sobota, 4 października 2014

GŁUPIEMU, PIJANEMU I ZAKOCHANEMU PAN BÓG DOPOMAGA. REGINA MATUSZEWSKA - CZ. XIDrukujE-mail
sobota, 04 październik 2014
Dobrze pamiętam dzień, kiedy pierwszy raz poszedłem do szkoły w Białachowie. Oczywiście zaprowadziła mnie moja mama. Pamiętam, że Pan zapytał mnie, czy znam się na zegarze. Tak, odpowiedziałem dumnie. A nauczył mnie odczytywać godziny z zegara mój starszy brat Jerzy. Szkoła w Białachowie jeszcze stoi, choć nie ma w niej dzieci. I żyje jeszcze mój Pan nauczyciel Stefan Gełdon. Mieszka w Nowem i ma prawie 90 lat. Ja też do młodych nie należę.
Edmund Zieliński 









Jednego razu matka mówi – Reginciu, pójdziem do szkoły na zapiski

Ojciec miał gospodarkę, fach w ręku, potrzebna była żona. Dawniej morgi się liczyły. Był dobrym partnerem. Ojciec zaczął się przyglądać łączkowskim dziewczynom. Upodobał sobie najładniejszą pannę z całej wsi. Zachodził do niej, ona go zapraszała. Porozmawiał z jej rodzicami, zgodzili się co do ożenku. Dali na zapowiedzi i sielanka się skończyła. Przepraszała ojca, mówiła, że nie może za ojca wyjść, niech się nie gniewa. Za kilka miesięcy dała na zapowiedzi z chłopakiem z sąsiedniej wsi. Całe wesele płakała, szła do ślubu z płaczem. Po weselu zachorowała i leżała chora u swoich rodziców. Jej małżonek zebrał jakoś pieniądze na podróż i wyjechał do Brazylii. Wstydził się zostać w swojej wsi. Byłby pośmiewiskiem. Ona po roku zaczęła wstawać. Zaczął po kryjomu do niej przychodzić kawaler z sąsiedniej wsi. Nie tak daleko od niej mieszkał. Było ich pięciu braci. Wszyscy muzykanci. Wesołej osobowości byli wszyscy. Gospodarka nie była wielka i nie można było jej dzielić. Ojciec ich już nie żył. Chłopaki grali po muzykach, weselach i na swoje potrzeby mieli pieniądze. Nie miał ten kawaler szans na założenie rodziny w domu rodziny. Żenili wszyscy najstarszego w domu. On był z rzędu trzecim. U tej dziewczyny już brat był ożeniony w dom. Jak ktoś miał syna, to nigdy nie żenił córki do domu, choćby była i najstarsza. Po jakimś czasie wydało się, że ten chłopak chodzi do mężatki. Ludzie zaczęli się podśmiewać z nich wszystkich. Rodzice tej dziewczyny byli pobożni. Ojciec był w kościele za brastewnego. Chwalił się swoimi krowami i ładną córką. Pewnie gdyby była normalnie za mąż wyszła, to by tych krów kilka w posag dostała. Dostała od rodziców komórkę z oknem. Tam przychodził do niej ten chłopak już nie po kryjomu, bo dziewczyna spodziewała się dziecka. Szedł odważniej, ale zawsze ze wstydem. Jak się synek urodził, moi rodzice trzymali do chrztu. Ona się najmowała do roboty u ludzi, on też, gdzie mógł, tam robił. Na pewno rodzice też coś podrzucili do jedzenia, ale prędko zmarli. Musieli sami sobie radzić. Najgorsze było to, że byle kto mógł im palcem wytykać ich nierząd.
Oni już wcześniej mieli się ku sobie, ale nie mieli możliwości ułożyć sobie życia. On był wygadany, póki mu ktoś nie wspomniał o jego nierządzie. Czerwienił się, oczy spuścił i nic nie mówił. U moich rodziców często oboje coś robili. Za szycie odrabiali i na chleb coś zarobić. Biedy na nich nie było widać. Czysto i schludnie byli ubrani, tylko ten wstyd nad nimi ciągle wisiał. Po wojnie poszli do Prus na gospodarkę. Mieli już pięcioro dzieci. Odzyskane ziemie pomogły im założyć prawdziwą rodzinę. W którymś roku wzięli ślub kościelny. Dostali go, bo tamten mąż w Brazylii umarł. Na pewno już nie żyją. Nie wiadomo, czy takie życie mieli mieć, czy sami sobie takie ułożyli. Tego nikt nie wie. W tamtych czasach coś takiego przeżyć musiało się być silnym człowiekiem. Może coś dodawało tej siły, jak mówią Kaszubi, że głupiemu, pijanemu i zakochanemu Pan Bóg dopomaga. Może tak jest. Jakby żyli wszyscy jednakowo, nie dawali powodu do plotek, świat pewnie by nie był ciekawy. Nie byłoby w tych czasach rozrywki. Telewizji wtedy nie było, w wolnych chwilach ludzie musieli o czymś pogadać. Byli tacy, co się bardzo nie martwili jak kto żyje, ale byli i tacy, co tylko tymi nowinkami żyli. Mało im było swojej biedy, to szukali u innych.

Pani Regina i Jej pierwsze rzeźby

Jak byłam małym dzieckiem, to pamiętam malutką laleczkę. Jak ją postawił na główce, to sama się odwracała na siedzenie. Później się dowiedziałam, że miała na dole ołów w środku przyklejony. Nie wiem co się z nią stało, tyle tylko że ją pamiętam. Matki prosiłam, żeby mi zrobiła ze szmaty. Matka brała szmatę, przeważnie chustkę z głowy i uwinęła mi taką uwiniętą dziećkę. Taka była uwinięta, jak malutkie dziecko się uwijało. Co mi zrobiła, to było niedobrze. Jakoś sąsiadka u nas wtedy była. Matce się naprzykrzyło, jak nie chwyci tej lalki i tą lalką po plecach dostałam. Już więcej matki nie prosiłam. Wstydziłam się prosić, bo matka mówiła, że jestem kocią matką. Wszyscy wtedy tak mówili. Nikt dzieciom lalek nie kupował. Były ważniejsze wydatki. Bez czego się można było obejść, to się obywali. 
Najgorzej mnie nęciło, gdy z rodzicami pojechałam na odpust. Odpust był w tej parafii, skąd wychodzili rodzice. Ojciec jechał wozem, i my dzieci, i matka razem z nim. Całą drogę zadawałyśmy rodzicom dużo pytać. W jednego konia po twardej drodze jechało się trochę prędzej, ale były i piaski i wtedy się jechało, noga za nogą, pomaluśku. Czasu było dużo, więc rodzice nam chętnie odpowiadali. Koło każdej figury i krzyża mówiła matka modlitwę; „Kłaniam Ci się Panie Jezu Chryste, żeś przez krzyż i mękę swoją, Jezu zbaw duszę moją.”
Gdy już byliśmy na szosie, ojciec mówi, zaraz zobaczycie kolejkę. Pierwszy raz zobaczyłyśmy długi rząd wagonów. Ojciec musiał trzymać konia, bo konie wtedy bały się kolejki. Później ludzie nazwali te kolejki ciuchcią, a jeszcze później wszystkie ciuchcie rozwalili. Kupili duże autobusy. Myślę, że te małe kolejki zrobiły wielką rolę w tych czasach. Mogły być do dzisiaj. Autobusy nam lekko nie przyszły i niszczą się prędzej. Wzorujemy się na innych krajach, jak nie mielibyśmy swoich. Powinniśmy żyć według swoich zasobów. Jak mnie nie stać na coś, bez czego mogę się obejść, nie pójdę do sąsiada, żeby pożyczać pieniędzy i kupić sobie coś, co inni mają. Jak mnie na coś nie stać, robię tak, żeby się bez tego obejść.
Przyjechaliśmy na odpust. Koło kościoła był duży, wolny plac i tam wszyscy zostawiali swoje konie i wozy. Konie się wyprzęgało i uwiązywało przy wozie. Na wozie koniowi się dawało świeżą trawę albo obrok w worku, to znaczy wieszało się koniowi na szyję worek z owsem. Ale obrok dawało się wtedy, gdy koń ciężko ciągnął. Okryło się konia derą, żeby go robactwo nie gryzło. 

Pani Regina Wycina, w tle jej pierwsze obrazki

Dzwony zaczęły dzwonić, że już nie długo nabożeństwo. Dookoła płota kościelnego z zewnętrznej jego strony ustawili się kupcy ze swoim towarem. Można było obejrzeć różności. Było w tasach (stragany) wszystko, co oczy przyciągało. W jednym różańce, w drugim książeczki, w trzecim koraliki i obwarzanki, panienki z piernika i różne owoce. Mnie najbardziej nęciły tasy tam, gdzie wisiały lalki. Miały główki prawdziwe, z nóżkami i rączkami przyszytymi. Każda w innej sukieneczce. Zachwyciły mnie te małe piękności. Nawet nikomu nie śmiałam mówić o swoim marzeniu. Rodzice kupili nam po sznurku obwarzanków i udaliśmy się na nabożeństwo. Msza św. odprawiona była w kościele, a kazalnica była ustawiona na murawie przy kościele. Ludzie stali i siedzieli jak było wygodniej, zasłuchani w słowa innego księdza. Po nieszporach staliśmy bliżej bramy, żeby zobaczyć ciotki i wujków. Ojciec poszedł zobaczyć, czy koń dobrze stoi. Przyjechaliśmy do domu nad wieczorem. W domu marzyłam jeszcze o tych różnościach z odpustu, a najbardziej o takiej lalce, jakie widziałam w tasach.
Jednego razu matka mówi: Reginciu pójdziem do szkoły do zapiski. Szkoła była piękna. Nie każda wieś taką miała. Z daleka się bieliła, bo była biała, i miała duże okna. Na dole były z jednej strony korytarza dwie duże klasy. Z drugiej strony kancelaria i świetlica. Przez środek szeroki korytarz i siónka, w której była umywalka. Poszłyśmy na górę do pani nauczycielki. Pani kazała nam usiąść i z nami rozmawiała. Mnie dała ołówek i kazała mi narysować kółeczka. Mnie te kółeczka wyszły takie nieforemne. Zawstydziłam się tego brzydkiego rysowania. Pani spojrzała i mówiła, że pięknie narysowałam. Wzięła nas i poprowadziła nas na dół do szkoły. 


Rzeźby Pani Reginy z 1999 roku

Tak mi się w tej szkole wszystko spodobało. Tyle kwiatów na oknach, w klasach i na korytarzu. Kaflowe piece, podłogi czyste. Trzy rzędy ławek. Na ścianach portrety Piłsudskiego, Mościckiego i Rydza-Śmigłego. Krzyż i biały orzeł. W świetlicy scena i ławki dookoła ścian. Przed szkołą trawa, chodnik z płytek i duże klomby z kwiatami. Drewutnia i ustępy z prawdziwego zdarzenia. Wielkie boisko i studnia cembrowana. Myślę, że ktoś się dobrze w gminie przysłużył. Pewnie to jeden mieszkaniec ze wsi. Był wójtem przez kilka lat. Takiej drugiej szkoły w całej gminie nie było. Może wybudowali, żeby Niemcy widzieli, że i u nas coś jest. Wieś leżała blisko pruskiej granicy. W dzisiejszych czasach też nieraz na pokaz się coś buduje.
Pierwszego września trzeba było iść do szkoły, było ze trzy kilometry. Rodzice pojechali do miasta. W domu siedziałyśmy z babcią Ciecierską. Przyszła do nas na gościnę na kilka dni. Mamie babcia obiecała mnie wybrać do szkoły. I babcia mnie ubrała, majtki z koronkami szydełkowymi, podwłóczkę, czyli białą halkę, batystową niebieską sukienkę, krakowski, szydełkowy serdaczek, białe pończoszki i czarne, kościelne lakierki. Jeszcze kazała mi ubrać płaszczyk. Ja płaszczyka nie ubrałam, ale w butach taki kawał drogi było mi ciężko iść. Przyszłam do szkoły ostatnia. Wszystkie dzieci ustawione w dwuszeregu. Ja też chciałam dołączyć do szeregu, a tu pan kierownik mówi: Ksepkówna, wróć się i powiedz wszystkim – dzień dobry. Wróciłam i powiedziałam to dzień dobry. Wszyscy się głośno śmiali, a ja się tak czułam, że bym się w mysią dziurę schowała. 


Prace Reginy Matuszewskiej na wystawie w Muzeum Ziemi Kociewskiej w Starogardzie.

Wszystkie dzieci były boso, tylko córka nauczyciela była obuta i strażnika. Były w pięknych przewiewnych sukienkach. Ja na drugi dzień też przyszłam boso i bez żadnych serdaczków. Dzieci ustawiały się w dwuszeregu na korytarzu. Pan kierownik oglądał, czy mamy czyste ręce. Jak kto miał brudne, to dostawał linijką w łapę. Mało to się zdarzyło, każdy dbał, żeby nie być brudasem. Nogi też były oglądane. Najgorzej było tym, co krowy paśli. Nogi od wiatru i deszczu, nieraz się skóra pękała, trudno było myć, bo bolało, ale jakoś to szło. Były oglądane chusteczki. Każdy miał ładnie złożoną, a do przeglądu rozkładało się i trzymało w dwóch rękach. Oglądane były i uszy. 
W zimie musiały się buty błyszczeć. Kto miał pastę, to było dobrze. Biedniejsi czyścili sadzami z garnka i drzwiczek od kuchni. Nieraz im się lepiej błyszczały, jak nasze od pasty. Dzieci dbały o buty. Nie wchodziły w kałuże. Buty musiały być suche, bo każdy miał tylko jedne. Mokre by się nie wyczyściły. Po przeglądzie zaśpiewaliśmy Rotę – Nie rzucim ziemi skąd nasz ród - i maszerowaliśmy dwójkami do klasy. W klasie, w ławkach staliśmy i odmówiliśmy codzienną modlitwę - Boże oświeć umysły nasze i zdolności itd. Po modlitwie siadaliśmy w ławkach. Wiedzieliśmy, co oznacza baczność i spocznij, marsz w lewo i w prawo.
Szkołę lubiłam bardzo. Chodziłam nawet w tęgie mrozy. Nieraz starsze dzieci nie przyszły, bo była zła pogoda. To co powiedziała pan, czy pan, to było święte. Ojca i matki tak nikt nie słuchał jak pani i pana. Do dziś czuję wielki respekt do dobrego nauczyciela. Chylę czoło w podzięce za wszystkie trudy, jakie ponoszą ludzie, którzy chcą przekazać to, co najlepsze małym ludziom. To co oni zaszczepiają w najmłodszych sercach, trwa przez całe życie. Później co zdobędziemy, łatwiej zapomnimy, tylko te pierwsze nauki najdłużej w nas siedzą. Na nauczycieli powinni być wybierani ludzie z powołaniem, bo to jest jak kapłaństwo. Oni kształtują charakter naszych dzieci, rozbudzają talenty w naszych dzieciach, starają się wychować każdego na dobrego człowieka. Jest źle, gdy ktoś idzie uczyć się tylko z braku innej pracy. Taki człowiek zrobi więcej szkody jak pożytku. Lepiej żeby sam to zrozumiał i się wycofał, póki mniej szkody. Według mnie, w dzisiejszych czasach młodsze klasy, a i starsze także, są za mocno obarczone różnymi przedmiotami. A jak czegoś jest za dużo, coś w końcu nie wytrzymuje. Nauka też musi być z umiarem. Lubiłam szkołę i uczyć się też, ale marzenia o lalce mi nie wygasło. Idąc ze szkoły popatrzyłam na słupy telefoniczne. Miały u góry takie ładne szkiełka w kształcie laleczki. Tak myślałam, żeby mieć takie szkiełko, by je ładnie ubrał to by była laleczka.
W następnym odcinku będzie o kopaniu kartofli, pastwisku i jak to Regincia lalkę sobie zrobiła.
1 września 2014 
Opracował Edmund Zieliński




czwartek, 11 września 2014

OPOWIEŚCI JERZYKA ZIELIŃSKIEGO Z BIAŁEGO BUKOWCA - MATERIAŁ ARCHIWALNYDrukujE-mail
czwartek, 11 wrzesień 2014


Gospodarstwo Zielińskich leży niecałe 300 metrów od oddanego kilka dni temu do użytku mostu na Piesienicy. 
Jedziemy do Zielińskich porozmawiać o moście i okolicy. Po ciemku nierówna droga z Miardowa do Białego Bukowca strasznie się dłuży. 

Wreszcie zjeżdżamy po stromiźnie - zjeździe w dolinę rzeczki. Reflektory w ciemnościach wymacują most, położone obok niego na wzgórku gospodarstwo i drogę w lewo. Tam majaczą światła domu Zielińskich.

Ty Jerzyk nie gań

Rodzina Zielińskich siedzi w obszernej kuchni. Jerzy, głowa rodziny, zaprasza do wielkiego stołu. Przedtem jednak oglądamy święty obraz na ścianie. Jest jakby trójwymiarowy, z Matką Boską i Dzieciątkiem z porcelany. Na oko ma ze 100 lat. 

- Macie wreszcie nowy most, panie Zieliński. A hektarów ile?
- Most - w prostej linii patrząc - znajduje się od nas ze 250 metrów. Ile ziemi? Do orania 17 hektarów. Po tamtej stronie Piesienicy niecałe 9 hektarów, po tej stronie reszta, łajno nie ziemia. Bo leży na stoku do rzeki. Chciałem zalesić, ale w starostwie mi prawdy nie powiedzieli, co trzeba zrobić, by dać pod las. Co dwa tygodnie mnie wołali, a to znaczek trzeba kupić, a to co innego, tylko nie, jak przekwalifikować. Tyle, że sobie zrobiłem prawo jazdy. Po drugiej stronie rzeczki jest nawet i III klasa.
- Ty Jerzyk nie gań. Oni wszystko napiszą - upomina pana Jerzego żona.
- Nowy most, ale w tym miejscu jest pal na palu. Ja pamiętam cztery mosty - ciągnie Jerzyk.

Woda inaczej stała 

- Jestem stąd. Mój ojciec, 1904 rocznik, tu był rodzony. Ożenił się w 1932. Ja jestem 1946 rocznik. Co ja pamiętam, chłopie? Że to teraz będzie czwarty mostek za mojego życia. Byłem gówniarzykiem i stał na szynach. A pod dołem Niemcy zawiesili miny. Widziałem. Nie udało im się wysadzić. Obok była wielka stodoła. Przy mostku woda inaczej stała jak tera. Rozlewisko stało aż po krzakory, woda sięgała wysoko, po brzegi. A rybów ile było. Pamiętam też, jak taki dziadek z Gołębiewa kafarem wbijał pale pod nowy most.




Osiem lat po pierwszej wizycie u państwa Zielińskich. Pani Zielińska również pozuje z psem. Fot. Tadeusz Majewski  

Którędy bym jeździł
- A tym ostatnim mostem kiedy pan jeździł?
- Jeszcze przed wyświęceniem - środa to była. Ten poprzedni most wytrzymał 15 lat. Był niższy od nowego i miał betonowe słupy. 
- Ciągnikiem?
- I ciągnikiem i kombajnem Klaasem. Z pół metra węższym od Bizona. Zje połowa tego, co Bizon. 
- To znaczy - ile zje?
- 7- 8 litrów ropy na godzinę. A Bizon 14 zje... oj 16 potrafi. 
- A jakby ten stary most się zawalił, to jakby pan jeździł na pole? Przez Piesienicę?
- Piesienice są trzy.

- ?!
- Piesienica Młyn, Piesienica i Piesienice. Jeździłbym przez Egipt (tutejsza nazwa części Karolewa), Karolewo, Młyn, na Pinczyn i do rzeki przy Piotrowskim. Razem z 8 kilometrów. Ale szło jeszcze po starym jechać (tego pan nie szrajbuj), choć dziura już była. 
- A ile czasu by panu zabrał taki dojazd naokoło, gdyby nie ten most?
- Z godzina trzeba burczyć, a nazad też. Powoli, bo nie możesz szaleć kombajnem. W sumie dwie godziny. To w jeden dzień, ale trzeba by dojeżdżać kilka dni. To 10 hektarów, 3 morgi po naszemu... Przez ten mostek dojeżdża też dwóch chłopaków z Miradowa do pracy do Pinczyna. 



Piękny, stary święty obraz. W figurkach była pozytywka. Czegoś takiego jeszcze nie widzieliśmy.

Daleko od dróg

- Żyjecie tu z daleka od dróg utwardzonych, w kwartale między berlinką, szosą z berlinki na Skarszewy, z Piesienicy do Pinczyna. Ile stąd jest do większych miejscowości?
- Do Pinczyna jest 3,5 kilometra, ale żeby dojechać, trzeba dojść do Karolewa na autobus - 1,5 km. Do Miradowa jest dokładnie 2,150 km. Tak wyliczyli, jak do mnie 12 lat temu zakładali telefon. Daleko od szos, ale choć cichutko... A te drogi nierówne? Zawsze zrobią wtedy, jak jest już po czasie. Po żniwach równiarka przeleci, tedy są deszcze i robi się jeszcze gorsze diabelstwo jak było.

Dawna Piesienica
- Jak jeszcze istniał w Zblewie Bakutil, to po Piesienicy chodził "Waryński" i wybierał. Od czasu, kiedy ruszyła oczyszczalnia na Piesienicy pod Zblewem, jakby diabeł strzelił. Od tego czasu ani razu nie pogłębiano. A wszystkie ścieki tą rzeczką lecą. Nie dość, że się nimi zamuli, to jeszcze korzenie robią swoje. Teraz pieniądze mam dołożyć, żeby odmulić. A kto to zamulił, ja? 

- Ale ta rzeczka nie jest taka brudna. Nie śmierdzi.
- Śmierdzi, tylko zależy kiedy. A kiedyś tu się kąpali, w tej rzece. 
- Rybek nie ma?
- Ani żaby chłopie nie zobaczysz. A kiedyś z mostku widziałeś jak chodzą. Galikowscy nieraz wybierali duża balija ryb. Wtedy sobie wzięli szczupaki, a resztę wysypali. A raki - teraz mówią, że hodują szlachetne - to takie skurczybyki chodzili, że nieraz pół kosza żem wziął. Ale to było wtedy, jak byłem gówniarzykiem. To się skończyło, kiedy raz wsadziłem palec między korzenie i mnie chwycił. Myślałem, że mam dużego raka, a to był szczur wodny. Latem, kiedy tu był dupny zalew, przyjeżdżało wielu ludzi. Zresztą teraz też dużo jeździ. Kiedyś ludzie chodzili wędkować do Zblewa, gdzie przy młynie była woda i tu, niedaleko, do Piesienicy. Tu drugi młyn kręcił. Zalew był aż po Biały Bukowiec. Kiedy były burze, to dwa razy turbinę zatrzymywało. Mój ojciec przyniósł wtedy z tej turbiny cały worek węgorzy. 
- Jaki związek mają burze z węgorzami?
- Węgorz nie wytrzymuje burzy. Uciekał z zalewu. I wkręcał się w turbinę. Ojciec obciągał te węgorze. Z zewnątrz były całe, ale w środku połamane. Ojciec miał nerw na te węgorze. Ale smakowały.




Powojenna książka meldunkowa będąca w posiadaniu pani Zielińskiej. Biały Bukowiec należał kiedyś do gromady Karolewo 

Legendy 
- Koło mostku jest ładny dom na wzgórzu. Ma ciekawe okna. Są wypukłe jak ekran telewizora. Kiedy świeci słoneczko, to z daleka zobaczysz je jak lustra. Na tym wzgórzu prawdopodobnie mieszkał jakiś rycerz. Wzgórze było otoczone wodą w fosie. Kiedyś znajomy spychał kawałek ziemi i mówi do mnie: "Jerzyk,
to nie jest normalnie nasypane. Tam są ludzkie kości". A studnia jaka tam jest. Z cegły murowana, średnica jak stąd do pana (przez stół, ze 2 metry).
Ziemi w konia nie zrobisz
- Jak po dotacjach unijnych?
- Źle nie jest. Mam 30 świniaków, kur z dziesięć. Siedzą, gdaczą, jaja niesą. Wszystkiego mam po trochu. Te ziarka... Ja to wszystko przetworzę. Ziarka przerobię i lepiej wyjdę na tym, niż ci, którzy sprzedają. Bo tucznik idzie w górę, a ziarka w dół. Mądrze mnie uczyli - "To, co z pola zwiezione, powinno być przerobione i z powrotem wywieziony obornik na pole. Ale to je roboty kupa. Ziemi w konia nie zrobisz, kobieta możesz. 

Pan Jerzy śpiewa
Wychodzimy z domu, wsiadamy do samochodu. Pan Jerzy wychodzi z nami i śpiewa radosną pieśń o ziemi, świecie. Śpiew podobno dobrze wentyluje płuca, zwłaszcza po papierosach. Może Jerzyk jeszcze zaśpiewa o Piesienicy pełnej raków i zalewie węgorzy? Czy da się odbudować przeszłość?
Tekst i foto Tadeusz Majewski i Tomasz Galewski

W tekście tym, opublikowanym w styczniu 2005 r., zamieszczono zdjęcia, które niestety przepadły na skutek awarii serwera. Pozostały podpisy, które też coś mówią. Jedynie z tamtej sesji zachowało się zdjęcie nieżyjącego już Jerzego Zielińskiego. Pozostałe zdjęcie wykonała Oliwia Nowak 2 lata temu.      

1. Rodzina Zielińskich: Karol (wnuk), Marcin, Jerzy, Anna, Joanna (wnuczka) i Barbara.
2. Jerzy Zieliński ma pomyślunek. Lubi konstruować. Pokazuje nam przyrząd do znakowania świń "na dupa". - Z tyłu jak ucieka, to chlapniesz i masz. 14 numerów - PL, numer gospodarstwa. 13,50 zł kosztuje taki jeden numerek fabryczny. Sama rączka - 80 zł. A ja przez 3 godziny żem sobie powyginał. Za całość bym zapłacił 260 zł. Igiełek na te numerki musiałem zrobić ze 200. W trzy dni to miałem zrobione.
3. Piękny, stary święty obraz. W figurkach była pozytywka. Czegoś takiego jeszcze nie widzieliśmy.

Powyższy tekst Tadeusza Majewskiego  przeniosłem ze strony Wirtualnego Kociewia, bowiem pośrednio dotyczy on także mojej rodziny. Józef Zieliński, ojciec Jerzego, był rodzonym kuzynem mojego ojca. Ojcem Józefa był Antoni Zieliński z Białachowa, brat mojego dziadka Franciszka Zielińskiego. 
Ja nigdy nie byłem w Białym Bukowcu, a ile razy miałem chęć tam pojechać, do moich krewnych? Wielokrotnie jechałem ze Skarszew do berlinki i zawsze korciło mnie by skręcić do Białego Bukowca. Nie lubię odwiedzać nikogo bez uprzedzenia. Nic by się jednak nie stało, gdybym to uczynił. Przynajmniej spotkałbym się z moja dalszą rodziną i zobaczył się z kuzynem z drugiej linii. Niestety - już go nie zobaczę. Że zmarł dowiaduję się z tekstu pana Tadeusza Majewskiego. Bardzo mi przykro i żałuję, że tak się stało. Nieraz łapię się na tym, by niczego nie odkładać na jutro. Tutaj też odkładałem wizytę i z Jerzykiem się już nie spotkam. Śpij w Pokoju Drogi Kuzynie, a rodzinie składam najszczersze wyrazy ubolewania.
Gdańsk 12 września 2014                                                           Edmund Zieliński

wstecz dalej »

wtorek, 9 września 2014

EDMUND ZIELIŃSKI. TO BYŁ JEDEN Z LEPSZYCH PLENERÓWDrukujE-mail
poniedziałek, 08 wrzesień 2014



W niedzielę 17 sierpnia 2014 rozpoczął się w Bytoni VIII plener artystów ludowych Kaszub, Kociewia i Borów Tucholskich. Oto oni:



Felicja Kołakowska – hafciarka z Tucholi, Barbara Okonek – hafciarka z Tucholi, Bogumiła Błażejewska – hafciarka z Tucholi, Maria Leszman – hafciarka z Pelplina, Katarzyna Nowak – hafciarka z Tczewa, Krystyna Engler – hafciarka z Pinczyna, Krzysztof Bagorski – malarz z Małego Bukowsca, Brygida Śniatecka – malarka z Rumi, Marlena Stefańska – malarka, Malwina Dzwonkowska – malarka ze Stężycy, Józef Śniatecki – harmonista z Rumi, Włodzimierz Drozd – twórca ikon z Bytowa, Krystyna Chwojnicka - twórczyni ikon z Bytowa, Andrzej Karcz – metaloplastyk, Edmund Zieliński – rzeźbiarz z Gdańska, Marek Pawelec – rzeźbiarz ze Zblewa, Alfons Zwara – malarz z Rumi, Stanisław Sumowski – malarz z Tczewa, Jolanta Pawłowska – malarka ze Zblewa.

Krystyna Chwojnicka przy ikonach



Wołodia Drozd  "pisze" ikonę



                                                  Brygida Śniatecka



                                                Ali Zwara w swoim żywiole



Hafciarki przenosiły na płótno ubarwione kwiaty i kłosy zbóż z kociewskich pól i łąk. Precyzja wykonania budziła powszechny zachwyt. Jednak jest piękny ten nasz haft stworzony przez panie Wespową i Garnyszową. Pięknie się rozwija i ma coraz więcej zwolenników. Jest inny od kaszubskiego i oto chodzi. Tutaj na uwagę zasługuje niezmordowana twórczością znakomita hafciarka z Tucholi 89-letnia Felicja Kołakowska, która pierwszych ściegów uczyła się jeszcze przed wojną u pani Teodory Gulgowskiej. Chylimy przed Panią czoło.

Malarze za temat swych prac obrali pejzaż Zblewa. Uwiecznili naszą wieś, kościół, łąki i pola. Wszystkie prace są wysokiej marki. Chciałbym tu jednak specjalnie zauważyć panią Malwinę Dzwonkowską ze Stężycy, która z wielką swobodą i mistrzowskim pędzlem przenosiła naturę Kociewia na płótno. Ta młoda osoba zasługuje na uwagę i powinna się znaleźć na przyszłorocznym plenerze, jak i innych tego rodzaju imprezach, by rozwijać i doskonalić swój warsztat.

                                           Felicja Kołakowska lat 89



                           Od lewej Felicja Kołakowska, Barbara Okonek i Krystyna Engler




                                                                   Marlena Stefańska




                                                        Bogumiła Błażejewska


Rzeźbiarze – było ich tylko dwóch, ale robotę wykonali za pięciu. Mieli za zadanie wykonanie kapliczek dla trzech miejscowości – Miradowa, Pinczyna i Borzechowa. Pan Ryszard Gumiński ofiarował na ten cel stuletnie lipy stojące przy starej szosie do Starogardu. Po przewiezieniu potężnych kloców na teren szkoły pan Janek Szulc pięknie je okorował, był też bardzo pomocny podczas obrabiania drewna i nadania mu kształtu kapliczki. Dzielnie mu sekundował pan Józek Śniatecki – dziękuję Panom!

                                                             Katarzyna Nowak





                                       Maria Leszman




                                                           Malwina Dzwonkowska




                       Od lewej Malwina Dzwonkowska, Edmund Zieliński, Wołodia Drozd i Ali Zwara




                                       Przy opiekaniu kiełbasek w Wirtach




                     Wójt Krzysztof Trawicki i Wołodia Drozd umilają muzyką spotkanie



W piątek 22 sierpnia 2014 o godzinie 17 w Pinczynie miało miejsce poświęcenie plenerowej kapliczki z figurą Pana Jezusa Frasobliwego autorstwa Marka Pawelca ze Zblewa. Pan Marek wykonał ją w intencji zdrowia swojej córki Oli. Piękny czyn. Nie brałem udziału w tej uroczystości (za dużo wyjazdów), bowiem w sobotę 23 sierpnia byłem na miłej imprezie w Białachowie. Otóż ksiądz wikary ze Zblewa dokonał pobłogosławienia nowo wybudowanej świetlicy wiejskiej. Zlokalizowana została w sąsiedztwie starej szkoły, do której uczęszczałem w latach 1947-1951. Uroczystość zgromadziła wielu mieszkańców wsi i okolicy.

W niedzielę 28 sierpnia o godzinie 12 kolejna miła uroczystość – pobłogosławienie kapliczki w Borzechowie na terenie przykościelnym, do której wyrzeźbiłem figurę Serca Pana Jezusa. Błogosławił ksiądz proboszcz Adam Kapelusz. I tutaj zgromadziło się wiele mieszkańców wsi jak i letników wypoczywających w okolicy. Byłem z całą rodziną. Przy tej okazji odwiedziliśmy naszych krewnych w Borzechowie i pojechaliśmy do Wirt, gdzie w arboretum uczestnicy pleneru w Bytoni demonstrowali swoje umiejętności, a godzinie 18 rozpalono ognisko, przy którym opiekaliśmy kiełbaski i śpiewaliśmy przy akompaniamencie akordeonistów – Wołodii Drozda i wójta Krzysztofa Trawickiego.

W poniedziałek 25 sierpnia w Miradowie poświęcona została trzecia kapliczka z figurą św. Krzysztofa autorstwa Marka Pawelca. I tutaj wszyscy artyści z pleneru brali udział.

No i nastał dzień ostatni VIII pleneru – wtorek 26 sierpnia. Na tę uroczystość pojechałem z panią Ewą Gilewską z muzeum w Oliwie. Po drodze zabraliśmy dyrektora Muzeum Kociewskiego w Starogardzie Andrzeja Błażyńskiego i pracownicę tej placówki panią Izabelę Klimek-Czogała. W drodze do Zblewa zatrzymaliśmy się przy kapliczce w Miradowie, która stanęła na terenie gospodarstwa państwa Gumińskich. Pojechaliśmy też do Pinczyna, by zobaczyć tamtejszą kapliczkę. Każda z nich uzyskała wysoką notę towarzyszących mi etnografów.

Do Bytoni zajechaliśmy przed godziną 11, więc było trochę czasu na kontakty z twórcami, co skwapliwie towarzysze mojej podróży wykorzystali.

Uroczystość zakończenia pleneru zgromadziła nie tylko samych uczestników pleneru, ale znakomitych gości, których w serdecznych słowach powitał gospodarz placówki pan dyrektor Tomasz Damaszk. Przyjechał starosta Leszek Burczyk, był senator Andrzej Grzyb, jak zawsze i tym razem był wójt gminy Zblewo Krzysztof Trawicki, przyjechał ks. proboszcz z Borzechowa Adam Kapelusz, gościł ks. proboszcz Zblewski Zenon Górecki, byli leśnicy – nadleśniczy Marcin Naderza z Kalisk, leśniczy Leśnictwa Wirty Piotr Dorawa i podleśniczy z tej jednostki Kuba Piechowiak. Tutaj muszę dodać, że nawiązała się godna uwagi współpraca pomiędzy leśnictwem a szkołą w Bytoni. To dzięki tej instytucji nie będzie problemu z pozyskaniem drewna lipowego na kolejny plener, za co ja i dyrektor szkoły Tomasz Damaszk z góry serdecznie dziękujemy.

Z uznaniem i gratulacjami dla uczestników pleneru i ich organizatorów wypowiedzieli się starosta pan Leszek Burczyk, senator Andrzej Grzyb i wójt Krzysztof Trawicki.

Plener podsumował dyrektor Muzeum Ziemi Kociewskiej w Starogardzie pan Andrzej Błażyński. Dziękował za kultywowanie tradycji, zwłaszcza za piękne kapliczki, których jest jeszcze ciągle mało w krajobrazie Kociewia.

Myślę, że to chyba jedyny plener mający tak liczną opiekę merytoryczną ze strony etnologów, bowiem gościł kustosz muzeum w Oliwie panią Ewa Gilewską i panią Izę Czogała ze Starogardu.

To był rzeczywiście wyjątkowy plener. Powstały nowe kapliczki widome znaki naszej kultury i wiary, Izba Regionalna pozyskała wiele nowych eksponatów, w tym piękne ikony wykonane przez uczestniczących pierwszy raz w bytońskim plenerze artystów z Bytowa – Wołodię Drozda i Krystynę Chwojnicką. Akordeony Włodka i Józka umilały wieczory uczestnikom pleneru. A spływ kajakami? Ile tu było atrakcji!

Co powiedzieć na zakończenie? Życzę, byśmy mogli się spotkać w Bytoni na IX już plenerze artystów Pomorza w roku 2015.

Edmund Zieliński 
Fot. Krzysztof Bagorski

Inne zdjęcia


                   Józek Śniatecki i Marek Pawelec przy obróbce kapliczek





                                    Poświęcenie kapliczki w Borzechowie


                                          Poświęcenie kapliczki w Borzechowie


                                            Uczestnicy pleneru w Wirtach


                                     Pokazy wykonywania haftu i ikon w Wirtach


                           Ks. Adam Kapelusz, Edmund Zieliński i Daniel mój krewniak





                            Wołodia Drozd i Krzysztof Trawicki umilają pobyt w Wirtach


                              Plenerowiczów odwiedził Bernard Damaszk z małżonką



                         Barbara Okonek otrzymuje dyplom z rąk senatora Andrzeja Grzyba




                         Kapliczka Marka Pawelca w Pinczynie przy plebanii



                             Senator Andrzej Grzyb przemawia na zakończenie pleneru



Tomek Damaszk, Izabela Czogała, Edmund i Danuta Zielińscy przy kapliczce w Borzechowie

Zdjęcia wykonali Izabela Czogała i Wojciech Zieliński


środa, 3 września 2014

OTWARCIE NOWEJ ŚWIETLICY W BIAŁACHOWIE. FOTOREPORTAŻDrukujE-mail
poniedziałek, 25 sierpień 2014


23 sierpnia (w sobotę) o godz. 16 odbyło się uroczyste otwarcie nowej świetlicy w Białachowie. Fot. Tadeusz Majewski 

Świetlicę w Białachowie zbudowano w ramach operacji "Domy wspólnoty – budowa świetlic wiejskich z placami gier i zabaw w Białachowie i Miradowie oraz rozbudowa budynku OSP w Semlinie" w ramach działania 313,322,323 „Odnowa i Rozwój Wsi” objętego PROW na lata 2007-2013 .
Całkowity koszt operacji wyniósł 843 293,56 zł brutto, a dofinansowanie ze środków Unii wyniosło 500 000,00 zł.





                 Janusz Trocha, Krzysztof Trawicji i Jan Wildtman przecinają wstęgę przed wejściem do świetlicy w Białachowie




                                                                                    Mieszkańcy Białachowa




                                        Ks. wikary ze Zblewa święci świetlicę



                                                                Przemawia wójt Krzysztof Trawicki



                                               Sołtys Białachowa pan Krzysztof Wołoch
















                                                           W głębi stara szkoła w Białachowie



Elżbieta Glaza i Edmund Zieliński