środa, 30 marca 2016

Szanowni Państwo - Wójt, Rada,  pracownicy Urzędu Gminy w Zblewie i mieszkańcy - moi ziomkowie!

Niech Zmartwychwstały Jezus Chrystus darzy Was ciągłym  zdrowiem i nieustającą opieką. Niech w Waszych rodzinach panuję miłość , zgoda i dobroć. A mężczyźni niech pamiętają - w poniedziałek skoro świtanie zaczyna się dyngowanie. Tak po naszemu:
Dyngus dyngus po dyngusie
leży placek na obrusie.
Babcia kraje dziadek daje
proszę o święcone jaje.

Z serca życzy i serdecznie pozdrawia
Edmund Zieliński z małżonką.







niedziela, 6 marca 2016

REGINA MATUSZEWSKA. LEPSZA SWOJA ŁATA, NIŻ CUDZA SZATA - CZ. XVIIDrukujE-mail
niedziela, 06 marzec 2016
Edmund Zieliński: Czytając wspomnienia pani Reginy Matuszewskiej zanurzamy się w zupełnie inny świat, świat bezpowrotnie miniony, przez starszych mile wspominany. Kiedy pani Regina pisze o swoim ojcu krawcu, pamięcią wracam na ulicę Kościelną w Zblewie, gdzie miał swój warsztat krawiecki pan Edmund Szulc. Dom stał naprzeciw spichlerza pana Jancy, dziś przebudowanego na sklepy wielobranżowe. 
Korzystaliśmy z usług pana Szulcy. Szył mi młodzieńczy garniturek. Jego warsztatem była jedna z izb jego mieszkania. Duży stół z wielkim blatem, który służył do wszystkiego, co wiąże się z krojeniem, fastrygowaniem, szyciem i prasowaniem. Widzę to ciężkie żelazko stojące na mosiężnej podstawce i manekina z zawieszoną na nim ledwie zaczętą marynarką. Jakby to było wczoraj. Od dawna nie ma pana Edmunda Szulcy, jego warsztatu i domu. Pozostały wspomnienia.









Regina Matuszewska część XVII

Polska z Ruskiem wojnę wygrali, a Niemcy przegrali. Teraz po tylu latach okazuje się, że Niemcy są górą. Niemiecka zasobność i gospodarność doszła do bogactwa i rozkwitu. Dzisiaj i my chwalimy to, co niemieckie, tracimy dawną nienawiść, którą nam przez wszystkie lata wpajano. Widzimy i słyszymy, jak młodzi ludzie jadą do nich i się płaszczą przed nimi. Przywożą to, czego już Niemcy nie chcą. Handlują tym i cieszą się, że mają zarobek. Kto tu przegrał i kto tu winien, żeśmy tak nisko upadli. Służyliśmy podczas okupacji i teraz służymy z własnej woli. Gdzie te przysłowie - lepsza swoja łata, niż cudza szata. Stroimy się w cudze piórka. Co nasze stare i dobre, bo nas tyle lat grzało, wyrzucamy do lamusa. Ameryka nas zauroczyła swoimi mamidłami. Narzucić chcą nas swoimi dobrociami. Wszyscy nas chcą uczyć ich rozumu, jakbyśmy naprawdę byli niedorozwinięci, jakbyśmy nie mogli wypracować swoich wzorców i żyć według swojej kieszeni. To tak, jak ja bym poszła do sąsiadki, pożyczyła pieniędzy i kupiła sobie kapelusz, albo jeszcze gorzej - kupiłabym wódki, wina, różnych „marsów” i coś tam jeszcze. Bez tego można się obyć, zastępując czym innym. Teraz tak się chyba robi, inaczej byśmy nie doszli do takiej gospodarki. Teraz Polska to jest jak takie pijaczysko, co nie może się z nałogu wyzwolić i musi dalej pić i pożyczać na to picie. Tak wygląda teraz, że Polska nie jest Polską. Straciliśmy Polskę i polski honor.

Regina Matuszewska, Elżbieta Żuławska i Krystyna Szałaśna w Czarnymlesie 24 kwietnia 1996

Niemcy zaprowadzili podczas okupacji swoje rządy. Szkoły zamknęli i dzieci nie uczyły się. Pomagały rodzicom w polu i w domu. Starszą młodzież zabierali w transporty i wywozili na roboty do Niemiec. Młodzież nadgraniczna sama się zgłaszała do Prus na roboty za służących. Stręczyli (namawiali - E.Z.) jeden drugiemu, że tam, u tego Niemca, będzie ci dobrze. Chcieli być bliżej swoich rodzin, mogli odwiedzać swoje rodziny. Zabrali dalej, wtedy była prawdziwa niewola. Niemcy wyznaczali szarwark, furmanki były im potrzebne. Ojciec miał ziemię i konia, i też musiał jechać, jak na niego sołtys czy podsołtys wyznaczył. Ludzie dużo przynosili do szycia. Lejby już nie było i innych żydowskich krawców. Matka mówiła do Żyda, jak raz on czytał po niemiecku książkę: "Wasza mowa podobna do niemieckiej, to wam będzie dobrze, gorzej z nami". Żyd jej przytakiwał, ale oni chyba coś czuli, bo z moich stron wszyscy pouciekali. Ojciec na całą okolicę był sam, co szył. Ludzie się naprzykrzali z robotą. Ojciec poszedł do gminy, do wójta niemieckiego, rozpowiedział o swoich kłopotach. Wójt wysłuchał ojca i wypisał zwolnienie od szarwarku.

Regina Matuszewska z mężem Stanisławem

Ojciec wziął ucznia, żeby uczyć. Ciotki Franek też przyszedł się uczyć na krawca. Ludzie sami się garnęli do nauki jakiegoś zawodu. Pod koniec roku było pięciu uczniów stale. Ojciec dobudował do domu pracownię. Dwóch uczniów jeszcze było dochodzących. Franek spał na ślabanie (ława przystosowana do spania – E.Z.), Bronek na leżance, Antek rozkładał na dużym stole sukno, co ludzie przynieśli do szycia, i spał na stole. Ten blat stołu nie był przybity. Raz cały blat spadł razem z nim i on dalej spał. Jaki to jest sen mocny młodych ludzi. Franek, Bronek i Antek jedli śniadanie i kolację razem z nami. Na śniadanie i kolację były gotowane ziemniaki i coś do ziemniaków, kapusta czy barszcz jakieś i kluski na mleku, czy jakaś kasza. Przy stole ledwieśmy się zmieścili. Była stawiana miska duża z ziemniakami i duże miski z kapustą. Jak to było zjedzone, stawiało się salaterki z mleczną zupą. Wszyscy sięgali i się najedli. Pomiędzy śniadaniem a wieczerzą gotowało się kawę. Oj, czy kawa była... cykoria czy inną mieszanka. Chłopcy szli na niedzielę do domu i blachę chleba sobie przynosili na cały tydzień. Leli sobie kawę, słodzili i jedli z chlebem. Uczniowie się zmieniali. Wyuczyli się i szli na swojej maszynie szyć. Byli i tacy, co się nie nadawali do tego fachu, też odchodzili. Początkującemu przywiązywało palec obrębkiem. Środkowy, na którym miał naparstek. Ten palec musiał się odpowiednio przygiąć, żeby nie szyć bokiem palca, tylko środkiem. Brało się w prawą rękę igłę bez nici i wkłuwało się w szmatę pustą igłę, aż się nauczył szyć na pusto, dostawał coś do obrzucania szwów. Kiedy nauczył się szyć igłą, dopiero uczył się szyć na maszynie. Antoś, najmłodszy brat mojego ojca, odwiedzał nas często. Też się trochę uczył szyć, ale mówił, że to nudne. Wolał grać na organce (harmonijka ustna – E.Z.) i robić coś w polu. Później nas już nie odwiedzał. Poszedł do szkoły rolniczej. 

Regina Matuszewska z mężem Stanisławem
Babcia kupiła stryjkowi osiem hektarów ziemi szlacheckiej, czyli pszenno-buraczanej. Na samą wojną babka stryjka Antosia ożeniła. Piszę ożeniła, bo babka o wszystkim decydowała. Słyszałam, jak po cichu kumy babcine gadały, że Antoś nie bardzo rwał się do ślubu z Honorcią. Mnie się nowa stryjenka bardzo podobała. Na tym weselu tylko ja byłam. Do domu babki naschodziło się kumów pełna izdebka. Była dość obszerna i tam kobiety ustały w kółeczko i śpiewały skoczne i wesołe piosenki, trochę inne jak w Łączkach. Kobiety i ubrane były inaczej, po szlachecku. Spódnice też tkane na krosnach, ale kolory nie takie jaskrawe, bardziej stonowane. Ciemnozielone, bordo, brąz i przetaczkowe. Jedna nitka czarna, druga biała. Wstążeczki czarne i w tym kolorze co spódnice. Nie takie szerokie jak u nas. Szyte w kliny i długie. Do tego bluzki długie i zwiewne. Fartuszki też grały z kolorem spódnic. Włosy zaplecione w koszyczek i schowane pod chustkę. Chustki u nas wiązało się na okrągło. W Cieloszce i we wsiach sąsiednich chustki były jaskrawe i wiązało się pod brodę. Kobiety się naśpiewały. Babcia poczęstowała plackiem i swojskim piwem z jałowca i gryczanym. Gryczany chleb świeży to był taki dobry, lepszy jak pszenny, i mówiło się na niego gryczan. Stryjek był na muzyce. Młody pan wynajmował muzykantów. Oni grali muzykę w wynajętym domu dla całej wsi. Rano poprzychodziły druhny i drużbowie do domy babci. Kumy też przyleciały, żeby stryjka pożegnać i wyprowadzić do ślubu. Śpiewały piosenki smętne;
Ty pójdziesz górą, a ja doliną”, i
Wyszła dziewczyna, wyszła jedyna
jak różowy kwiat.
Ręce załamała, oczki zapłakała,
Zmienił jej się świat.
Nie płacz dziewczyno, nie płacz jedyna,
Ty będziesz...
Ludzie mi cię ganią i rodzice rają
I sam Pan Bóg w niebie.
Ty pójdziesz górą, a ja doliną,
Ty zakwitniesz różą, a ja kaliną.
Ty pójdziesz drogą, a ja gościńcem,
Ty zakwitniesz różą, a ja kaczeńcem.
Ty będziesz panną w tym białym dworze,
A ja będę księdzem, księdzem kanonikiem
W białym klasztorze.
A gdy umrzemy, to damy sobie
Złote litery wybić na grobie.
A gdy kto przejdzie,
Przeczyta sobie,
Tu młoda para, tu młoda para
Leży w tym grobie. 

Furmani konie pozaprzęgali, przystroili wstążeczkami. Sany (sanie) ładnie wymościli. Wiązki ze słomy do siedzenia, przykryte kilimami. To był karnawał, było zimno. Chłopy poubierali ciepłe kożuchy. Drużbowie w ciemnych kurtkach. Kobiety w ciemnych paltach. Sanki każde były inaczej pomalowane i miały inne ozdoby. Powsiadaliśmy do sań i jechalim z dziesięć kilometrów. W Ptakach przywitali nas śpiewem tamtejsze sąsiady. Honorka ubrała się w długą suknię, jasny seledyn. Druhna Irena, jej siostra, poprzyszywała drużbom malutkie wianuszki z mirtu i białej wstążeczki. Teraz szykowali się wszyscy do kościoła. Ja zostałam z dziećmi, bo i ja byłam dzieckiem. Poznałam młodsze siostry Honorci. Z Genią i Janią polubiłyśmy się. Sąsiadki kucharzyły. Myśmy wylatywały na szosę i wyglądały, czy od ślubu nie jadą. Ślub był w Kolnie, a ksiądz Bronek, brat, ślub im dawał. Przyjechali z kościoła, wszyscy się porozbierali i zasiedli za stoły. Przyjechał i ksiądz stryjek, usiadł koło młodej pary i koło babci. Ja siedziałam trochę dalej. Ksiądz mnie zauważył i mówi: "O, Reginka jest". Nałożył na talerzyk pieczoną kiełbaskę i mi podał, oraz nóż i widelec. Ja zaczęłam jeść nożem i widelcem. Kiełbaska ślizgała mi się po talerzyku. Nie wiedziałam, gdzie oczy schować, tak się tego wstydziłam. Jakoś zjadłam i ucieszyłam się, że mogłam iść od stołu. Ksiądz po obiedzie dał mi dwa złote, żeby kupić cukierków i obdzielić dzieci, jakie były na weselu. Sklep był u sąsiada. Poszłam z gromadą dzieci i kupiliśmy białych landrynek. Innych tam nie było. Raz, dwa obdzieliłam wszystkie dzieci i po cukierkach. Przyjechałam do domu i rodzicom i siostrom opowiadałam, że dostałam dwa złote i kupiłam cukierków. Siostry mówią: "Ale tyś i głupia, co by mógł za dwa złote kupić". Kiedyś było wstyd wydawać pieniądze na łakocie. Sama nieraz żałowałam, że przepuściłam pieniądze. Teraz, po tylu latach myślę, że dobrze zrobiłam. Pieniądze mogłam zgubić, a tak mam dobre wspomnienie, i dziś bym tak samo zrobiła. Na tym weselu byłam jedynym gościem z domu, chodziłam do drugie klasy. W 1938 roku to było.
Stryjek długo się ze stryjenką nie cieszył. Mieszkali i gospodarzyli w Ptakach. Honorka była dziedziczką, a syna nie mieli jej rodzice. Ona była najstarszą córką i jej przyszło gospodarzyć. Ziemia stryjkowa była w sąsiedniej wsi i tą ziemię stryjostwo obrabiali. Od zimy do lata gospodarzyli. Wszystkich młodych ludzi brali do wojska i stryjka też wzięli. Do domu wrócił, dostał się do niemieckiej niewoli. Irena, siostra Honorki, poszła do księdza Bronka za gosposię. Jania zmarła młodą dziewczynką. Honorka gospodarzyła z rodzicami i urodziła Bronkę. Lubiliśmy rodzinę Honorki. Byli gościnni i chyba też nas lubili.
W następnym odcinku będzie o życiu pod okupacją niemiecką.


Foto. Edmund Zieliński


środa, 24 lutego 2016

EDMUND ZIELIŃSKI. PAMIĘTAM TO DOBRZE [BIAŁACHOWO - OKUPACJA I WYZWOLENIE]DrukujE-mail
wtorek, 23 luty 2016
Miesiąc marzec zawsze kojarzy mi się z marcem 1945 roku. Kończyła się okupacja niemiecka na początku której przyszedłem na świat. Jednak zanim Armia Radziecka wkroczyła do Białachowa, przeżyliśmy wiele niepewnych dni. Wiele epizodów tamtego życia utkwiło mi w pamięci. Dobrze pamiętam moje codzienne wędrówki z mamą, która w dwojaczkach zanosiła obiad mojemu ojcu pracującemu w majątku Helmuta Hermana w Białachówku, a od 1944 roku i bratu Jerzemu. 



Kiedy skończył szkołę w Białachowie musiał iść do pracy na majątku. Zanoszone obiady moim bliskim były bardzo skromne – zawsze jakaś zupa. Pamiętam grochówkę ugotowaną na wędzonych skórach po słoninie. Ojciec dawał mi je do ust a ja ząbkami ściągałem tłuszcz – tata zjadał resztę. Chodziliśmy zawsze tą samą drogą, miedzą obok gospodarstwa Baczkowskich, brzegiem jeziora, polną drogą przez ziemie Hermana do majątku i między stodołą a oborą prosto do świniarni. Tam w „świńskiej” kuchni ojciec i Jerzy zjadali obiad. Raz spotkał nas w drodze policjant ze Zblewa – Bletel (Zblewo wtedy nazywało się Hochstüblau). Mama bardzo się bała, bo w każdej chwili groziła nam wywózka, w najlepszym wypadku do Generalnej Guberni, bowiem nie podpisaliśmy listy narodowościowej (Volksliste). Bletel w ostrym tonie zapytał się po niemiecku – Wo wollen Się hin? dokąd idziemy. Kiedy mama odpowiedziała – Ich habe ein Abendessen für meinen Mann. Er arbeitet auf einem Bauernhof Helmut Herman – mam obiad dla mego męża. Pracuje w majątku Helmuta Hermana. Kiedy to usłyszał powiedział – Nun, Się können gehenn – możecie iść i puścił nas wolno. I tak sobie dziś myślę, że może praca w majątku uratowała nas od wywózki? Jak opowiadała mi moja siostra Danusia, kiedy naszego ojca skierowano na Wał Pomorski ( Pommernstellung), by podwodami (wozami konnymi) woził materiał na umocnienia i amunicję na ten odcinek przyszłego frontu, poszła do Hermana po deputat, jaki należał się ojcu – pracownikowi tego majątku. Herman zapytał się siostrę – Vater ist noch nich angekommen? Nein, Herr Herman. Wird bald zurück sein – ojciec jeszcze nie wrócił? Nie panie Herman. Niebawem wróci. I tak było. Za kilka dni widzimy wracającego z kierunku Białachowa naszego ojca.



Figurka Matki Bożej z Lourdes. Prezent ślubny dla moich rodziców od Agaty i Józefa Zielińskich


W majątku Hermana pracowały też Ukrainki. Jedna na imię miała Dasza a druga Tania. Po pracy przychodziły do naszego mieszkania, pięknie śpiewały i opowiadały o swoich stronach. Pamiętam te piosenki. Jedna mówi o tęsknocie za ojczyzną a druga o jaskółce, by nie odlatywała i nie zostawiała nas. Ojciec Daszy był kapitanem okrętu wojennego. To dzięki tym dziewczynom w naszym domu było mleko. Kiedy mama zanosiła w dwojaczkach obiad naszemu ojcu i bratu, napełniała je mlekiem, które sama udoiła od krowy w oborze Hermana. Ukrainki w tym czasie stały na czatach. Co stało się z tymi dziewczynami? Już się nie dowiemy.




Ruiny byłej świniarni w majątku Helmuta Hermana w Białachówku. Foto Edmund Zieliński 8 września 2010



Były pałac Helmuta Hermana w Białachówku. Foto Edmund Zieliński 8 września 2010



Może policjantowi ze Zblewa, który nazywał się Peiters, też należy się szacunek? On to, bowiem ostrzegał nas przed represjami ze strony okupanta. Zapamiętałem jego sumiaste wąsy. Natomiast wspomniany Bletel miał jak najgorszą opinię. Wielu doświadczyło jego represji w stosunku do Polaków. Danusia pamięta do dziś jak ją Bletel spoliczkował, a miała wtedy 10 lat. Było tak. Dzieci ze szkoły w Białachowie, zwłaszcza z rodzin które nie podpisały Volkslity, po lekcjach musiały iść do pracy w majątku Hermana. Tym razem było to wyrywanie marchwi z pola. Danusia tam też była i pracowała do wieczora. Bała się wracać o późnej porze, to uciekła z pola do domu. Ktoś musiał donieść policji o tym fakcie. Na drugi dzień na drodze przed szkołą czekał na Danusię Bletel. Siedział na rowerze, lewą nogą wspartą na ziemi. Kiedy Danusia zrównała się z nim, zatrzymał ją i pyta się – Warum bist du weggelaufen gestern von der Arbeit?- dlaczego wczoraj uciekłaś z pracy? Tłumaczyła, że – ich hatte Angst, zu spät nach Hause zu gehenn - bałam się wracać późno do domu. Bletel nic tylko spoliczkował Danusię z solenną obietnicą, że – wenn es passiert werden wir anderes reden - jeśli to się powtórzy porozmawiamy inaczej.

Pewnego razu patrzyłem przez okno w kierunku Białachówka, już zbliżał się front, i widzę nadlatujący samolot nad stodołę Hermana. Rozległ się głuchy huk i nad dachem pojawiły się kłęby czarnego dymu. Płonęła stodoła zbombardowana przez radziecki samolot.




Gospodarstwo moich dziadków Redzimskich w Białachowie, miejsce mego urodzenia. To tutaj zajechał wozem Wacek. Zdjęcie z dnia 16 sierpnia 1974



W głębi gospodarstwo moich dziadków Zielińskich. Zdjęcie z dnia 16 sierpnia 1974.

Foto. E. Zieliński 16.08.1974



Wkrótce po rozpoczęciu ofensywy przez wojska radzieckie w styczniu 1945 roku, szosą z Borzechowa do Zblewa przejeżdżało coraz więcej pojazdów wojskowych i cywilnych. W drugim przypadku były to wozy konne przykryte plandekami z uciekinierami (Flüchtlinge) z Prus Wschodnich. Pewnego razu pod wieczór, w drogę do naszego gospodarstwa skręcił wóz i wjechał na podwórko. Pamiętam, że powoził nim niejaki Wacek – Polak, jak się okazało wywieziony na roboty do bauera. Teraz wiózł dobra swego pana na zachód, który uciekał inną drogą. Z Wackiem jechała również służąca tego bauera o imieniu Wierka. Przyszli do naszego mieszkania. Najbardziej ucieszyliśmy się z tego gara zmrożonego smalcu, który wraz z pętem kiełbasy Wacek przytaszczył do naszej izby. Ale pojedliśmy! Przyniósł też jakieś sukienki dla siostry Danusi. Tata odwdzięczył się machorką własnej roboty i kartoflami na paszę dla koni. Wacek na dodatek ostrzygł moją i brata głowę. W czasie tej czynności siedziałem na moim składanym foteliku z blatem do zabawy. Jak wspomina moja siostra Danusia, przebywali u nas około tygodnia. Któregoś dnia rano nasi goście odjechali w kierunku Starej Kiszewy i Kościerzyny, gdzie opodal przebiegała przed wojną granica polsko-niemiecka. Doszły do nas wieści, że kolumnę uciekinierów zbombardowały samoloty radzieckie. Może i Wacek tam był?

Przyszły również do nas dwie młode Niemki, też uciekające na zachód. Widzę z wysokości małego dziecka, gdzie wzrok sięgał blatu stołu. Stały na nim dwie puszki po konserwach do których uciekinierki upychały Kartoffelsalat, bardzo prostą sałatkę ziemniaczaną składającą się z gotowanych kartofli, octu, cebuli i oleju. Czasem nasza mama i nam przygotowywała na kolację taki posiłek z dodatkiem kiszonego ogórka. I dziś ja sam, dla przypomnienia tamtych ciężkich dni taką sałatkę przyrządzam. Dodam jeszcze solonego śledzia – pyszne. Kiedy miałem gości z Niemiec, przygotowałem tę prostą sałatkę i opowiedziałem im historię z nią związaną. Wyjedli do czysta.



Gospodarstwo moich dziadków Redzimskich stan na dzień 2 listopada 1974. 

Foto. E.Zieliński 2.11.1974 


Gospodarstwo moich dziadków Redzimskich stan na dzień 2 listopada 1974. Dziś wygląda zupełnie inaczej. 

Foto. E.Zieliński 2.11.1974


Droga do Białachowa, którą dreptałem do szkoły od 1947 do 1951 roku.
Foto Edmund Zieliński 17 sierpnia 2006

Pod koniec lutego 1945 roku w nocy usłyszeliśmy walenie do drzwi i wołanie po niemiecku – aufmachen, Polizei! Tata otworzył i wpadło do nas dwóch SS-manów, którzy świecąc latarkami po oczach kazali - sofort das Haus verlassen. Gehen Się In Richtung Berent. Hier kommt Iwan - natychmiast opuścić dom i iść w kierunku Kościerzyny. Nadchodzą Rosjanie. Tata oczywiście solennie obiecał wykonać nakaz, jednak zamiast iść na szosę, skryliśmy się wszyscy na szopie w sianie. Ułatwiła nam to „odwaga” SS-manów, którzy nie czekając na nas pędzili na rowerach do Zblewa tylko się śnieg kurzył za nimi. Na szopie czekaliśmy na nadejście Rosjan, którzy obwieszczali swoje rychłe przybycie hukiem armat. Na szopie byliśmy kilka dni i nocy. Na belce stała figurka Matki Bożej z Lourdes (jest u mnie do dziś), do której wznosiliśmy modły o ocalenie. Kiedy już wyraźnie się uspokoiło, a szosa jakby opustoszała, ojciec wydedukował, że okupant „dał nogę”. Zeszliśmy do mieszkania. Po jakimś czasie przyjechał wozem konnym niemiecki żołnierz, by nieco odpocząć – miał na imię Franz. Wspomógł nas konserwami i marmoladą. Mówił, że za kilka dni będzie tu Iwan. Jak wspomina siostra Danusia (miała wtedy 11 lat) przebywał u nas kilka dni, a do siostry mówił Kallinchen. Może miał córkę o tym imieniu? Ostatniego dnia posilał się przy stole i zobaczył, że niedaleko okna spadła na ziemie ognista kula. On to widząc powiedział – Oh mein Gott, das ist von den Russen. Ich habe zu laufen – o mój Boże, to jest od Ruska. Muszę uciekać. Ojcu zostawił lornetkę (mam ją do dziś) i śpiesznie odjechał w kierunku Białachowa. Chyba tego samego dnia usłyszeliśmy strzelaninę od strony lasu Szarafina. Pod oknem przebiegł kulejący żołnierz niemiecki. Pokładliśmy się na podłogę pod ścianami, a w zrębową ścianę domu stukały kule z luf radzieckich karabinów i automatów. Po chwili zaroiło się w izbie od Krasnoarmiejców. Pytają się o Giermańca, o czasy (o Niemca, o zegarki). Któryś do ojca mówi dawaj zakurić i bezceremonialnie przeszukuje szafę. Mama pyta się a gdzie wojsko polskie. Za tri dni budziot, któryś odpowiada i dodaje - my Giermańca patapim w morie. Frontowcy jak wpadli, tak wypadli i nadeszły oddziały tyłowe. Było to 71 lat temu, 6 marca 1945 roku. Co było dalej - napiszę w kolejnym odcinku.

Ps. Powyższy materiał znajduje się w mojej książce „Na ścieżkach wspomnień…” Tutaj ją go zmodyfikowałem wykorzystując pamięć siostry Danusi.

Gdańsk 3 lutego 2016 Edmund Zieliński




 Z wielkim zainteresowaniem przeczytaliśmy wspomnienia z Białachowa, w których dodałeś nowe fakty do tych opisanych w Twojej książce Na ścieżkach wspomnień. Postarałeś się wiernie przekazać wypowiedzi  w języku niemieckim -gratulacje!
Myślę, że ten Niemiec mówil do Danusi-Twojej siostry ; Karinchen , bo tak mówi się jeszcze dziś na dziwczynkę o imieniu Karin lub Karina, /nasza córka Karina też tak była nazywana/  było to wiec Karineczko. Ale    najpewniej mogło to być Kaninchen, bo tak się mówi na dziewczynki jeszcze dziś. Po polsku to znaczy  „Króliczku”. To tyle, co chciałbym dodać, reszta fantastycznie, tak jak zawsze obrazowo oddany opis postaci i sytuacji.

Pozdrawiamy...
Janek z Hanią

sobota, 30 stycznia 2016

A MOŻE TABLICA PAMIĄTKOWA W WŁADYSŁAWA POPIELARCZYKA W WIELKIM BUKOWCU?TEKST I LINKIDrukujE-mail




Ten bardzo ciekawy tekst pozwoliłem sobie przenieść do mego bloga, ponieważ miałem przyjemność poznać osobiście Pana Władysława Popielarczyka. O ile dobrze pamiętam, to mógł być rok 1962/63. Wtedy mieszkałem jeszcze w Zblewie i byłem na początku mej twórczości. Pan Władysław przyjechał wtedy w odwiedziny do Państwa Gillów, bowiem Pani Zofia Gilla (żona Maksymiliana) była jego rodzoną siostrą. Ja przyjaźniłem się z dziećmi Zofii i Maksymiliana, zwłaszcza z Romkiem. W ich domu byłem częstym gościem. Kiedy gościł w Zblewie Pan Władysław, Romek zaproponował, że odwiedzi mnie z wujkiem Władysławem, by popatrzył, co ja tam takiego tworzę. To był letni dzień, pod wieczór wszedł do naszego mieszkania Pan Władysław z Romkiem. Już wchodząc do werandy zainteresował się moimi pracami. Były tam wyroby z gliny i z drewna. Ciekawiły go zwłaszcza prace niedorobione, nieskończone. Miał przy sobie szkicownik, jak na dobrego artystę przystało, i szkicował jakieś elementy. Pamiętam jak powiedział oglądając moją akwarelkę - jak pan uzyskał  to tło, woskował Pan? To jest bardzo ciekawe!  Na kanapie siedział mój braciszek Jerzy, a Pan Władek szkicował jego postać i objaśniał jak to należy robić. 
Przez jakiś czas miałem  szkic mego brata wykonany przez Pana Władysława. Gdzie się podział? Rozpłynął się gdzieś w  tamtych latach. 
Pod koniec lat 60 ubiegłego wieku byłem służbowo w Warszawie. Zaproponowałem towarzyszącemu mi koledze Mietkowi Tuszyńskiemu  z naszego zakładu pracy, by odwiedzić pracownię i galerię Pana Władysława Popielarczyka na ul. Piwnej. Bez problemu weszliśmy do mieszkania, które przypominało salę wystawienniczą z odpowiednim podświetleniem. Niestety, Pana Władysława nie zastaliśmy - był gdzieś za granicą. Chętnie oprowadzała nas po galerii i ciekawie opowiadała małżonka Pana Władysława.  
 Pana Władysława już niema, pozostał w mojej pamięci jako wielki artysta, chociaż wiele z jego prac nie rozumiałem. 
Gdańsk 30 stycznia 2016 roku                                               Edmund Zieliński



piątek, 29 styczeń 2016
Powoli kończę składać w reportażach fascynującą postać młodego Władysława Popielarczyka, moim zdaniem genialnego artysty, którego koniecznie trzeba przypomnieć. Pisałem o nim w drugiej części reportażu pt.„Kim jesteś dziewczyno z Kranka z lat sześćdziesiątych?” - cz. 2, a następnie w reportażu „Pani Genowefa świetnie pamięta Władysława Popielarczyka”. W oba teksty wplotłem informacje, jakie otrzymałem od Bernarda Damaszka. Porobiłem zdjęcia obrazów Popielarczyka będące w posiadaniu osób prywatnych. Opowiedziałem o Popielarczyku dyrektorowi Muzeum Ziemi Kociewskiej Andrzejowi Błażyńskiemu...

Podekscytowany, że na Kociewiu urodził się i dorastał takiej klasy artysta (dotąd o nim nie słyszał), obiecał urządzić w tym roku wystawę jego prac. Ciekawy jestem, czy coś z tego wyjdzie. Wiem, że w Starogardzie i Zblewie mają około 40 jego prac. Kilka z nich jest niestety nie do ruszenia, gdyż maestro w swojej artystycznej witalności ochoczo malował na ścianach.

Z jakiej miary artystą mamy do czynienie, wynika z Wikipedii i opracowania Barbary Popielarczyk-Daszewskiej.


Błędy i nieścisłości w Wikipedii
Niestety w Wikipedii ciągle są błędy (Szteklino zamiast Szteklin) i nieścisłości („Przez całe życie związany z Warszawą”!). Warto zwrócić uwagę, w czyich kolekcjach prywatnych znajdują się obrazy Popielarczyka.

Wikipedia: „Władysław Popielarczyk (ur. 1925, zm. 1987) - polski malarz.
Urodził się w 1925 roku w Szteklinie, studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Od 1965 roku prowadził własną galerię w Warszawie, zorganizowano ponad 40 jego indywidualnych wystaw, jego prace były także obecne w wystawach zbiorowych, zarówno w Polsce, jak i innych krajach. Oprócz malarstwa zajmował się happeningami, poezją i komponowaniem. Zaprojektował także i wykonał ponad 25 prac w obiektach użyteczności publicznej, były to freski, mozaiki, płaskorzeźby i witraże.
Obecnie jego prace znajdują się w Muzeum Narodowym w Warszawie, Poznaniu i Gdańsku, Muzeum Częstochowskiego, Moderna Museet w Sztokholmie, Taides Museum w Oulu, Museum of Modern Art w Miami, Indianapolis Museum of Art, Palm Spring Desar Museum oraz prywatnych kolekcjach Dwighta Eisenhowera, Urho Kekkonena, Sukarno, Charles'a de Gaulle'a i Paul-Henriego Spaaka. Przez całe życie związany z Warszawą.”
Barwna postać Warszawskiej Starówki
Barbara Popielarczyk-Daszewska: „Władysław Popielarczyk (1925-1987) - artysta, malarz i poeta, barwna postać Warszawskiej Starówki. Sam nie wyobrażał sobie, że może mieszkać i tworzyć gdzie indziej. Jego oryginalność, otwartość, wrażliwość, głęboka fascynacja zjawiskami natury i witalność wyrażona została w bogatej twórczości. Pracował w różnych technikach: malarstwo sztalugowe, architektoniczne: mozaiki, freski, witraże. Stworzył cykle obrazów: wizje okien, madonny współczesne, rysowane listy, rysunki z poezją, macierzyństwo, obrazy hexagonalne. Ostatnio pracował nad cyklem figur odrywających się od horyzontu. Był artystą niezwykle płodnym, znanym i cenionym na całym nieomal świecie. Władysław Popielarczyk stworzył własny styl malarstwa. Jest to malarstwo na wskroś odkrywcze. Ukazuje niepokój, nerwowość współczesnego czasu jakby w rentgenowskim znaku, człowieka widzianego od środka. Najgłębiej inspiruje go głowa ludzka widziana w przekroju, czy przenikanie się figur w płynności natury. Jest to malarstwo poezji, dźwięczność koloru splotu form widzianych w błysku oka. Obrazy Popielarczyka odznaczają się ponadto szlachetnością barw i urzekają swoim niepowtarzalnym stylem. Można je zaliczyć do interesującej sztuki transawangardowej.
Artysta wiele podróżował po świecie, propagując polską sztuką współczesną. Między innymi demonstrował na licznych wernisażach swój program artystyczny /np. piosenki własne z gitarą, wiersze, przebierance, tańce itp./. O twórczości Popielarczyka pisali znani krytycy w kraju i za granicą odnajdując w jego twórczości oryginalny styl wypowiedzi, nasycony własną osobowością. Prace Popielarczyka znajdują się w wielu muzeach krajowych i zagranicznych: między innymi w Muzeum Historycznym i w Muzeum Narodowym w Warszawie, Częstochowie, Poznaniu i Gdańsku, w Modern Muzeum w Sztokholmie, Taides Museum Oulu w Finlandii, Miami Museum of Modern Art, na Florydzie, Indianapolis Museum, Palm Spring Desar Museum California w USA, a także w licznych galeriach i zbiorach prywatnych. Miał ponad 40 wystaw indywidualnych oraz liczny udział w wystawach zbiorowych. Popielarczyka wymieniają współczesne leksykografy, a między innymi: Dictionary of International Biography Cambridge, England 1980; Who's Who in the World, 6th ed., Chicago - USA 1980; The First Five Hundred, Cambridge - England 1985 oraz niemieckie i polskie wydanie Kto jest Kim w Polsce, Interpress 1985.
Na Starym Mieście w Warszawie przy ul. Piwnej 3/5 urządzał Popielarczyk bezpłatne, tzw. majowe wystawy swoich prac. Tamże organizowane były interesujące spotkania happeningowe. Na Piwnej Mistrza odwiedzało wiele wybitnych osobistości, mężowie stanu, ambasadorowie, aktorzy, poeci, artyści. Na wystawę Jego najnowszych prac każdy mógł wejść wprost z ulicy, uciąć dyskusję z twórcami na temat sztuki, posłuchać wierszy piosenek, jednym słowem był to dom otwartych drzwi - dom pracy twórczej, znany jako Galeria Popielarczyka. Władysław Popielarczyk zasłużył na miano współczesnego Polaka - patrioty. Za zasługi dla polskiej kultury i sztuki Rada Państwa odznaczyła Go pośmiertnie Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.”
Popielarczyk czuł się Kociewiakiem

Państwo Damaszkowie przy grobie zamorodowanego przez Niemców Aleksandra Popielarczyka, ojca Władysława.
Dom, w którym mieszkała rodzina Popielarczyków. 
Po raz kolejny odwiedziłem Bernarda Damaszka. Rozmowa z nim to intelektualne przyjemność. Poza tym państwo Damaszkowie są w posiadaniu pamiętnika artysty, w którym w przecudny literacki sposób opisał on swoje dzieciństwo i młodość w Wielkim Bukowcu.
- Chciałbym jeszcze, panie Bernardzie, dodać szczegóły do poprzednich pana informacji na temat młodych lat Popielarczyka. Zbierzmy jeszcze raz to, co wiem i dodajmy, czego nie wiem. Ciągle na przykład jeszcze nie wiem, co dokładnie łączyło artystę ze Zblewiem. Napisałem już, że ojciec artysty miał na imię Aleksander i wywodził się z Kurpiów, a jego żona, Waleria, urodziła się w Niemczech, ale wywodziła się stąd, ze Starego Lasu. Pracowała w Niemczech, podobnie jak dzisiaj miliony Polaków. Po powrocie i ślubie Popielarczykowie wykupili małe gospodarstwo w Szteklinie. Potem kupili działkę i wybudowali domek w Wielkim Bukowcu, który stoi do dziś. Waleria była położną objeżdżającą wsie. Spoczywa w Zblewie. Aleksander, ojciec Władysława, został rozstrzelany przez Niemców w 1939 roku w Zajączku. Był gospodarzem, w poglądach politycznych narodowcem. Władysław rzeczywiście urodził się w Szteklinie w 1925 roku, ale Popielarczykowie mieszkali tam krótko. Na świat przyszło więcej dzieci i stąd ta przeprowadzka. Chłopak do piętnastego roku życia mieszkał w Wielkim Bukowcu. Już jako dojrzały człowiek kilka razy w roku przyjeżdżał do Zblewa, ale zawsze odwiedzał grób ojca i ojcowiznę w swojej wsi. Czuł się Kociewiakiem, choć robił karierę w stolicy. Kiedyś, chyba w latach siedemdziesiątych, zdumieni mieszkańcy Zblewa ujrzeli go w telewizji. Przeprowadzono z nim wywiad. Ich zdumienie sięgnęło zenitu, gdy usłyszeli: „Pozdrawiam mojego szwagra, Maksa Gillę z Kociewia”. Więc co dokładnie łączyło go ze Zblewem?
- Matka Popielarczyka, Waleria z domu Belicka, po zamordowaniu pierwszego męża Aleksandra Popielarczyka wyszła ponownie za mąż za miejscowego gospodarza, rolnika Łucjana Brzóskę. Pracowała cały czas w izbie porodowej w Skórczu, a po przejściu na emeryturę i śmierci drugiego męża w 1966 roku przeprowadziła się do córki w Zblewie Zofii Gilli.
- ...Siostry Władysława... Bardzo żywo i ją, i Władysława wspomina w tekście „Pani Genowefa świetnie pamięta Władysława Popielarczyka” pani genowefa Kaczmarek.
- Tak, siostry Władysława. Z drugiego małżeństwa nie było dzieci.
- A kiedy i dlaczego Zofia Popielarczyk zamieszkała w Zblewie?
- Zofia przyjechała w okresie okupacji. W 1941 roku wyszła za mąż za znanego na Kociewiu kowala Maksymiliana Gillę. I w związku z tym Władysław Popielarczyk zaczął tu przyjeżdżać. A początku nie miał daleko. Uczył się najpierw w liceum plastycznym w Orłowie, a potem studiował na Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Pracę magisterską napisał w Warszawie.
- Przyjeżdżał często czy sporadycznie?
- Regularnie dwa - trzy razy do roku. I nigdy nie omijał naszego domu (jedna z córek Zofii i Maksymiliana Gillów jest żoną Bernarda Damaszka - przyp. red.). I malował, dawał koncerty na jednych z dożynek, spotykał się z ludźmi. Kochał przyrodę i ludzi. Kiedyś, w latach 80., był wywiad w telewizji i on rzekł, że ma jeszcze jedną prośbę, że chce złożyć życzenia. I powiedział...
- ... „Pozdrawiam mojego szwagra, Maksa Gillę z Kociewia”. Teraz rozumiem... Sporo tu mają jego obrazów.
- Bo przyjeżdżając do Zblewa przy okazji malował. Zostawił ze 40 dzieł. Poznałem go z Tadeuszem Śmietaną, dyrektorem Elotoru, który był jednocześnie szefem Twardego Dołu. I on wykonał tam kilka prac. Właściwie to było tego dużo. Obrazy na deskach w sali kominkowej i wyroby z metaloplastyki.
- Panie Bernardzie. Piszą, że Popielarczyk przez całe życie był związany z Warszawą. Nazywają go artystą warszawskim. I nie ma w tych źródłach ani słowa o Wielkim Bukowcu i Zblewie. A może, biorąc pod uwagę dramatyczną śmierć jego ojca Aleksandra, zaszczutego przez Niemców nad Jeziorem Czarnoleskim, miał do tych stron uraz?
- Władysław Popielarczyk czuł się Kociewiakiem. Kochał tę ziemię i tych ludzi tutaj. Czuł się Kociewiakiem do końca.
- Panie Bernardzie. Czy możemy opublikować pamiętnik Władysława Popielarczyka w internecie? To wybitne dzieło literackie.
- Opracujemy to panie Tadeuszu razem i wydamy.

Żona Barnarda Damaszka, córka Zofii Gilli z domu Popielarczyk i jej wnuki. Fot.Tadeusz Majewski
Pomnik, tablica upamiętniająca?
Dzwonię do pani Krystyny Gilli ze Starogardu. Informuje, że zebrałem już sporo materiału na temat dzieciństwa i młodości Władysława Popielarczyka. Dochodzi do małego nieporozumienia.
- Przecież Popielarczyk ma już pomnik...
- Ale mi chodzi o pomnik czy tablicę Władysława, a nie Aleksandra. I taki pomnik, jaki stawia się wybitnym artystom. W Wielkim Bukowcu, bo dlaczego by nie?
Pani Krystyna jest mile zaskoczona.
- My chętnie z mężem taką inicjatywę wspomożemy.
KIM JESTEŚ, DZIEWCZYNO Z KRANKA Z LAT SZEŚĆDZIESIĄTYCH? (2)DrukujE-mail
poniedziałek, 01 sierpień 2011
Zanim wyruszyłem do Kranka w poszukiwaniu autorki tekstu w książce „Wieś polska 1939 – 1948”, zupełnie przypadkowo zaczęły się pojawiać inne, osobne wątki do zbadania. To, co je łączyło z fabułą reportażu, czyli reporterską ścieżką poszukiwania dziewczyny, była wspólna przestrzeń, jak również – co się później okazało – czas. Przestrzeń wyznaczona powinowactwem krwi i losów mieszkańców Czarnegolasu, Wielkiego Bukowca, Wolentala i Kranka właśnie.








Wszedłem otóż w Starogardzie do pewnego mieszkania. Od razu rzuciła mi się w oczy niezwykła akwarela z bardzo czytelnym podpisem: Władysław Popielarczyk. Gospodarz, widząc moje zaskoczenie, oprowadził mnie po pokojach. Pokazał inne dzieła Popielarczyka – oleje, pastele, techniki mieszane. Dzieła malowane na deskach, płótnie i ścianie. A potem rzekł, że u Benka w Zblewie jest tych prac więcej. 
W domu wstukałem nazwisko malarza w Google. Nie będę tu szerzej pisał, co wyskoczyło – sami możecie to zrobić. Tu jednym zdaniem – wyskoczyła postać niezwykła, fascynująco niesforna. Bardzo znany i ceniony malarz, którego prace znajdują się w wielu muzeach krajowych i zagranicznych oraz w zbiorach prywatnych nawet byłych głów państw, poeta, bard, człowiek renesansu; według Wikipedii - artysta z Warszawy. Tylko fragmencik mówi, że ów Popielarczyk urodził się w Szteklinie (w mianowniku w Wikipedii wkradł się błąd – Szteklino zamiast Szteklin). Skądinąd dowiedziałem, że Popielarczyk dzieciństwo i wczesną młodość spędził w Wielkim Bukowcu – wsi, która wydała na świat wielkich ludzi, między innymi Raszejów. Do tego szeregu gigantów doszła nowa, niewspominana, czyli zapomniana w regionie postać. 

Władysław Popielarczyk. Skan z albumu
Obrazy i wiersze Władysława Popielarczyka (skan z albumu). Obraz od góry to autoportret artysty.
Pojechałem wieczorem do Zblewa – do Benka, czyli Bernarda Damaszka. Pan Bernard rzucił garść informacji, potrzebnych dla tego reportażu. Myślę, że ten artysta zasługuje na osobny reportaż, a może nawet i książkę, tym bardziej że pozostawił po sobie pamiętnik, w którym wspomina świat swojej młodości, a więc świat nasz.
Ojciec artysty miał na imię Aleksander – mówił pan Bernard. - Wywodził się z Kurpiów, a jego żona, Waleria, urodziła się w Niemczech, ale wywodziła się stąd, ze Starego Lasu. Pracowała w Niemczech, podobnie jak dzisiaj miliony Polaków. Po powrocie i ślubie Popielarczykowie wykupili małe gospodarstwo w Szteklinie. Potem kupili działkę i wybudowali domek w Wielkim Bukowcu, który stoi do dziś. Waleria była położną objeżdżającą wsie. Spoczywa w Zblewie. Aleksander, ojciec Władysława, został rozstrzelany przez Niemców w 1939 roku w Zajączku. Był gospodarzem, w poglądach politycznych narodowcem. Władysław rzeczywiście urodził się w Szteklinie w 1925 roku, ale Popielarczykowie mieszkali tam krótko. Na świat przyszło więcej dzieci i stąd ta przeprowadzka. Chłopak do piętnastego roku życia mieszkał w Wielkim Bukowcu. Już jako dojrzały człowiek kilka razy w roku przyjeżdżał do Zblewa, ale zawsze odwiedzał grób ojca i ojcowiznę w swojej wsi. Czuł się Kociewiakiem, choć robił karierę w stolicy. Kiedyś, chyba w latach siedemdziesiątych, zdumieni mieszkańcy Zblewa ujrzeli go w telewizji. Przeprowadzono z nim wywiad. Ich zdumienie sięgnęło zenitu, gdy usłyszeli: Pozdrawiam mojego szwagra, Maksa Gillę z Kociewia.
Pan Bernard, który ma przygotowanie plastyczne, zauważył, że malarstwo Popielarczyka jest pełne dowcipu, nieokiełznane, ale można w nim znaleźć elementy naszego pejzażu. Bardzo mi się spodobały te według mnie trafne określenia. Co do ostatniego – myślę, że w jego twórczości można znaleźć mnóstwo motywów z okolic dzieciństwa i młodości – z Wielkiego Bukowca – równie nieokiełznanego w wyglądzie, Czarnegolasu i Kranka.

Obrazy Popielarczyka znajdują się w największych muzeach świata i kolekcjach prywatnych nawet byłych prezydentów krajów. Sporo jest także w Starogardzie i Zblewie. Fot.. Tadeusz Majewski
Wielki Bukowiec. Dom Popielarczyków. Stan obecny.
Grób Aleksandra Popielarczyka.
Miałem więc dodatkowo ten jakże ciekawy motyw poszukiwań podczas jednej reporterskiej włóczęgi po Kranku. Nie wiedziałem, że dołączą następne, równie ciekawe. Żeby dokończyć jakby część przygotowawczą, określającą tło późniejszych, już konkretnych wydarzeń, trzeba jeszcze koniecznie dać drugą pracę konkursową z księgi „Wieś polska 1939 – 1948”.

(zapis oryginalny)
Wieś Polska 1939 – 1948 (materiały konkursowe), Warszawa 1967, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Instytut Historii Polskiej Akademii Nauk 
Nr 31 (933) — wieś Czarnylas — Mężczyzna Topografia icsi
- Początek powstania wsy Czarnylas przypuszcza się Krzyżakom,
którzy jeżdżąc na polowania do tutejszych borów, pobudowały kościół. Jednak ze znalezionych grobów skrzynkowych z kamienia należy przypuszczać, że już w czasach dawniejszych okolice były zamieszkane. Stare ludzie powiadają, że za czasów po rozbiorach Polski był w mojej wsi majątek 750 ha i tylko 14 gospodarstw rolnych od 2 do 50 ha, ziemia kościelna 60 ha/1. Ten stan trwał aż do 1925 roku -
Wyniki parcelacji 1925—1927.
- Podczas okupacji niemieckiej zostały wysiedleny wszysci gospodarze, wieksy właściciele z 12 gospodarstw, z kościelnej ziemi i z resztówki już w zimie 1939 r. Na te gospodarstwa sprowadzono tutejszych Niemców z okolicy. W r. 1942 wysiedlono resztę gospodarzy Polaków, i obsadzono całą wieś Niemcami sprowadzonemy z Besarabii i także Niemcy, którzy zajęli w 1939 r. gospodarstwa Polski, musiały takowe opuszczać na rzecz Besarabów. Samą resztówkę zajął Kreisbauernfuhrer.
Z Polaków zostały się tylko robotnicy i cztery gospodarze, którzy nie mieli kompletnych zabudowań. Rolników polskich wywieziono do obozów pracy lub do Niemiec.
Po długim i tęsknym oczekiwaniu słońce wolnoscy zaczęło nam wschodzyc, 14 dni już przedtem wszyscy Besaraby, zapakowawszy na wozy, co tylko możliwe, spiesznie uchodzyły na zachód. Frontsię zbliżał, jednak utknął na 14 dni przed naszą wsią. Ludzie kryli się przez ten czas pod ziemią lub [w] murowanych piwnicach. Co dzień to stodoła jakaś, to budynki jakieś się paliły, to Niemcy brali reszta chłopów do okopów. Jednak dużo pociechy z nich nie mieli. Nareszcie dnia 4 marca 1945 r. wojska radzieckie zajęły naszą wieś. Mieszkańcy pomału wracały na swoje gospodarstwa, niestety bez inwentarza i zachodzyły w głowa jak ta gospodarzyć, z 185 kony roboczych zostało tylko 5 kalecznych, trocha lepiej wyszły z całej rozprawy krowy, bo było ich 70 sztuk.
Brak inwentarza żywego. Struktura rolna - gleba, struktura zasiewów, zabudowa wsi, struktura demograficzna i zawodowa - 2 ss.


-W mojej wiosce jest jeszcze z czasów przedwojennych światło elektryczne, sama wieś korzysta tylko, bo wybudowania są bardzo rozproszone i na razie nie są rolniki w stanie sobie zakładać elektryfikację. Tak samo z radiamy, które posiada tylko nauczyciel i jeden obywatel. Należy to usprawiedliwyć tem, iż we wiosce mieszkają osadnicy z powojennej reformy rolnej, którzy jeszcze sobie nie przebudowały domów gospodarskych. O radia starałyśmy się, aby zradiofonowali, lecz jakoś zostaje tylko przyrzeczenie.
Ciężką dole mają świeży osadnicy, otrzymali po 10 ha ziemy od dawniejszej resztówki 180 ha. Obecnie została się do resztówki około 30 ha z budynkamy gospodarczemy, które należą do Oświaty Rolniczej. Ponieważ jest trudno o materiał budowlany, więc będzie trudno się wybudować, a na czyim podwórku mieszkać to nie żadna gospodarka. Po l koniu i 2 krowy posiada już najwięcej osadników, tylko jeden nic posiada konia -
Obecna ilość żywego inwentarza. Organizacje społeczne - stan organizacyjny: ZSCh - 45 członków, SL — 50 członków, PPR - 10 członków. Rozwój czytelnictwa - „Rolnik Polski". Urząd gminny, biblioteka ZSCh - 0,5 s.

- Na ogół są tu wszyscy osadnicy zadowoleni z reformy rolnej,
tylko gospodarze, którym nałożono fundusz oszczędności, się pytają: „Jak to, ja mam stodoła przez wojna znyszczona i mam oszczędzać?" Chociaż gromadzka komisja podatkowa tym, co mają stodoły lub domy przez wojna znyszczone, podatek oszczednascy umorzyła, to referent ze starostwa odrzucył wnioski o umorzenie; mówy, kto ma konia i jedną krowa może płacić. Czy słusznie?
Drugi kłopot to ze stodołamy i budynkamy pod papą. Przeszły rok nie1 można było z powodu braku gotówki dachów zreperować i było trudno o smoła i papa. Dużo zboża się ponyszczyło zaciekami. Obecnie przez nałożenie dodatkowe funduszu oszczędnoscy uważamy, że znów się to powtórzy. Zaliczka na podatek gruntowy na rok 1948 moja wieś wpłaciła w terminie w 95%.
1 Por. „Slawnik Geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów slowiań-skich", t. I, Warszawa 1880, s. 767 -potwierdza ogólnie te wiadomości.




TADEUSZ MAJEWSKI. PANI GENOWEFA ŚWIETNIE PAMIĘTA WŁADYSŁAWA POPIELARCZYKADrukujE-mail

czwartek, 05 czerwiec 2014
O Władysławie Popielarczyku - wybitnym malarzu, poecie, wielkim artyście warszawskim rodem z Kociewia, pisałem w jednej z części reportażu "Gdzie jesteś dziewczyno z lat sześćdziesiątych". O jego artystycznych dokonaniach z okresu warszawskiego jest w internecie sporo, o dzieciństwie i młodości tej wczesnej, nic. Uparty jestem i odszukałem osobę, która świetnie pamięta Popielarczka z tego okresu...

















Czasami jedziesz do tych samych bohaterów tekstów po kilku – kilkunastu latach, bo okazuje się, że jakiś drobny wątek nagle staje się głównym tematem nowego reportażu. Tak było ostatnio z panią Genowefą Kaczmarek. Byłem u Genowefy i Stefana Kaczmarków 5 lat temu. Pan Stefan miał wówczas 87 lat. Zmarł w tym roku. Pani Genowefa, która wówczas od czasu do czasu nieśmiało włączała się do rozmowy z kuchni, dziś jest w takim samym wieku, jak wtedy jej mąż. Przypomnę fragmenty tamtego reportażu, w którym pojawiła się tylko wzmianka o Popielarczyku. Wówczas nie znałem tego nazwiska. A teraz Władysław Popielarczyk jest bohaterem już drugiego tekstu.



Fragmenty reportażu z 2006 roku (całość - "No to niuch tabaki" - przejdź)

Stary, świetnie utrzymany dom w centrum Wielkiego Bukowca. Mocno posmarowane spalonym olejem dechy ścian, solidny dach, posprzątane podwórze. Stefan Kaczmarek ogląda skoki Małysza. Siadamy, rozkładamy sprzęt. Pan Stefan z grzeczności gasi telewizor.

- Małysz może być, panie Stefanie. Obejrzymy sobie ten skok na złoty medal, zanim pani Genowefa (83 l.) sparzy kawkę... A pan tak niuch tabakę...

- Ona daje mi zdrowie.

- Sam pan przygotowuje?

- Sam. Według własnej receptury.

- Jak długo Pan zażywa tabakę?

- Czterdzieści lat. Trzyma mnie przy zdrowiu. Nie chodzę do lekarza, nie biorę tabletów.

- Spotyka się pan z innymi mężczyznami i razem ją zażywacie?

- Nie. Tak robią Kaszubi! Ja sam zażywam.

Telewizor znów włączony. Małysz frunie po złoto.

Genowefa Kaczmarek z domu Rudnik przynosi kawę i, jak to kobieta w takich sytuacjach, chce się wycofywać do kuchni. Stamtąd łatwiej strofować męża, żeby za dużo nie gadał, bo pójdzie w świat.

- Genowefa z domu Rudnik... No niechże pani opowie o tych Rudnikach. Skąd się wzięli.

- Oni tu mieli gospodarstwo. Tyle co wiem, to to, że mój ojciec wprowadzał się do tego domu tuż po budowie. Postawił go Landowski z Kasp(e)rusa i sprzedał. Syn Landowskiego chodził po wsiach z koszami.

- A kiedy postawił?

- Mój ojciec urodził się w 1882 r. Miał 7 lat, jak się rodzina Rudników wyprowadziła się z Wolentala i wprowadziła tutaj. Można więc obliczyć. Ale ma ze 130 parę lat. W Buk(ó)wcu jest jeszcze starszy, w kutlu (bocznej uliczce), jak się jedzie na Czarnylas.

Liczymy. 1882 plus 7 równa się 1889 rok. W tymże więc roku rodzina Rudników wprowadziła się do domostwa. W tym też zapewne powstał. Ma ze 120 lat.

- Oni się wyprowadzili z Wolentala, a my się sprowadzili do Wolentala z Lubichowa - mówi pan Stefan. - Kupili gospodarka po Wiśniewskim. Ja miałem wtenczas 14 lat, a więc sprowadzili się do Wolentala w 1934 r. Chodziłem do szkoły w Lubichowie, a potem w Skórczu.

- A w Lubichowie gdzie mieszkała pana rodzina?

- Mieszkelim koło dworca. Mielim dwóch lokatorów. Nie było łatwo, bo piach. Ojciec z rodziną jeździł na niziny, na Żuławy, a mnie posyłeli do dziadków na Kranku. Trzy lata ja tam u babci siedział. Babka, ze strony ojca, goniła mnie do roboty. Mieli prawie 17 hektarów. Rodzice przeprowadzili się do Wolentala, bo matka chciała mieć hektary, chciała być gburka. Bo dopiero gbur, a już całkiem duży bamber, co miał 100 hektarów, mógł dzieci kształcić.

- I została w Wolentalu gburką?

- Nie. Mieliśmy 10 hektarów.

- W Wolentalu był podobno przepyszny pałac z oranżerią. Ale właściciel, Niemiec, opowiadali mi, zabił się jadąc z kochanką bryczką z Gdańska.

- Pamiętam Orstmana (Horstamnna – przyp. T.M.). On się nie zabił, jego sparaliżowało. Jego córka, Elza, zaczęła sprzedawać ziemię. Nam sprzedała 3 hektary. Przedtem Orstman jeździł po polach na koniu i gonił, bo mu kredli kartofle. Ziemie miał aż pod Buk(ó)wiec.

- Niechże pani nie ucieka do kuchni... A w okupacji gdzie pani była?

- Urodziłam się w 1924 r., a więc w okupacji byłam już panną. Niemcy wzięli mnie pod Barłożno, na przedwojenne gospodarstwo Raduńskiego. W okupacji przyszedł Arab (mówili – Araby, Besaraby), Niemiec ze Wschodu. Ona była estdojcz, a on półrusek. Raduńskim ziemie zgarnęli, wywieźli do lasu, a Araba wsadzili. Ja u nich pracowałam... Rodzice podpisali trzecią grupę, żeby uratować to, co mieli w Buk(ó)wcu. Inaczej by poszli na bruk. Już był jakiś Niemiec chętny na ten dom.

- A pan – w okupacji?

- Urodziłem się w 1920 r., miałem w 1929 r. 19 lat. 19. rocznik był w poborze, a 20. jeszcze nie. Rodzice też musieli listę podpisać, bo mieli 13 ha, a jak ktoś miał 13 ha, to już dawali Niemca albo Araba, co trocha mówił po niemiecku... O tym Arabie (do żony) – to był twój pan. Musiałaś mu „her” mówić – „her Schreiber”). W 1945, kiedy przyszedł był Rusek, powiedział do Araba tak: „Nie chce mi się ciebie zastrzelić. Sobie idź. Ja ciebie znajdę w Berlinie”... 4 lata siedziałem u bambra w Bok(ó)wcu, gdzie było najwięcej Niemców spośród tych wszystkich wiosek. Co drugi był Niemiec. Musiałem obdoić 11 krów. Musiałem śrutować, wykarmić. I świń miałem ponad 50. Od 5 do 20 robota.

- O Jezus, ale Polska się naczyta – wzdycha Genowefa.

- Niech czytają, bo prawdę mówię... W 1943 wzięli mnie do Wehrmachtu. Brali kto chciał czy nie chciał. Jak się nie godził, to na drzewo albo do lasu. Nauczyciel Knasiak z Wolentala nie chciał, to go wzięli do lasu. Potem z Buk(ó)wca Popielarczyka. Też go wzięli do lasa. Po wojnie ich wykopeli. W Skórczu z Ruskami leżą, co w Buk(ó)wcu byli wybite i w Wolentalu... Oni się tego nie spodziewali. Myśleli, że ich zamkną w obozie, a nie kulka w łeb.




Wrzesień 2011

Ten sam dom. Te same czyściutkie pokoje. Pani Genowefa parzy kawę. Po chwili rozmawiamy.

- Powiedziano mi, że pani będzie pamiętać Władysława Popielarczyka. Jego „warszawski” życiorys jest znany, ale „bukowiecki” nie. Znała pani tego artystę?

- Oczywiście. Chodziliśmy do szkoły…

- Aha. Genowefa z domu Rudnik – to wiem. A kiedy i gdzie się pani urodziła?

- Urodziłam się 18 sierpnia 1924 roku w Wielkim Bukowcu. Tata nazywał się Franciszek Rudnik, a mama Franciszka z domu Raszeja.

- Raszeja! A jakie pani miała włosy? Bo Raszejowie, pochodzący podobno z terenów Libanu, mają czarne.

- Byłam blondynką. Ale moja mama miała ciemne.

- To tak na marginesie z tymi Raszejami. Chodziła pani tu do szkoły?






- Tak, chodziłam do szkoły w Wielkim Bukowcu. Mieściła się w budynku przy ulicy głównej, to znaczy tej asfaltowej. Były cztery klasy, choć mówili, że sześć… Właściwie to klasy były jeno dwa. Takie łączone. Chodziłam siedem lat.

- Dzieci w pani klasie zapewne było mało...

- Nie, spora klasa była. Kiedyś mieli więcej dzieci jak teraz, bo teraz oszczędniej żyją.

- Pamięta pani Władysława Popielarczyka?

- Bardzo dobrze. Władek był ode mnie może trzy, może cztery lata młodszy. A jego siostra Zosia była moją przyjaciółką. Chodziła ze mną do jednej klasy. Ona miała urodziny 14 maja, a ja w sierpniu. Mieszkali koło bożej męki, czyli bliziutko nas. Ich matka miała na imię Waleria, a ojciec Aleksander. Do Wielkiego Bukowca przyjechali ze Szteklina, gdzie mieli rodzinę.

- Bliziutko mieszkali, więc pewnie często pani u nich bywała… Mieli więcej dzieci?

- Bywałam bardzo często. Ich było dwoje dzieci, ta Zosia i ten Władek.

- Najbardziej mnie interesuje, czy Władek miał od dziecka smykałkę do malowania.

- Od małego wyróżniał się z plastyki, był w tym specjalistą. Kiedyś mielim narysować w szkole kręcącego Antośka. Nie wiem, co to miało być. Tak się nazywało to zadanie. A on nie chciał nam narysować. Prosiłyśmy go, żeby narysował, błagałyśmy, płakałyśmy, bo byłyśmy dno w rysunkach, a on nie chciał, uparł się, na złość. I wtedy narysowała nam go jego matka. To ona miała talent plastyczny i Władek odziedziczył po niej. Narysowała Antośka jak klęczy. Władek nawet z wycinanek potrafił sanki zrobić. Trochę powycinał i to było piękne. W szkole go wyróżniano, bo z plastyki to był specjalista. Malował, rysował. Raz ustał koło naszej furtki i narysował mojego ojca, jak rąbał drewka. Robił szkice na papierze. Pewnego razu, gdy jego rodzice mówili pacierze, to on z tyłu siedział koło pieca i ich narysował. A oni się wcale tego nie spodzieli.

- Tak sobie go wyobrażam. Chodzącego po wsi i rysującego. Wie pani, w jego późniejszej twórczości pojawia się świat Wielkiego Bukowca. Przynajmniej ja tak to widzę.

- Nie zawsze miał czas. Oni (Popielarczykowie - przyp. T.M.) mieli koza, to on z ta koza chodził na skarpy, na kolej. Na skarpy koło wolentalskiego mostu. Jak kolejarze jechali drezyną, to on musiał uciekać, bo go płoszyli… Wszyscy wtedy mieli kozy i to nie było nic dziwnego. Nikt nie myślał, że ten chłopak będzie artystą.

- A podczas okupacji?

- Nie wiem, bo mnie tu nie było. Ale pamiętam 1939 rok. Jego ojciec, Aleksander, ukrywał się koło wolentalskiego mostu, w tych bagnach przy Jeziorze Czarnoleskim. Ale go złapali i zabili. Zastrzeleni byli w lesie, w masowym grobie leżeli. Ja byłam przy tym, jak wykopali jego ciało. Poszłyśmy z Zosią i ona go poznała, bo robiłyśmy w szkole szaliki, ona dla taty taki zielony. I on ten szalik miał, i po tym szaliku go poznała, bo to się jeszcze zachowało.

- A co Niemcy mieli do Aleksandra Popielarczyka?

- Ukrywał się dlatego, że był pochodzenia ruskiego. Czysty Polak nie był. Tak nieraz sobie kogoś upatrzyli, choć nie był nikim ważnym. On był Bogu ducha winny… Po ekshumacji ich przenieśli do Skórcza na krzyżówki, tam gdzie stoi pomnik. Jest pochowany w Skórczu, a dlaczego to ja nie wiem. W czasie okupacji to mnie tu nie było.

- A pamięta pani Władysława Popielarczyka po wojnie?

- Po wojnie on już tu nie przyszedł. Mieszkał już wtedy w Warszawie. Przyjeżdżał do mamy, Brzóskowej z drugiego męża. Kiedy przyjeżdżał do mamy, to się schodzilim, albo my do nich, albo on do nas. On bez końca szkicował. Ciągle mówiliśmy: „Pokaż, Władek, co zrobiłeś…”. On tu ze mną rozmawiał, a tu szkicował. „Pokaż, Władek, co nagryzałeś…”, a on uż miał jak jego siostrę jej kolega wiezie na sankach.

- Często tu bywał po wojnie?

- Często. Jego tu ciągnęło.

- A co najbardziej lubił rysować?

- Bardziej takie obrazki z życia, ludzi w trakcie roboty.

- Był w Warszawie malarzem, poetą, śpiewał i grał na gitarze. Czy przed wojną pisał wierszyki albo śpiewał?

- Wierszyków nie pisał. A czy śpiewał? Nieraz przy piecu tak usiedlim i śpiewelim, to on też śpiewał z nami. Ale pod tym względem to on chyba nie był specjalnie uzdolniony.

Materiał opublikowany 3.10.2011 r.

Na zdjęciu pani Genowefa Kaczmarek. Fot. Tadeusz Majewski