piątek, 8 marca 2013

EDMUND ZIELIŃSKI. Parcelacja księżych włók w Zblewie Drukuj E-mail
czwartek, 07 marzec 2013
Nazwa włóka pochodzi od narzędzia rolniczego - coś w rodzaju brony. Włóką określano przestrzeń pola ornego, które można było parą wołów włóczyć (zabronować) w czasie jednego dnia. Według Zygmunta Glogera jedna włóka chełmińska = 30 morg = 76597,6 metrów kwadratowych.
Obszar ziemi położonej  od starej plebanii do lasu na południu, której granicę wschodnią stanowiła rzeka Piesienica, a zachodnią - rejon dzisiejszej ulicy Sportowej, był własnością Zblewskiej parafii, zwany potocznie księżymi włókami...

















W skład tego gospodarstwa wchodziły też zabudowania - plebania, wikariatka, obora, stajnia i wielka stodoła. W wikariatce zamieszkiwali księża wikariusze i obsługa gospodarstwa. Pamiętam, jak  opowiadała pani Anna Strzelka (mieszkali w wikariatce), że jej mąż był na plebanii kuczrem (woźnicą) i zajmował się stajnią. Wszystkie zabudowania były otoczone solidnym drewnianym parkanem z dwiema bramami po obu stronach podwórza. Przy wyjeździe na pole ("autostrady" nie było) po prawej stronie stała wielka stodoła kryta papą (niedawno rozebrana). Była tak stara, jak wszystkie zabudowania. Obecnie do parafii należy tylko stara plebania i obora, której dach w latach 60-tych ze strzechy zamieniono na papę. W ostatniej części tej obory ksiądz proboszcz Franciszek Wróblewski wybudował salkę katechetyczną służącą do nauczania dzieci religii, gdyż ówczesne władze PRL „wyprowadziły” lekcje religii ze szkół.




Zblewo 1990 - kierunek księże włóki.


Wcześniej, bo w 1950 roku, sejm uchwalił ustawę o przejęciu  tzw. Dóbr Martwej Ręki. Pod tym pojęciem kryły się nieruchomości pozostające we władaniu kościelnych osób prawnych. Spod działania tej ustawy wyjęto grunty nieprzekraczające 50 ha powierzchni. Nie wiem, ile liczyła powierzchnia gruntów kościelnych w Zblewie, wiem natomiast, że objęto je reformą rolną. Upaństwowiono też stodołę, stajnie, wykariatkę i całe podwórze. Zaczęła się parcelacja gruntów kościelnych.

Mój ojciec pracował Gminnej Radzie Narodowej (dzisiejszy Urząd Gminy) – kierował referatem rolnictwa, a później był Administratorem Rolnictwa i Leśnictwa w Powiatowej Radzie Narodowej w Starogardzie – dzisiejsze Starostwo Powiatowe. Z urzędu miał swój udział w parcelacji gruntów parafialnych. Pamiętam, przeglądaliśmy mapy geodezyjne z zaznaczonymi poszczególnymi numerami poszczególnych działek. Przeciętnie działka liczyła około 0,5 ha. Gdyby nie moja przezorność w archiwizowaniu różnych dokumentów, pewnie byśmy za dużo nie wiedzieli  o tej parcelacji. Przeglądając listę dzierżawców działek, odświeżyłem sobie pamięć w stosunku do nieżyjących już mieszkańców Zblewa. Bardzo się to przydaje w opisywaniu dawnych dziejów naszej wsi. Jak choćby stare zdjęcia na wystawie z okazji 700-lecia Zblewa, jaka miała miejsce w Gminnym Ośrodku Kultury 2005 roku. Zauważyłem tam zdjęcia związane z dożynkami na podwórzu zblewskiej plebanii. Nigdzie nie było informacji zakazującej kopiowania  tych zdjęć, wobec tego syn mój zrobił kilkanaście kopii i dziś chcę dołączyć do tego felietonu odległy czas zatrzymany w kadrze fotki. To są bardzo cenne fotografie przedstawiające obrzęd związany z zakończeniem żniw - dziś już niekultywowany. Pięknie ustrojone grabie, kosy, widły, a było przy tym wesoło, o czym świadczy muzykant z harmonią. Wydaje mi się, że znam jedną panią stojącą na tym zdjęciu, ale nie mam pewności. Kiedy to było?




Zblewo 1999 - skrzyżowanie i młyn.




Zblewo. U dołu stara stodoła, kierunek Białachowo. 1990


Z zachowanych dokumentów wynika, że księże włóki podzielone zostały na 119 działek o łącznej powierzchni 85 ha. Jaki był regulamin rozdziału działek, nie umiem powiedzieć. Myślę, że dostęp do tej ziemi mieli wszyscy chętni, skoro niektórzy otrzymywali po dwie działki.
            
Pamiętam, że różnie na ten temat wtedy mówiono, oczywiście szeptem, bowiem wyrażanie  publicznie  niezadowolenia wobec ówczesnej władzy mogłoby się skończyć więzieniem. Byli tacy, co chwalili parcelację księżych włók, inni wręcz przeciwnie. A czy dziś jest inaczej? Tylko że dziś swoje niezadowolenie możemy wyrażać głośno.

Z pewnością działki wielu dzierżawcom poprawiły egzystencję. Ziemia dobra, były ziemniaki, żyto, pszenica, siano. Te maleńkie płachetki ziemi sprawiły, że w chlewikach były świniaki i krówki, kurki i kaczki.  Wielu na tej ziemi postawiło sobie domy mieszkalne, większość już zapomniała, kto kiedyś był właścicielem tych ziem. I to jest też częścią  historii Zblewa.

Edmund Zieliński
Gdańsk 23.02.2013




Pani Grelewicz, pan Król i pani Gulgowska przed rozlewnią piwa, a byłą stajnią przy plebanii.



Grabiarki z muzykantem - dożynki na plebanii w Zblewie. Foto repr. Wojciech Zieliński




Żeńcy, kośnicy, kosiarze, żniwiarze z wieńcem dożynkowym na podwórzu plebanii w Zblewie. Pierwasza z lewej pani Urban z męża Smaglińska.  Foto repr. Wojciech Zieliński





Zapewne tego samego dnia już po dożynkach. Foto repr. Wojciech Zieliński




Na wprost miejsce po byłym poidle i widok na księże włóki. Foto Edmund Zieliński



Za tym wałem, na księżych włókach,  stało poidło dla bydła. Kiedy zganiano krowy z pastwiska, tutaj się poiły. Woda była doprowadzana ze zdroju, jaki obok wypływał. Specjalna zastawka kierowała wodę. Kiedy basen się zapełnił, wodę kierowano do rzeki Piesienicy. Foto Edmund Zieliński
 
EDMUND ZIELIŃSKI. Parcelacja księżych włók w Zblewie Drukuj E-mail
czwartek, 07 marzec 2013
Nazwa włóka pochodzi od narzędzia rolniczego - coś w rodzaju brony. Włóką określano przestrzeń pola ornego, które można było parą wołów włóczyć (zabronować) w czasie jednego dnia. Według Zygmunta Glogera jedna włóka chełmińska = 30 morg = 76597,6 metrów kwadratowych.
Obszar ziemi położonej  od starej plebanii do lasu na południu, której granicę wschodnią stanowiła rzeka Piesienica, a zachodnią - rejon dzisiejszej ulicy Sportowej, był własnością Zblewskiej parafii, zwany potocznie księżymi włókami...

















W skład tego gospodarstwa wchodziły też zabudowania - plebania, wikariatka, obora, stajnia i wielka stodoła. W wikariatce zamieszkiwali księża wikariusze i obsługa gospodarstwa. Pamiętam, jak  opowiadała pani Anna Strzelka (mieszkali w wikariatce), że jej mąż był na plebanii kuczrem (woźnicą) i zajmował się stajnią. Wszystkie zabudowania były otoczone solidnym drewnianym parkanem z dwiema bramami po obu stronach podwórza. Przy wyjeździe na pole ("autostrady" nie było) po prawej stronie stała wielka stodoła kryta papą (niedawno rozebrana). Była tak stara, jak wszystkie zabudowania. Obecnie do parafii należy tylko stara plebania i obora, której dach w latach 60-tych ze strzechy zamieniono na papę. W ostatniej części tej obory ksiądz proboszcz Franciszek Wróblewski wybudował salkę katechetyczną służącą do nauczania dzieci religii, gdyż ówczesne władze PRL „wyprowadziły” lekcje religii ze szkół.




Zblewo 1990 - kierunek księże włóki.


Wcześniej, bo w 1950 roku, sejm uchwalił ustawę o przejęciu  tzw. Dóbr Martwej Ręki. Pod tym pojęciem kryły się nieruchomości pozostające we władaniu kościelnych osób prawnych. Spod działania tej ustawy wyjęto grunty nieprzekraczające 50 ha powierzchni. Nie wiem, ile liczyła powierzchnia gruntów kościelnych w Zblewie, wiem natomiast, że objęto je reformą rolną. Upaństwowiono też stodołę, stajnie, wykariatkę i całe podwórze. Zaczęła się parcelacja gruntów kościelnych.

Mój ojciec pracował Gminnej Radzie Narodowej (dzisiejszy Urząd Gminy) – kierował referatem rolnictwa, a później był Administratorem Rolnictwa i Leśnictwa w Powiatowej Radzie Narodowej w Starogardzie – dzisiejsze Starostwo Powiatowe. Z urzędu miał swój udział w parcelacji gruntów parafialnych. Pamiętam, przeglądaliśmy mapy geodezyjne z zaznaczonymi poszczególnymi numerami poszczególnych działek. Przeciętnie działka liczyła około 0,5 ha. Gdyby nie moja przezorność w archiwizowaniu różnych dokumentów, pewnie byśmy za dużo nie wiedzieli  o tej parcelacji. Przeglądając listę dzierżawców działek, odświeżyłem sobie pamięć w stosunku do nieżyjących już mieszkańców Zblewa. Bardzo się to przydaje w opisywaniu dawnych dziejów naszej wsi. Jak choćby stare zdjęcia na wystawie z okazji 700-lecia Zblewa, jaka miała miejsce w Gminnym Ośrodku Kultury 2005 roku. Zauważyłem tam zdjęcia związane z dożynkami na podwórzu zblewskiej plebanii. Nigdzie nie było informacji zakazującej kopiowania  tych zdjęć, wobec tego syn mój zrobił kilkanaście kopii i dziś chcę dołączyć do tego felietonu odległy czas zatrzymany w kadrze fotki. To są bardzo cenne fotografie przedstawiające obrzęd związany z zakończeniem żniw - dziś już niekultywowany. Pięknie ustrojone grabie, kosy, widły, a było przy tym wesoło, o czym świadczy muzykant z harmonią. Wydaje mi się, że znam jedną panią stojącą na tym zdjęciu, ale nie mam pewności. Kiedy to było?




Zblewo 1999 - skrzyżowanie i młyn.




Zblewo. U dołu stara stodoła, kierunek Białachowo. 1990


Z zachowanych dokumentów wynika, że księże włóki podzielone zostały na 119 działek o łącznej powierzchni 85 ha. Jaki był regulamin rozdziału działek, nie umiem powiedzieć. Myślę, że dostęp do tej ziemi mieli wszyscy chętni, skoro niektórzy otrzymywali po dwie działki.
            
Pamiętam, że różnie na ten temat wtedy mówiono, oczywiście szeptem, bowiem wyrażanie  publicznie  niezadowolenia wobec ówczesnej władzy mogłoby się skończyć więzieniem. Byli tacy, co chwalili parcelację księżych włók, inni wręcz przeciwnie. A czy dziś jest inaczej? Tylko że dziś swoje niezadowolenie możemy wyrażać głośno.

Z pewnością działki wielu dzierżawcom poprawiły egzystencję. Ziemia dobra, były ziemniaki, żyto, pszenica, siano. Te maleńkie płachetki ziemi sprawiły, że w chlewikach były świniaki i krówki, kurki i kaczki.  Wielu na tej ziemi postawiło sobie domy mieszkalne, większość już zapomniała, kto kiedyś był właścicielem tych ziem. I to jest też częścią  historii Zblewa.

Edmund Zieliński
Gdańsk 23.02.2013




Pani Grelewicz, pan Król i pani Gulgowska przed rozlewnią piwa, a byłą stajnią przy plebanii.



Grabiarki z muzykantem - dożynki na plebanii w Zblewie. Foto repr. Wojciech Zieliński




Żeńcy, kośnicy, kosiarze, żniwiarze z wieńcem dożynkowym na podwórzu plebanii w Zblewie. Pierwasz z lewej pani Urban z męża Smaglińska.  Foto repr. Wojciech Zieliński





Zapewne tego samego dnia już po dożynkach. Foto repr. Wojciech Zieliński




Na wprost miejsce po byłym poidle i widok na księże włóki. Foto Edmund Zieliński



Za tym wałem, na księżych włókach,  stało poidło dla bydła. Kiedy zganiano krowy z pastwiska, tutaj się poiły. Woda była doprowadzana ze zdroju, jaki obok wypływał. Specjalna zastawka kierowała wodę. Kiedy basen się zapełnił, wodę kierowano do rzeki Piesienicy. Foto Edmund Zieliński
 

niedziela, 17 lutego 2013

EDMUND ZIELIŃSKI. W Trójmieście Zblewo wspominają – część I Drukuj E-mail
niedziela, 17 luty 2013
Ile byłych mieszkańców Zblewa mieszka w Trójmieście? Pewnie dziesiątki, jak nie więcej. Są tu z rodziny Kwaśniewskich, Trochów, Kuklów, Etmańskich, Platów, Rekowskich, Pobłockich, Śliwów, Odyów, Łąckich, Sulewskich, Zielińskich i wielu innych. Asumptem do napisania tego felietonu był e-mail od kolegi Gerarda Sulewskiego podsumowujący spotkanie naszej paczki w grudniu 2012 roku. Oto jego treść:











Trzej przyjaciele z... ... ze Zblewa, skrzydłowy, bramkarz i łącznik…żyć bez siebie nie mogą… Tę piosenkę, „Trzej przyjaciele z boiska”, śpiewała chyba Maria Koterbska (też - głównie jednak Andrzej Bogucki i Chór Czejanda – E.Z.). Jeszcze raz – dzięki gospodarzom spotkania za miłe i ciepłe przyjęcie! Kochani, najważniejsze jest to, że dzięki Opatrzności trzymamy się w niezłej formie, a wszystko inne – jest drugorzędne. To, że wzajemnie się wspieramy – podtrzymując więzi z lat naszej młodości – jest piękne i szlachetne, a nasze koleżeństwo i etniczne braterstwo oraz wzajemne zrozumienie – pomimo przebytych różnych dróg życiowych – wystawia najlepsze świadectwo naszym Rodzicom, a także naszej małej ojczyźnie zblewskiej, z której korzeniami jesteśmy immanentnie związani do dzisiaj, odczuwając radość i dumę z bezprecedensowej prosperity gminy Zblewskiej. Niezmiernie ważne jest i to, że wszyscy trzej odczuwamy zgodnie satysfakcję z tego, że tę pozytywną i aktualną ocenę rozwoju gminy zblewskiej oraz więzi emocjonalnej, jaka nas łączy z przeszłością, podzielają nasze wspaniałe i wymagające małżonki, pochodzące z innych gmin i regionów. Serdeczne pozdrowienia oraz radosnych i ciepłych Świąt Bożego Narodzenia życzą WAM Basia i Gerard Sulewscy.
Spotykamy się kilka razy do roku w naszych mieszkaniach - przemiennie, i na spotkaniach Trójmiejskiego Klubu Kociewiaków - filii Towarzystwa Miłośników Ziemi Kociewskiej w Starogardzie. Wczoraj, w tym wyjątkowym dniu pod względem daty – 12.12.12, spotkaliśmy w Gdyni u Felicji i Edmunda Łąckich. I jak zwykle, po jakimś czasie, kiedy nasze Panie omawiały interesujące je tematy, my „wybraliśmy” się do Zblewa, do czasów naszej młodości. Spacerkiem wspomnień poszliśmy na autostradę (wtedy przejeżdżał jeden samochód na godzinę), która w tamtym czasie była swoistą promenadą. Zatrzymaliśmy się przy stawie młyńskim okolonym szuwarami, z którego woda z hukiem spadała na koło młyńskie. Tutaj można było wyłowić dorodnego szczupaka.

Randka nad młyńskim stawem - Gerard Sulewski i...? Z archiwum E.Z.

Wracając do wsi ulicą Młyńską minęliśmy niski czerwony domek, w którym mieszkali Brandtowie i niejaka „Zabuszka”. Tak okoliczni mieszkańcy nazywali starszą panią, która do Zblewa przywędrowała zza Buga. Nieopodal stał równie niski czerwony dom państwa Heroldów. Wyżej, już na górce, był przystanek PKS i stały białe domy. W jednym z nich mieszkała nasza szkolna koleżanka Małgosia Orlikowska. Po drodze została stara poczta, w dali majaczyła mleczarnia i jej komin, naprzeciw której stała kuźnia pana Rogowskiego i ogrodnictwo pana Ceranowskiego.

W tym domu urodził się Gerard Sulewski, a jego ojciec produkował tu (karmelki) cukierki.

Kawalerka zblewska - od lewej: Edmund Zieliński, Eugeniusz Wasilewski, Gerard Sulewski, Franciszek Szklarski, Janek Gajewski i Jan Putkamer. Foto Józef Kuczkowski
Idąc w kierunku centrum, po lewej minęliśmy dom państwa Mazurowskich, gdzie mieściła się Gminna Rada Narodowa, zaraz w sąsiedztwie mały domek z szewcem panem Leonem Radkowskim. Dalej stały ruiny apteki Holfeldta, zaś po przeciwnej stronie spalony zajazd i sklep państwa Rekowskich (dziś mieści się tu OSP). W całości pozostał tylko budynek gospodarczy z charakterystycznym kamiennym murem. Przed resztkami ścian po spalonym sklepie ostały się schody ze stalową poręczą. Jak to dzieciaki, pohuśtaliśmy się na niej i ruszyliśmy dalej w drogę wspomnień.
Gerard Sulewski z szkolną koleżanką Krystyną Birna z domu Kryger. Foto Barbara Sulewska
Po lewej stronie stała kamienica, w której mieścił się radiowęzeł. To stąd rozsyłane były do abonentów sygnały radiofonii przewodowej. Dziś młodzi nie wiedzą o co chodzi. Kto chciał mieć w domu głośnik z programem Warszawskiej Rozgłośni Polskiego Radia, kupował abonament, a monterzy poprowadzili po słupach przewody do domu. Tam do gniazdka podłączony był głośnik zwany „kołchoźnikiem” – pewnie dlatego, że ta instalacja wzorowana była na systemie panującym za naszą wschodnią granicą. W radiowęźle posłuchać można było innych stacji radiowych, jednak do odbiorców indywidualnych wysyłany był tylko sygnał programu pierwszego WRPR. Przypomnę, że program był nadawany od godziny 5 do 23.

Jakaś uroczystość na starym rynku. Od lewej pierwszy Franciszek Mazurowski, trzeci Jan Marchlewicz - ogrodnik, siódmy z szarfą przez pierś przy trybunie Leon Kosiedowski. Z archiwum E.Z.
Dalej, po tej stronie – mijaliśmy piekarnię pana Kamińskiego i warsztat ślusarski Stanisława Bąkowskiego. Po prawej dwa niskie domy o białych ścianach, w jednym z nich sklep kolonialny nr 2 Gminnej Spółdzielni Samopomoc Chłopska w Zblewie, przed drzwiami beczki po śledziach i skrzynki po piwie (dziś stoi tu bank). W drugim domu była stolarnia braci Jana i Franciszka Glichów, a później Rajmunda Reimusa. Dalej magazyn GS i biuro skupu płodów rolnych. Za nim plac węglowy na miejscu tartaku Maxa Rozenkranza. Po lewej rynek zblewski, na którym co czwartek odbywał się handel wszelkiego rodzaju produktami. W głębi, już przy ulicy Kościelnej, czerwienił się dom, w którym mieszkał szewc Marian Łącki, Janek Burczyk, Erwin Jędrzyński, Wolnik i inni. A naprzeciw, przy ul. Głównej, niski dom z przedszkolem i mieszkańcami – Lubiejewskimi, Jasińskimi, Julkiem Prabuckim, Zalewskimi i Innymi. To tutaj na murze ceglanym radziecki saper napisał Min niet. Mukambietkaliew. (min nie ma).

Tu mieściła się wytwórnia wód gazowych (oranżady, lemoniady) przed wojną i kilka lat po wojnie. Foto E. Zieliński.

A pamiętacie „Koreę”, jak nazywaliśmy Gospodę GS? Kto ją tak nazwał - trudno dociec. Pewnie przylgnęła ta nazwa z czasów wojny koreańskiej – tam się bili, tu też czasem się potłukli. To tutaj przychodziło się na herbatę z duchem (wzmocnioną alkoholem). Najgwarniej było w gospodzie w dniach targowych i podczas skupu świniaków. Pamiętamy pana Góreckiego, który przyjmował kabany z obowiązkowych dostaw żywca. Po całej akcji siadał z kolegami w gospodzie i wołał po niemiecku do bufetowej (w tamtym czasie u starszych było to normalne), a pracowały tam piękne dziewczyny - Żaneta Dargaczewska, Marysia Dąbrowska, Krystyna Kryger - Fräulein, bitte kommen… (proszę przyjść panienko). Gospoda była miejscem spotkań różnych osób, bo właściwie nie było gdzie się zatrzymać na pogawędkę. Tu odbywał się nie jeden litkup, czyli oblewanie dokonanej transakcji handlowej na sąsiednim ryneczku.

Tutaj mieściło się kino. Foto E. Zieliński

Szliśmy dalej. Po tej samej stronie stał niski drewniany dom pod papą z końca XIX wieku. Po lewej zaś mały, biały domek, w którym był fryzjer i szewc Mokwa. Dalej po tej samej stronie ruiny domów państwa Śliwów i Kuczyńskich. Po przeciwnej stronie kamienica rodziny Kuchtów. Kto tu mieszkał? Lekarz Bogusław Wrycza, Franciszek Plata - miał tu sklep galanteryjny, Franciszek Saski, oczywiście Kuchtowie, Swalińscy, Goryńscy, również Mindykowscy. Następnym budynkiem po tej stronie była mała szkoła – filia tej z ulicy Chojnickiej. To tutaj w czasie okupacji okropnie straszyło – temat na osobny felieton. Za nią dom państwa Gajewskich. Tutaj jakiś czas miał swój zakład fryzjerski Janek Karbowski, była też drogeria. Po przeciwnej stronie posiadłość państwa Konefków z piekarnią i zakładem fryzjerskim, który prowadził Ignacy Birna ze swoją małżonką Ireną. Po tej samej stronie w domu Jasińskich na parterze mieściła się Biblioteka Gminna prowadzona przez Gizelę Rekowską i świetlica wiejska, w której stał stary fortepian przywieziony po wojnie z majątku Helmuta Hermana z Białachówka. Był też stół do pingponga, przy którym swoimi umiejętnościami popisywała się ówczesna kawalerka zblewska. W tym samym domu było też kino wiejskie, któremu szefował Józef Rumiński. Naprzeciw miał swój zakład kołodziej Jan Porazik. Dalej, po tej samej stronie w głębi, stał spichlerz państwa Porazików o szachulcowej konstrukcji.

Państwo Marian i Leonarda Łąccy z rodziną na ulicy Dworcowej. W tle Kozi Rynek - 1964 rok

W naszej wędrówce ulicą wspomnień zatrzymaliśmy się na chwilę przy kiosku, w którym pracowała Krystyna Zielonka. Jak to kawalerowie, często zatrzymywaliśmy przy nim na dłuższe pogawędki z tą panienką. W tamtym czasie w naszej wsi niewiele było miejsc, by spędzić jakieś miłe chwile. Idąc dalej po przeciwnej stronie minęliśmy dom, w którym na parterze mieścił się Ośrodek Zdrowia, a na piętrze Izba Porodowa. Sporo dzisiejszych dorosłych mieszkańców Zblewa i okolicznych wsi tutaj przyszło na świat. Wspominamy nieistniejący już spichlerz, mieszczący się w posiadłościach państwa Janców. Dalej po tej stronie stały dwa domy pod strzechą. W jednym mieszkała przemiła pani Doczykowa (o ile się nie mylę był to rodzinny dom państwa Libiszewskich), a w następnym pan Hinc. Naprzeciw stała kuźnia Maksymiliana Gilli. Dalej po tej stronie była piekarnia Brzoskowskich i rzeźnia Piotrzkowskich, a naprzeciw wiele lat funkcjonował zakład fotograficzny pana Lisiewicza. Na samym końcu ulicy Głównej po prawej stronie była piekarnia państwa Laseckich. Tutaj też 4 lutego 1884 roku urodził się Józef Wrycza.

Edmund Łącki z mamą i przyszłą żonką – 1964 r.

Dochodziliśmy do Koziego Rogu (lub Koziego Rynku – funkcjonowały te dwie nazwy), czyli do zbiegu ulic Chojnickiej, Dworcowej, Północnej, Głównej i Kościelnej. Jak powiadała moja teściowa rodem z Piłatów z Borzechowa, gdzieś w tym miejscu mieścił się areszt zwany Kozą. Przed wojną brat teściowej coś tam zbroił ji policja zaszpyrowała go w Kozie – siedział tam jedan dziyń. Zostawiamy Kozi Róg - Gerard Sulewski poszedł do swego domu przy Dworcowej, ja z Dziuszkiem (Edmund Łącki) do naszych chat przy ulicy Kościelnej.

Podczas następnego spotkania przeniesiemy się w inne zakątki naszej wsi. A jest co wspominać.


Gdańsk 13.12.2012 Edmund Zieliński

Dzieci biorące udział w procesji Bożego Ciała - około 1950 roku. W pierwszej parze Edmund Łącki.
Dzień przyjęcia I Komunii Świętej przez Urszulę Łącką. Pierwszy od lewej (siedzi) Edmund Łącki
Krystyna Zielonka i Edmund Zieliński - w tle stary spichlerz pana Porazika.
Roman Belczewski, Edmund Zieliński i Rysiu Czapiewski na schodach Izby Porodowej.
Gerard Sulewski.
Agnieszka Orlikowska, Danka Piłat i Edmund Zieliński w Małpim Gaju za autostradą.
Od lewej - Eugeniusz Wasilewski, Edmund Zieliński, Krystyna Zielonka, Roman Plata, Agnieszka Orlikowska, Danka Piłat, Henio Gajewski.
Ul. Główna. Dom z XIX wieku.
Kamienica państwa Kuchtów.
Ul. Główna.
Wgląd w ulicę Młyńską od ul. Głównej.
Wgląd w ul. Główną od ul. Młyńskiej.
Stare przedszkole.

Irena i Ignacy Birna z uczennicą Danutą Zielińską z Białachowa
Wszystkie zdjęcia z archiwum Autora.