wtorek, 5 sierpnia 2014

DZIEWCOKI POCEKOJTA PRZY WOZIE. REGINA MATUSZEWSKA - CZĘŚĆ VIIIDrukujE-mail
wtorek, 05 sierpień 2014
Zgodnie z przysłowiem "im dalej w las, tym więcej drzew", zagłębiając się tekst wspomnień Pani Reginy dowiadujemy się o wielu ciekawych zdarzeniach z jej młodego życia. Bardzo chciała się uczyć i kto wie, może dziś odnosząc się do Pani Reginy mówiłbym do niej Pani profesor? Wielkich szkół nie kończyła, ale jej wiedza jest zaskakująco bogata. Dzięki dociekliwej obserwacji życia codziennego w swojej wsi, zapamiętanym szczegółom – knot z lnu wstawiony w rureczkę wstawioną w naczynie… i cała latarka, w mojej ocenie osiągnęła miano etnografa, chociaż bez dyplomu. Czytajmy dalej.







Zaczęłam je pisać (moje wspomnienia) w roku 1972. Napisałam kilka stron i dałam przeczytać mojej najstarszej córce Bożence. Ona chodziła w tym czasie do pracy w Starogardzie. Była po Liceum, kursie pisania na maszynie i kursie księgowości. Po dłuższych poszukiwaniach dostała pracę w Pezetgeesach (Powiatowy Związek Gminnych Spółdzielni – przypis E.Z.). Ona przeczytała i jej się to moje pisanie nie podobało. Przerwałam to moje pisanie, myślę, że byłam słabym człowiekiem. Nie miałam swojego zdania. Dałam się sobą kierować. Miałam tylko słabe wykształcenie podstawowe. Przed wojną chodziłam do szkoły trzy lata. Uczyłam się dobrze, rodzice mieli nadzieję, że będę się dalej uczyła. Pomóc miał ksiądz, ojca brat.

Na początku wojny matka zaczęła chorować, a właściwie choroba zaczęła się już przed wojną. Moje marzenia zaczęły gasnąć. Wprawdzie po wojnie chodziłam na kurs dla dorosłych, który trwał jedną zimę. W następne lato chodziłam z koleżanką do nauczycielki, żeby przerobić 5 i 6 klasę. Ta nauczycielka z jej mężem kapitanem miała wyjechać do Ostrołęki. Obiecywała, że jak się dobrze przygotujemy, to nas weźmie do miasta, żebyśmy mogły uczyć się dalej. Myśmy z Władzią uczyły się trudnych zadań matematycznych. Nieraz mówiłyśmy, że chyba lżej by było gnój rozrzucać, niż te zadania zrobić. Ale jakeśmy się dobrze przyłożyły, to wszystko wydawało się lekkie. Historia czy geografia wchodziły nam lekko. Najgorzej było, jak raz musiałyśmy streścić ostatnio przeczytaną książkę. Władzi szło łatwiej, ona przeczytała książkę dla dzieci. Mnie pociągnęła książka dla młodzieży. Było tam o miłości, o ciąży. Nie wiedziałam jak to napisać, żeby nie nadużyć swojej skromności. Władzia mówi: Po coś się dorwała do takiej książki. Napisałam, oddałam i pani tylko błędy podkreśliła, o nic nie pytała.



Na plenerze w Kaszubskim Uniwersytecie Ludowym we Wieżycy 17 czerwca 1998. Od lewej Henryk Lepak z Bytowa, Regina Matuszewska z Czarnegolasu i Edmund Zieliński z Gdańska


Przyszedł dzień wyjazdu. Pani z rodzinką wyjechała prędzej, żeby się urządzić. Mojej koleżanki ojciec naszykował na wóz kartofli, drewek, małe garnki i nasze rzeczy. Wszystko było na tym wozie. Zaprzągł karego konia, nas usadowił i pojechaliśmy do szosy w Rudnym. Przejechaliśmy Piątkowiznę, Zalas i Wejdo, i powoli wjeżdżaliśmy w bór. Zaczęło się ściemniać. Na twardej drodze siedziałyśmy na wozie. W piasku koniowi było ciężko i wtedy wszyscy schodziliśmy, żeby koń miał lżej. Wjechaliśmy w bór i usłyszeliśmy grzmot. Wiatr się zerwał i zaczął padać deszcz. Ciemno się zrobiło. My idziemy z tyłu, aż tu trach i wóz się przewraca. Co tu teraz zrobić. Ojciec Władzi mówi: Wy dziewcoki pocekojta przy wozie i przy koniu, a ja się wrócę do tych ludzi, cośmy ich przy drodze mijali, co mieszkali przy drodze, może dostanę jakiej latarni. To było dość daleko się wracać, może po godzinie wrócił z kagankiem. Robiło się takie latarki. Knot z lnu wstawiony w rureczkę, wstawioną w naczynie. Obudowane od spodu deseczką, połączoną drutem i ochronioną butelką bez dna. Butelkę okręcało się lnianym sznurkiem (by uzyskać szklane naczynie do latarki – przypis mój, E.Z.) umoczonym w nafcie. Tym sznurkiem się okręciło butelkę, we dwóch się pociągało, każdy za swój koniec. Zapalało się sznurek i butelkę szybko wstawiało się do zimnej wody i dno odlatywało. Było z tej butelki szkło do latarki (do którego nalewało się naftę – przypis mój E.Z.). Ojciec Władzi tę latarkę powiesił na drzewo. Deszcz przestawał padać. Wszystko pozbieraliśmy, bo z wozu wszystko się wysypało, i drewka i ziemniaki. Ojciec Władzi poszedł odnieść latarkę. My pilnowałyśmy wozu. Gdy wrócił, zaczęło jakby się rozwidniać. Było lepiej widać drogę i pomalutku dojechaliśmy do szosy.

Do Ostrołęki było około 60 kilometrów. Jak gdzieś dalej jechało się przez las, lepiej jechać było nocą. W dzień w lesie były bąki i koń się mocno męczył. W nocy po chłodzie i koń miał lepiej, i ludzie. Jak jednej nocy nie dospał, to nikomu się nic nie stało. O konie też ludzie dbali. Koń to była wielka siła. Bez tej siły było ciężkie życie.

Przyjechaliśmy do tej pani nauczycielki na ulicę Ogrodową. Tam na poddaszu dostałyśmy pokoik z kuchenką do gotowania. W tym pokoiku sameśmy sobie gotowały. Jednego razu gotowałyśmy dynię, po tamtejszemu – molon. Molon gotowało się z kaszą jaglaną albo kartoflanymi kluskami, czyli z rejbakami. Na tarkę mówilim rejbacka. Gdy już dynia była miękka, włożyliśmy małe kluseczki z odciśniętych ziemniaków. Ogień musi być mocny, gdy się wrzuca kluski. Nie wiem, jak myśmy to gotowały, że ta dynia nam się przypaliła. Musiałyśmy ją jeść, bo liczył się każdy grosz. Mnie coś nie poszła w pożytek. Dostałam jakby uczulenie. Mówiło się, że dostało się słodki wrzód. Dostałam po ciele takie swędzące pęple (bąble – E.Z.). Były w głowie i w oczach swędziało. Mówiłam Władzi. Władzia mówi: Za trzy dni ci zginie. Jak mnie mocno swędziało, wyszłam na poddasze, wydrapałam się, i na chwilę pomogło. Władzia mówiła: Nie drap, bo będziesz brzydka. Była o rok starsza, ale mądrości miała za nas obie. 


25 lecie Oddziału Gdańskiego Stowarzyszenia Twórców Ludowych - 23 czerwca 2003 Wdzydze Kiszewskie. Pani Regina Matuszewska otrzymuje z rąk prezesa O/STL E .Zielińskiego medal „Za zasługi dla Twórczości Ludowej”. Obok sekretarz Zarządu O/STL Elżbieta Żuławska


Mnie matka dała z półtora kilo masła. Władzia mówi: Choć to sprzedamy i będziesz miała parę groszy. Lodówek wtedy nie było, to masło miałyśmy na tym strychu. Było nie bardzo twarde. Chodziłyśmy od domu do domu, lecz nikt nie chciał kupić. W końcu jedna pani kupiła od nas to masło. Włożyła zaraz w zimną wodę. Za tydzień gdzieś od naszego przyjazdu, dołączyła do naszego pokoiku Stasia. Z naszej wioski, młodsza o rok. Na drugi dzień poszłyśmy z naszą panią na egzaminy. 




Bydgoszcz – konkurs malarski im. Ociepka, pani Regina otrzymuje wyróżnienie



Mówiło się, że po wojnie szkoły są za darmo i może się dostać każdy. To było nieprawdą . Myśmy całą wojnę się nie uczyli. W miastach widać się w jakiś sposób uczyły dzieci. Stałyśmy pod tą szkołą i patrzyłyśmy, jak młodsze od nas chcą zdawać do trzeciej klasy, do drugiej i czwartej. Pierwszych w ogóle mało tam było. Nas było wstyd. My takie pannice po szesnaście lat i do pierwszej klasy. Czekałyśmy, że nas wywołają, ale nic takiego nie było. Przyszła do nas nasza pani powiedzieć, że nie ma miejsc w pierwszych klasach. Możemy natomiast zdawać w jakimś terminie do szkoły rękodzielnictwa. Nasza pani radziła czekać, że dużo dla nas dobrego da samo przebywanie w mieście. Myśmy były zawiedzione. Pragnęłyśmy zostać nauczycielkami. Po szkole rękodzielniczej nie wiadomo czym. Władzia była wytrwalsza. Została ze Stasią.
Mój ojciec po trzech tygodniach po mnie przyjechał i zabrał do domu. Powiedział, że rękodzieła to mogę uczyć się w domu. Żal mi było, że nie spełnią się moje marzenia. Ale najbardziej było mi żal mojej matki. Myślałam, jakbym była w szkole, na matkę spadłby największej ciężar. Matka choć nie leżała, była słaba. W cięższych pracach jej pomagałam. Po prawdzie to byłam do wszystkiego – koniowi dać żreć, krowy wydoić, mleko do mleczarni zanieść. Jechać gdzieś coś załatwić i przywieźć, jechać w konia i na koniu, chleb upiec, bo już wtedy wszyscy się przerzucili i chleb piekli na blachach. Pranie i sprzątanie. W wolnych chwilach ojciec gonił do szycia. Uczył nas wszystkich, zawsze było kilku uczni, kroić spodnie proste i galiwki, czyli bryczesy, marynarki i płaszcze. Tyle może i w tej rękodzielniczej szkole bym się nie nauczyła w dwa lata. Ja zostałam w domu, a moja młodsza siostra Genia poszła się uczyć. Myślę, że rodzice dobrze zrobili, bo Genia troszkę kulała. Ja miałam zdrowe nogi i ręce. We dwie nie mogłyśmy się uczyć, bo rodzice by nie poradzili nas utrzymać. Genia jakby została na wsi, byłaby popychadłem. Tak była szanowana, ceniona, silna i pewna siebie. Doszła do czego chciała. Ma męża, dzieci, teraz już ma i wnuczkę, która za dobre stopnie została przyjęta na studia bez egzaminów.
Władzia przebyła rok w szkole rękodzieła. Na drugi rok dostała się do gimnazjum, do Kolna. Teraz jest profesorką w wyższej szkołach. Moja edukacja skończyła się na dwa lata. Wyszłam za mąż i zostawiłam swoją schorowaną matkę. Ale to już inny rozdział mojego życia.

Gdańsk 2 sierpnia 2014 
Edmund Zieliński

W kolejnym odcinku będzie trochę o polityce i ziołolecznictwie.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

niedziela, 4 września 2011


"Otwarte Warsztaty Rękodzielnicze" - MODRA SZKOŁA 2011

Integracyjny namiot
W sobotę 23 lipca 2011 w Lęborku świętowali Kaszubi. Właśnie w tym dniu miał miejsce XIII Światowy Zjazd Kaszubów. I ja w tym święcie uczestniczyłem. Kaszubski Uniwersytet Ludowy miał tam swoje stoisko, stoisko jak najbardziej integracyjne, jak wypowiedział się na ten temat prezes KUL Marek Byczkowski. I słusznie, bo zasiadali w nim przedstawicieli trzech regionów.
DSC_0370
Kaszuby reprezentował Karol Elas – Necel z Chmielna, pani Janina Garbowska urodzona na Kaszubach, ale rodzice urodzili się – mama na Kielecczyźnie, ojciec na Wileńszczyźnie. No i ja, reprezentant Kociewia. Naszym zadaniem było przekazywanie wiedzy i swoich umiejętności wszystkim chętnym do spróbowania swych sił w rękodziele ludowym. Nasze zajęcia odbywały się w ramach projektu „MODRA SZKOŁA – ochrona dziedzictwa kaszubskiej kultury ludowej - 2011” dofinansowanego ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Opiekę nad nami pełnił prezes KUL pan Marek Byczkowski, który w dowcipny sposób posługując się diabelskimi skrzypcami, zwoływał przechodniów do odwiedzenia naszego stoiska. Dzielnie mu w tym sekundowały panie z KUL Alina Leszczyńska i Anna Żywicka. Częstowały nas i przechodniów kuchem, wręczały materiały promocyjne i uwieczniały nasze zmagania aparatem fotograficznym. Zdjęcia znajdujące się w tym felietonie są ich autorstwa.
Pan Karol wzbudzał powszechne zainteresowanie swoim kołem garncarskich, za pomocą którego wytaczał cudeńka z gliny. Chętnych do spróbowania wytoczenia jakiegoś naczynka było tyle, że przywieziony zapas gliny szybko się kurczył. To nic, że dziecięce dłonie obklejały się gliną. Ważne, że z każdym obrotem koła poruszanego stopami mistrza Karola, wyłaniał się kształt glinianego garnuszka. Na koniec uśmiech zadowolenia i duma ze stworzonego własnoręcznie dzieła, czyniły spotkanie z gliną czymś wyjątkowym.
DSC_0202
Jest gliniane naczynko, to może jakiś kwiatek papierowy wykonać? Tutaj rej wiodła pani Janina, która jest mistrzynią w tworzeniu przepięknych kwiatków z papieru, do złudzenia przypominających ich pobratymców występujących w naszej przyrodzie. I tutaj ustawiały się kolejki dzieci do twórczego działania. Pani Janina cierpliwie pokazywała, jak zrobić różyczkę, lilię czy goździka. Żadne z dzieci nie odeszło z przysłowiowym kwitkiem, wręcz przeciwnie, dzierżyło w ręku samodzielnie wykonany kwiatek.
DSC_0264
Najtrudniej było dzieciom wyrzeźbić drewnianego ptaszka. Chętnych było sporo, ja jednak obawiałem się o małe paluszki dzieciaków - po kilku cięciach odbierałem klocuszek i sam wykonałem ptaszka, a czekające na niego dziecko pomalowało go fantastycznymi kolorami. Przyznać muszę, że dzieciaki dały mi popalić. Dobrze, że wcześniej uformowałem klocuszki drewna nadając im przybliżony kształt ptaka. Przygotowałem kilkadziesiąt ptaszków i wszystkie się rozleciały, nawet do Niemiec i Holandii. Żal mi było tych, którzy musieli odejść bez ptaszka – zabrakło materiału… i sił. Nikt z naszej trójki nie spodziewał się takiego zainteresowania. To jest bardzo budujące i niech zmusza do myślenia decydentów, by dotowali taką instytucję jak KUL zwiększonymi funduszami. Pomimo niebywałego postępu w każdej dziedzinie i zalewu rynku chińskimi śpiewającymi ptaszkami, nasze dzieci chcą się sprawdzać w polskim rękodziele, a że ptaszki wykonane w Lęborku nie śpiewają? To nic, mają za to własnoręcznie wykonanego ptaszka, wytoczony na kole garnuszek i upleciony kolorowy kwiatek.
DSC_0370

W integracyjnym namiocie była i bardziej doniosła chwila. Odwiedzili nas premier RP pan Donald Tusk, poseł Jan Kulas i senator Kazimierz Kleina. Pan poseł J. Kulas przedstawił mnie i moją małżonkę panu premierowi jako Kociewiaków współpracujących z Kaszubami. Wspomniałem panu premierowi nasze spotkanie na rozwiązaniu konkursu na sztukę ludową Kociewia dwadzieścia lat temu (dokładnie w środę 9 października 1991 roku), kiedy był jeszcze przewodniczącym Kongresu Liberalno-Demokratycznego. Oczywiście przypomniał sobie ten moment. Tu w Lęborku podarowałem panu premierowi rekwizyt – kołatkę mówiąc: Jak Rada będzie się spóźniać, niech pan użyje tego rekwizytu. Uśmiał się i spróbował jak głośna jest ta kołatka.
Nasz udział w XIII Światowym Zjeździe Kaszubów dobiegał końca. Pełni wrażeń wracaliśmy do Gdańska. Po drodze słuchaliśmy wypowiedzi jakiej udzielił Radiu Gdańsk Marek Byczkowski, jeszcze raz wspominając integracyjny namiot i dokonane w nim dzieła.
Gdańsk 26 lipca 2011
Edmund Zieliński
„Otwarte Warsztaty Rękodzielnicze” – otwarta sesja E, w ramach projektu pn.: „MODRA SZKOŁA – ochrona dziedzictwa kaszubskiej kultury ludowej – 2011” dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

sobota, 26 lipca 2014

DWADZIEŚCIA ZŁOTYCH PRZED WOJNĄ PIECHTĄ NIE CHODZIŁO - REGINA MATUSZEWSKA CZĘŚĆ VIIDrukujE-mail
czwartek, 24 lipiec 2014
Święta prawda, pani Regino, to był kawał grosza. Mój teść przy budowie stoczni w Gdyni zarabiał 10 zł na dzień, a jajko na targu kosztowało 5 groszy – jak mówiła mama. Jednak w kontekście „handlu” tej młodej dziewczyny, którą wspomina pani Regina, więcej było straty niż pożytku.
Wspomina pani Regina o kośnikach pracujących przy koszeniu traw na łąkach. Prawda, że do tej roboty należało wychodzić skoro świt, gdyż trawy zroszone perlistą rosą ułatwiały koszenie.

A ścinano trawę kosami. Mój wujek Antoni, w ślad za swoim szwagrem pochodzącym z Ukrainy, ostrząc osełką brzeszczot kosy mawiał: Kasi kasa paki rasa, rasa dałoj a my damoj (kosa kosi dopóki jest rosa, a jak ta opadnie idziemy do domu).


A jak to na Kurpiach było – wspomina pani Regina


Gdy matka miała czternaście lat, poszła za Kolno żąć owies. Były z nią starsze dziewczyny. Na matkę się dąsały, bo matki nie mogły dogonić. Matka przodowała, nie dała się żadnej robocie. Była smolarnia w Cieloszce. Kobiety chodziły i mężczyźni kopać karpinę, czyli pnie. Była z nich wyciągana smoła.

Przed wojną w ostatnich latach zaczęli niektórzy ludzie handlować. W każdej wsi był jakiś handlarz. Skupywali płótno lniane, grzyby suszone. Jeździli z tym do Warszawy, do Poznania. Zarobili coś na tym towarze. Ładnie się ubierali, z pańska. Ładnie nauczyli się mówić. Handlarza czy handlarkę można było z daleka poznać. To zachęcało innych, mniej odważnych. Prosili starszych, żeby ich ze sobą wzięli. Niejedni ludzie mieli więcej z handlu niż z gospodarki. Byli i tacy, co całe życie pamiętali swój handel.

Opowiadała mi sąsiadka, jak była jeszcze panną. Poszły z koleżanką do swojej sąsiadki handlarki, żeby je wzięła ze sobą na handel. Sąsiadka zgodziła się. Poszły po wsi, żeby dostać chodników na kredyt. O to nie było trudno, każdemu pieniądz się przydał. Lepiej dać znajomym, niż trzymać chodniki w domu. Na jarmarku tanio płacili, bo tych chodników było dużo. W każdej wsi i prawie w każdym domu były tkane. Pojechały w kilka i jeździły później już same. Na dworcu czy w pociągu i tak się poznajdywali. Handlarze wszyscy się znali. Wiedzieli, kto, z której wsi, kto czym handluje.

Koleżanka mojej sąsiadki była ładną panną. Byle z kim nie chciała gadać. Głowę wysoko nosiła. Ojciec jej miał ładne konie, szczycił się tym i, że ma najładniejszą córkę. Byle komu jej nie dam - mówił. Marysia tak handlowała, aż w coś wpadła. Po cichu ludzie mówili, że jeden bogaty handlarz płacił 20 złotych za jedno przespanie się z dziewczyną. Której handel licho szedł, to uchciwiła się. Dwadzieścia złotych przed wojną „piechtą nie chodziło”, trzeba było na nie ciężko pracować.

Kościół parafialny w Zalasiu. W nim modliła się pani Regina

Kośnik za jeden zaranek (czas przeznaczony na koszenie traw na łące od wczesnego świtu do godzin południowych – E.Z.) zarobił dwa złote. Zaranek się nazywał, ale szło się w szarówce, jeszcze ciemnawo było. Kosili gdzieś do dziewiątej, zjedli podśniadanek, który gospodyni przynosiła na łąkę. Przynosiła chleb, masło, gotowane jajka i słoninę. Kawy z mlekiem pełen czajnik. Kośnik musiał dobrze podjeść, bo kosę ciągnąć było ciężko. Po podśniadanku kosili do 12 – 13 godziny i szli na śniadanie. 8 – 10 godzin kosili za dwa złote.

Za 20 złotych Marysia w ciążę zaszła. Nikomu się nie wydała, że jest w ciąży. Nikt nic nie wiedział. Pojechała na handel. U kogoś spały na chlewie na sianie. W nocy mówiła, że musi zejść na dół, bo ją brzuch boli. Musiała komuś zapłacić, żeby się dzieckiem zaopiekował kilka dni. Później dziecko wzięła i zostawiła gdzieś pod ochronką. Koleżanki nic nie wiedziały. Przyjechały do wsi, na zabawę poszły, tańczyły. Jej ojciec sprzedał krowę i ludziom zapłacił za chodniki, bo podobno Marynie handel licho poszedł, ale to ludzie po cichu gadali. Po roku przyjechała do Maryny policja. Przywieźli jej synka. Wtedy ludzie głośno się śmieli i gadali. Wyszła za mąż, ale nie za tego, co chciała, tylko za tego, co ją chciał.


Kurpianki w tradycyjnych strojach

Panna z dzieckiem dawniej to było najgorsze nieszczęście. Była palcami wytykana. Naubliżał się jej byle kto. Dziecko było przezywane od siubrów i bękartów. Najgorzej było iść takiemu człowiekowi do urzędu po metrykę czy coś z tym związane. Imię ojca powiedzieć - nieznany. Całe życie wlokło się za nim. Ze starego chłopa i to się śmieli. W dawniejszych czasach jeszcze gorzej było. Moja teściowa mi opowiadała, że we wsi jej matki jedna panna zaszła w ciążę i tak się z tym taiła, że do końca nikt nie wiedział, że jest gruba. Zrobili chłopaki muzykę niedaleko ich domu. Poleciała na muzykę, wytańczyła się, chwyciły ją bóle, poleciała do domu. Nie wiedziała, że ktoś za nią idzie. Prędko to dziecko urodziła i matka kazała jej iść znów na zabawę. Sama dziecko udusiła i wyniosła do komory. Córka się znowu natańczyła, jakby nic jej się nie stało. W kilka dni po tym przyjeżdża policja i rewidują cały dom. Nic nie znaleźli i już chcieli odjeżdżać, a głos zza ściany mówi; zobaczcie w beczce, w kapuście. Tam znaleźli uduszone niemowlę. Matce założyli dyby i powieźli do więzienia. Świadek mówił, że córka nie chciała udusić tylko matka. Była jedynaczką i wyszła za tego świadka za mąż kilka lat po tym wypadku. Był to młody chłopak i jemu się ta dziewczyna spodobała. Obserwował ją zawsze. Przyszedł pod jej okna i widział, co się tam działo. Rok po weselu urodziła drugie dziecko i cały rok chorowała, nie mogła dojść do siebie. Ludzie mówili, że panny jak rodzą, to im Pan Bóg dopomaga. Dzieci ich lepiej się chowają, choć byle co zjedzą. Nie chorują i nie umierają. Są przez wszystkich poszturchiwane i poniewierane.

W czasie okupacji już młodzi ludzie nie handlowali. Służyli w Prusach u Niemców za parobków, niektórzy się ukrywali i z handlem się nie pokazywali. Handlowali ludzie starsi, tacy, którym nie groziło wyjechanie do robót w Niemczech.


Wnętrze kościoła w Zalasiu. Tutaj ochrzczono panią Reginę, tu przyjęła I Komunię św. i została bierzmowana.

Ludzie za Niemca dostawali kartki na przydział do kupienia w niemieckich kantynach. Później dali punkty na kupienie materiału na odzież. Dużo tego nie było, ale i sklepów w pobliżu nie było. Były kantyny spożywcze i z żelastwem. Te punkty dawało się handlarzowi. Nieraz szukało się i w innej wsi. Taki handlarz brał punkty, w walizki towar – była to jakaś żywność - i jechał z tym do Warszawy. Żywność sprzedawał, ale nie na rynku. Mieli swoich ludzi. Potem szedł do sklepu i za punkty kupował jakiś materiał. Przywoził i ludziom sprzedawał, co mu dali punkty. Ostatnim razem wyjechał tak nasz znajomy i już nie wrócił, zginął w łapance w Warszawie.


Współczesna kapela kurpiowska

W sąsiedniej wsi jedna kobieta handlowała farbą do tkanin. Sprzedawała ją na łuty. Moja matka, jak chciała ufarbować wełnę, to mnie wysyłała do Mechowej po farbę. Lubiłam iść do tej kobiety. U nich tak było dokładnie wysprzątane. Łóżko ładnie zaścielone, ładną płachtą nakryte, kilka pięknych poduszek w rogu łóżka leżały jedna na drugiej. Pięknie haftowane. Na stole nakrytym białym obrusem, piękne święte figurki i kwiaty zrobione ładne z bibuły. Nieduża to była izba, ale widać była zgoda, bo oni mieli syna i synową i ich dzieci. Swoje dorosłe i ludzi obcych przez cały dzień się przewinęło. Ludzie, jak przyszli, to zawsze szybko nie uciekali. Pogadali, posiedzieli. Gospodyni zachęcała – mówiła: Jak nie usiądziesz, to mi kury na jajkach nie będą chciały siedzieć. I zawsze się posiedziało, posłuchało się, o czym starsi opowiadali.

Po wojnie w tej wsi jednego chłopa zabolał duży palec u nogi. Pojechał z tym chorym palcem do Piszu, do wojskowego lekarza. Bo tych lekarzy dość było na ziemiach odzyskanych. Lekarz popatrzył, palec czarny, i mówi, że trzeba go odjąć. Chłop się zląkł i uciekł od doktora. Przyszedł do niego sąsiad i mówi: Idź do woza i weź tego przepalonego smarowidła, co się koło kręci. Ten chłop przyłożył tego przypalonego smarowidła. Na drugi dzień palec zbielał i powoli zaczął przybierać normalny wygląd. Ludzie dawniej sami się leczyli. Do doktora szli, kiedy już koło chorego śmierć stojała. Lekarz kierował do szpitala i często nie wracali już z niego, bo było za późno na leczenie. Lekceważyli choroby, mówili: Samo weszło, samo wyjdzie. Szpitala też się bali. Mówili: Jak mam umrzeć, to już wolę w domu. Dopiero po wojnie zaczęli sie ludzie przekonywać do lekarzy i szpitali. Z Ameryki niektórzy dostawali lekarstwa w paczkach. Młodzi ludzie byli bardziej oczytani i szukali porady u lekarzy. Na wsi było o wiele lżej, bo tyle ludzi poszło na ziemie odzyskane.

Powyższe wspomnienia spisała pani Regina w 1972 roku. Później była przerwa aż do 1993 roku. Co było dalej, przeczytamy w VIII i kolejnych odcinkach.

Edmund Zieliński

Gdańsk 4.07.2014




dalej »

czwartek, 3 lipca 2014

TAM, GDZIE MIESZKALIŚMY, ZAKĄTEK TEN NAZYWAŁ SIĘ ZACIEĆWÓRKA… REGINA MATUSZEWSKA - VIDrukujE-mail
czwartek, 03 lipiec 2014
W naszych stronach zakątki wsi, lasów czy jezior miały swoje nazwy. Las w kierunku Twardego Dołu podzielony był na białe błotawilcze doły. Mawiał wujek Władyś – chcesz nalyźś wiancy jagodów abo grzybów, jidź na wilcze błota. 
Zakątek Białachowa gdzie mieszkaliśmy (Redzimscy i Zielińscy) też miał swoją nazwę. U Zielińskich to było na dole, a u Redzimskich na górze.Tutaj ukształtowanie terenu spowodowało te nazwy. Poczytajmy, jak to było w rodzinnych stronach pani Reginy.
E. Z.

Mówić to prawie każda wieś inaczej coś mówiła. Myśmy do Zalasa chodzili przez Piątkowiznę. W Piątkowiźnie mówiło większość ludzi bez nos. Jak Maryla Rodowicz śpiewa często bez nos. Piątkowieniów przezywało się pijawki i nieraz dzieci się przezywały krankru pijaweczka. Łączkowskich ludzi przezywali sabelwonami. Na Zalas mówili cebula. Cebulę sadzi – mówiło się na dziewczynę, która długo nie wychodziła za mąż. 
Każda wieś miała swoją nazwę i przezwę. W każdej wsi były zakątki i miały swoją nazwę. Tam, gdzie my mieszkaliśmy, zakątek nazywany był Zaciećwórka, dalej był Długi Las. Tam, gdzie mieszkali Sakowscy, mówiło się Zokanoła. Nikt nie mówił, że idzie do Sakowskich. Szło się do Zokanołu i każdy wiedział, do kogo się idzie. Z Zaciećwórki szło się przez Kulisiową Górkę, przez Kobyloki i przez Sobótków Mostek. Na skróty szło się przez Zychową i na Ceran. 
Pod Siwą Górą pasły dzieci krowy. Tam zaczynały się łąki. Każdy miał swoją łąkę. Przy wsi blisko kto miał, to była łąka na twardym gruncie. Dalej, nad szerokim kanałem, były moczary. Krzewina – mówili na te łąki. Trzeba było skakać z kępy na kępę i tak kosić. Grabić tak samo. Zagrabione, wiązać w powrozy i nosić do ścieziora. Sciezior to był wbity drąg i dokoła niego powbijane krótkie paliki. Nakładziono na to gałęzi, i to było łożysko. Na tym łożysku, dookoła drąga stożyło się stóg. Jak się stóg obgrabiło, to się podawało na długich widłach użniętą dużą kępę. Kładło się tę kępę na wierzch stogu, żeby się siano dobrze uleżało. Woziło się siano dopiero zimą, gdy był dobry mróz.
Miałam pisać, gdy byłam mała. Miałam chyba pięć lat. Moja matka chciała iść nad granicę. Zmarł Józef Piłsudski i żeby uczcić ten dzień, palono ognisko na granicy. Matka zaszła do Kobuski, bo ona była najchętniejsza do wszystkiego. Kobuska widać matkę podmówiła, żeby mnie nie brać na tę uroczystość. Matka wyszła ze mną na dwór i kazała mi iść do domu. A ja w ryk i matka rada nierada musiała mnie zabrać. To był rok chyba 1935. Nad granica paliło się wielkie ognisko. Na polskiej stronie i na niemieckiej stronie palili Niemcy. Był to wieczór, a widno było jak w dzień. Było ludzi dużo na naszej stronie i na niemieckiej. Nasze strażnicy stali na naszej stronie, a na niemieckiej niemiecka straż. Były deklamacje i wiwaty. Niemcy czcili Piłsudskiego. Wojna, jak kto miał portret Śmigłego czy Mościckiego, to potłukli. Piłsudskiego nie ruszali. Szanowali go jak wujka z Ameryki. 
Regina Matuszewska z mężem Stanisławem i jej rzeźbą
Moja matka, gdy wyszła na pole, brała nas ze sobą. Piołłyśmy len i proso. Wolałam pleć len. W len można było usiąść i wybierać zielsko z drobnych roślinek. Len na wieczór się podniósł, choć był tyłkiem przygnieciony. Często przyszła nam pomóc Galicjanka. Nazywała się inaczej, ale nikt na nią inaczej nie mówił, tylko ciotka Galicjanka. Przywiózł ją mąż w tamtą wojnę z Galicji. Mąż jej zginął. Ona chowała się z córką. Jej córka też była wdową i jak mogły, tak biedę klepały. Nigdy nie odwiedzała swoich rodzinnych stron. Jej też nikt nie odwiedzał. Nie było możliwości. Biedniejsi ludzie mogli wędrować tylko pieszo. Miała trochę ziemi, musiała pilnować, żeby był chleb. Opowiadała nam o swoich stronach z wielkim namaszczeniem. 
Mówiła, że u nich nie nosiło się sukiennych, czyli wełnianych spódnic. Nosiło się płócienne. Białe bluzki i dużo czerwonych korali. Tutaj ubierała się po naszemu, jak mogła. Była przy narodzinach wszystkich noworodków. Była tak zwaną „babką”. Nie brała żadnej zapłaty. Pomagała ludziom, doradzała, jak umiała. Oczytana była i lubiła czytać. Jak len piołłym, to my dzieci prosilim – ciotko opowiedzcie jakąś bajkę. Nie dała się długo prosić. Opowiadała o św. Magdalenie i św. Genowefie, o śpiewającym drzewie i o złotym ptaku. Raz nam opowiadała o pewnej pani. Ta pani chodziła często do spowiedzi i zakochała się w księdzu. Poszła do swojej matki i się jej radzi, co ma w tej sytuacji zrobić. Matka mówi jej tak: Zniszcz mężowi, co ma najdroższego i zobaczysz, co z tego wyniknie. 
Regina Matuszewska jej prace i mąż Stanisław
Mąż tej pani miał w ogrodzie jabłoń, którą otaczał szczególną opieką. To było w zimie, pan wyjechał w dalszą podróż, a żona nakazała służbie, żeby tę jabłoń ścięli i napalili w piecu, bo jej zimno. Służba zrobiła, jak pani kazała. Pan wraca, pani do niego wylatuje i wita go tymi słowami: Mężusiu, tak było zimno i kazałam ściąć twoją ulubioną jabłoń, żeby napalić w piecu. Mąż wysłuchał i nic nie mówił. Poleciała pani do swojej matki i powiada, że mąż nic nie mówił na jej wybryk. Matka mówi: Myślę, że to za mało. Jeszcze raz coś zrób, żeby męża zdenerwować. 
Po jakimś czasie znów mąż wyjechał. Pani myśli, co tu zrobić. Aż tu wpada pies i leci prosto na pani kanapę. Pani myśli, jest okazja. Ten pies to jest ulubieniec męża. Krzyczy pani na służbę: Zabijcie mi zaraz to psisko. Jak on śmiał wejść na moją kanapę. Służba zrobiła, jak pani nakazała. Mąż wraca i znowu nic nie mówi. Pani leci do swojej matki z radością, że znowu mąż nic nie mówi. Mądra matka mówi: Córko, do trzech razy sztuka. Zrób jeszcze raz coś, żeby go dobrze zdenerwować. 
Regina Matuszewska z córkami w Czarnymlesie
Po krótkim czasie zaprosili dużo gości. Ustawili wielki stół, nakryli ładnym obrusem z frędzlami. Wszystko, co mieli ładne i dobre, postawili na stół. Żona do frędzli przywiązała klucze od spiżarni. Gdy już goście zjechali, pozasiadali za stoły, żona się zrywa i mówi: Kochany mężu, zapomniałam jeszcze wszystkiego podać. Chwyciła za klucz i wszystko ze stołu spadło razem z obrusem. Pan gości przeprosił. Mówił, że jego żona chora. Goście się rozjechali, a mąż zaprosił cyrulika. Cyrulik puścił żonie krew. Zrobiła się taka słabiutka, że już jej się księdza odechciało. 
Kiedyś, gdy byłam dzieckiem, słuchałam jak bajki. Dziś myślę, że dobrze mieć mądrą matkę i mądrego męża. Jakie ich życie było później, nie wiadomo. Pewne jest, że jakby nie miała się kogo poradzić i poszła za głosem serca, mogłaby iść na manowce. Tyle ludzi by cierpiało i nie wiadomo, jaki by był koniec. Myślę, że ta pani się wyleczyła ze swej słabości i na świat spojrzała innemi oczami. Dla nas pozostał morał; słuchać się ojca i matki i tego, co ci chleb daje. 
Regina Matuszewska w Ostrołęce, gdzie podarowała temu miastu swoją pracę przedstawiającą parę kurpiowską
Galicjanka, pracując z nami, tyle zostawiła nam mądrości. My tego nigdy nie zapomnimy. Czasem człowiek nieświadomie coś po sobie zostawia. Jest przysłowie: Za siebie rzucisz, przed sobą znajdziesz. Myślę, że to wszystko jest jakoś powiązane. Mam 64 lata, a to wszystko mi się wydaje, że to było wczoraj. Życie jest naprawdę krótkie. Czasami mi się wydaje obłudne. Człowiek młody, zdrowy, to by chciał cały świat zwojować. Tak to szybko zlatuje. To powiedzenie się sprawdza, że o czym bym się spodziewała, to bym się spodziewała, ale, że będę starą to nigdy. Człowiek patrzy i nie może się zdziwić, że już nasze dzieci się starzeją. Wnuki rosną, a my piękniejem, a nasze serca rwą się do życia i do czynu, a tu nie można nic.
Ojciec nam bajki nie opowiadał, myślę, że nie umiał. Jego dzieciństwo i młodość zeszły na pracy. Ojciec jego w Ameryce, najstarszy brat w Ameryce w szkołach, a mój ojciec z matką i młodszymi braćmi na gospodarstwie. Po wojnie wszystko spalone. Odbudować nowe budynki. Jak wrócili z lasu z krowami, bo wszyscy w wojnę pouciekali do lasu ze swoim dobytkiem. Odkopali kartofle, bo zboże wojsko zabrało, i zobaczyli, że kartofle wszystkie zmarzły. Te kartofle zgniłe rozsypali gdzie się dało, żeby wyschły. Suche łuskali i gotowali z nich kluski. Mleko mieli od krów. W okopach znajdowali żołnierzy nieboszczyków. Musieli ich pochować. Wojsko widzieli różne: polskie, halerczyków, kozaków, ruskie i Niemców. W tamtą wojnę światową w Cieliszyce był front i moi rodzice dużo się napatrzyli, i nam naopowiadali o wojnie. Po wojnie chorowali na hiszpankę i tyfus. W Łączkach ludzie chorowali na cholerę. Nie chowali nieboszczyków na cmentarzu przy kościele. Chowali we wsi. Dziś tylko wspomina się to miejsce i na pamiątkę krzyż drewniany stoi.
Jak mojego ojca ojciec wrócił z Ameryki, to mój ojciec poszedł uczyć się na krawca. Trzy lata uczył się. Miał dwadzieścia cztery lata, jak został krawcem. Poszedł od razu do Łączek na gospodarkę, którą babka kupiła. Ci ludzie, co sprzedali tą gospodarkę, wyjechali do Ameryki. Były to ziemie piaskowe wyższe, i łąkowe niższe. Na łąkowych ładnie się rodziło, na piaskowych zależało od pogody. Było jak w piosence; zasiałam ja pszeniczkę, przyszło zbierać mietliczkę, a na górze wywiało, bo się licho zasiało. A na dole wymokło, bo się licho zawlokło. Jak była pogoda i deszcze przelatywały, to chleba starczyło. Najgorzej, jak mróz żyto wymroził, wtedy trzeba było naganiać kartoflami. Jak za dużo było deszczu, to na dołach wymokło. 
Kilka lat przed wojną państwo nasze zaczęło dbać o gospodarkę. Były kopane rowy przez łąki. Młodzi ludzie, mężczyźni mogli trochę grosza zarobić przy szarwarku. Szli zarabiać, gdzie się dało. Niektórzy szli do lasu sadzić sosnę. Mówiło się, że się chodzi do chojecków. Dziewczyny szły do sadzenia. Nie każdy mógł dostać tę robotę. Gajowy przeważnie zatrudniał swoich znajomych. W lecie niektórzy szli za Kolno, na szlachtę. Tam ziemie były lepsze, szlacheckie. Pszenica na tych ziemiach rodziła się. Tam można było zarobić u szlachciców i we dworach. W jesieni niektórzy się zawijali, żeby szybko wykopać swoje kartofle i iść na szlachtę. 
Moja matka nam nieraz opowiadała, jak chodziła ze siostrą Stefcią za Kolno na kopanie ziemniaków. Płacili im za pół korca. Każdy się zawijał, żeby na lepsze rzędy trafić, na lepsze kartofle. Więcej można było zanieść półkorcówek. Korzec to był jakby dziś kwintal, albo mówili cały metr. To pół korca każdy musiał sam zanieść na wyznaczone miejsce. Przez cały dzień się nanosili tych półkorcówek. Do jedzenia były ziemniaki z mlekiem, a na wieczór kasza. Matka mówiła, że tak ciągnęło żeby się czymś przekwasić. Zaczęły śpiewać przy gospodarzu: Wczoraj kasza, dzisiaj kasza, już nie mogę nosić pasa. Nic to nie pomogło, na drugi dzień znowu kartofle z mlekiem. Na wieczerzę, jak przyszły, to mówiły tej gospodyni, żeby im barszczu z buraczków ugotowała. Gospodyni mówiła, że ona nie umie barszczu gotować. Niech sobie urwą buraczków i ugotują. Na drugi wieczór sobie ugotowały buraczków, pani dała śmietany i wszyscy jedli ziemniaki z barszczykiem. Kopały ziemniaki u tych ludzi do samych mrozów. Spały w stodole na sianie. Do domu wróciły po grudzie (po zamarzniętej ziemi – E.Z.)
Zaszły po drodze do Kolna, żeby sobie coś kupić za zarobione pieniądze. Moja matka kupiła sobie długie, brązowe trzewiki sznurowane i jedwabny szal. Mówiła, że w Cieloszce nauczycielki w takich chodziły i ona marzyła, żeby ubrać się podobnie. Ciotka Stefcia była zmówiona (po zaręczynach – E.Z.) z przyszłym mężem Pawelczykiem. Swoje pieniądze schowała na potrzeby weselne. Matka ubrała nowe buty i z Kolna do Cieloszki przyszła w nowych trzewikach. Ciotka Stefcia miała na nogach szydełkowane pacie. W końcu i te pacie (papcie – E.Z.) się zdarły, było bose nogi widać.
Ciąg dalszy za tydzień, a w nim jak matka owies kosiła, jak dziewczyna sprzedała się za 20 złotych (przedwojennych), o sianokosach…

Edmund Zieliński
Gdańsk 29.6.2014 

niedziela, 29 czerwca 2014

GDY BYLI PRZYCHYLNI KAZALI PRZYJECHAĆ W RAJBY… REGINA MATUSZEWSKA CZ. VDrukujE-mail
niedziela, 29 czerwiec 2014

W rajby? To tak, jak u nas na Kociewiu. W moich stronach często słyszałem to słowo określające wizyty chłopaka u dziewczyny, z którą miał poważne zamiary, czyli ślub z wybranką. Franz jeździł w rajby do Lodzi w Szteklinie, Wiktor do Marynki w Tczewie, a Konrad do Wandy w Bydgoszczy.
                      
Wujek Franek ze Zblewa w wielu wypadkach „robił” za swata. Przychodzili do niego kawalerowie albo wdowcy, mniej odważni w kontaktach z dziewczynami,  i mówili – Franek wyszukaj mnie jaka brutka (Braut -  niem. panna młoda – E.Z.) abo młoda wdówka. Wujek robił to chętnie, miał do tego smykałkę, a w perspektywie i profity w różnej postaci. A jak to było na Kurpiach, powie nam Pani Regina.



1. Rzeźby Reginy Matuszewskiej  6.09.2004

Mojemu ojcu kupiła babka gospodarkę w Łączkach. Ojciec był krawcem i prowadził średnią gospodarkę. Był kawalerem, więc przychodzili do niego chłopaki i jego czasem wyciągali na wieś. Tak się mówiło, bo wieś już była rozbudowana na koloniach. Poszli do jednych mieszkańców, którzy mieszkali nad granicą, tam schodziło się dożo młodzieży, bo była tam ładna dziewczyna. Mój ojciec był małego wzrostu, więc niejeden się z ojca podśmiewał, gdzie był, jak ludzie rośli. Ojcu na pewno było przykro, ale nie dał tego po sobie poznać. Mówił, że jego matka trzymała w czystości, to on nie urósł. Ty rosłeś w gnoju, to tak cię  wybujało. Ale u  tych ludzi znalazł się taki cwaniak i z ojca zaczął szyderzyć (szydzić – E.Z.). Chwycił ojca w pół i chciał powalić czy jaką inną krzywdę zrobić. Ojciec był w strachu, bo  jeszcze tu ludzi nie znał. Nie wiedział, czy kto za nim obstanie, obroni. Inni też się pewnie bali tego zabijaka. W tym momencie, jak on ojca chwycił, pies, który ojca nie odstępował, wskoczył tamtemu na plecy i powalił go na ziemię. Ojciec musiał psa odciągnąć, żeby tamtego nie skrzywdzić. Od tej pory zaczęli inaczej patrzeć na ojca.

Ojciec był mały, ale był odważny, nie przejmował się swoim wzrostem. Był bezpośredni, umiał rozmawiać z dziadem i z panem. Gdy pojechał w nieznane strony, naopowiadał ludziom niestworzonych rzeczy. Mówił ludziom, że mieszkamy nad granicą, handlujemy z Prusakami i mamy dużo złota. Ludzie aż gęby otwierali z wrażenia.

Trochę to była prawda z tym handlem. Ludzie handlowali, gnali za granicę konie i prosiaki i co się tylko dało. Widać to się lepiej opłacało, niż sprzedać Żydom za bezcen. Mój mąż zawsze opowiada, jak jego ojciec kupił w Kolnie prosiaki. Podchował je i pojechał sprzedać do Myszyńca. Dostał tę samą cenę, co za nie zapłacił. Wówczas,  kto mieszkał bliżej granicy, znał się z Niemcami, to opłacał się ten strach, choć niejeden i życiem przepłacił. Mojej teściowej brat został na granicy zabity.





2. Pani Regina w swoim żywiole 24.04.1996

Babka męża opowiadała, że dawniej w Prusach też była bieda. Lasy rosły, ziemi było mało, to pruscy chłopi przychodzili do naszych chłopów  bogatszych żyto młócić cepami. Babka mówiła, że jeden Prusak miał palec kciuk cieniutki od trzymania cepów.
               
To było chyba przed tamtą wojną światową (II wojną światową – E.Z.). Mój ojciec nie handlował, w dzień szył i wieczorami. W polu dużo ludzie robili. Komu co uszył i ten ktoś odrobił za niego w polu. Tak schodziły dni powszednie. W niedzielę każdy szedł do kościoła do Zalasa. W kościele odprawiało się długo. Ksiądz wchodził na ambonę, mówił cały pacierz, po tym zdrowaśki za dusze zmarłe, kazanie i msza święta. Nieszpory były śpiewane na końcu. W lato po kazaniu dużo ludzi wychodziło z kościoła na cmentarz. Posiadali niektórzy na murawie i czytali mszę z książeczki. Brastewni (panowie zbierający datki na kościół – E.Z.) chodzili z tacą i  koło kościoła. Matki małe dzieci karmiły piersią, nikt się tym nie gorszył. Małe dzieci latały po cmentarzu. W kościele, jak ktoś był słaby, mógł usiąść na podłogę z kafelków. Ławek było mało. Siadały po prawej  stronie  kobiety, które przychodziły przed nabożeństwem i śpiewały różaniec i inne pieśni.

Po lewej stronie siadywali chłopy i śpiewali razem z kobietami. Wszyscy ludzie do kościoła przychodzili prędzej, żeby trochę pogadać i obejrzeć ludzi z sąsiednich wsi. Chłopy szli za mojej pamięci w butach, kobiety i dzieci szły boso, a buty niosły w ręku. Przy kościele siadało się na murawę i obuwało. W bramę szło się już w butach. Kobiety miały chustki na głowie. Nie szła żadna z odkrytą głową. Starsze kobiety szły w sukiennych spódnicach. Na spódnice zakładały fartuszki, też tkane z wełnianej, cieniutkiej kameli (wełny – E.Z.). Przy fartuchach na dole były rzyszyte zęby szydełkowe. Spódnice na dole miały przyszyte szczotki z kolorowego aksamitu. Kaftaniki były atłasowe, różne kolory były i dookoła obłożone czarną obłózką (lamówką – E.Z.). Guziczki dwoma rzędami i pętle z szutarzu. Każda kobieta i dzieci miały dużo paciorków na szyi, czyli korali. Chustki na głowę miały tak zwane satynówki, białe i kremowe, zawiązywały na zakład. Nie każdy umiał tak zawiązać. Jedna drugiej zawiązywała. Spod kaftanika wychodził kołnierzyk od koszuli haftowany i rękawy, też haftowane, było widać spod rękawów.

Staruszki nosiły fartuchy na szyi. To takie pelerynki z cienkich nici w paski czerwone i żółte, chabrowe i trochę zieleni i czarnego. Młodsze już tych peleryn nie nosiły. Ubierały się w spódnice już nie w paski, ale w jednolitym kolorze.  Przyszywane były do nich wstążeczki w innym kolorze. Też  sukienne i już nie w siedem pół, a w pięć. Każda poła była składana jeszcze na pół. W tym miejscu był zaprasowany kant, a raczej układany zawsze w tym samym miejscu. Tych spódnic się nie prasowało i nie prało, były szanowane. Tylko do kościoła, na wesele i na roczny jarmark. Takich spódnic każda dziewczyna miała kilka. Różowe z zielonymi wstążeczkami i taką samą szczotką, albo różowe ciemne z czarnymi aksamitkami. Rude z niebieskimi. Ciemnozielone z orionkowymi, czyli kolor pomarańczowy. Dawniejsze były w paski wąziutkie i różowe w zielone kratki. Na rękę zawijało się różaniec i mała chusteczka w rękę. Kobiety starsze  nosiły duże różańce na szyi. Młodsze kobiety i dziewczyny na rękę okręcały mniejsze różańce. Kto miał różaniec, nie musiał brać  książeczki. Za moich czasów oprócz różańca każdy miał książeczkę.




3. U państwa Matuszewskich 6.9.2004 od lewej Regina i Stanisław Matuszewscy, Katarzyna Kulikowska – etnograf i Edmund Zieliński



Napisałam, jak ubierano się dawniej świątecznie. Na co dzień ubierali samodziały mniej strojne. Chłopy w zimie ubierali się w sukienne okrycia. Kobiety przędły wełnę owczą i na krosnach tkały. Tę tkaninę później się folowało (filcowało) na grubsze sukno. Żeby okryć u krawca kożuch, farbowało się na czarny kolor. Na co dzień najwięcej było  siwych kolorów. Hodowano owce z siwą wełną. Chłopy szyli siwe spancery i spodnie, buty nosili z cholewami, a jak były tęgie zimy, to obuwali na nie chodaki. Kożuch i czapka barania uzupełniała  strój.

Kobiety nosiły spódnice wełniane, ciepłe kaftaniki i mało watowane, dłuższe suby. Były dłuższe za pas, przeważnie czarne i haftowane  prostym ozdobnym haftem. Na to zakładano wełniane, bure fartuchy. Takie peleryny pod szyją zawiązane. Później moda przyszła na duże  kraciaste chusty i długie swetry. Dziano chusty z białej wełny zamiast tych burych fartuchów. W lecie  wszystkie okrycia szyło się ze lnu, później kupowano różne  konopnie (z konopi – E.Z.), fabryczne. Chłopy zamiast spancerów i portków kupowali sobie miejskie ubrania. Oni musieli częściej wyjeżdżać do miasta. Miasto wyśmiewało strój chłopski.



4. Wśród wierzb gospodarstwa Matuszewskich w Czarnymlesie – od lewej pani Regina, pani Elżbieta Żuławska – hafciarka i pani Krystyma Szałaśna – etnograf, 24.4.1996

Z kościoła ludzie wyszli i ze sobą pogadali. Młodzi szli drogą do karczmy do Żyda. Można tam było kupić pół kilo rozmaitości, były to różne wędliny. Wódka też była, ale mało kto kupował. Przeważnie była w ćwiartkach. Młodzi szli, aby się przy kościele przejść. Chłopaki spojrzeli na dziewczyny, a dziewczyny na chłopaków. Czasem spodobała się dziewczyna chłopakowi. Gdy chciał się z nią żenić, posyłał swata z orędziem do rodziców dziewczyny. Gdy byli przychylni, kazali przyjechać w rajby. Kawaler brał kolegę za starszego drużbę i raja i jechali do dziewczyny. Zmówili się, uradzili o posag i w sobotę jechali dać na zapowiedzi. Pan młody do zapowiedzi brał raja i muzykantów. Na wieczór u sąsiadów dziewczyny odbywała się muzyka dla wszystkich. Mogli przyjść kawalerzy z innej wsi. Muzyka zaczynała się mniej więcej  o szóstej, osiemnastej. Kończyła się około dwunastej. Czasem się przedłużyła, ale nigdy do białego rana.

Pod ścianami stały ławy i mogły na nie usiąść starsze kobiety. Starsze kobiety to były młode mężatki, które przyszły z mężami popatrzeć. Czasem i kawaler wziął do tańca mężatkę, która  dobrze tańczyła. Od czasu do czasu muzykanci zagrali tańce  specjalne dla oroców, dla tych co ziemię orzą. Starsi pokazywali, co potrafią. Tańczyli powolniaka, starej  baby z olendra. Powolniak zaczynał się powoli, a kończył w bardzo szybkim rytmie. Młodzi tych tańców nie umieli. Moda przyszła na oberki, polki, sztajerki, fokstroty, walce i tanga. Młodzi odpoczywali i podziwiali, jak to ich starsze pokolenie dokazuje. Było na co popatrzeć. Dziś już tego nikt nie umie. Dziś jeden partner bawi się z jedną partnerką. Dawniej siostra z bratem dobrze żyła, to jak przyszli na zabawę, brat jak widział, że siostry nikt nie bierze do tańca, on ją brał dokoła tańcujących. Zaraz była zmiana i siostra już miała innych partnerów. Robiło się różne kółeczka, pary na miejscu, mosteczek. Przy polce skakało się w trzeciaka. W Dąbrowach i Wolkowych koło Myszyńca, tańczyli pan precz i starej baby.

Łączki graniczyły z Mazurami i niektóre zwyczaje były podobne i inne niż koło Myszyńca. Nawet ludzie mówili inaczej. U nas mówiło się będzie, koło Myszyńca mówiło się bandzie. U nas mówiło się na słowo patrz, ktoś idzie - weno, ktoś idzie, a koło Myszyńca mówiło się   wano, ktoś idzie. Koło Lipnik i Łysych mówili – ajdze , ktoś idzie.  Nie mówili oczeńki (oczy – E.Z.) , tylko oczańki. Tak na wszystko, co się dało wymienić, mówili po swojemu. Raz przyjechał syn męża ciotki. Pomagał mojej teściowej przy pracy. U teściowej mieszkali państwo z miasta. Jednego razu syn ciotki zwalał z pieca drewna. Mówi do tego pana: Niech się pan nawróci, bo panu na goleń upusce. Pan oczy wytrzeszczył, nie wiedział o co chodzi. Dopiero teściowa powiedziała, niech się pan odsunie, bo panu na nogę zrzuci to ciężkie drewno.

Gdańsk 19.6.2014
Edmund Zieliński
Foto Edmund Zieliński

poniedziałek, 23 czerwca 2014


MALARSTWO NA SZKLE z panem EDMUNDEM ZIELIŃSKIM
17.03.2012
LIPY
Informacje nt. warsztatów znajdują się na stronie Wirtualnego Kociewia:
http://kociewiacy.pl/main/index.php?option=com_content&task=view&id=1562&Itemid=78
I jeszcze parę słów od nas, uczestników warsztatów:
Pan Edmund Zieliński to szalenie elegancki człowiek, do tego ciepły, z poczuciem humoru
i wątkiem sentymentalnym w tle, czyli z opowieścią , którą każdy z nas nosi w sobie,
a opowieść pana Zielińskiego szczęśliwie dla nas ociera się o klimaty wiejskie.
We wstępie pan Edmund sięgnął do historii malarstwa na szkle, mówił o dawnych malarskich tematach i pokazał, co się do dziś zachowało. Mogliśmy obejrzeć też jego dzieła.
Następnie każdemu wprowadzonemu w nastrój uczestnikowi wręczył materiały do pracy - szybki w antyramach, pędzle, flamastry, farby, wzory ludowe, rysunki zwierząt, aniołów, szkice ramek.
Jakby tego było mało z garażu gospodarstwa wytargaliśmy stare okna i szyby o przedziwnych kształtach, które także znalazły swoje wykorzystanie (niech inne graty z szop drżą, bo długo leniuchować już nie będą! gdy jakiś KADRowiec je zauważy, to zmienią się w dzieła sztuki!).
Na tych starych szybach, pracując w 4 grupach, stworzyliśmy niepowtarzalne obrazy.
Będzie je można obejrzeć podczas święta z okazji zakończenia projektu w lipcu br.




                                                                             
Edmund Zieliński i młodzież na zajęciach z malarstwa na szkle w Lipach





                      

Obrazki malowane na szkle autor Edmund Zieliński





                                                                        







czwartek, 19 czerwca 2014

EDMUND ZIELIŃSKI. NA SWOJE ŻONY MAZURZY MÓWILI BZIOŁKI - REGINA MATUSZEWSKA - CZ. IVDrukujE-mail
czwartek, 19 czerwiec 2014
Pani Regina wśród swoich prac

Pani Regino, ile tu ciekawych rzeczy Pani opisuje. Ileż tu jest pojęć nam zupełnie obcych. Ratuje Pani od zagłady mowę swoich ziomków, która w dzisiejszych czasach ulega szybkim przemianom jak wszędzie i jak wszystko. Prządziny, spancery, gaza, pulwer, krzemiuszczek, odrzymak, bziołki – słowa z rzadka używane już na Kurpiach. Pani je ratuje i Chwała Jej za to.
No to cofnijmy się do czasów młodości Pani Reginy.



Dawniej wszyscy wstawali o pierwszych kurach. Kobiety gotowały, przędły, karmiły dzieci, starsze babcie kołysały dzieci, podkładały na ogień. Darły pióra, sprzątały, zamiatały. Każdy miał zajęcie. Dziecko, zanim poszło do szkoły, musiało matce cewek nawić. Matka miała poprzędzone, wygotowane w popiele, ukrochmalone, pozwijaną na duże szpule.
Wygotowywanie prządzion przędzy w popiele. Popiół z drzewa trzeba było przesiać przez sito do szaflika z klepek. Gorącą wodą sparzyć. Na drugi dzień lekko zlać i w tej wodzie gotować przędzę. Prano też w tym ługu. Ten ług z popiołu, dodać tłuszcz i gotować długo, to zrobi się mydło, ale to nie mój przepis). Brała się wtedy za snowoanie na dużym kole. To koło tylko w dużej izbie się pomieściło. Osnowę nawijało się na krosna. Zatkać i tkać, to już była nadzieja, że z tego trudu coś będzie. Tkane było wszystko - płótno na koszule, kalesony, pościel. Spódnice, płachty i dery.
W jesieni owce się kąpało, a potem kobieta strzygła. Czesały na ręcznych szczotkach i przędły wełnę na sukno. Jak było utkane, jechało się do folusa (rzemieślnik umiejący sprawić, że płótno stało się gęściejsze – E.Z.). Przeważnie owce były siwe. Białe były przeznaczone do robienia chust, czyli dzianek i swetrów. Czarny kolor uzyskało się przez ufarbowanie. Dodawało się do farby soku z ziemniaków albo jałowcowych gałązek - nie farbowało wtedy bielizny. Z sukna szyło się spodnie, spancery (krótkie kubraczki – E.Z.), kurtki i okrywało się kożuchy. Jechało się do krawca. Takie szyte kożuchy były szanowane. W lepsze miejsca były ubierane. Do kościoła, na wesele, na chrzciny i inne okazje.
W zimie chłopy zwozili torf i siano z łąk. Jak był jeden chłop, to też kobieta musiała mu pomóc. Prędzej nie mogli zwozić, aż dobrze zamarzło. Nieraz po lodzie pchali sanie z sianem, dopiero na gruncie przyprzęgali konia.
Chłopy w zimie młócili zboże cepami, obrządzali bydło, konie, cięli drwa. Przed ostatnią wojną w 1939 roku nastawały maszyny do młócenia. Młócenie odbywało się zaraz po żniwach. Odjęło pracy chłopom, mieli więcej czasu na spotkania z sąsiadami. Kobietom roboty przybywało. Wieś jakby zaczęła się odradzać. Śmigły Rydz jakby zaczął wieś dostrzegać. Już zaczęli sztuczne nawozy stosować, powstawały różne spółki. Przede wszystkim Kasa Stefczyka wsi dużo dała. Wieś zaczęła budować duże suszarnie i międlarnie. W niektórych wsiach już kobiety nie tarły lnu na drewnianych cierlicach. Tylko że to były pierwsze „jaskółki”, wojna ten zapał zniszczyła. Niemcy młodzież zabrali do roboty. Niemcy wnieśli trochę swojej kultury. Nasze tradycje jakby zaczęły zanikać. Wystrój mieszkań się zaczął zmieniać. Zaczęły zanikać wycinanki i robienie kwiatów z kolorowej bibuły. Robiło się z gęsich piór.
Ginęli młodzi ludzie w lagrach. Nie chodziły dzieci do szkoły. Kościoły niektóre były zamknięte. Na początku wojny niektórzy młodzi ludzie się żenili, żeby nie iść na roboty do Niemiec. Później nie wolno było się żenić. Nie wolno było robić żadnych zabaw. Wieś ogarnęła żałoba i strach. Nie wolno było zabić świniaka. Jak znaleźli Niemcy w domu mięso, to zabierali głowę domu do lagrów. Mojego sąsiada wzięli i już nie wrócił. Każdy, co miał od mięsa, zakopywał albo w torf chowali. Każdy miał swoje kryjówki. Raz mi matka kazała przynieść kawałek z kany (konew – E.Z.) pod szopą w torfie. Ja kanę otworzyłam, wzięłam mięso i chyba jej nie zamknęłam. Wszystko psy ludzkie wywlokły. Wieczorem okna musiały być zasłonięte. Jak się zobaczyło światło na drodze, myślało się, że to żandarmi. Jak w dzień przyjeżdżali, to jeden drugiego różnym sposobem powiadamiał. Każdy był przygotowany. Jak ktoś miał na siebie jakiś „bat”, to uciekał w łąki, w las, gdzie kto mógł. Byli wojenni bohaterzy. Takiego jednego Kordka z Warmijaka to Niemcy kilka razy złapali i zawsze uciekł. Wiem, jak ostatnim razem wsadzili go na wóz. Jego na środek, dwóch żandarmów. Jeden Maks, a drugi Kamiński. Mieli swoją siedzibę w Łysych. Wzięli Kordka pomiędzy siebie. Furman z przodu. Wjechali w las, pod górę pomału. Z góry konie ruszyły. Kordek oparł się nogami o dennice i odbił się do tyłu, spadł na gościniec i w nogi. Kajdanki powiesił pod Myszyńcem na druty telefoniczne. Takich zuchów było wielu. W Dąbrowach Jarosie dużo dla ludzi zrobili. Niemcy mówili prawdę, to i ludziom czasem wierzyli. Mówili, łżyj piorunie, ale żeby ta twoja łga prawdą była. Z Ruskami było inaczej, tak łatwo nie uwierzyli.
Kobieta musiała być silna. Słabsze umierały. Na cmentarzu było dość miejsca. Zastępowały je młodsze. Takich Borynów Reymontowskich było w każdej wsi.
Jak byłam mała, matka wzięła mnie za rękę i poszłym do dalszej sąsiadki. Sąsiadka dopiero co umarła. Kobiety się zleciały i już ją ubrały w chabrową spódnicę, biały, cienki, szydełkowany fartuch i atłasowy liliowy, kaftanik. Okrągły kołnierzy haftowany i dwa sznury korali bursztynowych. Zdolniejsze kobiety szyły jej muślinowy z haftem biały czepek. Gdyby miała córki, może by te bursztyny zostały dla córki. Nieboszczka zostawiła pięciu synów. Najmłodszy Władziuś stojał koło zmarłej matki. Nie płakał, stał pyzaty i spoglądał na matkę. Pewnie myślał, że się obudzi i wstanie. Wdowiec długo nie szukał. 
Na drugim końcu wsi wdowa miała kilka córek. Najstarszą, szesnastoletnią wydała za tego wdowca. Młoda mama nigdy się nie uśmiechała. Obgadywali ją, że zła, że nie szanuje pasierbów. Po roku dziecko. Na koniec wojny miała własnych pięć dzieci, przy szóstym umarła. Wdowiec zabrał co miał i poszedł z dziećmi na odzyskane ziemie Prus Wschodnich. Dawali, kto tylko chciał brać i gospodarzyć. Na kilku morgach nieraz dwóch braci gospodarzyło. Było biednie i ciasno. Odzyskane ziemie dały biedniejszym ludziom chleb i pracę. Dużo było takich ludzi, że mieli tylko gromadkę dzieci. Nie było gdzie zarobić. 
U bogatszych sąsiadów zarabiali wiertełek żyta (12-15 kg). Poszli do kogo zemleć na ręcznych żarnach. Upiekli sobie taki chlebek i czasem jedli. Moja biedna sąsiadka miała tylko ziemniaki. Te ziemniaki utarła, odcisnęła przez lnianą szmatkę, czyli przez odżymak, dodała ugotowanych i pogniecionych ziemniaków, trochę soli, wygniotła i na blatach opiekała dość grube kołacze. Jak już w palenisku były same drobne węgielki, rozgarnęła na boki i postawiła tam kołacze. Szyber zatkała i kołacze się tam dopiekły. Przychodziła do nas i nas, dzieci, częstowała. Myśmy je tak lubili. Wyglądaliśmy, czy Rązyna do nas nie idzie z kołaczem. Jej chłop szedł na dłużej na szlachtę do roboty coś zarobić, żeby mieć na sól i gaze, czyli naftę. Zapałek nie kupowali, bo ten chłop zrobił krzesiwo. Było to drewniane pudełeczko wielkości zapalniczki, w koniec tego pudełeczka umieszczony był kamiuszczek jak w zapalniczce. W pudełeczku był pulwer. Była stara szmatka spalona i ten popiół to był pulwer. Oddzielnie był krzemiuszczek, czyli krzesiwo. Tym krzesiwem kilka razy się trąciło w ten kamiuszczek i pulwer się zapalał. Dawniej przed kamiuszczkiem brało się pilnik i krzemień i się pocierało nad pulwrem, leciały iskry i pulower się zapalał. Przykładało się do tego pulwru suche szmatki, dmuchało i rozpalał się ogień. Ludzie tak robili, żeby do rana ogień pod blatem nie zgasł. Paliło się dużo torfem. Torf rozpalony i przysypany popiołem trzymał ogień do rana.
Przed wojną jeden zapałek dzieliło się na cztery, a czasem zabrakło. Ogień wygasł, to wysyłało się któreś z dzieci do sąsiada po ogień. Sąsiadka wygarnęła z paleniska gorący węgielek, owijało się w szmatkę i leciało się szybko do domu. Stąd powiedzenie; lecisz jak po ogień. Nie takie to odległe czasy, sama leciałam po ogień do sąsiadów przed wojną 1939 roku. W czasie okupacji ludzie przynosili z zagranicy zapałki, mydło, sacharynę i inne rzeczy. 
Nasza wieś Łączki leżała nad granicą Prus Wschodnich. W Prusach przeważnie mieszkali Mazurzy. Zdarzało się, że stare babki i dziadki, czyli grązkowie (z niemieckiego Großeltern – dziadkowie – E.Z.), nie umieli po niemiecku mówić. Na swoje żony Mazurzy mówili bziołki. Nad granicą Prusaki umieli mówić po polsku. Często Mazurzy na granicy z Polakami porozmawiali. Nawet dzieci przychodziły nad granicę, żeby porozmawiać. Moja koleżanka Władzia znała Gretę z Karpy. Ta wieś, co graniczyła z Łączkami, nazywała się Karpa. Dziś nie istnieje. Ruski i inni grabieżcy zniszczyli. Polacy na Karpie zrobili PGR. Jeszcze dziś pamiętam tamtą Karpę. Wszyscy mieszkańcy mieli jednakowe domki drewniane. Drewno było zaprawione czymś na czarny brąz. Dachy wszystkie kryte były deskami. Na deski przybijało się łatki, na łatki kładło się czerwoną dachówkę. Okna były z sześcioma szybkami, malowane biało z brązem, przy każdym oknie okiennice malowane na ciemną zieleń. Przed domem były małe ganeczki. Przy każdym domku ogródek, w ogródkach pełno kwiatów. Mieszkali tam rolnicy i robotnicy leśni. Tam zaczynały się wielkie lasy mazurskie, tam mężczyźni pracowali w tych lasach. Wioski były ukryte w borach, w których było dużo łąk. 

Kurpie przeniesione na płótno przez panią Reginę
Drugą wieś którą pamiętam był Strupek. Niemcy mówili Mytencheide. Teraz jest Turośl. Gmina mojej wsi też nazywa się Turośl, ludzie mówią, w naszej Turośli i w niemieckiej Turośli. Myślę – po co dwie Turośle, czemu nie stara nazwa Strupek albo choćby Strumień. Pamiętam, że jeszcze przed wojną ludzie chodzili do Strupka po branduche. Na denaturat mówiło się branducha. 
W tym Strupku, u Fedryscycki – Niemki, była mojej koleżanki ciotka za służącą. Niemcy czasem puszczali swoich parobków do domu. Ciotka wtedy była ładną panienką i pani Fedryscycka ją lubiła. Ta pani miała duży sklep z tekstylią. Polacy dostawali tak zwane punkty, mogli za te punkty kupić jakiś materiał na sukienki czy koszule. Takich sklepów w pobliżu nie było, kiedyś to wszystko kupowało się w Kolnie i Myszyńcu. Te sklepy były przeważnie żydowskie. Żydzi pouciekali i nie było gdzie kupować. Niektórzy dawali te punkty handlarzom. Jeździli oni po kryjomu do Warszawy i tam wykupywali za te punkty jakiś materiał. Drogo kosztowało, bo handlarze też chcieli zarobić. 

Kurpie przeniesione na płótno przez panią Reginę
Ciotka Marysi mówi, żebym z Marysią poszła wykopać ziemniaki Fedryscycce. Sprzeda nam za punkty materiał na sukienki. Ja się ucieszyłam, bo w wojnę chodziło się w starych szatkach. O czymś nowym się tylko marzyło. Na wieczór poszłam do koleżanki, były już gotowe do drogi. Od mojego domu do granicy było ze cztery kilometry, potem szło się przez las liniją, też cztery kilometry. Linija to taka prosta aleja w lesie, wydeptana przez Polaków. Szłyśmy po cichutku. Ciotka Franka po cichu na nas krzyczała - idziecie jak ślepe konie, słychać was daleko. Co kawałek postałyśmy i posłuchały, czy kto nie idzie, żeby się schować w lesie. Doszłyśmy do niemieckiej szosy, była trochę oświetlona. Niedaleko szosy mieszkał niemiecki leśniczy. Po cichutku przeszłyśmy przez szosę, poszłyśmy do leśniczego. U niego służyło dwóch Polaków, od tyłu domu mieli swój pokój. Wszyscy Polacy do tego pokoju się schodzili. 
Jakeśmy weszły, wszystek strach od nas poszedł. Było tam wesoło, ktoś grał na gitarze, śpiewali i hałasowali. Weszła pani leśniczyna i prosiła, żeby byli trochę ciszej, bo dzieci uśpiła i hałas może je zbudzić. Była już późna pora i zaczęli się Polacy rozchodzić. Myśmy też poza stodołami weszły w podwórze Fedryscycki. Franka miała pokoik w budynku gospodarczym. Nam ten pokoik bardzo się spodobał. Stał tam stół ładnie obrusem nakryty, dwudrzwiowa szafa i krzesła. Piec kaflowy dodawał ciepła. Okno było z firankami i malowana podłoga. Myśmy marzyły, żeby mieć taki luksus, nam się to wtedy tam wszystko spodobało. Spałyśmy w jednym łóżku wszystkie trzy. Sen wtedy miałyśmy dobry. Snu zawsze było za mało, spałoby się choć na kamieniu. 

Kurpie przeniesione na płótno przez panią Reginę
Franka wstała prędzej, wydoiła krowę i wyprowadziła na łączkę za wsią. W południe trzeba ją było przyprowadzić. Jak nas obudziła, to już było śniadanie na stole w kuchni. Myśmy nie mogłyśmy się nadziwić tym nowościom. Wszystkie szafy i szafeczki białe, piec do gotowania wyglądał jak wąska szafka i dość wysoka. Można było kilka garnków wstawić, każdy w innych drzwiczkach. Na dole się podpalało, gotowało się, a nie widać było garnków i dymu czy pary. Jedzenie było na stole pięknie nakrytym. Smakował nam chleb z dobra marmoladą. 
Weszła pani Fedryscycka, odezwała się do nas po polsku. Myśmy z zachwytu słowa nie mogły wydobyć. Ta pani była wysoka, ładnie była uczesana, a ubrana jeszcze ładniej, jak nauczycielka w Łączkach. Postawna była jak jaka księżniczka. Miała jednego syna, który był księdzem ewangelickim. Jak Niemcy szli na Polskę, zginął w pierwszych walkach. Nie mogła na Polaków patrzeć, kłóciła się, wyzywała, gdy jakiś Polak przyszedł coś kupić. Mój ojciec zapoznał się z pruskim krawcem, porozmawiali jak przyjaciele. Po drodze wstąpił do tej pani, żeby coś kupić. Ona jak nie zacznie na ojca wyzywać, że jej syna zabił. Ojciec mówi, czy to ja zabił, ja w ogóle na wojnie nie byłem. Jakbym poszedł, to bym strzelał do Pana Boga w okna, a nie w Bogu ducha winnych ludzi. Pani Fedryscycka się uspokoiła, wzięła ojca do sklepu i sprzedała co chciał kupić.
Franka zaprowadziła nas na pole. Kopałyśmy ziemniaki z Marysią dwa i pół dnia. Nie mogłyśmy wyjść z podziwu, wszystko było insze i ładniejsze od naszych. Na polu ludzie pracowali, cicho było, nie było żadnych nawoływań. Na polu przeważnie pracowali polskie parobki. Krowy chodziły w zagrodach, czyli ogrodzonych gródziach. 

Kurpie przeniesione na płótno przez panią Reginę
Przez wieś przechodziła piękna szosa, zadbana, czyściutkie i niedostępne stały już niektóre murowane domy. Kopiąc ziemniaki rozmawiałyśmy. Ładnie tu, wygląda bogaciej wszystko, ale jakieś zimne. U nas biedniej, ale za to weselej. U nas słychać odgłosy z różnych stron. Rano nieraz słychać, jak ktoś godzinki śpiewa, gospodarz na konia woła hej – gdy koń ma iść w lewo i od – gdy koń ma iść w prawo. Ziemniaki kopią i śpiewają, tam słychać pastuszków, jak się wołają. Przed południem dzieci starsze wracają ze szkoły, żeby młodsze zastąpić przy pasieniu. Do krów też się wołało, Czarno – gdzie idziesz, kto ci kozoł jeść kartofle? Kobieta z kobietą pogadały, czasem się i pokłóciły, nieraz o kury czy o dzieci, ale szybko gniew przechodził, bo zgoda była lepsza. 
Jeden drugiemu pomagał. Nieraz trzeba było i konia pożyczyć. Chłopi się sprzęgali, jak mieli po jednym koniu, jechali razem na jarmark czy na odpust w święta roczne i zwykłą niedzielę. Do młyna jeździli razem, olej wybijać, wełnę czesać. Na wesele w jednego konia nikt nie jechał czy do chrztu z dzieckiem. Jak jechali do ślubu, to się mijali. Konie nieraz pokazały piękne zawody. Mnie do ślubu wiózł mój chrzestny w swoje kasztany. Nie dał się wyprzedzić nikomu. 
Pani Regina wyplata palmy na zajęciach w Kaszubskim Uniwersytecie Ludowym w Starbieninie (filia)  19-21.3.1999
Chrzestny kochał się w koniach, jak koniom było ciężko, to nie siedział na wozie, szedł przy wozie. Owsa też koniom nie żałował. W rodzinie śmieli się z niego, że on, gdyby mógły, to by sam za konie ciągnął. Koni nie bił i nie spocił, konie się za to odpłaciły. Na wesela go prosili, a on nigdy w końcu orszaku weselnego nie jechał, nie dał się wyprzedzić nikomu. W palmową niedzielę kto z kościoła najprędzej przyjechał, temu się najlepiej len rodził. Robili to wszystko żartobliwie, żeby było o czym opowiadać. Schodzili się ludzie wieczorami, żeby było weselej. Rozmawiali o wszystkim, opowiadali sobie, jak to kiedyś było, gdzie kogo straszyło, gdzie kogo spotkała jakaś przygoda. Pokazywali sobie sztuki. To znaczy, jaką kto miał zręczność albo siłę. Niejeden umiał podnieść człowieka z ziemi. Chwycił zębami za pasek od spodni i podniósł z ziemi do góry. Byli zuchy, którzy nikomu nie dali się podnieść. Mój sąsiad grubą szklankę pogryzł zębami, a mój ojciec skakał na stół, albo na maszynę do szycia. Podkładał pras ulec (sprzęt do prasowania sukienek, marynarek – E.Z.), żeby było wyżej. W lecie się biadowali (siłowali – E.Z.) na murawie, kto mocniejszy, kto kogo powali na ziemię.
Co było dalej w życiu Pani Reginy w następnym odcinku.
Gdańsk 11.6.2014 Edmund Zieliński






dalej »