wtorek, 20 czerwca 2017

EDMUND ZIELIŃSKI. BAŚNIOWY ŚWIAT STEFANA GEŁDONA





W piątek 16 czerwca w Muzeum Ziemi Kociewskiej w Starogardzie miało miejsce otwarcie wystawy „Stefan Gełdon i baśniowy świat lalek”.

Któż to taki Stefan Gełdon? Myślę, że specjalnie przedstawiać Go nie trzeba. Ja jednak przybliżę w kilku zdaniach postać tego Zacnego Człowieka. Pan Stefan 15 sierpnia skończy 92 lata i ma się bardzo dobrze. Pełen werwy, sprawny i co jeszcze? Ano to, że nadal pracuje wśród swoich lalek na ćwierć etatu w Centrum Kultury „Zamek” w Nowem. Tutaj właśnie w 1992 r. zamieszkał i stworzył amatorski teatr p.n. Teatr Lalek i Cieni „Baśniowy Świat”.

Zaczęło się od członkostwa w zespole teatralnym w gimnazjum II Korpusu Wojska Polskiego w Sant`Omero we Włoszech. W 1947 r. wrócił do Polski i tego samego roku został kierownikiem szkoły w Białachowie. Od tego czasu znam Pana Stefana, bowiem w 1947 po raz pierwszy przekroczyłem próg szkoły i stałem się uczniem I klasy, gdzie pisać i rachować nauczał nasz „Pan” – Stefan Gełdon.

Zbliżała się 150. rocznica urodzin Aleksandra Puszkina (ur. 6.06.1799). Pan Stefan postanowił ją uczcić poprzez wystawienie bajki „O popie i jego parobku Jełopie”. I tutaj właściwie zaczęło się moje spotkanie ze sztuką. Pewnego ranka przychodzimy do szkoły, a na ławkach leżą grudy gliny. Pan Gełdon powiedział, by każdy z nas ulepił ludzką główkę. Moja klasa liczyła zaledwie 5 chłopców. Byli nimi: Zygmunt Poćwiardowski, Zygmunt Gołuński, Gerard Petka, Gerard Bieliński i ja. Z ochotą zabrałem się do lepienia, a że robiłem to dobrze, pan Gełdon kazał mi lepić i inne główki. Jak tylko mogliśmy, pomagaliśmy naszemu Panu w przygotowaniach do przedstawienia tej bajki. Pamiętam, że w trakcie spektaklu leżałem na rusztowaniu nad sceną i za pomocą krzyżaczka z sznureczkami połączonymi z kończynami lalki poruszałem nią. Pan Gełdon tak to wspomina w pracy dyplomowej Anetty Laskowskiej Działalność Teatru Lalek i Cieni „Baśniowy Świat” w świetle publikacji prasy lokalnej, rozdział II Pasja Stefana Gełdona s. 36 „…Gliny było pod dostatkiem, to z gliny zrobiłem z chłopakami lalki. Ważyły po 20 kilo, wisiały na scenie, kierowane z góry przez mój zespół, też wiszący nad sceną… Nic nie wiedziałem o teatrze lalkowym, ale zaraziłem się na zawsze. Na tyle, że potem poszedłem praktykować do prawdziwego teatru na cały rok…”. Tak to się zaczęło i trwa do dziś.

W otwarciu wystawy uczestniczyło wiele osób z Nowego, Starogardu ii okolic, Gdańska, a nawet z Breisach am Rhein. Głównego bohatera tej uroczystości i gości przywitał dyrektor muzeum Andrzej Błażyński. Izabela Czogała – kurator wystawy, scharakteryzowała sylwetkę i działalność Stefana Gełdona. Namalowałem dla mego Przyjaciela Stefana (mam zaszczyt być po imieniu) obraz na szkle przedstawiający świętego Stefana oplecionego kwiatami, jakie znajdują się na płycinach XIX-wiecznych skrzyń wianowych Kociewia. Wręczając Stefanowi ten upominek tak powiedziałem:


                 Od lewej Edmund Zieliński, Andrzej Błażyński, Izabela Czogała i Stefan Gełdon


Drogi mój „Panie”

Przemiły Stefanie

Tyś mnie nauczył pisać i rachować

Od lat dziecięcych ze sztuka obcować

Kazałeś ruszać lalką z bajki o popie

I jego parobku Jełopie

I tak to mija siedemdziesiąt lat zgoła

Kiedy nas spotkała białachowska szkoła

Ożywiaj lalki nieustannie jeszcze

I żyj nam sto lat a może i dwieście



                                            Z moim "Panem" Stefanem Gełdonem


Uścisnęliśmy się serdecznie i głos zabrał Stefan: - Dzięki sugestii Edmunda Zielińskiego oraz zaangażowaniu dyrekcji i pracowników Muzeum Ziemi Kociewskiej w przygotowaniu wystawy „Stefan Gełdon i baśniowy świat lalek” możemy uczestniczyć w dzisiejszym wernisażu, a eksponaty i lalki naszego teatru mogły zaistnieć w ekspozycji kociewskiego Muzeum (…) Pierwsi aktorzy mojego teatru lalek byli uczniami trzeciej klasy białachowskiej szkoły, a teraz mają po 77 lat. Dwóch z nich uczestniczy w dzisiejszym wernisażu; to Zygmunt Gołuński i Edmund Zieliński (…) Teatr Lalek i Cieni „Baśniowy Świat” z Centrum Kultury „Zamek” w Nowem działa już 25 lat. Pierwsi aktorzy to dziś dorośli ludzie i niektórzy z nich są wśród nas. Skład teatru zmieniał się kilkakrotnie, ale pierwszy zespół animatorów istnieje i działa do dzisiaj. Już nie tak systematycznie i nie w pełnym jak na początku składzie, ale działa. Obecnie przygotowuje spektakl na XXV-lecie naszego teatru.

Drugi działający od wielu lat zespół „Baśniowego Świata”, złożony w większości z młodzieży gimnazjalno-licealnej, ma na swoim koncie wiele spektakli. Ten zespół za chwilę pokaże bajkę kociewską Bernarda Janowicza „O kozie rogaty”. Od roku w ramach „Baśniowego Świata” działa kolejne Dziecięce Studio Teatru Lalek (dzieci 8 – 9 lat), ale dla nich historia „Baśniowego Świata” dopiero się zaczyna.

Na koniec swego wystąpienia Stefan powiedział piękny wierszyk:



                                 Andrzej Błażyński, Edmund Zieliński i Stefan gełdon

Więc z lalkami już minęło sporo latek,

Przeszła młodość, czas uniesień, dorósł wnuk.

I żegluje wciąż do przodu życia statek.

Gdyby o połowę chociaż wrócić mógł…

Żeglarskie przygody i inne marzenia…

Ale co tam! Cóż kalendarz i zmartwienia!

Niechaj minie lat chociażby sto!

W teatrze lalek człowiek się nie zmienia.

Zapytacie - czemu? Prosta sprawa bo…

Bo wystarczy popatrzeć na dziecięce buziaki,

Na te twarze serdeczne, radosne.

Słuchać śmiechu, co dzwoni w nowskim „Zamku”

Jak szemrzący strumyczek na wiosnę.

Pośród lalek, wśród dzieci,

Chociaż czas szybko leci.

Nigdy jednak zmęczony na twarzy.

Uśmiech dziecka w zachwycie - to zapłata,

To radość, to nagroda dla lalkarzy.


                                  Andrzej Błażyński w uścisku ze Stefanem Gełdonem

Osiągnięcia Stefana w świeci teatralnych lalek jest przeogromny. Otrzymuję od niego mnóstwo informacji na temat ruchu lalkarskiego. Posiadam redagowane przez niego „Poradniki lalkarza” z bardzo ciekawymi tekstami i nie mniej interesującymi zdjęciami lalek, o sposobie ich konstruowania i animacji. Są w nich też zdjęcia zespołów, przedstawień i najciekawsze, jak to Stefan na swoim przemyślnie skonstruowanym pojeździe wiele lat temu (rower z przyczepką) jest w drodze z Leśnej Jani na występ do Kopytkowa. A wielokrotne rejsy po Wiśle i innych rzekach w skonstruowanym przez siebie jachtem? Ten człowiek naprawdę wiele potrafi i chwała mu za to.

Myślę, że warto napisać książkę o Stefanie i jego przebogatym życiu. Może znajdzie się chętny, by w ten sposób uwiecznić bogate życie Stefana? Chętnie sam bym to uczynił.

Drogi Stefanie mój Przyjacielu! Dzięki, że jesteś i niech tak będzie jeszcze przez wiele, wiele lat.

Gdańsk 18 czerwca 2017

Edmund Zieliński

                  Danka Zielińska i Hania Stachowiak z Breisach am Rhein z  lalką Stefana Gełdona


                                            Janek Stachowiak   z Breisach am Rhein

                                                                   Edmund Zieliński

                         Edmund Zieliński pochylony nad pamiątkami Stefana Gełdona







niedziela, 11 czerwca 2017

EDMUND ZIELIŃSKI. PIĘĆDZIESIĄT SZEŚĆ LAT NA TWÓRCZEJ DRODZE

sobota, 10 czerwiec 2017
Dlaczego ten czas tak szybko płynie? Zapewne wielu zadawało sobie to pytanie, wielu zadaje, i dopóki świat będzie istniał, człowiek będzie się nad tym zastanawiał. Będąc dzieckiem zazdrościłem osobom dorosłym ich wieku, ich życia i wiedzy. Kiedy to ja dorosnę, by móc zasiąść do stołu z dorosłymi, zapalić papierosa czy wychylić kieliszek wódki. W tamtym czasie te nawyki były czymś zupełnie normalnym i stąd moje tęsknoty za dorosłością.
No bo jak to, że mój brat Jerzy zapalił z wujkami papierosa, jeździł na motocyklu, był w wojsku – a ja? Mnie na to wszystko trzeba było czekać jeszcze dziesięć lat, bo taka była różnica wieku między mną a ś.p. braciszkiem Jerzym. Jakże wolno ten czas upływał. Płynie w niezmienionym tempie od zarania dziejów. I dopłynął do momentu, gdy na mojej drodze życia, życia w mojej twórczości pojawiła się liczba 56. Przecież to ponad połowa wieku. To tyle, Edmundzie, już biegasz po drogach folkloru i sztuki ludowej? To do tego już doszło, że na Pomorzu jesteś najstarszym rzeźbiarzem – regionalistą? (stażem) Niestety, jest to najprawdziwsza prawda. Bogu dzięki dożyłem moich „Złotych godów”. A jak to wszystko się zaczęło?
Moją działalność mam udokumentowaną od wiosny 1961 roku, jednak początków należy szukać w drugiej klasie szkoły podstawowej w Białachowie, i gdyby to doliczyć, to mijają już 68 lata w sztuce. To wracam do Białachowa.
Urodziłem się 3 czerwca 1940 roku w Białachowie, pod lasem, na wybudowaniu, jak u nas określa się wolno stojące gospodarstwa. Mieszkaliśmy w domu mojej babci Pauliny Redzimskiej z Kosiedowskich. Piszę „babci”, ponieważ dziadek Franciszek zmarł 24 maja 1935 roku mając lat 74. Od tamtej pory z babcią gospodarzył wujek Antoni – syn dziadków. To było cudowne miejsce, tak osobiście odbieram tę zrębową chatę krytą strzechą. Jaki tam był spokój. Tam przyroda rządziła się swoimi prawami i nikt nie śmiał jej w tym przeszkadzać. Tam widzieliśmy wschodzące i zachodzące słońce, i jako dzieci zastanawialiśmy się, dlaczego ono jest tak wielkie, kiedy wschodzi, wielkie i czerwone gdy zachodzi. Dopiero w szkole średniej pani profesor od geografii wyjaśniła mi to zjawisko.
Tam w Białachowie nie słuchaliśmy prognozy pogody, nie było radia i elektryczności. Wyznacznikiem pogody dnia następnego były zjawiska zachodzące w atmosferze i geosferze. Kiedy wieczorem była rosa na trawie, wiadomo, że będzie pogoda. Czerwone niebo wieczorem na zachodzie zwiastowało wiatr na drugi dzień. Śpiew ptaszków i ich loty też wiele mówiły o czekających nas zjawiskach atmosferycznych. Tam nasz świat dziecięcy ograniczony był do widocznego horyzontu i tyle. I to było piękne. Wyjazd do innej wsi, a zwłaszcza do Zblewa, był już ciekawym wydarzeniem, był czymś nowym. Jednak chętnie wracaliśmy pod naszą strzechę, gdzie w okapie dachu gnieździły się wróbelki, budząc nas swym porannym ćwierkotem. Cudowne było lato, ale i zimy nas nie zrażały. Kiedy śnieg zbielił okoliczne pola, potworzyły się zaspy na drogach, pozamarzały stawy i dziadkowe jezioro, to też była frajda dla nas dzieci, a starsi też z tego powodu nie załamywali rąk. W gospodarstwie było wszystko potrzebne do życia w takich warunkach. Wozy i bryczki zamieniono na sanie. Wujkowie na siebie wdziewali porządne kożuchy, a dłonie skrywali w tak zwanych baucach, czyli w grubych, wełnianych rękawicach z jednym palcem. Bywało, że studnia została zawiana śniegiem, a pompa zamarzła mimo słomianej otuliny. Wówczas braliśmy śnieg z otoczenia i roztapialiśmy go na palenisku, albo chodziliśmy po wodę do stawu z wyrąbanym przeręblem. Opału też nie brakowało. Szałerek był zapełniony drewnem z gałęzi i szyszkami, a na podwórku stał pokaźnych rozmiarów stożek pociętego drewna czy sosnowych gałęzi. Paliwo do lamp – naftę zakupywano w większych ilościach, więc był zapas. Sklep (piwniczka pod podłogą mieszkania, najczęściej w pokoju) zapełniony był kartoflami, kapustą w beczce, marchwią, burakami, cebulą i zasolonym mięsem. Zimę mogliśmy przeżyć zupełnie spokojnie.
***
Nadszedł rok 1947. Wiedziałem, że muszę pójść do szkoły w Białachowie. Trochę się tego obawiałem. Nowe środowisko, koledzy, koleżanki, nauczyciel, to wszystko napawało mnie raczej obawą niż ciekawością. Pamiętam, że do szkoły pierwszy raz zaprowadziła mnie mama, a był to poniedziałek 2 września 1947 roku, i tak zaczęła się moja edukacja. Moim nauczycielem w Białachowie od pierwszej klasy do trzeciej był Stefan Giełdon. W czwartej klasie uczyła mnie pani Sikora, no a następne klasy kończyłem w Zblewie.
Nasz „Pan” był młodym człowiekiem, wysokim, energicznym i bardzo przyjaznym dla uczniów. Przeprowadzał z nami różne ciekawe doświadczenia na pracach ręcznych, często wychodziliśmy na wycieczki do okolicznych lasów, organizował różne szkolne przedstawienia z naszym udziałem i w końcu, chyba pod koniec roku szkolnego 1948/49 w drugiej klasie, zorganizował teatrzyk kukiełkowy, którego reżyserem był nasz „Pan”, a my jego aktorami. To tam właśnie po raz pierwszy zetknąłem się ze sztuką. Przychodzimy rano do szkoły, a na naszych ławkach leżą grudy gliny. Pan Giełdon powiada, byśmy ulepili ludzkie główki. Jakoś mi to dobrze wyszło, bo dostałem dodatkowe zadanie lepienia główek. Konkurencji za dużej nie miałem, bo moja klasa liczyła zaledwie 5 chłopaków. Okazało się, że główki potrzebne były do lalek – kukiełek. Potem były rozdane role poszczególnym aktorom, budowa sceny, do oświetlenia której, służyły rowerowe żaróweczki zasilane prądem z rowerowej prądnicy. Tą z kolei poruszał Gerard Petka, kręcąc pedałami roweru postawionego na siodełku i kierownicy. Jaką nazwę miała ta sztuka teatralna, zupełnie zapomniałem. Dopiero po dziesięcioleciach… ale o tym w dalszej części.
Minęło kilkanaście lat. Była wiosna 1961 roku. Przyjaźniłem się z kolegą szkolnym Ryszardem Czapiewskim ze Zblewa. Jego rodzice budowali dom na byłych „księżych włókach’, jak nazywaliśmy ziemie odebrane kościołowi zblewskiemu (jak w całej Polsce) przez system komunistyczny. Z rowów fundamentowych Rysiu z ojcem wyrzucali świetną glinę. Tę glinę natychmiast skojarzyłem z teatrzykiem w białachowskiej szkole. Wziąłem do ręki grudę i ulepiłem ludzką główkę, jak wtedy w szkole. A pan Czapiewski widząc to powiedział: „wej to je czisti nasz wazónik” – popatrz to jest prawdziwy nasz ksiądz proboszcz (Alojzy Licznerski). Nazywaliśmy go „wazonikiem”, bowiem z uwagi na schorzenia reumatyczne kiwał się na boki podczas odprawiania mszy świętej. Po ocenie mej „pracy” przez Pana Czapiewskiego, postanowiłem popracować w tej glinie. Zwiozłem do domu kilka wiader tej kopaliny, i się zaczęło.
***
Najpierw rzeźbić zacząłem popiersia znanych ludzi. Wydaje mi się, że pierwszą figurą było popiersie Lenina, bo jego charakterystyczna twarz ułatwiała mi wykonanie podobieństwa. Później był Mickiewicz, Kościuszko, była moja kuzynka Jadzia Kaiser i wiele innych drobiazgów z picassowskimi formami włącznie. Spoza domowników pierwszym recenzentem mych prac był nasz organista Izydor Borzyszkowski. Kiedy zobaczył schnące rzeźby, patrząc na Kościuszkę powiedział: „Edziuś, to ty zrobiłeś?” Bardzo mi się to spodobało i było zachętą do dalszej pracy. No dobrze, będziesz „tworzył” - i co dalej? Napisałem do ówczesnego Wojewódzkiego Domu Twórczości Ludowej w Gdańsku, że coś tu robię w glinie. Owszem, odpisali, że zjawią się u mnie. Coś to długo trwało w moim mniemaniu i zniecierpliwiony napisałem do Ministerstwa Kultury i Sztuki. To poskutkowało, bo zjawili się u mnie dość szybko. A przyjechali; Pani Stefania Liszkowska-Skurowa – etnograf, Pan Wojciech Błaszkowski – etnograf i Pan Antoni Mironowski – artysta plastyk z Sopotu. Weszli do werandy, gdzie gromadziłem moją „glinę” i… miny ich nie wzbudzały zaciekawienia. Pomyślałem - bracie, to wszystko pewnie jest do kitu. Rzeczywiście tak było. Pan Mironowski powiedział: "Artystą to pan nie jest, ale może być. Pozwoli pan, że pozbędziemy się najpierw tego pana". Wziął do rąk popiersie Lenina i upuścił go na betonową posadzkę. Lenin rozprysł się w drobny mak. Posunięcie było radykalne, co sprawiło, że glinę zarzuciłem. Wśród tych „dzieł” leżał sobie mały drewniany ptaszek, którego w międzyczasie w drewnie wyskrobałem. Pani Liszkowska widząc go powiedziała: "Panie Edmundzie, a może pan spróbuje rzeźbić w drewnie? Bo zdolności manualne pan ma". Drodzy moi, glina była plastyczna, łatwa w obróbce, a drewno? Obiecałem jednak, że coś zrobię.
Po miesiącu otrzymałem z WDTL-u zaproszenia do wzięcia udziału w wystawie Tradycyjnego Sprzętu i Sztuki Ludowej Kociewia w Starogardzie w salach Powiatowego Domu Kultury na ulicy Sobieskiego. To zintensyfikowało moją twórczość do tego stopnia, że lekarz Bogdan Wrycza z Ośrodka Zdrowia w Zblewie musiał mi zszywać rozciętą dłoń u nasady kciuka. I tu ciekawostka, kiedy zainteresował się przyczyną powstania rany, sam zaczął rzeźbić i to bardzo realistycznie, powiem, że z chirurgiczną precyzją.
Otwarcie wystawy nastąpiło, już tak bardzo nie pamiętam, ale chyba w maju. W tamtym czasie takie imprezy zaszczycali swą obecnością gospodarze województwa i powiatu. Dokonano uroczystego otwarcia wystawy. Jaką ja miałem wtedy tremę, aż trudno opisać. Moje rzeźbione figurki do szopki bożonarodzeniowej, scena z Drogi Krzyżowej, pastuszek i coś tam jeszcze to były prawdziwe mizeroty w zestawieniu prac takich rzeźbiarzy, jak Alojzego Stawowego z Bietowa, Stanisława Rekowskiego z Więckowych i Janka Giełdona z Czarnej Wody. Jednak z drugiej strony cieszyłem się, że znalazłem się w tak zacnym gronie. I to był mój debiut. Później ta wystawa objechała miasta powiatowe naszego województwa.
***
Od tamtej pory nasiliły się moje kontakty z WDTL-em. Byłem zapraszany na różne kursy, w tym scenografii, choreografii czy malarstwa. W tamtym czasie to był zupełnie inny świat. To nic, że brakowało bardzo wiele z dzisiejszego zaopatrzenia, raczkowała telewizja, telefony były na korbkę i na zamawianą rozmowę ze Zblewa z abonentem w Starogardzie trzeba było czekać godzinę i więcej - to nic, czas płynął wolniej.
Już od początku mej działalności interesowała się mną Centrala Przemysłu Ludowego i Artystycznego „Cepelia”. Zawiozłem kilka moich rzeźb i, o dziwo, zostały zakupione przez spółdzielnię cepeliowską, której agenda mieściła się w Gdyni. Ale była radość – moje prace przyniosły mi pierwsze dochody z twórczej działalności. Ta współpraca z Cepelią trwała ponad czterdzieści lat. To była bardzo dobra instytucja dająca możliwość zarobku tysiącom rękodzielników w Polsce. Z chwilą przemian ustrojowych w naszym kraju zlikwidowana została Cepelia w dotychczasowym kształcie. Cała rzesza ludzi straciła pracę i możliwość zarobkowania. Różnie o Cepelii mówiono, ja natomiast złego słowa o niej powiedzieć nie mogę. Tutaj istniał Fundusz Rozwoju Twórczości Ludowej, dysponujący środkami na stypendia, nagrody, zapomogi i subsydia. Organizowane były liczne konkursy, wystawy krajowe i zagraniczne, bardzo dużo dzieł twórców ludowych eksportowano za ocean. To wszystko się skończyło.
W 1965 roku odwiedził mnie pan Arpad Kowalski. Zbierał materiały do książki o twórcach ludowych Kaszub i Kociewia. Po kilku latach, mój znajomy redaktor z Chłopskiej Drogi Roman Wójcik przysłał mi książkę A. Kowalskiego pod tytułem „Śladami świątków”, w której i o mnie autor pisze. Bardzo się ucieszyłem z tego faktu, a książka jest do dziś w mojej bibliotece.
***
Opiekunem tworzących w rękodziele ludowym z ramienia WDTL-u była niezapomniana ś.p. mgr Stefania Liszkowska - Skurowa. Organizowała co roku zjazdy twórców w jej siedzibie. Dyrektorem tej placówki była wtedy, równie oddana twórczości ludowej, ś.p. Leokadia Grewicz. Pamiętam, jak zostałem zaproszony na taki zjazd, a mieszkałem jeszcze w Zblewie. Wtedy pierwszy raz spotkałem tak liczne grono rzeźbiarzy, hafciarek, plecionkarzy, poetów. Poznałem wtedy bliżej takich rzeźbiarzy jak: Apolinary Pastwa z Wąglikowic, Izajasz Rzepa z Redy, Leon Golla z Helu, Władysław Lica z Wdzydz Tucholskich, Stanisław Rekowski z Więckowych, Alojzy Stawowy z Bietowa, Jan Giełdon z Czarnej Wody, Teodor Kałuski z Małego Krówna. A hafciarki? Władysława Wiśniewska, Jadwiga Hinc, Leokadia Turzyńska, Marta Bławat, Helena Grulkowska – wszystkie z Wdzydz Kiszewskich, Monika Hildebrandt z Żukowa, Elżbieta Ebel z Wejherowa, Anna Konkel z Wejherowa, Ewa Wendt z Kartuz. Był plecionkarz Alojzy Speiser z Motarzyna, Anka Ostrowska z Wdzydz Kiszewskich też plecionkarka. Był rogarz Henryk Petk z Sierakowic i Bronisława Radtke z Żelistrzewa tkająca szmaciaki. Nikt z nich już nie żyje. Byłem bardzo zadowolony z tego spotkania, bowiem spotkałem ludzi znanych już w naszym środowisku od lat. Ja dopiero byłem na progu drzwi do tego świata. Tak się stało, że jestem w tej chwili rzeźbiarzem o najdłuższym stażu na Pomorzu i jednym z niewielu w kraju.
W 1972 roku zostałem przyjęty do Stowarzyszenia Twórców Ludowych w Lublinie, które działało już pięć lat, a powstało w 1968 roku z przekształcenia się Klubu Pisarzy Ludowych w STL o ogólnopolskim działaniu. Moja legitymacja ma numer 262. Dziś nasza organizacja skupia ponad dwa tysiące członków i liczebność ta utrzymuje się od wielu lat na tym samym poziomie. Organizacyjnie podzieleni jesteśmy na poszczególne Oddziały. Oddział Gdański STL powstał w 1978 roku z inicjatywy Krystyny Szałaśnej i mojej. Pani Krystyna zastąpiła panią Stefanię Liszkowską na stanowisku opiekuna twórców ludowych na naszym terenie i cieszyliśmy się z jej obecności do 2005 roku, do czasu przejścia jej na zasłużoną emeryturę. To była wspaniała etnografka. Miałem szczęście współpracować z panią Krystyną. Zjeździliśmy wspólnie wzdłuż i wszerz nasze Pomorze odwiedzając artystów ludowych. Tu byłby temat na całą książkę.
***
Lata siedemdziesiąte XX wieku były najlepszym okresem dla powojennej sztuki ludowej. Organizowano liczne wystawy, konkursy, imprezy folklorystyczne. Bardzo mile wspominam mój udział w Ogólnopolskim Festiwalu Folklorystycznym w Płocku, w którym uczestniczyłem dziesięć razy. Tam poznałem wspaniałych ludzi – ludowych artystów pracujących w wielu dziedzinach rękodzieła ludowego. Kilku ich wymienię; Wincenty Krajewski z Zawidza Kościelnego, Tadeusz Cąkała i bracia Adamscy – z Lubelskiego, Stanisław Korpa z kieleckiego, Tadeusz Kacalak i Antoni Kamiński z Kutna, Naumiuk z białostockiego, Boguszyński i Maik z Kujaw – to rzeźbiarze. A ceramicy, hafciarki, malarki? Już niewielu z nich zostało.
Mój udział w wystawach sztuki ludowej należy liczyć w dziesiątkach. Poczynając od Starogardu i miast naszego powiatu, poprzez Gdańsk, Toruń, Warszawę, Płock, Kraków, Wrocław, Białystok i inne miejscowości naszego kraju. Wystawiałem też zagranicą – Sakskøbing i Kopenhaga - to Dania, Turku i Sippola w Finlandii, Schwerin, Parchim, Frankfurt i Rostok w Niemczech, Luant we Francji, Budapeszt – Węgry. Dużo moich prac jest w USA, Australii i na wyspach Fidżi w rękach kolekcjonerów prywatnych.
Jak już wspomniałem, było wiele konkursów regionalnych i krajowych na rękodzieło ludowe. I ja w nich brałem udział. Sukcesy? Były pierwsze nagrody i niższej klasy. Były też całkowite porażki. Nigdy nie starałem się za wszelką cenę być w czołówce. Zawsze chciałem tworzyć a nie produkować. Raz zrobi się coś dobrego, innym razem wychodzą knoty. I na tym chyba polega poszukiwanie w swojej sztuce właściwego kierunku. Nie trzymam się uparcie pewnej konwencji w sztuce. Porównując moje pierwsze prace z dzisiejszymi, dostrzegam ogromną różnicę w stylu. A zestawiając ze sobą prace z poszczególnych lat, widzę płynne przechodzenie do realizmu. Więcej tu jest sztuki amatorskiej niż „stylu ludowego”. Nie chcę stać uparcie w miejscu, by przypodobać się stronie komercyjnej. Słyszę nieraz, jak klient na jarmarku przy stoisku rzeźbiarza „ludowego” szuka rzeźby w ludowym stylu, a twórca mu dopowiada, że zrobi mu, jaką sobie zamówi. Gdzie jest ta autentyczna ludowość? Ale tutaj już wchodzę na bardzo śliski grunt i pozostawiam go etnologom.
Drugą dziedziną mego rękodzieła to malarstwo na szkle. Tym również interesowałem się od dawna, bo już w 1959 roku poproszony zostałem przez Wojewódzki Dom Twórczości Ludowej w Gdańsku na warsztaty z malarstwa na szkle do Wejherowa. Dlaczego nie pojechałem? Pamięć nie odnotowała. Pewnie i dobrze, bowiem wtedy malowano na szkle bez oparcia o tradycyjne malarstwo na szkle, jakie na Pomorzu istniało. Nikt o tym nie wiedział, lub nie chciano wiedzieć z czysto ideologicznego punktu widzenia. Bo jak pogodzić fakt walki z kościołem i organizować warsztaty malowania na szkle w oparciu o zachowane zabytki o treści sakralnej, bowiem tylko o takiej tematyce malunki na szkle istniały na Pomorzu.
***
Kończyła się epoka komunizmu w Polsce i nadchodziła demokracja. W 1988 roku pani Krystyna Szałaśna – etnograf Wojewódzkiego Ośrodka Kultury w Gdańsku i dr Aleksander Błachowski z muzeum etnograficznego w Toruniu, zorganizowali warsztaty z malarstwa na szkle w oparciu o zachowane malunki z XIX wieku. Kilka sztuk znajduje się w Muzeum Kaszubskim w Kartuzach i dwa obrazki w Muzeum Etnograficznym w Toruniu. To jest wszystko, co zostało z XIX-wiecznego malarstwa na szkle, jakie funkcjonowało na Pomorzu. Na dodatek nie zachował się ani jeden obrazek z terenu Kociewia. Ja twierdzę, że i tu takie obrazki wisiały na ścianach wiejskich chałup. Na czym opieram swoje twierdzenie? A no na tym, że główny zbieracz tych obrazków Izydor Gulgowski był Kociewiakiem. Kiedy pod koniec XIX wieku otrzymał posadę nauczyciela we Wdzydzach Kiszewskich i zaczął penetrować okoliczne wsie w poszukiwaniu istniejących jeszcze obrazków na szkle, myślę, że w tych zabiegach nie pominął Kociewia – swoich stron rodzinnych. Kaszuby nie były rejonem odizolowanym od sąsiadów. Wpływy kulturowe Kaszub i Kociewia wzajemnie się uzupełniały. To, że obraźnicy z Dolnego Śląska przybywali na odpusty ze swymi wyrobami na Pomorze (bo to był początek zaistnienia obrazków na szkle na naszym terenie) z czysto komercyjnego punktu widzenia, nie ograniczali się wyłącznie do terenu Kaszub. To chyba jest logiczne. Wracając do I. Gulgowskiego, kiedy ze swoją żoną Teodorą założyli skansen budownictwa wiejskiego w 1906 roku, tam w tej pierwszej chacie rybackiej gromadzili obrazki na szkle. Było tego kilka tysięcy. Niestety, pożar w czerwcu 1932 roku strawił zalążek skansenu wraz z zbiorami.
Pan dr Błachowski dogłębnie zbadał zachowane zabytki, które już niewiele miały wspólnego z malarstwem dolnośląskim, bo były wytworem rodzimych artystów, i na ich podstawie poprowadził zajęcia z malarstwa na szkle. Byłem też ich uczestnikiem. Od tamtej pory maluje na szkle i nie tylko, bo również udzielam lekcji z tej dziedziny, na różnego rodzaju warsztatach z młodzieżą szkolną, z nauczycielami i uzdolnionymi mieszkańcami wsi.
Od 1985 roku współpracuję z Kaszubskim Uniwersytetem Ludowym we Wieżycy. Początkowo polegało to na uczestnictwie w plenerach, a w miarę nabierania doświadczenia, stałem się wykładowcą na zajęciach z malarstwa na szkle, rzeźby i konsultantem na corocznym plenerze dla twórców ludowych. KUL to wspaniała instytucja opierająca swą działalność na fachowej dydaktyce w dziedzinie upowszechniania kultury ludowej Kaszub, Kociewia i Borów Tucholskich. Cieszę się, że mogłem edukować dzieci i młodzież mojego Kociewia. Odbywało się to zwłaszcza w Centrum Wystawienniczym i Regionalnym w Tczewie. Nadal udzielam lekcji z tej dziedziny sztuki w Muzeum Etnograficznym w Oliwie. Moi podopieczni wręcz chłoną wiedzę z malarstwa na szkle, bo ani im w głowie wyjść na przerwę czy na śniadanie, i koniecznie chcą się spotkać ponownie. To jest obiecujące zjawisko.
***
W dotychczasowej mojej działalności twórczej, największym osiągnięciem i wydarzeniem był osobisty udział w budowie ołtarza papieskiego w Sopocie. Spotkać tak wielkiego człowieka, jakim był Pan Marian Kołodziej – scenograf, można raz w swoim życiu. Ten świętej już pamięci człowiek zapadł głęboko w moje serce. W znaczącym stopniu wpłynął na moją rzeźbę i spojrzenie na sztukę z właściwej strony. Ołtarz, do którego rzeźbione figury i kapliczki, z inspiracji pana M. Kołodzieja rzeźbiarze Pomorza wykonali, zapisał się na stałe w naszym krajobrazie. Wiele z tych kapliczek i figur zdobi nasze świątynie, stoją na rozstajach dróg, zdobią przydomowe kapliczki. A, że jestem zamiłowanym dokumentalistą zdarzeń z dziedziny folkloru i sztuki ludowej, na podstawie moich zbiorów napisałem książkę opisującą kulisy budowy ołtarza pod tytułem „OŁTARZ PAPIESKI DŁUTEM STWORZONY”. To moja druga książka, bo pierwsza nazywa się „Na ścieżkach wspomnień…” i mówi o moim życiu, życiu rodziny, zwyczajach obrzędach, życiu dawnej wsi. Obie pozycję mają niewielki nakład, bowiem wydałem je własnym kosztem. Zwracałem się o pomoc finansową do wielu instytucji, żadna nie pomogła. W 2010 wydałem „Na ścieżkach wspomnień II…” i zbieram materiał do trzeciego tomu mych wspomnień. W 2011 wydałem książkę „Moje życie we wspomnieniach” o życiu i twórczości kaszubskiego malarza Leona Bieszke. W 2016 napisałem i wydałem kolejną książkę - „Losy rodu Stachowiaków”, którą współfinansowali Hania i Janek Stachowiak z Breisach am Rhein. W tym roku ukaże się książka, którą wydam przy pomocy środków stypendialnych Urzędu Marszałkowskiego w Gdańsku, zatytułowana „Drogi Krzyżowe Kaszub i Kociewia”. Zawsze lubiłem pisać. Napisałem setki felietonów do różnych gazet i czasopism i piszę dalej.
Zbieractwo wszelkiego rodzaju przedmiotów kultury materialnej dawnej wsi przez wiele lat było moim konikiem. Chciałem mieć własne małe muzeum. Życie zadecydowało inaczej. Cały wielki zbiór przekazałem do zbiorów muzeów w Oliwie i Starogardzie. Uważam, że tam będzie najlepsze miejsce dla tego rodzaju muzealiów. Gwoli ścisłości muszę dodać, że trochę z rodzinnych pamiątek pozostało w moim domu. Między innymi jest stary patefon i tłuczek do ziemniaków z kuchni babci Antoniny, liczący pewnie ze sto lat. To tym tłuczkiem, przez domowników nazywanym trampkiem, były gniecione szturane kartofle do maślanki. Babcia mawiała; weźkaj jano trampek i uszturaj te bulwi, ja upsieka szpyrków. Tłuczek nazywano też dukaczem, kartofle dukane, mawiano też kartofle trampane.
Pozwól, Drogi Czytelniku, że wrócę do przerwanego wątku o teatrzyku w Białachowie. Wiele lat szukałem śladów mego „Pana” Stefana Gełdona (kiedyś pisał się Giełdon). By to zgłębić, odsyłam do mojej książki „Na ścieżkach wspomnień…”, tam wszystko opisałem. Tutaj chcę odnotować, że Pan Stefan Gełdon zaprosił mnie na jubileusz swojej działalności teatralnej jako jednego z aktorów pierwszego przedstawienia. Po wielu latach dowiedziałem się, że w Białachowie przedstawialiśmy adaptację bajki Aleksandra Puszkina „O Popie i jego parobku Jełopie”. Jubileusz 60-lecia pracy artystycznej i wychowawczej miał miejsce w Nowem w sobotę 17 października 2009 roku. To było bardzo miłe spotkanie, zwłaszcza, że po dziesięcioleciach spotkałem kolegę szkolnego Zygmunta Gołuńskiego, też jednego z pierwszych aktorów. Uhonorowani zostaliśmy pięknymi statuetkami teatralnymi.
W 2005 roku Zblewo obchodziło 700-lecie swego istnienia. Uczyniono mi z tego powodu bardzo miłą niespodziankę, bo Rada Gminy jednogłośnie przyznała mi tytuł Honorowego Obywatela Gminy Zblewo. Wójtem wówczas był Andrzej Gajewski. Czy zasłużyłem na ten tytuł? Uważam, że byli inni, godniejsi ode mnie, ale serdecznie za to dziękuję.
Uhonorowano mnie „Pierścieniem Mechtyldy”, a to z okazji 750-lecia Miasta Tczewa. Pierścień przyznała Rada Programowa Kociewskiego Kantoru Edytorskiego jako wyróżnienie redakcyjne „Kociewskiego Magazynu Regionalnego” w kategorii: edukacja regionalna.
Jeśli już mówię o honorach, jakie mnie spotkały na mojej twórczej drodze, najbardziej cenię sobie medal Oskara Kolberga. Mam też medal Teodory i Izydora Gulgowskich, brązowy i srebrny medal Bene Merenti, Skra Ormuzdowa, odznaki - Zasłużony dla Kultury Narodowej, Zasłużony Działacz Kultury, złoty i srebrny Krzyż Zasługi i medal Gloria Artis. Ja się tym nie chwalę. Myślę, że wszyscy po tylu latach działalności na polu upowszechniania kultury i sztuki ludowej Kociewia i Kaszub, powinni być czymś uhonorowanym.
***
Z perspektywy 56 lat zajmowania się kulturą i sztuką ludową wyrobiłem sobie już pewne zdanie na temat współczesnego rękodzieła. Chciałbym się zatrzymać przy jednym temacie, mianowicie przy rzeźbiarzach, tak zwanych samorodnych twórcach ludowych. 50 lat temu spokojnie można było nazywać ówczesnych rzeźbiarzy właśnie twórcami ludowymi, co było zgodne z definicją określającą ten typ działalności. No tak, tylko, że wtedy był zupełnie inny świat, nijak mający się do XXI wieku.
Kiedy zacząłem rzeźbić, była wiosna 1961 roku. W Zblewie stały jeszcze chaty pod strzechą, rolnik przemierzał kilometry za pługiem i kosił łany zbóż za pomocą kosy. Za stodołami stały rozwerki napędzające młockarnie czy sieczkarnie, a kartofle wybierało się na kolanach za pomocą trójzębnych haczek. A ówcześni rzeźbiarze? To byli samorodni artyści tworzący na potrzeby wsi. Rzeźbili świątki do przydrożnych kapliczek, co zdolniejsi na potrzeby wiejskich kościołów. Dawna rzeźba ludowa była wyłącznie o tematyce sakralnej i pokryta polichromią. Czemu rzeźbiarze malowali swoje dzieła? Bo taka była tradycja, bo farba dodawała uroku, uwidaczniała poszczególne elementy – atrybuty przynależne danemu świętemu, stanowiła warstwę ochronną dla rzeźby wystawionej na działanie warunków atmosferycznych, no i niwelowała braki warsztatowe twórcy. W drodze z Trąbek Wielkich do Starogardu przejeżdżamy przez Gołębiewo. Tam stoją dwie kapliczki słupowe – jedna po lewej na początku wsi, druga po prawej przy wyjeździe. Nieznający tematu podróżni nie mają pojęcia kogo przedstawiają figury na słupach. Te obecne figury są kopiami starych rzeźb przedstawiających św. Jana Nepomucena. Pod koniec XX wieku stare, piękne, pokryte polichromią rzeźby, z uwagi na postępująca degradację zostały przekazane do Muzeum Parku Etnograficznego we Wdzydzach Kiszewskich i zastąpione nowymi autorstwa ś.p. Zygmunta Bukowskiego. Pokryte zostały środkiem konserwującym i tyle. Polichromii już nie zastosowano – wielka szkoda. Tylko znawcy przedmiotu z trudem dostrzegą w figurach św. Jana Nepomucena.
Dzisiejsi rzeźbiarze też chcą być nazywani twórcami ludowymi, chociaż z tym pojęciem niewiele mają wspólnego. Są to raczej odtwórcy, którzy chcą się przypodobać odbiorcy swych dzieł. Formę ludowej rzeźby znajdujemy nawet w warsztatach artystów z akademickim wykształceniem. Mało jest rzeźby o tematyce sakralnej, a jeśli już, to u tych najwybitniejszych twórców, szanujących tradycję. Wiele jest rzeźby o świeckim wizerunku - rybacy, kowale, Żydzi, praczki itp. pokrytej ciemną bejcą (dot. Pomorza), no bo to się sprzedaje.
A jaka jest przyszłość w tej dziedzinie sztuki? Trzeba nazwać rzecz po imieniu i skończyć z przymiotnikiem „ludowy”. Bezpieczniej byłoby nazwać współczesnych rzeźbiarzy twórcami amatorami lub odtwórcami dawnej rzeźby ludowej.
Gdańsk 10 czerwca 2017 Edmund Zieliński

                                                           

                        W lewej ręce trzymam kompozycję rzeźbiarską Matka Boża z Lourdes.
                         Rzeźbę wykonałem w 1961 roku.  Foto: Katarzyna Kulikowska



                        Trzymam moją pierwszą pracę - szopkę bożonarodzeniową z 1961 roku.
                         Foto: Katarzyna Kulikowska




                                                     Na tle mojej małej kolekcji



 Z grupą Palestyńczyków w muzeum w Oliwie 17 lipca 2016. Prowadziłem z nimi zajęcia z                                                              malarstwa na szkle.



wtorek, 9 maja 2017

DrukujE-mail
poniedziałek, 08 maj 2017

O Stanisławie Rekowskim  z Więckowych, znanym artyście ludowym.





Stanisław Rekowski siedzi na wole
Zdjęcie, bardzo niewyraźne, ale pod szkłem, że mucha nie siada. Urocze. Zdejmuję, wyjmuję, skanuję, mam! Stanisława Rekowskiego, słynnego twórcę ludowego, kawalera medalu im. Oskara Kolberga. Siedzi na wole zaprzężonym do wozu z choinkami. Wnuczka, Gabriela Plichta, wychowywała się u niego z bratem Edwardem, bo mieszkał w centrum wsi Więckowy. Od niego mieli blisko do szkoły, a rodzice mieszkali na wybudowaniu. Poza tym babcia miała chorą nogę i trzeba było jej pomagać. Gabriela dostała w genach talent po dziadku i zainteresowanie sztuką. Pomagała mu, gdy rzeźbił ptaszki, zabawki, meble. Malowała je.

- Lubię malować to, co zanika, naturę – mówi Gabriela. - I to, co już umyka. Trzeba łapać chwilę, bo już tego nie będzie. O, i sny też lubię malować.

Jej tata, Wacław Rekowski, złota rączka, usprawniał maszyny rolnicze, był wynalazcą. Wiele osób z SKR-u przyjeżdżało podglądać, co też takiego skonstruował. Unowocześnił snopowiązałkę i prasę. I - najważniejszy wynalazek - skonstruował urządzenie do wyrzucania obornika.... Kiedyś wyrzucano obornik na tak zwany ganek, korytarz między buchtami. I widłami dalej, poza budynek. A on to usprawnił. Zamontował na prętach szynę pod sufitem na długości ganku, a na tej szynie ruchomą platformę. Obornik wrzucano na platformę, wypychano i... na zewnątrz. Tata miał we wsi pierwszą snopowiązałkę, pierwszy samochód - warszawę garbusa, pierwszy telewizor.

Gabriela od lat prowadzi zajęcia plastyczne w domu kultury w Skarszewach. Chodzi jej o młodzież.

- Ona nie ma na wsi co robić, trzeba ją zająć. A najprościej można zająć przekazując to, co zanika. Są ludzie, którzy piszą wiersze, pięknie haftują, rzeźbią. Dlaczego nie mają tego robić młodzi? I to może być ten dodatkowy grosik. Przecież mamy kwatery agroturystyczne. Tam można zwieźć takie ludowe dzieła, oby tylko przedstawiały ten teren. To powinna być promocja. A my ściągamy pamiątki z zewnątrz. Powinno być tak, że tu, z tej wioski, mógłby pan kupić coś w każdej kwaterze agroturystycznej. Wójtowie też powinni kupować wyroby lokalnych twórców jako nagrody dla gości. Trzeba ocalić od zapomnienia rękodzieło! I żeby odbywały się wystawy, wieczory poetyckie, kolęd, różne.

Słucham pani Gabrieli. Czytam komentarze pod zdjęciem w internecie. O, pamiętam, tak się u mojego dziadka na wsi jeździło! - piszą. Tymczasem Rekowski wsiadł na woła dla kawału. Niezły był z niego kpiarz. Na luzie, proszę, na luzie – jakby mówi. 
Tadeusz Majewski 2004 r.  



Stanisław Rekowski i jego prace. Zdjęcie jest własnością Muzeum Etnograficznego w Oliwie. Wykonał je pan Kleina w 1974 r. Nadesłał Edmund Zieliński


O STANISŁAWIE REKOWSKIM - WIELKIM TWÓRCY LUDOWYM. BYŁ SOBIE KPIARZ W WIĘCKOWACH


O STANISŁAWIE REKOWSKIM - WIELKIM TWÓRCY LUDOWYM. BYŁ SOBIE KPIARZ W WIĘCKOWACH Drukuj E-mail
poniedziałek, 08 maj 2017


Stanisław Rekowski siedzi na wole
Zdjęcie, bardzo niewyraźne, ale pod szkłem, że mucha nie siada. Urocze. Zdejmuję, wyjmuję, skanuję, mam! Stanisława Rekowskiego, słynnego twórcę ludowego, kawalera medalu im. Oskara Kolberga. Siedzi na wole zaprzężonym do wozu z choinkami. Wnuczka, Gabriela Plichta, wychowywała się u niego z bratem Edwardem, bo mieszkał w centrum wsi Więckowy. Od niego mieli blisko do szkoły, a rodzice mieszkali na wybudowaniu. Poza tym babcia miała chorą nogę i trzeba było jej pomagać. Gabriela dostała w genach talent po dziadku i zainteresowanie sztuką. Pomagała mu, gdy rzeźbił ptaszki, zabawki, meble. Malowała je.
- Lubię malować to, co zanika, naturę – mówi Gabriela. - I to, co już umyka. Trzeba łapać chwilę, bo już tego nie będzie. O, i sny też lubię malować.
Jej tata, Wacław Rekowski, złota rączka, usprawniał maszyny rolnicze, był wynalazcą. Wiele osób z SKR-u przyjeżdżało podglądać, co też takiego skonstruował. Unowocześnił snopowiązałkę i prasę. I - najważniejszy wynalazek - skonstruował urządzenie do wyrzucania obornika.... Kiedyś wyrzucano obornik na tak zwany ganek, korytarz między buchtami. I widłami dalej, poza budynek. A on to usprawnił. Zamontował na prętach szynę pod sufitem na długości ganku, a na tej szynie ruchomą platformę. Obornik wrzucano na platformę, wypychano i... na zewnątrz. Tata miał we wsi pierwszą snopowiązałkę, pierwszy samochód - warszawę garbusa, pierwszy telewizor.
Gabriela od lat prowadzi zajęcia plastyczne w domu kultury w Skarszewach. Chodzi jej o młodzież.
- Ona nie ma na wsi co robić, trzeba ją zająć. A najprościej można zająć przekazując to, co zanika. Są ludzie, którzy piszą wiersze, pięknie haftują, rzeźbią. Dlaczego nie mają tego robić młodzi? I to może być ten dodatkowy grosik. Przecież mamy kwatery agroturystyczne. Tam można zwieźć takie ludowe dzieła, oby tylko przedstawiały ten teren. To powinna być promocja. A my ściągamy pamiątki z zewnątrz. Powinno być tak, że tu, z tej wioski, mógłby pan kupić coś w każdej kwaterze agroturystycznej. Wójtowie też powinni kupować wyroby lokalnych twórców jako nagrody dla gości. Trzeba ocalić od zapomnienia rękodzieło! I żeby odbywały się wystawy, wieczory poetyckie, kolęd, różne.
Słucham pani Gabrieli. Czytam komentarze pod zdjęciem w internecie. O, pamiętam, tak się u mojego dziadka na wsi jeździło! - piszą. Tymczasem Rekowski wsiadł na woła dla kawału. Niezły był z niego kpiarz. Na luzie, proszę, na luzie – jakby mówi. 
Tadeusz Majewski 2004 r.  


Stanisław Rekowski i jego prace. Zdjęcie jest własnością Muzeum Etnograficznego w Oliwie. Wykonał je pan Kleina w 1974 r. Nadesłał Edmund Zieliński

czwartek, 4 maja 2017

Białachowo – wieś warta upamiętnienia

 Białachowo – wieś  warta upamiętnienia 
  Niewielka wieś w gminie Zblewo. Tu się urodziłem, tu chodziłem do szkoły, tu spędziłem najpiękniejsze lata mego dzieciństwa w otoczeniu lasów, jezior i czystej przyrody. Tyle lat upłynęło, a wciąż żywo staje mi przed oczyma czas moich młodych lat, kiedy w rodzinnym Białachowie z niecierpliwością oczekiwaliśmy wiosny, chociaż tamte zimy też miały swój urok. Kiedy już nadeszła  i coraz cieplej było na dworze, boso biegaliśmy do szkoły, po polach i lasach. Boso chodzić w tamtych latach było czymś zupełnie normalnym. 
Chodząc do czteroklasowej Szkoły Podstawowej w Białachowie mijałem cmentarz ewangelicki, który w tamtym czasie nie miał żadnego poszanowania, bo tu leżeli innowiercy. Pamiętam liczne nagrobki, a na nich inskrypcje w języku niemieckim. Jako dzieci biegaliśmy po tej nekropolii bez szacunku dla zmarłych. Cmentarz otoczony był kamiennym murem, który na początku lat 60 tych został rozebrany i przeznaczony na podwaliny budującego się domu Prezydium Gromadzkiej Rady Narodowej, dzisiejszego Urzędu Gminy w Zblewie. Jestem gotów wykonać pasyjkę na krzyż, który mógłby stanąć na tym cmentarzu.
Na skraju wsi jest dom w którym urodził się znany nauczyciel, Honorowy Obywatel Gminy Zblewo, pan Edmund Dywelski. Znałem rodziców pana Edmunda i jego rodzeństwo, a dom mijałem chodząc do szkoły. Już wtedy wiedziałem od rodziców, że gdzieś w pobliżu szkoły leżą w ziemi szczątki Żydówek zamordowanych przez niemieckich konwojentów z formacji SS. Prawdopodobnie były to więźniarki z obozu koncentracyjnego  Stutthow. Miejsce to nie było oznakowane. Dopiero po latach, w latach siedemdziesiątych,  kiedy kierownikiem szkoły w Białachowie został pan Bolesław Wojdanowicz, miejsce pochówku Żydówek zostało trwale upamiętnione.  Trzeba oddać cześć pani Edeltraut Grudniewskiej, która z ramienia Urzędu Gminy w Zblewie sprawowała pieczę   nad tym  miejscem pamięci.

                       Boża Męka w Białachowie  foto Edmund Zieliński 4 kwietnia 2016

   Majowe nabożeństwo  w Białachowie  - dnia 26 maja 2016 roku  foto: Wojciech Zieliński


W Białachowie było gospodarstwo pana Józefa Osowskiego, który przed wojną był sołtysem. Zachował się u mnie „Dokument ślubu” moich rodziców  z 30 czerwca 1929 roku. Na odcisku okrągłej pieczęci widnieje napis -  Urząd Stanu Cywilnego na Obwód Miradowo. Dokument podpisał „Urzędnik stanu cywilnego”  Osowski. Ciekawy był wówczas podział administracyjny Gminy.
W  czasie okupacji pan Osowski kierował placówką   organizacji Gryf Pomorski. Jego żona miała na imię Klara z domu Niedzielska.  Mówił mi przed swoją śmiercią mój ojciec, że składał przysięgę przed panem Osowskim jako członek tej organizacji. O ile dobrze pamiętam z opowiadań starszych mieszkańców, pan Józef Osowski zginął w niemieckim obozie koncentracyjnym Stutthow.  Po wojnie w gospodarstwie pana Osowskiego zamieszkał pan Bartnicki, który w latach 50 tych przeprowadził się do Borzechowa.
Nieopodal znajduje się były majątek ziemski Niemca Helmuta Hermana, który zawiadywał nim do lutego 1945 roku. Są różne opinie na temat Hermana. W majątku tym podczas okupacji pracował przymusowo mój ojciec, a od 1943 roku mój brat Jerzy. Dorywczo, jako uczennica szkoły w Białachowie, również moja siostra Danusia. Jak powiadał mój ojciec, dzięki temu, że pracował w majątku Hermana, nasza rodzina nie została wywieziona, w najlepszym przypadku, do Generalnej Guberni. A mogło tak się stać,  ponieważ ojciec  nie podpisał Deutsche Volkslisty (niemieckiej Listy Narodowościowej). Byliśmy Polakami.

                        Mocno zmodernizowany pałac Helmuta Hermana w Białachówku
                                              Foto Edmund Zieliński 8 września 2010



              Resztki budynków gospodarczych byłego majątku Helmuta Hermana w Białachówku
                                     Foto: Edmund Zieliński  dnia 8 września 2010

Z panem Tomaszem Damaszkiem doszliśmy do wniosku, że należałoby postawić w Białachowie tablicę  (w obrębie świetlicy) z informacją o cmentarzu, grobie masowym, majątku w Białachówku, o panu Józefie Osowskim i Edmundzie Dylewskim. 
Do współpracy poprosiłem Gminę Wyznaniową Żydowską, Instytut Pamięci Narodowej i parafię Ewangelicko – Augsburdzką  - korespondencja poniżej. 
Mam nadzieję, że nasze zamierzenia zostaną zrealizowane i w sierpniu przy okazji XI pleneru Artystów Ludowych Pomorza w Bytoni dokonamy uroczystości odsłonięcia tablicy pamiątkowej w Białachowie. 

Gdańsk 31 stycznia 2017  
Gmina Wyznaniowa Żydowska w Gdańsku
Szanowni Państwo! 
W miejscowości Białachowo - gmina Zblewo pow. Starogard-Gd. jest grób masowy nr 54 ze szczątkami młodych Żydówek. Zostały zamordowane przez Niemców pod koniec wojny w 1945. Prawdopodobnie w czasie marszu śmierci więźniów KL Stutthow. W załączeniu jest zdjęcie tego grobu.  Chciałbym, wraz z Panem Tomaszem  Damaszkiem - dyrektorem szkoły w Bytoni i jednocześnie prezesem Oddziału Kociewskiego Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, upamiętnić to miejsce szerszą informacją na temat tej haniebnej zbrodni. Czy macie Państwo jakieś informację na ten temat, lub sugestie dotyczące upamiętnienia tego miejsca? 
Serdecznie pozdrawiam 
Edmund Zieliński


                             Grób masowy pomordowanych Żydówek w Białachowie
                                      Foto: Barbara Maciejewska  dnia 26 maja 2016

W dniu 2017-02-01 o 11:34, GWŻ Gdańsk pisze:
Szanowny Panie, 
niestety, nie posiadamy żadnych materiałów historycznych na temat tego miejsca kaźni. Niemniej jednak jesteśmy, oczywiście, zainteresowani jego należytym upamiętnieniem. Wcześniej zdarzało się, że lokalne społeczności, i władze zwracały się do nas o konsultacje przy stawianiu pomników lub tablic pamiątkowych w miejscach masowych grobów na trasie tzw. marszu śmierci. Myślę, że taką współpracę moglibyśmy podjąć i tym razem. Trzeba by uzyskać informacje archiwalne bądź dokumentację pochodzącą, z czasów, gdy stawiano widoczną na zdjęciu tablicę. Jesteśmy gotowi w ramach swoich możliwości wspomóc Państwa cenną inicjatywę.

Serdecznie pozdrawiam

Michał Rucki

Instytut Pamięci Narodowej w Gdańsku
Szanowna Pani!
We wsi Białachowo gmina Zblewo, znajduje się grób masowy nr 54 ze
szczątkami Żydówek zamordowanych podczas marszu śmierci z KL Stutthow w
1945 roku. Miejsce to jest upamiętnione, jak na załączonym zdjęciu.
Chciałbym w tej wsi (miejscu mego urodzenia) postawić tablicę
informującą o miejscach godnych zauważenia, jak wspomniany grób,
cmentarz ewangelicki, miejsce urodzenia Honorowego Obywatela Gminy
Zblewo Edmunda Dywelskiego, informacja o byłym majątku Niemca Helmuta
Hermana - miejscu zatrudnienia przymusowych robotników tak miejscowych,
jak i z Ukrainy.
Czy u Państwa znajduje się jakaś informacja odnośnie wspomnianego grobu
masowego?
Serdecznie pozdrawiam
Edmund Zieliński

Szanowny Panie

Ze wstępnych ustaleń Oddziałowego Biura Upamiętniania Walk i Męczeństwa IPN w Gdańsku wynika, iż w gminie Zblewo na początku lutego 1945 r. niemieccy konwojenci SS zastrzelili przed wsią Białachowo, na trasie marszu śmierci, 9 więźniarek pochodzenia żydowskiego z nieustalonego obozu. Zwłoki zakopano w polu. Po wojnie za szkołą nad strumykiem usypano grób ku ich pamięci.
Szczegółowe ustalenia w sprawie wymagają przeprowadzenia pogłębionej kwerendy w archiwach IPN, archiwach innych podmiotów oraz w literaturze naukowej. Ze względu na powyższe prosimy o wyrozumiałość w oczekiwaniu na wyniki kwerendy.

Z poważaniem

Katarzyna Lisiecka
Zastępca Naczelnika
Oddziałowego Biura Lustracyjnego IPN
w Gdańsku;
Oddziałowe Biuro Upamiętniania Walk i Męczeństwa IPN
w Gdańsku
tel. 58 511 92 81


Szanowny Panie Edmundzie,
bardzo dziękuję za wiadomość. To już jest konkretny ślad i wskazówka. Miejmy nadzieję, że IPN jeszcze coś w tej sprawie znajdzie. 

Serdecznie pozdrawiam

Michał Rucki


Parafia Ewangelicko – Augsburdzka (luterańska)  Gdańsk – Gdynia - Sopot
Szanowni Państwo! 
Wraz z dyrektorem szkoły w Bytoni i jednocześnie prezesem Kociewskiego Oddziału Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego Tomaszem Damaszkiem, staramy się o upamiętnienie cmentarza ewangelickiego w Białachowie (bliższa informacja o tym cmentarzu w poniższym linku). 
Serdecznie zapraszamy do współpracy. Może u Państwa znajdują się jakieś informacje o  tej nekropolii. Czy moglibyśmy postawić na tym cmentarzu krzyż? 
Serdecznie pozdrawiam i czekam na jakieś informacje, sugestie itp. 
Szczęść Boże! 
Edmund Zieliński
Gdańsk marzec 2017                                                       Edmund Zieliński


                                           Cmentarz ewangelicki w Białachowie  
                                         Foto: Edmund Zieliński  17 sierpnia 2006



                        Resztki nagrobków na cmentarzu ewangelickim w Białachowie
                                            Foto: Edmund Zieliński 8 kwietnia 2015

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

EDMUND ZIELIŃSKI. GARŚĆ WSPOMNIEŃ OKOŁO WIELKANOCNYCH

Uczestnicząc we wczorajszej mszy świętej Niedzieli Palmowej, podczas święcenia palm przez ks. Waldemara, wróciłem wspomnieniami do mojego Zblewa. Dziś tego się już nie praktykuje, ale wtedy przed mszą świętą miała miejsce procesja wokół kościoła kończąca się ciekawym zwyczajem. Otóż niosący krzyż na czele procesji po okrążeniu kościoła zatrzymał się przed zamkniętymi drzwiami wejściowymi do kościoła.
Ksiądz proboszcz przejął krzyż i trzykrotnie zastukał nim w drzwi. Za drzwiami stał ktoś i na ten znak otwierał wejście do kościoła. Czyniono tak dla upamiętnienia wjazdu Pana Jezusa do Jerozolimy. Kiedy ks. Waldemar w towarzystwie trzech ministrantów odczytywał „Mękę Pana Naszego Jezusa Chrystusa wg św. Mateusza”, z nostalgią wróciłem pamięcią do Zblewa, kiedy nasz chór p.w. św. Cecylii wykonał tę Pasję. Solistami wówczas byli: śp. ks. Dziekan Franciszek Wróblewski – ewangelista, śp. Roman Rozkwitalski – Judasz, ja wykonywałem partię Pana Jezusa. Pozostali chórzyści zastępowali lud. Przygotowania do tego trwały dość długo i to nie tylko na chórze, ale i na plebanii soliści ćwiczyli swoje partie. Pamiętam, że wśród obecnych na plebanii był pan Jerzy Trocha, zblewski nauczyciel. Pozostały wspomnienia i nuty, którymi się posługiwałem.
Wtedy wierni przynosili ze sobą palemki składające się z wierzbowych gałązek z rozwiniętymi baziami, były tam gałązki bukszpanu i dekoracyjne wstążeczki. W naszym kościele nie widziałem ani jednej starej tradycyjnej palemki naśladującej dawne pomorskie zwyczaje. Dominowały palmy wileńskie, kurpiowskie czy krakowskie. Jeszcze kilka lat temu harcerze sprzedawali przed kościołem wiązki tradycyjnych palemek – u nich je kupowaliśmy, by tradycji stało się zadość. Niestety, i to się skończyło, przynajmniej na mojej Zaspie. Szkoda, że tak łatwo pozbywamy się naszej rodzimej tradycji.
Od Wielkiego Czwartku do mszy zmartwychwstania Pana Jezusa milkną w kościele organy, dzwony i dzwonki. Te ostatnie zastępowane są drewnianymi kołatkami. Pamiętam, mieszkając jeszcze w Zblewie, na Anioł Pański w południe zamiast dzwonu na wieży słychać było głos klekotek uruchamianych przez chłopców, chodzących wokół kościoła, którzy się prześcigali do tej czynności. Jak mi przypomniał mój przyjaciel Edmund Łącki, również uczestniczył w tych czynnościach. Powiedział jeszcze, że na czele klekoczącego zespołu szedł jeden ze starszych ministrantów kręcąc tak zwaną sznarą - terkotką. 
Z moim kolegą Jerzym Walkuszem z Hopowa przeprowadziliśmy wiele warsztatów dla dzieci, młodzieży i nauczycieli z obrzędowości wiosennej, ucząc ich wykonania kołatek i klekotek. Zajęcia te prowadziliśmy w Kaszubskim Uniwersytecie Ludowym we Wieżycy – cieszyły się wielkim powodzeniem. A że wszystko ma swój kres, i te zajęcia się skończyły.
Dzisiaj msza święta upamiętniająca Zmartwychwstanie Pana Jezusa sprawowana jest w sobotę wieczorem. Jakoś nie mogę się do tego przyzwyczaić. Dla mnie najważniejszym przeżyciem była poranna msza rezurekcyjna w niedziele Zmartwychwstania Pańskiego i gromkie „Wesoły nam dzień dziś nastał”. W Zblewie ta uroczystość rozpoczynała się o godzinie 6 rano i trwała prawie dwie godziny. Męska część naszego chóru stanęła przed grobem Pana Jezusa, który wtedy mieścił się pod ołtarzem Matki Bożej, i rozpoczynaliśmy uroczystość śpiewem łacińskiej modlitwy Gloria tivi trinitas eqvalis – tyle zapamiętałem.
Na zakończenie życzę moim miłym Czytelnikom Radosnych Świąt Zmartwychwstania Pańskiego. Nie życzę mokrego poniedziałku, jak to się teraz życzy, a dobrego szmagustra – może być z gałązką jałowca.
Gdańsk 10 kwietnia 2017 Edmund Zieliński

Kwiatki z papieru wykonane przez uczestników zajęć z rękodzieła



Edmund Zieliński i Jerzy Walkusz na zajęciach z dziećmi


Edmund Zieliński demonstruje działanie klekotki



Co tu dalej zrobić?



Terkotka, kołatka, niebieski uchwyt, goki

Powyżej sznara, czyli terkotka





Klekotka i kołatki


Praca wre

Wykonane rękodzieła na zajęciach



Próba wykonania baranka wielkanocnego



Baranki wielkanocne



Papierowe ptaki-kanie do obrzędu "Ścinanie kani"



Uczestniczki warsztatów i ich dzieła


Wystawa prac artystów z Wilna w Nadbałtyckim Centrum Kultury w Gdańsku



Oryginalne palmy wileńskie


Piękne - prawda?