poniedziałek, 16 marca 2015

MARIUSZ KUROWSKI. „KU GOCIEWIU” (AŻ CIŚNIE SIĘ NA USTA: GDZIE RZYM, GDZIE KRYM?)DrukujE-mail
niedziela, 15 marzec 2015
ku Gociewiu”

Pan Bogdan Kruszona opublikował w 2013 roku w wydawnictwie Bernardinum książkę pt. „Kociewie czy kociołki” 1. Książka byłaby jedną z wielu o historii Kociewia, gdyby nie kontrowersyjne wnioski, jakie autor wyciąga na podstawie analizy meldunku ppłk. Józefa Hurtiga (nie Hurtyga!) datowanego na 10 lutego 1807, a adresowanego do gen. Jana Henryka Dąbrowskiego. Mówię tutaj o rozdziale „V. Nowa analiza starych dokumentów” na stronach 51 do 60. Wnioski te tak się różnią od tego, co dotychczas było wiadomo na ten temat, że nie mogłem na nie pozostać obojętnym. A cóż takiego kontrowersyjnego jest w nich zawarte? „Dokument ppłk. Hurtyga z 10 lutego 1807 r. do gen. Dąbrowskiego zawierający w nazwie Gociewie nie dotyczy w żaden sposób terenów Kociewia określanych i wyznaczanych w dostępnych publikacjach do dnia dzisiejszego.” 2. Jakby tego było mało, pisze, że „Podobnie jest z Gociewiem, którego lokalizacji należy szukać w okolicach Malborka.” 3. Aż ciśnie się na usta: gdzie Rzym, gdzie Krym? Książka ta za kilka lat może być cytowana jako źródło wiedzy o Kociewiu i wnioski w niej zawarte będą powielane jako jedynie słuszne. A nie są słuszne! Autor skupił się na analizie meldunku, ale przyjął błędne założenia o tym, co wiedzieli lub mogli wiedzieć oficerowie (ppłk Józef Hurtig był adiutantem gen. Jana Henryka Dąbrowskiego). Meldunek należy czytać dokładnie tak, jak został napisany i nie wybiegać w dywagacjach poza to, co w nim jest zawarte. Pułapka w próbie interpretacji polega na tym, że pan Bogdan próbuje go zrozumieć przez pryzmat tego, co on wie o Kociewiu (Gociewiu), a nie, co wiedział ppłk. Józef Hurtig. A według mnie o Gociewiu Hurtig nie wiedział absolutnie nic. Nazwa ta nic mu nie mówiła! Postaram się to w dalszej części udowodnić.
Aby poprawnie zinterpretować ten meldunek, należy najpierw spróbować zrozumieć całość taktyki wojsk polskich, sposobu raportowania, jak również wydarzeń, jakie działy się na tych terenach. Janusz Staszewski 4 w 1933 roku opublikował nakładem Towarzystwa Naukowego w Toruniu książkę „Źródła wojskowe do dziejów Pomorza w czasach Księstwa Warszawskiego część I Zajęcie Pomorza 1806/7 r.” 5. Dlaczego ta publikacja jest taka ważna? Ano dlatego, że jest ona zbiorem meldunków, rozkazów i korespondencji Jana Henryka Dąbrowskiego pomiędzy nim a jego oficerami, dowódcami wojsk powstańczych uczestniczących w kampanii pomorskiej. Czym była kampania pomorska? Była ona częścią Powstania Wielkopolskiego 1806 roku 6, jednego w czterech powstań polskich, jakie zakończyły się wygraną. Wygraną, jaka nie byłaby możliwa bez udziału i współdziałania z wojskami francuskimi Napoleona, które najpierw zajęły Berlin, a następnie skierowały się m.in. na Poznań i Warszawę w końcu zajmując tereny Prus.


No dobrze, ale co miało wspólnego powstanie Wielkopolskie z Pomorzem? Dlaczego w ogóle wojska polskie pod dowództwem Jana Henryka Dąbrowskiego znalazły się właśnie tutaj? Aby to zrozumieć, należy przywołać mapę 7 tych terenów opracowaną przez von Schroettera w latach 1802-12. (Mapa jest przywołana tylko do celów poglądowych, Jan Henryk Dąbrowski jej nie znał w czasie, o którym mowa!) Po pasmach porażek i przegranych bitew wojska pruskie cofnęły się na Pomorze i do Prus. Na tych terenach istniały trzy główne ośrodki oporu pruskiego: twierdze w Grudziądzu, Kołobrzegu i Gdańsku. Twierdza grudziądzka była zdobywana przez wojska francuskie przebywające na prawym brzegu Wisły i blokowana przez wojska polskie rozlokowane na lewym brzegu Wisły. Ten podział na prawy i lewy brzeg Wisły jest bardzo ważny, ponieważ rzeka w naturalny sposób stanowiła linię podziału pomiędzy wojskami i tak właśnie wynika to z analizy meldunków. Wojska pruskie natomiast operujące z twierdzy gdańskiej miały pełną swobodę działania na terenie całego Pomorza Gdańskiego, Żuław i terenów dzisiejszego (tak jak dzisiaj je znamy) Kociewia, ponieważ najpierw należało zająć te tereny, następnie zablokować Gdańsk i zdobyć go. Twierdza kołobrzeska natomiast była zdobywana przez wojska francuskie. To właśnie wojska polskie, podporządkowane i współdziałające z wojskami francuskimi, miały za zadanie opanować tereny dzisiejszego Kociewia. Walczyć ze sobą miały dwa wojska: pruskie, tracące teren jak również żołnierzy w wyniku dezercji, i polskie, starające się ustanawiać własną administrację, organizujące ciągle swoje oddziały, zaciągające rekrutów, konie do kawalerii i transportu armat oraz cierpiące na niedostatek broni i ładunków do niej. Wojska polskie miały działać frontem w kierunku Gdańska z punktem koncentracji w rejonie Bydgoszczy z jednej strony i oparte o Wisłę (Świecie, Nowe, Gniew) a z drugiej strony o Koronowo, Tucholę i Chojnice. Jak wyglądało kalendarium tych działań?
5 stycznia gen. Dąbrowski w Warszawie wydał rozkaz (42. strona 61) o koncentracji wojsk w rejonie Bydgoszczy. Wcześniej już 4 stycznia gen. Kosiński zajął Świecie (40. strona 59). W następnych dniach trwało zajmowanie kolejnych wiosek i miejscowości tak, aby utworzyć kordon, linię wojsk w celu przeciwdziałania wypadom wojsk pruskich w kierunku Bydgoszczy i Wielkopolski. Centrum logistycznym i aprowizacyjnym dla wojsk stało się Świecie (22 stycznia, 71. strona 102). Do 29 stycznia zajęte zostały: Nowe, Gniew, Tuchola, Chojnice, Skarszewy, Starogard Gdański i Tczew. 29 stycznia wskutek wycofywania się Francuzów na prawym brzegu Wisły i przerwania oblężenia Grudziądza także gen. Dąbrowski wydaje rozkaz o wycofaniu się wojsk polskich za Czarną Wodę (rzeka Wda) i w kierunku Świecia (152. Strona 185). Po rezygnacji przez Francuzów z blokady Grudziądza mógł się spodziewać ataku Prusaków spoza Wisły i odcięcia swoich wojsk od Świecia. Kolejnym punktem zwrotnym tej kampanii był 10 lutego, kiedy to gen. Dąbrowski otrzymał wiadomości o ponownym oblężeniu Grudziądza przez Francuzów (269. strona 277). Ważną datą są także dni 7-8 lutego, czyli dzień bitwy pod Iławą Pruską, gdzie Napoleon zmusił wojska rosyjsko-pruskie do odwrotu. Do 10 lutego wieści o tej bitwie dotarły już prawdopodobnie do Gdańska i dalej do oddziałów pruskich na dzisiejszym Kociewiu i stały się przyczyną ich wycofania.

A zatem jak dobrze oficerowie gen. Dąbrowskiego znali tereny, na jakich walczyli? Okazuje się, że niezbyt dobrze, a mapy, którymi się posługiwali nie były tak dokładne jak mapa von Schroettera. Oto co pisał gen. Dąbrowski do gen. Kosińskiego 24 stycznia „…Ponieważ mapy tak fałszywe, że żadną miarą w żadnej operacji na nie spuścić nie można” (89. strona 118). „…Pytaj się jego, czy niema mapy rysowanej departamentu mareinwerderskiej (kwidzyńskiego)…” (89. strona 119). Z kolei gen. Kosiński do gen. Dąbrowskiego 25 stycznia „Niech Generał będzie łaskaw zaleci w swojej kancelarji, ażeby o jednym miejscu pisząc jednostajnie go nazwali, w dzisiejszym rozkazie Starogard i Stargard nieumiejącemu po niemiecku zrobił ambaras.” i dalej „Będę się starał z Bystramem złączyć, lecz o Zelgorzu (chodzi o Zelgoszcz) nikt nie wie”. Gen. Dąbrowski 26 stycznia do kamery (zarządu) kwidzyńskiej „Proszę takoż prześwietną kamerę, aby kazała natychmiast kopiować dla mnie mapy departamentu swego, które się znajdują po wszystkich stolicach departamentowych” (105. strona 138). Wielokrotnie też opisując swoje położenie określają je poprzez zapisanie, ile to mil (pruskich, równych około 7,5 km) jest względem innych miejscowości. Wniosek jest zatem taki, że musieli polegać na niedokładnych mapach, ewentualnie rysować je sami dla swoich potrzeb, jeśli urzędy miejscowe nie były w stanie ich dostarczyć. Problemem były także niemieckie i polskie nazwy miejscowości, jak również ich wymowa (Zelgorz, Zelgoszcz). Bardzo często stosowali je zamiennie, aby były zrozumiałe dla adresatów meldunków. Podejrzewam, że podobnie mogło być z nazwą Gociewie (Kociewie). Głoski „g” i „k” są na tyle podobne do siebie, że jeśli wymawia je osoba z akcentem, to mogą być zniekształcone. A narodowości na tych terenach było dużo [Polacy, Niemcy, Żydzi, Holendrzy (Olendrzy)] i z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić, że nie wszyscy byli w stanie poprawnie posługiwać się językiem polskim.
Jakie były relacje żołnierzy polskich i ludności miejscowej? Czy mogli liczyć na ich przychylność? Gen. Dąbrowski bardzo dbał o to, żeby mieszkańcy niezależnie od narodowości nie czuli się skrzywdzeni przez wojska. Niejednokrotnie karał za rabunki. A nieliczne sytuacje, kiedy pozwalano żołnierzom grabić, zawsze były związane z oporem zbrojnym, jaki stawiali mieszkańcy miast. „Odezwa gen. Dąbrowskiego do Holendrów i wszystkich rodu niemieckiego mieszkańców na polskiej ziemi” z dnia 1 lutego (184. Nowe, strony 210-212) wymownie świadczy o tym. Obiecuje, że ludność miejscowa traktowana będzie jednakowo dobrze niezależnie od narodowości. Spośród ludności rekrutowano także szpiegów, którzy donosili o ruchach wojsk i innych sprawach. Żyd, Józef Manche ze Świecia, zawsze używany od p. Dziewanowskiego pułkownika za szpiega; przed kilku dniami wysłał go tenże p. Dziewanowski pod pretekstem o rekwizycją do Nowego, gdzie mu magistrat miejski kazał przenocować. W nocy przyszła komenda pruska i zabrała go do Gdańska i jest tedy domysł, że Prusacy o nim musieli być uwiadomieni, ile że prosto do tego domu, gdzie on nocował, po niego zajechali. Ten nieszczęśliwy zostawił tu żonę i dzieci, bez sposobu życia.” (115. Świecie, 26 stycznia, strona 150). Wiele cennych informacji uzyskiwano poprzez przepytywanie miejscowych i podróżnych.

Kolejna sprawa to pytanie o odległość, jaką była w stanie pokonać piechota i kawaleria w warunkach zimowych. W rozkazie z Warszawy dnia 5 stycznia dotyczącym koncentracji wojsk pod Bydgoszczą gen. Dąbrowski wyznaczył ją bardzo wyraźnie: dzienne 2 do 4 mil pruskich (15 do 30 km) (42. strona 63). W warunkach bojowych dystans ten mógł być różny, ale trzeba pamiętać o tym, że piechota nie była używana do zwiadu, ale co najwyżej patrolowania brzegów Wisły i najbliższej okolicy miejsca postoju. Do zwiadu na dalsze odległości była używana kawaleria. Jednak promień działania także nie był dużo większy. Prawdopodobnie dziennie mogła przebyć około 5-10 mil (42 do 75 km). W jednym z meldunków gen. Kosiński donosi, że „Tym tylko sposobem 10 mil w jednym dniu ujechać potrafię” (157. strona 190). W warunkach bliskiej obecności przeciwnika dowódcy liniowi wysyłali patrole na bliskie odległości tak, aby mieć rozpoznanie terenu i działań przeciwnika. Siłą rzeczy promień działania takiego patrolu nie mógł być zbyt duży, ponieważ ich zadaniem nie było podjęcie walki, ale rozpoznanie sił wroga i miejsc jego pobytu.
Jeśli chodzi o Malbork, to pojawia się on w dwóch meldunkach. Jeden (112 Gniew strona 147), płk. Dziewanowskiego, mówi o tym, że Francuzi po drugiej stronie Wisły (prawej) podeszli do Malborka i Kiszporka potykając się z Prusakami i zwyciężając ich. Drugi (314. z 15 lutego) mówi o patrolach strzegących dróg na Gniew, Starogard, Gdańsk i właśnie Malbork. Malbork i jego okolice nigdy nie były celem wojsk polskich! Na prawym brzegu operowali Francuzi i to oni jedynie potrzebowali mieć rozpoznanie tego terenu. Gen. Dąbrowskiego interesował lewy brzeg Wisły, prawy natomiast tylko w kontekście doraźnego zagrożenia od Prusaków. Jedynie Kwidzyn z racji podziału administracyjnego (powiat obejmował także tereny po lewej stronie Wisły) mógł wyłamywać się z tego schematu. Nie znalazłem też żadnego meldunku, który by informował o sytuacji w okolicach Malborka. Ani przed ani po dacie 10 lutego 1807 roku. A skoro patrol został wysłany, to jakiś ślad w meldunkach musiałby pozostać.
Stan Wisły i możliwość jej przejścia bardzo interesował gen. Dąbrowskiego i dopominał się o meldunki na ten temat. Ale z kontekstu rozkazów i meldunków wynika, że chodziło o ewentualne zagrożenie ze strony wojsk pruskich i przeciwdziałał temu rozstawiając straże i wysyłając patrole wzdłuż rzeki. Oto niektóre z nich: „Już Wisła zaczyna stawać tak, że już ludzie przechodzą pojedynczo.” (101. Nowe, 26 stycznia, strona 134). „Wisła, aż do montewskiej szpicy jest zamarzła, od szpicy do Tczewa jest otwartą, za Tczewem aż do Gdańska znów stoi.”(110. Gniew, 26 stycznia, strona 143). „Uwiadomniono mnie natychmiast, że tu znajdują się Prusacy, lecz posławszy mocne patrole nad przewóz pokazało się, że tu nie było, jak tylko 3 dragonów, którzy zatrudniali się usłaniem słomą ścieżki przez Wisłę i ci na zbliżenie się patrolu wystrzeliwszy z pistoletów uciekli. Mieszkańcy tutaj powiadają, że tu widzieli dnia wczorajszego 38 Prusaków, oprócz wspomnianych 3 dragonów, z których jedni powiadali, że tędy regiment kawalerji, a drudzy, że 3 kompanie piechoty przeprawić się mają równo ze świtem.”[179. Munsterwalde (Opalenie), 31 stycznia, strona 206]. I najważniejszy, bo dotyczący stanu Wisły w dniu napisania meldunku przez Hurtiga:„Dnia 10 lutego przeprawiło się naszych przez Wisłę ludzi sto pięć. Miejscami był lód słaby, że konie wpadały. Widząc to, nasi szukali innego miejsca do przeprawy i dotąd nie przybyli.” (291. Rudnik strona 289). Wynika z tego, że owszem, Wisła była możliwa do przeprawy, ale nie było to łatwe i patrol pozostający na prawym jej brzegu łatwo mógł zostać przechwycony i wzięty w niewolę. Ostatni opis dotyczy przeprawy pod Grudziądzem w dniu zdobycia twierdzy grudziądzkiej i w sytuacji dobrego rozpoznania terenu. Inaczej to wyglądało pod Nowem.
Skoro już dotarliście do tego momentu, to czas najwyższy na przywołanie pełnego tekstu meldunku ppłk. Hurtiga. Większość ludzi zna tylko fragment o wysłaniu patrolu ku Gociewiu. Niewielu zna pełen tekst meldunku.
Oto on:
Nowe, 10 lutego 1807.
Ppłk. Hurtig do gen. Dąbrowskiego.
Stanąłem w tym momencie tutaj. Prusaków miało być 400 do 500 wszystkiego i mieli armaty, wczoraj rano wymaszerowało 200 ludzi, a wieczór reszta, wszyscy poszli do Gniewu, o czem mam pewną wiadomość, bo mówiłem z ludźmi, którzy ich żołnierzy odwozili i spotkałem powracających.
Zostawiam tak kawalerję płk. Dziewanowskiego jako i piechotę w mieście, dopóki dalszych rozkazów nie odbiorę. Skoro konie wytchną, pójdą dwa patrole: jedna ku Gociewiu [?], a drugi ku Starogardowi. W Starogardzie ma się 200 Prusaków znajdować.
Hurtyg, ppłk.
Mówią, że wszystkie wojska pruskie będące w tych okolicach, dostały rozkaz cofnąć się aż do Gdańska.”

Zastanówmy się, co takiego Hurtig napisał w tym meldunku. Nie miał powodu kłamać, fantazjować, bo straciłby wtedy zaufanie swojego szefa, gen. Dąbrowskiego. Przekazywał to, co wiedział i w taki sposób, żeby być zrozumianym. Dlaczego użył słowa „Gociewie” i co ono oznacza? Zapomnijmy przez chwilę, że wiemy, co to jest Kociewie i jakie jest jego dzisiejsze położenie. Postawmy się w sytuacji oficera, który przepytuje ludzi, którzy powrócili po odwiezieniu żołnierzy pruskich i mówią mu, gdzie ich odwozili, w jakim kierunku. Dlaczego stosuje dwie nazwy Gniew i Gociewie? Gniew przewija się ponad 70 razy na 394 meldunki, natomiast Gociewie tylko raz, ten jeden jedyny. Otóż Hurtig usłyszał tę nazwę być może po raz pierwszy i potraktował ją tak, jak każdy wojskowy by ją potraktował. Gociewie to nazwa miejscowości, wioski, a nie krainy geograficznej rozumianej tak jak mogłoby się to dzisiaj wydawać. Nigdy wcześniej ani później w żadnym meldunku nie wysyłano patroli na Żuławy ani Kaszuby, zawsze jest wskazane konkretne docelowe miejsce, wieś czy też miasto. Jeśli jest mowa o Żuławach, to np. w kontekście zbierania zaopatrzenia z kilku wiosek leżących na Żuławach lub też wysłania patrolu do Tczewa a później na Żuławy. Dla ludzi miejscowych określenie Gociewie było zrozumiałe, natomiast dla Hurtiga już nie. Moim zdaniem doszło do pomyłki Hurtiga w rozumieniu tego, co ludzie odwożący żołnierzy mu przekazali. Oni mówili o regionie, dosyć niewielkim w tamtych czasach, natomiast on potraktował to jako nazwę wioski! On chciał wysłać patrole w ślad za Prusakami, a ci z kolei nie mogli z armatami przeprawiać się przez Wisłę, rozdzielać siły, ponieważ armaty były zbyt cenne, żeby je stracić podczas przeprawy. A nie byli w tym czasie postawieni pod ścianą, nie musieli ewakuować się w sytuacji bezpośredniego zagrożenia wojskami polskimi. Rozdzielili swoje siły tylko po to, żeby wysłać przodem armaty z osłoną piechoty, natomiast straż tylną stanowiła druga grupa osłaniała odwrót zatrzymując ewentualny atak. Pozostawienie armat w Gniewie także nie wchodziło w grę, ponieważ były one potrzebne do obrony bardziej ufortyfikowanych miast jak Tczew czy Gdańsk.
Ten dopisek na końcu o rozkazie cofnięcia się aż do Gdańska wskazuje na to, że mogli wybrać najkrótszą drogę do Gdańska, która prowadzi przez… Pelplin. Sam autor publikacji Janusz Staszewski także sądził, że Gociewie to zniekształcona nazwa wioski, dlatego opatrzył nazwę pytajnikiem [?] i umieścił w wykazie miejscowości na końcu książki. Podejrzewam, że mianem Gociewia (Kociewia) określano teren kilku wiosek pomiędzy Ropuchami na północy a Królów Lasem na południu, czyli tereny dzisiejszej gminy Morzeszczyn. Jest wiele poszlak wskazujących, że chodzi dokładnie o ten obszar, ale to już temat na oddzielny artykuł.


wtorek, 3 marca 2015

EDMUND ZIELIŃSKI. O CO TU CHODZI? (GŁOS W SPRAWIE EW. POŁĄCZENIA MUZEUM I BIBLIOTEKI)DrukujE-mail
wtorek, 03 marzec 2015


Stara zabudowa w Starogardzie przy ul. Bocznej przed adaptacją na Muzeum Ziemi Kociewskiej

10 lutego otrzymałem od Pana Andrzeja Błażyńskiego, dyrektora Muzeum Ziemi Kociewskiej w Starogardzie, niepokojącą wiadomość, iż intencją Prezydenta Starogardu Gdańskiego Pana Janusza Stankowiaka jest powołanie na niwie kultury nowego tworu powstałego z połączenia Miejskiej Biblioteki Publicznej im Ks. Bernarda Sychty i Muzeum Ziemi Kociewskiej w Starogardzie pod nazwą Centrum Zbiorów Bibliotecznych i Historii Kociewia im Ks. Bernarda Sychty w Starogardzie Gdańskim.

Pamiętam, gdy zaczynałem „obracać” się w kulturze regionalnej Kociewia, jeszcze pod koniec lat 50-tych, niezapomniana pani Stefania Liszkowska-Skurowa – etnograf z Wojewódzkiego Domu Twórczości Ludowej mówiła, że w starogardzkiej baszcie powstanie muzeum na potrzeby Kociewia. Coraz głośniej mówiło się o tym w latach 60-tych i 70-tych XX wieku. W międzyczasie w 1973 roku powstała Stacja Upowszechniania Wiedzy o Regionie, którą kierowała pani mgr Krystyna Laskowska – etnograf. Jej następcą został mgr etnografii Andrzej Błażyński. W końcu po wielu latach starań 10 września 1980 roku powstało Muzeum Ziemi Kociewskiej, które istnieje do dziś.

W zbiorach tej placówki jest około 3500 zabytków kultury materialnej i ludowej oraz blisko 2500 pozycji bibliotecznych. Wiele przedmiotów to darowizny od okolicznej ludności przekazywane z wiarą, że pozostaną tam na zawsze i mówić będą potomnym o historii naszego regionu. Cieszę się osobiście, że w zbiorach tego muzeum znajduje się płaskorzeźba Matki Boskiej Łąkowskiej, która wisiała w płycinie Bożej Męki w Zblewie. W 1972 roku Pan Aszyk, który przeprowadzał remont kapliczki, znając moje zainteresowania sztuką ludową, przekazał ją mnie. Mogłem ją zatrzymać. Sumienie nakazało mi przekazać ją do zbiorów w Starogardzie. Jest to jeden z cenniejszych zabytków XIX-wiecznej sztuki sakralnej znajdujący się w Muzeum Ziemi Kociewskiej. Wśród innych moich darowizn znajdujących się w tutejszym muzeum są obrazy na szkle, rzeźba i przedmioty kultury materialnej wsi.

Bogatą i liczną darowizną dla Muzeum Ziemi Kociewskiej może poszczycić się Pani Regina Matuszewska z Czarnegolasu. To ona podarowała krosna w dobrym stanie, wiele rzeźb i obrazów. Są też inni twórcy wyznający zasadę, że najlepszym miejscem dla sztuki jest muzeum, które posiada odpowiedni statut i ochronę prawną zbiorów. Co się stanie z tym bogactwem naszej kultury w razie (nie daj Boże!) połączenia tych dwóch instytucji? Przytoczę tu słowa obecnej Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego prof. dr hab. Małgorzaty Omilanowskiej – historyka sztuki, wypowiedziane na posiedzeniu Rady do Spraw Muzeów: „Przy okazji poprzedniego posiedzenia już mówiłam Państwu o tym, że przede wszystkim mamy obawy związane z zapisem mówiącym o łączeniu instytucji. Ta nowela umożliwiła łączenie muzeów z innymi instytucjami kultury, natomiast w praktyce okazało się, że jeżeli w przypadku takich fuzji nie zostanie zachowana tożsamość muzeów i w związku z tym nie zostanie zachowane działanie ustawy o muzeach na to włączone w większą instytucję kultury muzeum, to wówczas znika ochrona prawna w stosunku do zbiorów i to jest podstawowy problem, z którym w tej chwili borykamy się na poziomie Rady do Spraw Muzeów (…) Już na etapie dyskusji w łonie Rady do Spraw Muzeów na konkretnych przypadkach, które w tej chwili nam się przydarzyły, wiemy, że bardzo trudno jest uzyskać ową ochronę zbiorów, czyli takie sformułowanie projektu łączenia instytucji kultury, żeby owa tożsamość muzeum została zachowana i ochrona zbiorów była zgodna z oczekiwaniami społecznymi i gwarantowana ustawowo. (…) Jeśli dany podmiot prosi nas o połączenie biblioteki, centrum kultury i muzeum regionalnego w centrum kultury, to w tym momencie ten nowy podmiot, który będzie centrum kultury, działa już zgodnie z ustawą o instytucjach kultury i nie ma tam zapisów ustawowych broniących kolekcję np. przed rozprzedaniem. Taki podmiot nie musi się kierować zapisami – bo już nie działają – ustawy o muzeach, mówiącymi o tym, jak należy zabezpieczać zbiory”. 


Stan obecny Muzeum Ziemi Kociewskiej w Starogardzie Gdańskim. Poniżej Baszta Gdańska zbudowana około 1325 roku stojąca w sąsiedztwie muzeum.




b

Jeszcze nie tak dawno Starogard był najbardziej uprzemysłowionym miastem powiatowym na Pomorzu. Funkcjonowała potężna Fabryka Obuwia i szkoła związana z tym przemysłem, mleczarnia, fabryka papy, huta szkła, wytwórnia baterii – Daimon, browar, młyny nie mówiąc już o takich państwowych firmach jak - Zakładach Spirytusowych czy Zakładach Farmaceutycznych. Pod względem uprzemysłowienia Starogard zepchnięty został na margines tej działalności. Czy nasze Muzeum Ziemi Kociewskiej też należy zdegradować, zepchnąć na margines?

Wysoka Rado Miasta Starogardu. Pamiętajcie, że wybrało Was społeczeństwo miasta Starogardu, a tymym samym obdarzyło Was zaufaniem, że będziecie rządzić mądrze. Oby wyborcy pod koniec kadencji mogli powiedzieć – rządzą głową, niech rządzą dalej. Pierwszy mądry krok zrobiliście nie głosując za połączeniem w/w instytucji w jedno, za co Wam Cześć i Chwała.



Gdańsk 25 lutego 2015

Honorowy
Prezes Oddziału Gdańskiego

Stowarzyszenia Twórców Ludowych

Edmund Zieliński



dalej »

piątek, 27 lutego 2015

NA 10 DNI PRZED WERNISAŻEM ZAGÓRSKICH ZDRADZAMY CZYJE TO OCZY!DrukujE-mail
wtorek, 14 styczeń 2014



OCZY OCZYWIŚCIE JASIA RADZEWICZA!

Irena w naszych kręgach miłośników sztuk plastycznej znana była jako pejzażystka, przedstawiająca olejami na płótnie wydawałoby się zwyczajną, najbliższą kociewską okolicę, np. drogę na Mały Bukowiec, łąki w Białych Błotach, Las baby Jagi – pod Rokocinem. Jako zdeklarowana 99-procentowa Kociewianka rodem z Gdańska poświęciła takim pejzażom blisko 30 płócien. Kilka lat temu ogłosiła, że będzie malować portrety znanych Kociewiaków, coś w rodzaju malarskiego plastycznego "who is who". Pomysł wydawał się mało realny, bo przecież zamawianie portretu to u nas rzadkość, no i przeważanie sprawa indywidualna. Tymczasem przez rok powstało 31 płócien! Przyzwyczajeni do fotografii szukamy w tych portretach fotograficznego sobowtóra, a tu faja! Irena rozmalowała swoich bohaterów, bardzo swobodnie traktując kwestie związane z anatomią głowy. Zdecydowanie skupiła się na oczach, zwierciadełkach duszy, oraz na wyrazie ust. Reszta – czoło, włosy, uszy, szczęka, szyja itp. - jest właściwie mało ważna. Podobnie elementy ubioru - koszula, bluzka, garnitur, okulary czy garnitur. A już zupełnie nieważne jest tło, maźnięte w pionie cienką farbą. Na ogół te portrety tak dalece odeszły od "pierwowzorów", że aż stają się dowcipne. Właściwie chciałbym, żeby poszły w tym kierunku jeszcze dalej, ale wiem, wiem – tu nie chodziło o zgadywankę, kto to jest, a o to, żeby od razu rozpoznawać. Bez tego owa seria byłaby nie do zaakceptowania przez ich bohaterów (i tak w niektórych przypadkach kilka razy Irena jeździła po akceptację). Defragmentację malarsko czyjegoś lica w poszukiwaniu duszy może sobie artystka robić na własny użytek. Podoba mi się niefrasobliwość pędza, trochę szkicowy charakter dzieł i owe deformacje; szkoda mi marginalnie potraktowanego tła, przez co obrazy stały się nieco płaskie. Wielka brawa za te trafione w dziesiątkę oczy i wyraz ust. Ja od razu rozpoznawałem. I na końcu zadumałem się - oto tacy niby jesteśmy jedni, a każdy z osobna tak bardzo inny - przez to, co dali nam tata i mama i co odłożyło się dzień po dniu, rok po roku w naszych steranych życiem facjatach. 



OCZY MARKA KOWALSKIEGO



OCZY (I NOS) JERZEGO HOPPE



OCZY EDMUNDA ZIELIŃSKIEGO



OCZY MIROSŁAWA KALKOWSKIEG0




OCZY ANDRZEJA GRZYBA



OCZY TOMASZA DAMASZKA



OCZY STANISŁAWA POŁOMA



OCZY LESZKA BURCZYKA




OCZY NAM NIEZNANE, ALE SIĘ DOWIEMY



OCZY RYSZARDA SZWOCHA



???



NIESAMOWICIE TRAFIONE OCZY JANA WIERZBY
Ileż to razy widziałem Marka pochylonego z dłutem w ręku nad kadłubem drewna. Wydaje się – nic prostszego iść na nie z tym ostrym narzędziem. Wydaje się. Spróbuj iść i wyrzeźbić w nim na przykład ruch albo miękkie rozwiane szaty. Będziesz miał problemy z prostym kwiatkiem. Bo nasze drewno - zgodnie z charakterem naszego pejzażu, drzew, oraz związaną z tym naszą narodową melancholią - stawia się w obróbce, chce w rzeźbie sobie odpocząć, znieruchomieć, chce mieć święty spokój jako przydrożny świątek, przydrożna kapliczka z utrwalonym na chwilę w umowną wieczność Chrystusem Niefrasobliwym czy świętym Franciszkiem zasłuchanym w mowę ptaszków. Drzewa na drewnianej emeryturze najchętniej chcą być świętymi na wsi, np. w Bytoni. Są takie kapliczki w zbiorze Marka, są też dostojne Madonny. Ale jest też i w tym zbiorze inna przygoda – twarze satyrów, gęby właściwie, nocnych filutów, leśnych gnomów, wyglądające na przedwieczerz ze spróchniałych wierzb, żeby postraszyć grzeczne dzieci zmarszczonymi brwiami i srogim spojrzeniem. Skąd wzięły się u Marka te maszkarony, Bóg jeden wie. Może z długiego snycerskiego okresu pracy? No i trzecia przygoda, najnowsza, z gliną, którą Marek miękko ukształtował w drobne postacie kobiet i parek. Mamy więc na przykład macierzyństwo, akt, erotykę, delikatnego anioła, o skrzydłach lekko podkreślonych złotem. Tu, w tym tworzywie, dało się wymodelować miękkość ciał, złapać rytm przylgniętych do siebie postaci. Chciałoby się takie figurki ujrzeć w powiększeniu gdzieś na ładnym skwerze, tylko skwerów u nas brak. Kto wie, może glina to kierunek, w którym pójdzie dalej Marek. A może, po przygodzie z gliną, dającej co do wyrażenia ekspresji o wiele więcej możliwości niż drewno, przyjdzie pora na coś z wiecznego brązu... I tego mu życzę. 


wstecz dalej »

poniedziałek, 23 lutego 2015

WSZYSTKO O KOCIEWSKIM PIÓRZE 2014 - 19.02.2015 R.DrukujE-mail
poniedziałek, 23 luty 2015


Do 2013 roku przyznano łącznie 69 statuetek w tym jedno honorowe "Złote Pióro" nieżyjącemu już poecie i muzykowi Grzegorzowi Ciechowskiemu oraz śp. prof. Pawłowi Wyczyńskiemu.
Pomysłodawcą jak i wykonawcą statuetki "Kociewskiego Pióra" jest artysta rzeźbiarz z Wirt Bernard Ossowski.

Patronatem honorowym galę "Kociewskiego Pióra" objęli:
- Marszałek Województwa Pomorskiego Mieczysław Struk
- Starosta Świecki Franciszek Koszowski
- Starosta Tczewski Tadeusz Dzwonkowski
- Starosta Starogardzki Leszek Burczyk
- Burmistrz Miasta Świecie Tadeusz Pogoda
- Prezydent Miasta Tczewa Mirosław Pobłocki
- Prezydent Miasta Starogard Gd. Janusz Stankowiak






















Marszałek Województwa Pomorskiego Mieczysław Struk po raz trzeci jest fundatorem nagród pieniężnych dla głównych laureatów "Kociewskiego Pióra 2014".

Nagrody przyznane w kategoriach:

- LITERATURA
- PUBLICYSTYKA
- ANIMACJA KULTURY - indywidualnie i zbiorowo

Przyznano również dwie nagrody za całokształt działalności.

Nominowani z kategorii ANIMACJA KULTURY INDYWIDUALNIE:

Józefa Drożdż z Barłożna

Rajmund Pałkowski ze Starogardu Gdańskiego

Ewa Litwińska z Tczewa

Kociewskie Pióro 2014 w kategorii Animacja Kultury Indywidualnie otrzymał

Rajmund Pałkowski.


Nominowani w kategorii ANIMACJA KULTURY ZBIOROWO:

Chór „Nieboskłonni” z Tczewa











Szkoła filialna w Bratwinie

Zespół taneczny "Wiecznie młodzi" z Tczewa

Zespół teatralny "Pleciuga" ze Starogardu Gdańskiego

Kociewskie Pióro 2014 w kategorii Animacja Kultury Zbiorowo otrzymał Chór "Nieboskłonni" z Tczewa.





Kociewskie Pióro 2014 w kategorii LITERATURA otrzymał Kazimierz Michał Szymanowski.



Kociewskie Pióro 2014 w kategorii PUBLICYSTYKA otrzymała
 Regina Kotłowska.


Za CAŁOKSZTAŁT PRACY TWÓRCZEJ "Kociewskie Pióro 2014" otrzymali:

STEFAN GIEŁDON

PIASECKIE KOCIEWIAKI




Sponsorzy Gali Kociewskiego Pióra 2014:
Marszałek Województwa Pomorskiego, Samorządy Kociewia, Bank Spółdzielczy w Skórczu, Przedsiębiorstwo Produkcyjno-Handlowe "HEROLD" Teresa, Arkadiusz, Edmund Herold, Centrum Zaopatrzenia Rolnictwa Leszek Burczyk, Stefan Szarmach, Fundacja Oko-lice Kultury

KONCERT ZESPOŁU


Wystąpili jazzman Maciej Fortuna z zespołem 
„Projekt Słowiański” z Poznania
Jak zwykle znakomita konferansjerka Łukasz Rocławski



















Wyżej - starszy Pan w okularach to Stefan Gełdon - po wojnie pierwszy nauczyciel Szkoły Podstawowej w Białachowie.





Pomysł nagrody Kociewskie Pióro zrodził się w 2005 i miał na celu uhonorowanie ludzi, którzy swoją pracą literacką, publicystyczną i kulturalną zasłużyli się dla Kociewia. Nagroda ta była przyznana po raz dziewiąty.

Pomysłodawcą było Towarzystwo Społeczno-Kulturalne im. Małgorzaty Hillar, a niestrudzonym moderatorem tej inicjatywy był Michał Spankowski, który zmarł w 2009 roku.
Ś.p. Michał Spankowski był m.in. jednym z założycieli tczewskiego oddziału Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego i jego pierwszym prezesem, dyrektorem Tczewskiego Domu Kultury, działał w Dyskusyjnym Klubie Filmowym "Sugestia" w Tczewie, a wraz z Romanem Klimem organizował Spotkania Nadwiślańskie. Ten niestrudzony animator życia kulturalnego regionu reżyserował na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego wieku spektakle tczewskiego Teatru Pantomimicznego. Był też dyrektorem Gminnego Ośrodka Kultury w Zblewie.

Do 2013 roku przyznano łącznie 69 statuetek, w tym jedno honorowe "Złote Pióro" nieżyjącemu już poecie i muzykowi Grzegorzowi Ciechowskiemu oraz ś.p. prof. Pawłowi Wyczyńskiemu.

Kapituła „Kociewskiego Pióra” obradowała 3 lutego 2015 w składzie: Tadeusz Linkner – przewodniczący Artur Herold – wójt gminy Zblewo, Alicja Gajewska, Małgorzata Mykowska, Mirosława Muller, Hanna Bielang, Ewa Betcher, Józef Ziółkowski, Mirosław Kalkowski i Emilia Bielska.

ANIMACJA KULTURY INDYWIDUALNIE: 1. JÓZEFA DROŻDŻ Z BARŁOŻNA - Od 1995 roku sprawuje funkcję Przewodniczącej Koła Gospodyń Wiejskich w Barłożnie. Nieprzerwanie od roku 1997 pełni funkcję sołtysa sołectwa Barłożno. Jako sołtys jest inicjatorką wielu działań aktywizujących społeczność lokalną, poprzez organizację imprez, spotkań promujących Barłożno i nasz region Kociewie. Pani Józefa jest założycielką oraz kierownikiem zespołu folklorystycznego "Barłożanki", który działa od 2001 roku oraz współzałożycielką zespołu folklorystycznego "CzarBar", który rozpoczął swą działalność 2 lata temu. Dzięki uczestniczeniu z zespołami w różnych festiwalach promuje Kociewie. Kandydatka do nagrody jest także współzałożycielką i twórczynią kabaretu "Co wy na to, bo my nic", z którym w nadchodzącym roku będzie obchodziła 10-lecie istnienia. Pani Józefa jest również wolontariuszką Pomorskiego Towarzystwa Pomocy Głucho-niewidomym. Przez 18 lat była opiekunem świetlicy wiejskiej w Barłożnie tworząc warunki rozwoju twórczości ludowej oraz rękodzieła i hafciarstwa oraz organizując w tym czasie niezliczoną ilość wycieczek sołeckich, spotkań z seniorami angażując dzieci i młodzież. Pani Józefa jest jedną z najaktywniejszych osób zamieszkujących Gminę Skórcz.

2. RAJMUND PAŁKOWSKI ZE STAROGARDU GDAŃSKIEGO - Przez 50 lat Rajmund aktywnie działał muzycznie, zasłużył się wybitnie dla Kociewia. Promował przez swoją działalność Kociewie. Z muzyką Pan Rajmund obcował od dzieciństwa. Gra na saksofonie i instrumentach klawiszowych. Swój pierwszy zespół założył jeszcze w liceum, z którym odnosił wiele sukcesów na przeglądach muzyki młodzieżowej. Występował na estradach wielu miast Polski i Europy. Swoją pasję do muzyki doskonale łączył z pracą zawodową, początkowo jako instruktora, później kierownika działu artystycznego w zakładowym Domu Kultury Starogardzkich Zakładów Farmaceutycznych „Polfa”.

3. EWA LITWIŃSKA Z TCZEWA - Pani Ewa Litwińska jest nauczycielem w Szkole Podstawowej nr 10 w Tczewie. Założyła i prowadzi od ponad 16 lat zespół folklorystyczny "Samborowe Dzieci". Pani Ewa ma olbrzymią wiedzę dotyczącą zagadnień regionalnych, którą znakomicie wykorzystuje w pracy z zespołem. Ogromna pasja, aktywność i zaangażowanie znajdują odzwierciedlenie w wielokrotnym otrzymywaniu nagród i zaproszeń do licznych występów. Między innymi przed Papieżem Janem Pawłem II podczas jego wizyty w Pelplinie. Pani Ewa swoją miłość do tradycji regionalnej potrafi zaszczepić w małych dzieciach, co w dobie wszechobecnej kultury masowej jest niezwykle trudne.

ANIMACJA KULTURY - ZBIOROWO 1. CHÓR "NIEBOSKŁONNI" Z TCZEWA - Skupia 40 członków, którzy oprócz śpiewu przygotowują również teksty wykonywanych utworów, występują charytatywnie nie pobierając wynagrodzenia. Brali udział w koncercie papieskim, którego celem było zebranie funduszy na pomnik Jana Pawła II. Zajęli I miejsce w Metropolitarnym Festiwalu Piosenki Religijnej. Nagrali płytę debiutancką z kolędami. Dwukrotnie uczestniczyli w warsztatach muzyki liturgicznej, a także w tczewskiej wigilii miejskiej. Chór "Nieboskłonni" brał udział w warsztatach i koncercie finałowym z zespołem muzyki chrześcijańskiej New Life M.

2. SZKOŁA FILIALNA W BRATWINIE - Szkoła w Bratwinie jest małą szkołą, ale zarazem wielką lokalną instytucją kulturalną. Nauczyciele wraz z uczniami kultywują tradycje i obrzędy Kociewia. Promują Kociewie m.in. dla wycieczek z Holandii, gdzie prezentują gwarę, śpiew, tańce oraz stroje kociewskie. W szkole realizowany jest program autorski "Na Ludowo" dzięki, któremu powstała Izba Regionalna. Wykorzystywana jest cały czas, nie tylko jako "Małe muzeum" do zwiedzania, ale też jako izba do nauki historii, rozwijania zainteresowań oraz poznawania życia człowieka na przestrzeni lat. Działania szkoły przyczyniają się do pozytywnych postaw i miłości do "Małej Ojczyzny".

3. ZESPÓŁ TANECZNY "WIECZNIE MŁODZI" Z TCZEWA - Zespół został zainicjowany w 2002 roku w odpowiedzi na zdiagnozowaną w środowisku osób starszych w Tczewie potrzebę aktywizacji kulturalnej, środowiskowej oraz fizycznej osób powyżej 50 roku życia. Zespół powstał z inicjatywy Prezesa Zarządu Miejskiego Polskiego Komitetu Pomocy Społecznej w Tczewie. Celem jest zmiana stereotypowego wizerunku osób starszych. Grupa liczy 35 osób powyżej 60. roku życia. Choreografem jest Pani Bożena Szczepańska. Od 2002 roku z sukcesem łączy ideę aktywizacji społeczno-kulturalnej tczewskiego środowiska seniorów z przyjemnością, jaką niesie taniec. Działalność zespołu ma silny wkład w promocję regionu Kociewia poprzez wdrażanie programu tradycyjnych stylów tańca kociewskiego. Tańce regionu prezentowane są w tradycyjnych strojach kociewskich. Ciężka praca jaką wkładają w swe występy przynosi owoce w postaci licznych występów w kraju i za granicą. Zespół występował między innymi w telewizyjnym show "Mam Talent". Zespół "Wiecznie Młodzi" to grupa pasjonatów, którzy poprzez swoją działalność dają radość innymi oraz krzewią kulturę Kociewia.

4. ZESPÓŁ TEATRALNY "PLECIUGA" ZE STAROGARDU GDAŃSKIEGO - Zespół teatralny "Pleciuga" istnieje przy Publicznej Szkole Podstawowej Nr 4 w Starogardzie Gdańskim od roku szkolnego 1996/97. Zaangażowanie opiekuna - scenarzysty Aleksandry Miczek i młodych aktorów jest warte naśladowania. Przynoszą dumę szkole, rodzicom, regionowi. Dają doskonały przykład na pielęgnowanie wartości nie tylko regionalnych ale i tych, które świadczą o mądrości, zaangażowaniu i konieczności krzewienia kultury od najmłodszych lat. Zespół co roku zrzesza w swoich szeregach młodych artystów z klas 4-6, także niepełnosprawnych. Celem pracy zespołu jest stworzenie dzieciom możliwości twórczego rozwijania zainteresowań recytatorskich, aktorskich, teatralnych, muzycznych i plastycznych.

LITERATURA KAZIMIERZ MICHAŁ SZYMANOWSKI - Pan Kazimierz całe życie jest związany z Tczewem i Kociewiem. Od ponad ćwierćwiecza zajmuje się pracą twórczą. Jego pasją jest poezja. W 2012 r. wydał - za namową przyjaciół - swój pierwszy tomik. W tym samym roku wydał drugi tomik. Rok później trzeci. A w 2014 czwarty - "Parkingowe przemyślenia". Pan Kazimierz oprócz pisania ma jeszcze jedną pasję - turystykę rowerową, gdzie przemierza szlaki Kociewia. Zarówno praca zawodowa, jak i życie codzienne oraz rowerowe rajdy są dla niego niewyczerpanym źródłem inspiracji.

PUBLICYSTYKA REGINA KOTŁOWSKA z Frący (gmina Smętowo Graniczne) - Pani Regina Kotłowska jest nauczycielką języka polskiego, historii i plastyki. Jest znawcą historii regionu, kultury i gwary. Od wielu lat działa na rzecz pogłębiania wiedzy o regionie. Pani Regina wyposażyła własnymi eksponatami - związanymi z życiem ludzi na Kociewiu - Centrum Kultury Kociewskiej Stara Kuźnia w Lalkowach. Jest autorką wielu publikacji książkowych i dziennikarskich. Laureatka wielu wyróżnień m.in. Medal Komisji Edukacji Narodowej z 2014 roku. Wiersz Pani Reginy "Ecce homo" zdobył wyróżnienie na ogólnopolskim konkursie "Dziecko w poezji". Inne wiersze wykorzystano również, jako teksty piosenek. Pani Regina została również wyróżniona w 2012 roku "Kociewskim Piórem"- za wybitne osiągnięcia w dziedzinie literatury.

Za CAŁOKSZTAŁT PRACY TWÓRCZEJ "Kociewskie Pióro 2014" otrzymali:

STEFAN GIEŁDON - Od roku 1948 Pan Stefan Gełdon prowadził szkolny teatr tzw. Żywego planu. W 1949 r. stworzył szkolny teatr lalek. W październiku 1951 do roku 1958 Pan Stefan Gełdon tworzył dziecięcy zespół teatru lalek. W 1952 utworzył Wiejską Świetlicę, w której powstał Wiejski Teatr Lalek, w którym angażowała się młodzież i osoby dorosłe. Od kwietnia 1966 roku do października 1991 roku Pan Stefan Gełdon był instruktorem zespołów lalkowych w Powiatowym Domu Kultury w Strzelcach Opolskich oraz klubach i świetlicach powiatu strzeleckiego. Od 1967 roku do 1992 roku był wykładowcą reżyserii i techniki teatru lalek w Uniwersytecie Ludowym w Błotnicy Strzeleckiej. W roku 1992 powstał zespół lalkowy "Baśniowy Świat" w Nowem. Z inicjatywy Pana Stefana Gełdona odbyły się I Wojewódzkie Spotkania Teatrów Lalek Opolszczyzny. W latach kolejnych spotkania odbywały się w różnych miejscowościach. Pan Stefan Gełdon to nie tylko twórca teatru lalek ale i jego żarliwy propagator. Od roku 1994 Pan Stefan Gełdon organizuje w Nowem coroczne Biesiady Lalkarskie. W 1998 roku powstał "Zeszyt Techniki Teatru Lalek", którego Pan Stefan Gełdon jest autorem i redaktorem. Od 2000 roku podczas Biesiad przyznawane są nagrody za wieloletnią działalność w upowszechnianiu sztuki teatru lalek. Stefan Giełdon jest jednym z najznakomitszych znawców sztuki lalkarskiej w Polsce.

PIASECKIE KOCIEWIAKI - To zespół folklorystyczny z Piaseczna. Zespół tworzy 15 młodych śpiewaków i tancerzy oraz kapela instrumentalna. Wszystko zaczęło się w Lalkowach w roku 1952, kiedy Pan Jan Ejankowski (założyciel i kierownik zespołu) został nauczycielem w miejscowej szkole. Tam nauczył się kociewskiej gwary i tam też powstał pierwszy zespół. Potem tworzyły się kolejne zespoły. Aż do roku 1984, kiedy powstały "Piaseckie Kociewiaki". Zespół powstał w grudniu (1984), a jego pierwsza premiera odbyła się 18 maja 1985 roku. Zaprezentowano tam fragmenty wesela kociewskiego i 12 tańców. Trzy lata później "Piaseckie Kociewiaki" zdobyły pierwsze miejsce na ogólnopolskiej imprezie w Kielcach. I tak zespół obchodzi już 30 lat swojej działalności. Do tych najważniejszych osiągnięć należy zaliczyć udział w 1987 roku w przeglądzie teatrów, chórów i zespołów pieśni i tańca organizowany przez Krajowy Związek Kółek Rolniczych i Koła Gospodyń Wiejskich w Kielcach, gdzie zespół zajął pierwsze miejsce. W 1993 roku zespół pojechał do Weilburga, gdzie Niemiecka publiczność entuzjastycznie przyjęła występy, czego dowodem był fakt, że z 3 zaplanowanych koncertów zespół zagrał 6. W 2009 roku zespół zajął I miejsce w XVI przeglądzie Kociewskich Zespołów Folklorystycznych w Piasecznie w kategorii pieśni i tańca.
Zdjęcia Tadeusz Majewski 

Ps. Pozwoliłem sobie przenieś do mego bloga powyższy tekst, ponieważ jednym z nagrodzonych jest Pan Stefan Gełdon z Nowego. Po zakończeniu II wojny światowej został nauczycielem w Szkole Podstawowej w Białachowie. To On nauczył mnie liczyć i pisać w latach 1947/1950. Nauczył mnie poruszać lalkami w jego teatrzyku kukiełkowym w białachowskiej szkole. Pan Stefan Gełdon to wspaniały serdeczny i człowiek. Można przeczytać o Nim w mojej książce "Na ścieżkach wspomnień..."
Bardzo żałuję, że nie mogłem być na tej uroczystości. Gdybym był, sam chętnie wręczyłbym MOJEMU NAUCZYCIELOWI  "Kociewskie Pióro".
Kiedy spotkaliśmy się kilkanaście lat temu na moim jubileuszu pracy twórczej, Pan Gełdon witając się zemną powiedział -jestem Stefan! Od tamtej pory mam zaszczyt zwracać się  do mego "Pana" po imieniu.
Drogi Stefanie - serdecznie Ci gratuluję i życzę wiele zdrowia i sił w pracy twórczej, w której ciągle  jesteś aktywny. Życzę kolejnych nagród.
Edmund

dalej »