiak byli członkami chóru kościelnego „Cecylia” w Zblewie. Żeby pięknie śpiewać, trzeba chodzić na próby. W chórze śpiewało wiele panien i kawalerów. Franciszek Stachowiak kolegował się z Władysławem Zielińskim. Gertruda Bukowska mieszkała wtedy z ciocią Marianną na Suchym Bagnie w domu pana Kośnika. W tym domu też mieszkała dorodna córka pana Kośnika, do której smalił cholewki Władysław Zieliński. I Franciszek i Władek poślubili wybranki swego serca. 
Franciszek i Gertruda ślubowali sobie przed ołtarzem w zblewskim kościele w środę dnia 17 lipca 1935 roku. Veni Creator Spiritus – Hymn do Ducha Świętego zaintonował organista i dyrygent chóru „Cecylia” pan Izydor Borzyszkowski. W tamtym czasie sakrament małżeństwa udzielany był w dzień roboczy i zazwyczaj odbywał się bez mszy świętej. Nie pamiętam, bym z opowiadań starszych osób słyszał o sypaniu grosików na głowy nowożeńców po wyjściu z kościoła. A z pewnością nikt wtedy nie sypał ryżu, jak to ma miejsce dziś, by go potem zdeptać nogami weselników. To jest bardzo złe postępowanie, godzi w szacunek dla pożywienia i należy je piętnować.
Nastał 1939 rok. Wyraźne zapędy Hitlera do panowania co najmniej nad Europą zmuszały Polskę do przygotowania się do walki z Niemcami. 24 sierpnia 1939 roku Franciszek Stachowiak otrzymał kartę mobilizacyjną z rozkazem stawienia się w macierzystej jednostce we Włocławku, w 33 dywizji piechoty, pododdział łączności. Tutaj zameldował się w niedzielę 27 sierpnia 1939 roku. Niebawem odkomenderowany został do Korpusu Ochrony Pogranicza w Wilnie. 
Gdzieś w okolicach Czerwonego Boru, już w czasie działań wojennych, jego jednostka otrzymała rozkaz odwrotu. Od wschodu nacierały wojska sowieckie. Uciekali przez Litwę, gdzie pojmali ich miejscowi i przekazali oddziałowi NKWD. Po zakończeniu działań wojennych, po rozbiorze Polski przez Niemców i Rosjan, doszło do przekazania Niemcom jeńców wojennych z obozów sowieckich, ale tylko tych, którzy mówili po niemiecku i pochodzili ze strefy okupowanej przez Rzeszę Niemiecką. 
Franciszek Stachowiak z obozu jenieckiego został przetransportowany do firmy Fridrich Weigel w Pruszczu i firmy Bertolda Kelscha we wsi Herren Grebin (Grabina Zameczek) koło Pruszcza. Tutaj pracował najpierw jako młynarz, później jako szofer. Jeszcze przed wojną ukończył w Toruniu kurs na prowadzenie samochodów ciężarowych. Przebywał tu od 18 grudnia 1939 do 11 maja 1940. Stąd skierowany został na roboty przy budowie autostrady w Zblewie, gdzie był operatorem lokomobili „Diesla”. Mimo koszmaru wojny, okupacji, niepewnego jutra miał znośne warunki. Janek o tym nie pisze, myślę jednak, że pan Franciszek mieszkał w tym czasie w swoim domu.
W lipcu 1941 roku pana Franciszka Stachowiaka i wielu innych mieszkańców Zblewa wywieziono na roboty przymusowe na Litwę, Łotwę, do Rosji i Prus Wschodnich. Był maszynistą i kierowcą ciężkich samochodów transportowych. Był też mechanikiem w warsztatach samochodowych. 
Wehrmacht parł na wschód, zajmując duże obszary, najpierw byłych ziem polskich, i dalej Związku Radzieckiego. Jedna i druga strona ponosiła ogromne straty, niszcząc i uszkadzając wiele pojazdów zmechanizowanych. Tutaj przydał się pan Franciszek - przy naprawie samochodów, ciągników i innego sprzętu zmechanizowanego. Niemcom potrzebne były drogi szybkiego ruchu. Autostrada Berlin - Królewiec ciągle znajdowała w budowie. Ponownie przywieźli go na roboty przy budowie autostrady w Zblewie, gdzie pracował od 1 grudnia 1942 do 21 sierpnia 1943 w warsztacie firmy Börsch, obsługującej sprzęt mechaniczny przy budowie autostrady Berlin – Królewiec. Zapewne chciałby tu zostać dłużej, przecież to jego wieś, tu mieszkali bliscy – żona i dzieci. Niestety, w sierpniu 1943 roku wywieziony został na roboty do Emmden. Przeszedł dodatkowe przeszkolenie na ciężkim sprzęcie transportowym i pracował jako kierowca w Einsatz Russland – Nord w miejscowości Goldap, dzisiejszy Gołdap.
Bardzo wiele mężczyzn z Pomorza wcielonych zostało do Organization Tod. Pan Franciszek Stachowiak, jak wynika z dokumentów i zdjęć, pracował tam jako cywil. Dopiero pod koniec wojny wcielony został do tej organizacji.
Kilka zdań historii. Organisation Todt (OT) istniała od 1938 roku na terenie III Rzeszy. Jej założycielem był Fritz Todt. Przed wojną w organizacji byli zatrudnieni wyłącznie Niemcy niezdolni do służby wojskowej i inni, którzy podlegali obowiązkowi pracy w tej paramilitarnej organizacji. Podczas II wojny światowej zatrudnieni tu byli, oczywiście pod przymusem, robotnicy z krajów okupowanych i jeńcy wojenni. Celem organizacji była budowa umocnień, autostrad, portów wojennych i innych obiektów strategicznych. W 1944 roku liczba zatrudnionych sięgała 340 tysięcy. Ponadto do pracy przymusowej zatrudniono 1,4 mln jeńców wojennych i więźniów obozów koncentracyjnych. Fritz Todt nie doczekał końca wojny – zginął w katastrofie lotniczej pod miejscowością Rastenburg (Kętrzyn) 8 lutego 1942 roku. Nadzór nad organizacją przejęła Die Schutzstaffel der NSDAP, czyli zbrodnicza formacja SS podległa Narodowo Socjalistycznej Niemieckiej Partii Robotniczej.
Gdańsk 23 listopada 2013 
Edmund Zieliński
Cdn. 




                       W wieku 14 lat Franciszek Stachowiak wstępuje do "Sokoła" w Zblewie. Podpisy Kołodziejczyka i Piątka








                                              Odznaka Związku Strzeleckiego Franciszka Stachowiaka









                                               Franciszek Stachowiak w wojsku








                                           Świadectwo przyznania odznaki sportowej Franciszkowi Stachowiakowi









              Legitymacja Franciszka Stachowiaka świadcząca o przynależności do "Sokoła". Podpisał Szramka i Piątek.






     
                                               Stwierdzenie obywatelstwa Gertrudy Bukowskiej







Stanisław Stachowiak dziadek Janka




Maria Stachowiak z d.Kortylewska



                                                    Franciszek i Gertruda Stachowiak ze Zblewa






                           
                                 St. Stachowiak w środku z rodziną w Zblewie






                          Klemens Stachowiak 1872 - 1915 - brat Stanisława.








Stanisław Stachowiak, jego syn Stanisław ur. 4.04.1924 w Zblewie i druga żona pana Stanisława - Monya z domu Trepkowska. Zdjęcie z
posesji nr 3 przy ulicy Chojnickiej w Zblewie








Świadectwo ukończenia Publicznej Szkoły Dokształcającej Zawodowej w Zblewie przez Jana Stachowiaka. Historyczne podpisy nauczycieli - W.Kuczkowskiego, Wincentego Kwaśniewskiego i St. Majewskiego








                                   Janek Stachowiak przed rodzinnym domem na ul.Chojnickiej 3 w Zblewie








                                             Środkowy rząd drugi z lewej Franciszek Stachowiak







                                       Pierwszy z prawej Franciszek Stachowiak na robotach przymusowych 1944








                             Franciszek Stachowiak Włocławek 1931








               Franciszek Stachowiak KOP Niemenczyn 1932






 

                                         Pierwszy z prawej Franciszek Stachowiak na robotach przymusowych 1944









dalej »