sobota, 30 stycznia 2016

A MOŻE TABLICA PAMIĄTKOWA W WŁADYSŁAWA POPIELARCZYKA W WIELKIM BUKOWCU?TEKST I LINKIDrukujE-mail




Ten bardzo ciekawy tekst pozwoliłem sobie przenieść do mego bloga, ponieważ miałem przyjemność poznać osobiście Pana Władysława Popielarczyka. O ile dobrze pamiętam, to mógł być rok 1962/63. Wtedy mieszkałem jeszcze w Zblewie i byłem na początku mej twórczości. Pan Władysław przyjechał wtedy w odwiedziny do Państwa Gillów, bowiem Pani Zofia Gilla (żona Maksymiliana) była jego rodzoną siostrą. Ja przyjaźniłem się z dziećmi Zofii i Maksymiliana, zwłaszcza z Romkiem. W ich domu byłem częstym gościem. Kiedy gościł w Zblewie Pan Władysław, Romek zaproponował, że odwiedzi mnie z wujkiem Władysławem, by popatrzył, co ja tam takiego tworzę. To był letni dzień, pod wieczór wszedł do naszego mieszkania Pan Władysław z Romkiem. Już wchodząc do werandy zainteresował się moimi pracami. Były tam wyroby z gliny i z drewna. Ciekawiły go zwłaszcza prace niedorobione, nieskończone. Miał przy sobie szkicownik, jak na dobrego artystę przystało, i szkicował jakieś elementy. Pamiętam jak powiedział oglądając moją akwarelkę - jak pan uzyskał  to tło, woskował Pan? To jest bardzo ciekawe!  Na kanapie siedział mój braciszek Jerzy, a Pan Władek szkicował jego postać i objaśniał jak to należy robić. 
Przez jakiś czas miałem  szkic mego brata wykonany przez Pana Władysława. Gdzie się podział? Rozpłynął się gdzieś w  tamtych latach. 
Pod koniec lat 60 ubiegłego wieku byłem służbowo w Warszawie. Zaproponowałem towarzyszącemu mi koledze Mietkowi Tuszyńskiemu  z naszego zakładu pracy, by odwiedzić pracownię i galerię Pana Władysława Popielarczyka na ul. Piwnej. Bez problemu weszliśmy do mieszkania, które przypominało salę wystawienniczą z odpowiednim podświetleniem. Niestety, Pana Władysława nie zastaliśmy - był gdzieś za granicą. Chętnie oprowadzała nas po galerii i ciekawie opowiadała małżonka Pana Władysława.  
 Pana Władysława już niema, pozostał w mojej pamięci jako wielki artysta, chociaż wiele z jego prac nie rozumiałem. 
Gdańsk 30 stycznia 2016 roku                                               Edmund Zieliński



piątek, 29 styczeń 2016
Powoli kończę składać w reportażach fascynującą postać młodego Władysława Popielarczyka, moim zdaniem genialnego artysty, którego koniecznie trzeba przypomnieć. Pisałem o nim w drugiej części reportażu pt.„Kim jesteś dziewczyno z Kranka z lat sześćdziesiątych?” - cz. 2, a następnie w reportażu „Pani Genowefa świetnie pamięta Władysława Popielarczyka”. W oba teksty wplotłem informacje, jakie otrzymałem od Bernarda Damaszka. Porobiłem zdjęcia obrazów Popielarczyka będące w posiadaniu osób prywatnych. Opowiedziałem o Popielarczyku dyrektorowi Muzeum Ziemi Kociewskiej Andrzejowi Błażyńskiemu...

Podekscytowany, że na Kociewiu urodził się i dorastał takiej klasy artysta (dotąd o nim nie słyszał), obiecał urządzić w tym roku wystawę jego prac. Ciekawy jestem, czy coś z tego wyjdzie. Wiem, że w Starogardzie i Zblewie mają około 40 jego prac. Kilka z nich jest niestety nie do ruszenia, gdyż maestro w swojej artystycznej witalności ochoczo malował na ścianach.

Z jakiej miary artystą mamy do czynienie, wynika z Wikipedii i opracowania Barbary Popielarczyk-Daszewskiej.


Błędy i nieścisłości w Wikipedii
Niestety w Wikipedii ciągle są błędy (Szteklino zamiast Szteklin) i nieścisłości („Przez całe życie związany z Warszawą”!). Warto zwrócić uwagę, w czyich kolekcjach prywatnych znajdują się obrazy Popielarczyka.

Wikipedia: „Władysław Popielarczyk (ur. 1925, zm. 1987) - polski malarz.
Urodził się w 1925 roku w Szteklinie, studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Od 1965 roku prowadził własną galerię w Warszawie, zorganizowano ponad 40 jego indywidualnych wystaw, jego prace były także obecne w wystawach zbiorowych, zarówno w Polsce, jak i innych krajach. Oprócz malarstwa zajmował się happeningami, poezją i komponowaniem. Zaprojektował także i wykonał ponad 25 prac w obiektach użyteczności publicznej, były to freski, mozaiki, płaskorzeźby i witraże.
Obecnie jego prace znajdują się w Muzeum Narodowym w Warszawie, Poznaniu i Gdańsku, Muzeum Częstochowskiego, Moderna Museet w Sztokholmie, Taides Museum w Oulu, Museum of Modern Art w Miami, Indianapolis Museum of Art, Palm Spring Desar Museum oraz prywatnych kolekcjach Dwighta Eisenhowera, Urho Kekkonena, Sukarno, Charles'a de Gaulle'a i Paul-Henriego Spaaka. Przez całe życie związany z Warszawą.”
Barwna postać Warszawskiej Starówki
Barbara Popielarczyk-Daszewska: „Władysław Popielarczyk (1925-1987) - artysta, malarz i poeta, barwna postać Warszawskiej Starówki. Sam nie wyobrażał sobie, że może mieszkać i tworzyć gdzie indziej. Jego oryginalność, otwartość, wrażliwość, głęboka fascynacja zjawiskami natury i witalność wyrażona została w bogatej twórczości. Pracował w różnych technikach: malarstwo sztalugowe, architektoniczne: mozaiki, freski, witraże. Stworzył cykle obrazów: wizje okien, madonny współczesne, rysowane listy, rysunki z poezją, macierzyństwo, obrazy hexagonalne. Ostatnio pracował nad cyklem figur odrywających się od horyzontu. Był artystą niezwykle płodnym, znanym i cenionym na całym nieomal świecie. Władysław Popielarczyk stworzył własny styl malarstwa. Jest to malarstwo na wskroś odkrywcze. Ukazuje niepokój, nerwowość współczesnego czasu jakby w rentgenowskim znaku, człowieka widzianego od środka. Najgłębiej inspiruje go głowa ludzka widziana w przekroju, czy przenikanie się figur w płynności natury. Jest to malarstwo poezji, dźwięczność koloru splotu form widzianych w błysku oka. Obrazy Popielarczyka odznaczają się ponadto szlachetnością barw i urzekają swoim niepowtarzalnym stylem. Można je zaliczyć do interesującej sztuki transawangardowej.
Artysta wiele podróżował po świecie, propagując polską sztuką współczesną. Między innymi demonstrował na licznych wernisażach swój program artystyczny /np. piosenki własne z gitarą, wiersze, przebierance, tańce itp./. O twórczości Popielarczyka pisali znani krytycy w kraju i za granicą odnajdując w jego twórczości oryginalny styl wypowiedzi, nasycony własną osobowością. Prace Popielarczyka znajdują się w wielu muzeach krajowych i zagranicznych: między innymi w Muzeum Historycznym i w Muzeum Narodowym w Warszawie, Częstochowie, Poznaniu i Gdańsku, w Modern Muzeum w Sztokholmie, Taides Museum Oulu w Finlandii, Miami Museum of Modern Art, na Florydzie, Indianapolis Museum, Palm Spring Desar Museum California w USA, a także w licznych galeriach i zbiorach prywatnych. Miał ponad 40 wystaw indywidualnych oraz liczny udział w wystawach zbiorowych. Popielarczyka wymieniają współczesne leksykografy, a między innymi: Dictionary of International Biography Cambridge, England 1980; Who's Who in the World, 6th ed., Chicago - USA 1980; The First Five Hundred, Cambridge - England 1985 oraz niemieckie i polskie wydanie Kto jest Kim w Polsce, Interpress 1985.
Na Starym Mieście w Warszawie przy ul. Piwnej 3/5 urządzał Popielarczyk bezpłatne, tzw. majowe wystawy swoich prac. Tamże organizowane były interesujące spotkania happeningowe. Na Piwnej Mistrza odwiedzało wiele wybitnych osobistości, mężowie stanu, ambasadorowie, aktorzy, poeci, artyści. Na wystawę Jego najnowszych prac każdy mógł wejść wprost z ulicy, uciąć dyskusję z twórcami na temat sztuki, posłuchać wierszy piosenek, jednym słowem był to dom otwartych drzwi - dom pracy twórczej, znany jako Galeria Popielarczyka. Władysław Popielarczyk zasłużył na miano współczesnego Polaka - patrioty. Za zasługi dla polskiej kultury i sztuki Rada Państwa odznaczyła Go pośmiertnie Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.”
Popielarczyk czuł się Kociewiakiem

Państwo Damaszkowie przy grobie zamorodowanego przez Niemców Aleksandra Popielarczyka, ojca Władysława.
Dom, w którym mieszkała rodzina Popielarczyków. 
Po raz kolejny odwiedziłem Bernarda Damaszka. Rozmowa z nim to intelektualne przyjemność. Poza tym państwo Damaszkowie są w posiadaniu pamiętnika artysty, w którym w przecudny literacki sposób opisał on swoje dzieciństwo i młodość w Wielkim Bukowcu.
- Chciałbym jeszcze, panie Bernardzie, dodać szczegóły do poprzednich pana informacji na temat młodych lat Popielarczyka. Zbierzmy jeszcze raz to, co wiem i dodajmy, czego nie wiem. Ciągle na przykład jeszcze nie wiem, co dokładnie łączyło artystę ze Zblewiem. Napisałem już, że ojciec artysty miał na imię Aleksander i wywodził się z Kurpiów, a jego żona, Waleria, urodziła się w Niemczech, ale wywodziła się stąd, ze Starego Lasu. Pracowała w Niemczech, podobnie jak dzisiaj miliony Polaków. Po powrocie i ślubie Popielarczykowie wykupili małe gospodarstwo w Szteklinie. Potem kupili działkę i wybudowali domek w Wielkim Bukowcu, który stoi do dziś. Waleria była położną objeżdżającą wsie. Spoczywa w Zblewie. Aleksander, ojciec Władysława, został rozstrzelany przez Niemców w 1939 roku w Zajączku. Był gospodarzem, w poglądach politycznych narodowcem. Władysław rzeczywiście urodził się w Szteklinie w 1925 roku, ale Popielarczykowie mieszkali tam krótko. Na świat przyszło więcej dzieci i stąd ta przeprowadzka. Chłopak do piętnastego roku życia mieszkał w Wielkim Bukowcu. Już jako dojrzały człowiek kilka razy w roku przyjeżdżał do Zblewa, ale zawsze odwiedzał grób ojca i ojcowiznę w swojej wsi. Czuł się Kociewiakiem, choć robił karierę w stolicy. Kiedyś, chyba w latach siedemdziesiątych, zdumieni mieszkańcy Zblewa ujrzeli go w telewizji. Przeprowadzono z nim wywiad. Ich zdumienie sięgnęło zenitu, gdy usłyszeli: „Pozdrawiam mojego szwagra, Maksa Gillę z Kociewia”. Więc co dokładnie łączyło go ze Zblewem?
- Matka Popielarczyka, Waleria z domu Belicka, po zamordowaniu pierwszego męża Aleksandra Popielarczyka wyszła ponownie za mąż za miejscowego gospodarza, rolnika Łucjana Brzóskę. Pracowała cały czas w izbie porodowej w Skórczu, a po przejściu na emeryturę i śmierci drugiego męża w 1966 roku przeprowadziła się do córki w Zblewie Zofii Gilli.
- ...Siostry Władysława... Bardzo żywo i ją, i Władysława wspomina w tekście „Pani Genowefa świetnie pamięta Władysława Popielarczyka” pani genowefa Kaczmarek.
- Tak, siostry Władysława. Z drugiego małżeństwa nie było dzieci.
- A kiedy i dlaczego Zofia Popielarczyk zamieszkała w Zblewie?
- Zofia przyjechała w okresie okupacji. W 1941 roku wyszła za mąż za znanego na Kociewiu kowala Maksymiliana Gillę. I w związku z tym Władysław Popielarczyk zaczął tu przyjeżdżać. A początku nie miał daleko. Uczył się najpierw w liceum plastycznym w Orłowie, a potem studiował na Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Pracę magisterską napisał w Warszawie.
- Przyjeżdżał często czy sporadycznie?
- Regularnie dwa - trzy razy do roku. I nigdy nie omijał naszego domu (jedna z córek Zofii i Maksymiliana Gillów jest żoną Bernarda Damaszka - przyp. red.). I malował, dawał koncerty na jednych z dożynek, spotykał się z ludźmi. Kochał przyrodę i ludzi. Kiedyś, w latach 80., był wywiad w telewizji i on rzekł, że ma jeszcze jedną prośbę, że chce złożyć życzenia. I powiedział...
- ... „Pozdrawiam mojego szwagra, Maksa Gillę z Kociewia”. Teraz rozumiem... Sporo tu mają jego obrazów.
- Bo przyjeżdżając do Zblewa przy okazji malował. Zostawił ze 40 dzieł. Poznałem go z Tadeuszem Śmietaną, dyrektorem Elotoru, który był jednocześnie szefem Twardego Dołu. I on wykonał tam kilka prac. Właściwie to było tego dużo. Obrazy na deskach w sali kominkowej i wyroby z metaloplastyki.
- Panie Bernardzie. Piszą, że Popielarczyk przez całe życie był związany z Warszawą. Nazywają go artystą warszawskim. I nie ma w tych źródłach ani słowa o Wielkim Bukowcu i Zblewie. A może, biorąc pod uwagę dramatyczną śmierć jego ojca Aleksandra, zaszczutego przez Niemców nad Jeziorem Czarnoleskim, miał do tych stron uraz?
- Władysław Popielarczyk czuł się Kociewiakiem. Kochał tę ziemię i tych ludzi tutaj. Czuł się Kociewiakiem do końca.
- Panie Bernardzie. Czy możemy opublikować pamiętnik Władysława Popielarczyka w internecie? To wybitne dzieło literackie.
- Opracujemy to panie Tadeuszu razem i wydamy.

Żona Barnarda Damaszka, córka Zofii Gilli z domu Popielarczyk i jej wnuki. Fot.Tadeusz Majewski
Pomnik, tablica upamiętniająca?
Dzwonię do pani Krystyny Gilli ze Starogardu. Informuje, że zebrałem już sporo materiału na temat dzieciństwa i młodości Władysława Popielarczyka. Dochodzi do małego nieporozumienia.
- Przecież Popielarczyk ma już pomnik...
- Ale mi chodzi o pomnik czy tablicę Władysława, a nie Aleksandra. I taki pomnik, jaki stawia się wybitnym artystom. W Wielkim Bukowcu, bo dlaczego by nie?
Pani Krystyna jest mile zaskoczona.
- My chętnie z mężem taką inicjatywę wspomożemy.
KIM JESTEŚ, DZIEWCZYNO Z KRANKA Z LAT SZEŚĆDZIESIĄTYCH? (2)DrukujE-mail
poniedziałek, 01 sierpień 2011
Zanim wyruszyłem do Kranka w poszukiwaniu autorki tekstu w książce „Wieś polska 1939 – 1948”, zupełnie przypadkowo zaczęły się pojawiać inne, osobne wątki do zbadania. To, co je łączyło z fabułą reportażu, czyli reporterską ścieżką poszukiwania dziewczyny, była wspólna przestrzeń, jak również – co się później okazało – czas. Przestrzeń wyznaczona powinowactwem krwi i losów mieszkańców Czarnegolasu, Wielkiego Bukowca, Wolentala i Kranka właśnie.








Wszedłem otóż w Starogardzie do pewnego mieszkania. Od razu rzuciła mi się w oczy niezwykła akwarela z bardzo czytelnym podpisem: Władysław Popielarczyk. Gospodarz, widząc moje zaskoczenie, oprowadził mnie po pokojach. Pokazał inne dzieła Popielarczyka – oleje, pastele, techniki mieszane. Dzieła malowane na deskach, płótnie i ścianie. A potem rzekł, że u Benka w Zblewie jest tych prac więcej. 
W domu wstukałem nazwisko malarza w Google. Nie będę tu szerzej pisał, co wyskoczyło – sami możecie to zrobić. Tu jednym zdaniem – wyskoczyła postać niezwykła, fascynująco niesforna. Bardzo znany i ceniony malarz, którego prace znajdują się w wielu muzeach krajowych i zagranicznych oraz w zbiorach prywatnych nawet byłych głów państw, poeta, bard, człowiek renesansu; według Wikipedii - artysta z Warszawy. Tylko fragmencik mówi, że ów Popielarczyk urodził się w Szteklinie (w mianowniku w Wikipedii wkradł się błąd – Szteklino zamiast Szteklin). Skądinąd dowiedziałem, że Popielarczyk dzieciństwo i wczesną młodość spędził w Wielkim Bukowcu – wsi, która wydała na świat wielkich ludzi, między innymi Raszejów. Do tego szeregu gigantów doszła nowa, niewspominana, czyli zapomniana w regionie postać. 

Władysław Popielarczyk. Skan z albumu
Obrazy i wiersze Władysława Popielarczyka (skan z albumu). Obraz od góry to autoportret artysty.
Pojechałem wieczorem do Zblewa – do Benka, czyli Bernarda Damaszka. Pan Bernard rzucił garść informacji, potrzebnych dla tego reportażu. Myślę, że ten artysta zasługuje na osobny reportaż, a może nawet i książkę, tym bardziej że pozostawił po sobie pamiętnik, w którym wspomina świat swojej młodości, a więc świat nasz.
Ojciec artysty miał na imię Aleksander – mówił pan Bernard. - Wywodził się z Kurpiów, a jego żona, Waleria, urodziła się w Niemczech, ale wywodziła się stąd, ze Starego Lasu. Pracowała w Niemczech, podobnie jak dzisiaj miliony Polaków. Po powrocie i ślubie Popielarczykowie wykupili małe gospodarstwo w Szteklinie. Potem kupili działkę i wybudowali domek w Wielkim Bukowcu, który stoi do dziś. Waleria była położną objeżdżającą wsie. Spoczywa w Zblewie. Aleksander, ojciec Władysława, został rozstrzelany przez Niemców w 1939 roku w Zajączku. Był gospodarzem, w poglądach politycznych narodowcem. Władysław rzeczywiście urodził się w Szteklinie w 1925 roku, ale Popielarczykowie mieszkali tam krótko. Na świat przyszło więcej dzieci i stąd ta przeprowadzka. Chłopak do piętnastego roku życia mieszkał w Wielkim Bukowcu. Już jako dojrzały człowiek kilka razy w roku przyjeżdżał do Zblewa, ale zawsze odwiedzał grób ojca i ojcowiznę w swojej wsi. Czuł się Kociewiakiem, choć robił karierę w stolicy. Kiedyś, chyba w latach siedemdziesiątych, zdumieni mieszkańcy Zblewa ujrzeli go w telewizji. Przeprowadzono z nim wywiad. Ich zdumienie sięgnęło zenitu, gdy usłyszeli: Pozdrawiam mojego szwagra, Maksa Gillę z Kociewia.
Pan Bernard, który ma przygotowanie plastyczne, zauważył, że malarstwo Popielarczyka jest pełne dowcipu, nieokiełznane, ale można w nim znaleźć elementy naszego pejzażu. Bardzo mi się spodobały te według mnie trafne określenia. Co do ostatniego – myślę, że w jego twórczości można znaleźć mnóstwo motywów z okolic dzieciństwa i młodości – z Wielkiego Bukowca – równie nieokiełznanego w wyglądzie, Czarnegolasu i Kranka.

Obrazy Popielarczyka znajdują się w największych muzeach świata i kolekcjach prywatnych nawet byłych prezydentów krajów. Sporo jest także w Starogardzie i Zblewie. Fot.. Tadeusz Majewski
Wielki Bukowiec. Dom Popielarczyków. Stan obecny.
Grób Aleksandra Popielarczyka.
Miałem więc dodatkowo ten jakże ciekawy motyw poszukiwań podczas jednej reporterskiej włóczęgi po Kranku. Nie wiedziałem, że dołączą następne, równie ciekawe. Żeby dokończyć jakby część przygotowawczą, określającą tło późniejszych, już konkretnych wydarzeń, trzeba jeszcze koniecznie dać drugą pracę konkursową z księgi „Wieś polska 1939 – 1948”.

(zapis oryginalny)
Wieś Polska 1939 – 1948 (materiały konkursowe), Warszawa 1967, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Instytut Historii Polskiej Akademii Nauk 
Nr 31 (933) — wieś Czarnylas — Mężczyzna Topografia icsi
- Początek powstania wsy Czarnylas przypuszcza się Krzyżakom,
którzy jeżdżąc na polowania do tutejszych borów, pobudowały kościół. Jednak ze znalezionych grobów skrzynkowych z kamienia należy przypuszczać, że już w czasach dawniejszych okolice były zamieszkane. Stare ludzie powiadają, że za czasów po rozbiorach Polski był w mojej wsi majątek 750 ha i tylko 14 gospodarstw rolnych od 2 do 50 ha, ziemia kościelna 60 ha/1. Ten stan trwał aż do 1925 roku -
Wyniki parcelacji 1925—1927.
- Podczas okupacji niemieckiej zostały wysiedleny wszysci gospodarze, wieksy właściciele z 12 gospodarstw, z kościelnej ziemi i z resztówki już w zimie 1939 r. Na te gospodarstwa sprowadzono tutejszych Niemców z okolicy. W r. 1942 wysiedlono resztę gospodarzy Polaków, i obsadzono całą wieś Niemcami sprowadzonemy z Besarabii i także Niemcy, którzy zajęli w 1939 r. gospodarstwa Polski, musiały takowe opuszczać na rzecz Besarabów. Samą resztówkę zajął Kreisbauernfuhrer.
Z Polaków zostały się tylko robotnicy i cztery gospodarze, którzy nie mieli kompletnych zabudowań. Rolników polskich wywieziono do obozów pracy lub do Niemiec.
Po długim i tęsknym oczekiwaniu słońce wolnoscy zaczęło nam wschodzyc, 14 dni już przedtem wszyscy Besaraby, zapakowawszy na wozy, co tylko możliwe, spiesznie uchodzyły na zachód. Frontsię zbliżał, jednak utknął na 14 dni przed naszą wsią. Ludzie kryli się przez ten czas pod ziemią lub [w] murowanych piwnicach. Co dzień to stodoła jakaś, to budynki jakieś się paliły, to Niemcy brali reszta chłopów do okopów. Jednak dużo pociechy z nich nie mieli. Nareszcie dnia 4 marca 1945 r. wojska radzieckie zajęły naszą wieś. Mieszkańcy pomału wracały na swoje gospodarstwa, niestety bez inwentarza i zachodzyły w głowa jak ta gospodarzyć, z 185 kony roboczych zostało tylko 5 kalecznych, trocha lepiej wyszły z całej rozprawy krowy, bo było ich 70 sztuk.
Brak inwentarza żywego. Struktura rolna - gleba, struktura zasiewów, zabudowa wsi, struktura demograficzna i zawodowa - 2 ss.


-W mojej wiosce jest jeszcze z czasów przedwojennych światło elektryczne, sama wieś korzysta tylko, bo wybudowania są bardzo rozproszone i na razie nie są rolniki w stanie sobie zakładać elektryfikację. Tak samo z radiamy, które posiada tylko nauczyciel i jeden obywatel. Należy to usprawiedliwyć tem, iż we wiosce mieszkają osadnicy z powojennej reformy rolnej, którzy jeszcze sobie nie przebudowały domów gospodarskych. O radia starałyśmy się, aby zradiofonowali, lecz jakoś zostaje tylko przyrzeczenie.
Ciężką dole mają świeży osadnicy, otrzymali po 10 ha ziemy od dawniejszej resztówki 180 ha. Obecnie została się do resztówki około 30 ha z budynkamy gospodarczemy, które należą do Oświaty Rolniczej. Ponieważ jest trudno o materiał budowlany, więc będzie trudno się wybudować, a na czyim podwórku mieszkać to nie żadna gospodarka. Po l koniu i 2 krowy posiada już najwięcej osadników, tylko jeden nic posiada konia -
Obecna ilość żywego inwentarza. Organizacje społeczne - stan organizacyjny: ZSCh - 45 członków, SL — 50 członków, PPR - 10 członków. Rozwój czytelnictwa - „Rolnik Polski". Urząd gminny, biblioteka ZSCh - 0,5 s.

- Na ogół są tu wszyscy osadnicy zadowoleni z reformy rolnej,
tylko gospodarze, którym nałożono fundusz oszczędności, się pytają: „Jak to, ja mam stodoła przez wojna znyszczona i mam oszczędzać?" Chociaż gromadzka komisja podatkowa tym, co mają stodoły lub domy przez wojna znyszczone, podatek oszczednascy umorzyła, to referent ze starostwa odrzucył wnioski o umorzenie; mówy, kto ma konia i jedną krowa może płacić. Czy słusznie?
Drugi kłopot to ze stodołamy i budynkamy pod papą. Przeszły rok nie1 można było z powodu braku gotówki dachów zreperować i było trudno o smoła i papa. Dużo zboża się ponyszczyło zaciekami. Obecnie przez nałożenie dodatkowe funduszu oszczędnoscy uważamy, że znów się to powtórzy. Zaliczka na podatek gruntowy na rok 1948 moja wieś wpłaciła w terminie w 95%.
1 Por. „Slawnik Geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów slowiań-skich", t. I, Warszawa 1880, s. 767 -potwierdza ogólnie te wiadomości.




TADEUSZ MAJEWSKI. PANI GENOWEFA ŚWIETNIE PAMIĘTA WŁADYSŁAWA POPIELARCZYKADrukujE-mail

czwartek, 05 czerwiec 2014
O Władysławie Popielarczyku - wybitnym malarzu, poecie, wielkim artyście warszawskim rodem z Kociewia, pisałem w jednej z części reportażu "Gdzie jesteś dziewczyno z lat sześćdziesiątych". O jego artystycznych dokonaniach z okresu warszawskiego jest w internecie sporo, o dzieciństwie i młodości tej wczesnej, nic. Uparty jestem i odszukałem osobę, która świetnie pamięta Popielarczka z tego okresu...

















Czasami jedziesz do tych samych bohaterów tekstów po kilku – kilkunastu latach, bo okazuje się, że jakiś drobny wątek nagle staje się głównym tematem nowego reportażu. Tak było ostatnio z panią Genowefą Kaczmarek. Byłem u Genowefy i Stefana Kaczmarków 5 lat temu. Pan Stefan miał wówczas 87 lat. Zmarł w tym roku. Pani Genowefa, która wówczas od czasu do czasu nieśmiało włączała się do rozmowy z kuchni, dziś jest w takim samym wieku, jak wtedy jej mąż. Przypomnę fragmenty tamtego reportażu, w którym pojawiła się tylko wzmianka o Popielarczyku. Wówczas nie znałem tego nazwiska. A teraz Władysław Popielarczyk jest bohaterem już drugiego tekstu.



Fragmenty reportażu z 2006 roku (całość - "No to niuch tabaki" - przejdź)

Stary, świetnie utrzymany dom w centrum Wielkiego Bukowca. Mocno posmarowane spalonym olejem dechy ścian, solidny dach, posprzątane podwórze. Stefan Kaczmarek ogląda skoki Małysza. Siadamy, rozkładamy sprzęt. Pan Stefan z grzeczności gasi telewizor.

- Małysz może być, panie Stefanie. Obejrzymy sobie ten skok na złoty medal, zanim pani Genowefa (83 l.) sparzy kawkę... A pan tak niuch tabakę...

- Ona daje mi zdrowie.

- Sam pan przygotowuje?

- Sam. Według własnej receptury.

- Jak długo Pan zażywa tabakę?

- Czterdzieści lat. Trzyma mnie przy zdrowiu. Nie chodzę do lekarza, nie biorę tabletów.

- Spotyka się pan z innymi mężczyznami i razem ją zażywacie?

- Nie. Tak robią Kaszubi! Ja sam zażywam.

Telewizor znów włączony. Małysz frunie po złoto.

Genowefa Kaczmarek z domu Rudnik przynosi kawę i, jak to kobieta w takich sytuacjach, chce się wycofywać do kuchni. Stamtąd łatwiej strofować męża, żeby za dużo nie gadał, bo pójdzie w świat.

- Genowefa z domu Rudnik... No niechże pani opowie o tych Rudnikach. Skąd się wzięli.

- Oni tu mieli gospodarstwo. Tyle co wiem, to to, że mój ojciec wprowadzał się do tego domu tuż po budowie. Postawił go Landowski z Kasp(e)rusa i sprzedał. Syn Landowskiego chodził po wsiach z koszami.

- A kiedy postawił?

- Mój ojciec urodził się w 1882 r. Miał 7 lat, jak się rodzina Rudników wyprowadziła się z Wolentala i wprowadziła tutaj. Można więc obliczyć. Ale ma ze 130 parę lat. W Buk(ó)wcu jest jeszcze starszy, w kutlu (bocznej uliczce), jak się jedzie na Czarnylas.

Liczymy. 1882 plus 7 równa się 1889 rok. W tymże więc roku rodzina Rudników wprowadziła się do domostwa. W tym też zapewne powstał. Ma ze 120 lat.

- Oni się wyprowadzili z Wolentala, a my się sprowadzili do Wolentala z Lubichowa - mówi pan Stefan. - Kupili gospodarka po Wiśniewskim. Ja miałem wtenczas 14 lat, a więc sprowadzili się do Wolentala w 1934 r. Chodziłem do szkoły w Lubichowie, a potem w Skórczu.

- A w Lubichowie gdzie mieszkała pana rodzina?

- Mieszkelim koło dworca. Mielim dwóch lokatorów. Nie było łatwo, bo piach. Ojciec z rodziną jeździł na niziny, na Żuławy, a mnie posyłeli do dziadków na Kranku. Trzy lata ja tam u babci siedział. Babka, ze strony ojca, goniła mnie do roboty. Mieli prawie 17 hektarów. Rodzice przeprowadzili się do Wolentala, bo matka chciała mieć hektary, chciała być gburka. Bo dopiero gbur, a już całkiem duży bamber, co miał 100 hektarów, mógł dzieci kształcić.

- I została w Wolentalu gburką?

- Nie. Mieliśmy 10 hektarów.

- W Wolentalu był podobno przepyszny pałac z oranżerią. Ale właściciel, Niemiec, opowiadali mi, zabił się jadąc z kochanką bryczką z Gdańska.

- Pamiętam Orstmana (Horstamnna – przyp. T.M.). On się nie zabił, jego sparaliżowało. Jego córka, Elza, zaczęła sprzedawać ziemię. Nam sprzedała 3 hektary. Przedtem Orstman jeździł po polach na koniu i gonił, bo mu kredli kartofle. Ziemie miał aż pod Buk(ó)wiec.

- Niechże pani nie ucieka do kuchni... A w okupacji gdzie pani była?

- Urodziłam się w 1924 r., a więc w okupacji byłam już panną. Niemcy wzięli mnie pod Barłożno, na przedwojenne gospodarstwo Raduńskiego. W okupacji przyszedł Arab (mówili – Araby, Besaraby), Niemiec ze Wschodu. Ona była estdojcz, a on półrusek. Raduńskim ziemie zgarnęli, wywieźli do lasu, a Araba wsadzili. Ja u nich pracowałam... Rodzice podpisali trzecią grupę, żeby uratować to, co mieli w Buk(ó)wcu. Inaczej by poszli na bruk. Już był jakiś Niemiec chętny na ten dom.

- A pan – w okupacji?

- Urodziłem się w 1920 r., miałem w 1929 r. 19 lat. 19. rocznik był w poborze, a 20. jeszcze nie. Rodzice też musieli listę podpisać, bo mieli 13 ha, a jak ktoś miał 13 ha, to już dawali Niemca albo Araba, co trocha mówił po niemiecku... O tym Arabie (do żony) – to był twój pan. Musiałaś mu „her” mówić – „her Schreiber”). W 1945, kiedy przyszedł był Rusek, powiedział do Araba tak: „Nie chce mi się ciebie zastrzelić. Sobie idź. Ja ciebie znajdę w Berlinie”... 4 lata siedziałem u bambra w Bok(ó)wcu, gdzie było najwięcej Niemców spośród tych wszystkich wiosek. Co drugi był Niemiec. Musiałem obdoić 11 krów. Musiałem śrutować, wykarmić. I świń miałem ponad 50. Od 5 do 20 robota.

- O Jezus, ale Polska się naczyta – wzdycha Genowefa.

- Niech czytają, bo prawdę mówię... W 1943 wzięli mnie do Wehrmachtu. Brali kto chciał czy nie chciał. Jak się nie godził, to na drzewo albo do lasu. Nauczyciel Knasiak z Wolentala nie chciał, to go wzięli do lasu. Potem z Buk(ó)wca Popielarczyka. Też go wzięli do lasa. Po wojnie ich wykopeli. W Skórczu z Ruskami leżą, co w Buk(ó)wcu byli wybite i w Wolentalu... Oni się tego nie spodziewali. Myśleli, że ich zamkną w obozie, a nie kulka w łeb.




Wrzesień 2011

Ten sam dom. Te same czyściutkie pokoje. Pani Genowefa parzy kawę. Po chwili rozmawiamy.

- Powiedziano mi, że pani będzie pamiętać Władysława Popielarczyka. Jego „warszawski” życiorys jest znany, ale „bukowiecki” nie. Znała pani tego artystę?

- Oczywiście. Chodziliśmy do szkoły…

- Aha. Genowefa z domu Rudnik – to wiem. A kiedy i gdzie się pani urodziła?

- Urodziłam się 18 sierpnia 1924 roku w Wielkim Bukowcu. Tata nazywał się Franciszek Rudnik, a mama Franciszka z domu Raszeja.

- Raszeja! A jakie pani miała włosy? Bo Raszejowie, pochodzący podobno z terenów Libanu, mają czarne.

- Byłam blondynką. Ale moja mama miała ciemne.

- To tak na marginesie z tymi Raszejami. Chodziła pani tu do szkoły?






- Tak, chodziłam do szkoły w Wielkim Bukowcu. Mieściła się w budynku przy ulicy głównej, to znaczy tej asfaltowej. Były cztery klasy, choć mówili, że sześć… Właściwie to klasy były jeno dwa. Takie łączone. Chodziłam siedem lat.

- Dzieci w pani klasie zapewne było mało...

- Nie, spora klasa była. Kiedyś mieli więcej dzieci jak teraz, bo teraz oszczędniej żyją.

- Pamięta pani Władysława Popielarczyka?

- Bardzo dobrze. Władek był ode mnie może trzy, może cztery lata młodszy. A jego siostra Zosia była moją przyjaciółką. Chodziła ze mną do jednej klasy. Ona miała urodziny 14 maja, a ja w sierpniu. Mieszkali koło bożej męki, czyli bliziutko nas. Ich matka miała na imię Waleria, a ojciec Aleksander. Do Wielkiego Bukowca przyjechali ze Szteklina, gdzie mieli rodzinę.

- Bliziutko mieszkali, więc pewnie często pani u nich bywała… Mieli więcej dzieci?

- Bywałam bardzo często. Ich było dwoje dzieci, ta Zosia i ten Władek.

- Najbardziej mnie interesuje, czy Władek miał od dziecka smykałkę do malowania.

- Od małego wyróżniał się z plastyki, był w tym specjalistą. Kiedyś mielim narysować w szkole kręcącego Antośka. Nie wiem, co to miało być. Tak się nazywało to zadanie. A on nie chciał nam narysować. Prosiłyśmy go, żeby narysował, błagałyśmy, płakałyśmy, bo byłyśmy dno w rysunkach, a on nie chciał, uparł się, na złość. I wtedy narysowała nam go jego matka. To ona miała talent plastyczny i Władek odziedziczył po niej. Narysowała Antośka jak klęczy. Władek nawet z wycinanek potrafił sanki zrobić. Trochę powycinał i to było piękne. W szkole go wyróżniano, bo z plastyki to był specjalista. Malował, rysował. Raz ustał koło naszej furtki i narysował mojego ojca, jak rąbał drewka. Robił szkice na papierze. Pewnego razu, gdy jego rodzice mówili pacierze, to on z tyłu siedział koło pieca i ich narysował. A oni się wcale tego nie spodzieli.

- Tak sobie go wyobrażam. Chodzącego po wsi i rysującego. Wie pani, w jego późniejszej twórczości pojawia się świat Wielkiego Bukowca. Przynajmniej ja tak to widzę.

- Nie zawsze miał czas. Oni (Popielarczykowie - przyp. T.M.) mieli koza, to on z ta koza chodził na skarpy, na kolej. Na skarpy koło wolentalskiego mostu. Jak kolejarze jechali drezyną, to on musiał uciekać, bo go płoszyli… Wszyscy wtedy mieli kozy i to nie było nic dziwnego. Nikt nie myślał, że ten chłopak będzie artystą.

- A podczas okupacji?

- Nie wiem, bo mnie tu nie było. Ale pamiętam 1939 rok. Jego ojciec, Aleksander, ukrywał się koło wolentalskiego mostu, w tych bagnach przy Jeziorze Czarnoleskim. Ale go złapali i zabili. Zastrzeleni byli w lesie, w masowym grobie leżeli. Ja byłam przy tym, jak wykopali jego ciało. Poszłyśmy z Zosią i ona go poznała, bo robiłyśmy w szkole szaliki, ona dla taty taki zielony. I on ten szalik miał, i po tym szaliku go poznała, bo to się jeszcze zachowało.

- A co Niemcy mieli do Aleksandra Popielarczyka?

- Ukrywał się dlatego, że był pochodzenia ruskiego. Czysty Polak nie był. Tak nieraz sobie kogoś upatrzyli, choć nie był nikim ważnym. On był Bogu ducha winny… Po ekshumacji ich przenieśli do Skórcza na krzyżówki, tam gdzie stoi pomnik. Jest pochowany w Skórczu, a dlaczego to ja nie wiem. W czasie okupacji to mnie tu nie było.

- A pamięta pani Władysława Popielarczyka po wojnie?

- Po wojnie on już tu nie przyszedł. Mieszkał już wtedy w Warszawie. Przyjeżdżał do mamy, Brzóskowej z drugiego męża. Kiedy przyjeżdżał do mamy, to się schodzilim, albo my do nich, albo on do nas. On bez końca szkicował. Ciągle mówiliśmy: „Pokaż, Władek, co zrobiłeś…”. On tu ze mną rozmawiał, a tu szkicował. „Pokaż, Władek, co nagryzałeś…”, a on uż miał jak jego siostrę jej kolega wiezie na sankach.

- Często tu bywał po wojnie?

- Często. Jego tu ciągnęło.

- A co najbardziej lubił rysować?

- Bardziej takie obrazki z życia, ludzi w trakcie roboty.

- Był w Warszawie malarzem, poetą, śpiewał i grał na gitarze. Czy przed wojną pisał wierszyki albo śpiewał?

- Wierszyków nie pisał. A czy śpiewał? Nieraz przy piecu tak usiedlim i śpiewelim, to on też śpiewał z nami. Ale pod tym względem to on chyba nie był specjalnie uzdolniony.

Materiał opublikowany 3.10.2011 r.

Na zdjęciu pani Genowefa Kaczmarek. Fot. Tadeusz Majewski



wtorek, 12 stycznia 2016






JUBILEUSZE. PAN STANISŁAW KOMOROWSKI OBCHODZIŁ 90. URODZINYDrukujE-mail
poniedziałek, 11 styczeń 2016


Dnia 7 stycznia 2016 r. Pan Stanisław Komorowski obchodził 90. urodziny. Z tej okazji Jubilata odwiedził Wójt gminy Zblewo Artur Herold wraz Panią Kierownik GOPS Anną Wojak.
SKŁADAMY NAJSERDECZNIEJSZE ŻYCZENIA.
ŻYCZYMY WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO,
ZDROWIA I ZADOWOLENIA.
NIECH W DALSZEJ DRODZE NIE OPUSZCZA PANA
SZCZĘŚCIE I WSZELKA POMYŚLNOŚĆ.



Szanowny, Drogi, mój Panie Nauczycielu!



To Pan uczył mnie matematyki, geometrii i fizyki. Mam szczęście znać Pana od 1951 roku. Pan Był i jest wspaniałym człowiekiem. Czy w moim wieku wielu może się poszczycić obecnością  trzymających się w dobrym zdrowiu swoich nauczycieli? Ja mam to szczęście - żyje mój "Pan" Stefan Gełdon, uczący mnie od pierwszej klasy Szkoły Podstawowej i Pan, Drogi Panie Stanisławie, który dokończył to, co Pan Gełdon zaczął. 

Niech Dobry Bóg darzy Pana dobrym zdrowiem.
Sto lat i więcej życzy Panu uczeń VI i VII klasy Szkoły Podstawowej w Zblewie z lat 1952-1954.
Edmund Zieliński.










JUBILEUSZE. PAN STANISŁAW KOMOROWSKI OBCHODZIŁ 90. URODZINY
DrukujE-mail
poniedziałek, 11 styczeń 2016


Dnia 7 stycznia 2016 r. Pan Stanisław Komorowski obchodził 90. urodziny. Z tej okazji Jubilata odwiedził Wójt gminy Zblewo Artur Herold wraz Panią Kierownik GOPS Anną Wojak.
SKŁADAMY NAJSERDECZNIEJSZE ŻYCZENIA.
ŻYCZYMY WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO,
ZDROWIA I ZADOWOLENIA.
NIECH W DALSZEJ DRODZE NIE OPUSZCZA PANA
SZCZĘŚCIE I WSZELKA POMYŚLNOŚĆ.



Szanowny, Drogi, mój Panie Nauczycielu!

To Pan uczył mnie matematyki, geometrii i fizyki. Mam szczęście znać Pana od 1951 roku. Pan Był i jest wspaniałym człowiekiem. Czy w moim wieku wielu może się poszczycić obecnością  trzymających się w dobrym zdrowiu swoich nauczycieli? Ja mam to szczęście - żyje mój "Pan" Stefan Gełdon, uczący mnie od pierwszej klasy Szkoły Podstawowej i Pan, Drogi Panie Stanisławie, który dokończył to, co Pan Gełdon zaczął. 
Niech Dobry Bóg darzy Pana dobrym zdrowiem.
 Sto lat i więcej życzy Panu uczeń VI i VII klasy Szkoły Podstawowej w Zblewie 
 Edmund Zieliński. 

niedziela, 10 stycznia 2016

EDMUND ZIELIŃSKI. EDMUND WERNER I HISTORIA JEGO ŻYCIADrukujE-mail
sobota, 09 styczeń 2016

W środę 2 maja tego roku pojechałem do pana Romana Kalinowskiego zamieszkałego w Skórczu. Po naszym ostatnim spotkaniu w moim mieszkaniu przyszedł czas na rewizytę, zwłaszcza że pan Kalinowski chciał mi opowiedzieć historię, jaka wydarzyła się w latach okupacji hitlerowskiej w Zblewie.






Pogoda była cudowna, wiosna w pełni, drzewa zielone i błękitne niebo nad głową. 
Umówiłem się telefonicznie, że około godziny dziesiątej będę u państwa Kalinowskich. Żonkę zostawiłem u bratowej w Zblewie i pojechałem w kierunku Skórcza. Nie spieszyłem się. Chciałem delektować się znanym mi krajobrazem, chociaż mocno już zmienionym. 
Kiedy z berlinki skręciłem na Borzechowo, odezwała się moja komórka. To pan Kalinowski objaśniał mi, jak mam do niego dojechać. Solidność – to jedna z cech charakteru pana Romana Kalinowskiego. 
Po drodze mijam znane mi miejsca. Na pierwszym zakręcie pod Borzechowo jeszcze na początku lat pięćdziesiątych na poboczu szosy leżał do góry kołami spalony wrak niemieckiego transportera opancerzonego. Trochę dalej znajdowało się w przeszłości miejsce odpoczynku dla wędrowców, o którym pisałem. Tu mieszkał pan Spaiser, a zaraz za nim na zakręcie czołg radziecki w 1945 roku rąbnął w skarpę. Kierowca jego zginął i tam został pochowany. Przez wiele lat wyraźnie widoczny był ślad po gąsienicy. Po prawej Szarafin, a po lewej wyłoniło się miejsce mego urodzenia. Tylko miejsce, bowiem budynki już inne i otoczenie nie to samo. Tam gdzie były torfkule, jest wygłaskane oczko wodne, bez śladu dawnych porostów, kęp i krzewów. Widać, że natura ma tu niewiele do powiedzenia. Pod samym lasem pozostałości po świetnym gospodarstwie mego dziadka. Owszem, to co zostało, jest zadbane przez nowych właścicieli, jest ład i porządek, ale bez ducha tamtych lat. 
Przejeżdżam przez las, który w dawnych latach tworzył szpaler wiekowych świerków dla biegnącej tu szosy. Gdzieś w połowie leśnej trasy przypomniałem sobie opowiadanie Bronka Węsierskiego, jak to nocą powoził bryczką i coś go wystraszyło. Konie stawały dęba, koła obracały się w miejscu i do przodu ani rusz. Coś w ciemnościach biegało wokół bryczki czyniąc sytuację stokroć straszniejszą. W pewnym momencie konie galopem ruszyły do przodu i zatrzymały się dopiero w gospodarstwie Węsierskich. Takie sytuacje się zdarzały w dawnych latach. Wyjeżdżając z lasu spojrzałem w miejsce, gdzie w latach czterdziestych znaleziono ciało zastrzelonego milicjanta. Zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. 
Jadę i wspominam. Po prawej mieszkał pan Sekołowski, po lewej Pora, dalej po prawej Czajka – leśniczy, Stywa i po lewej Wałdoch. Dalej, w głębi po lewej, pan Błażejewski. Potem jest cmentarz, kościół i wieś Borzechowo.

Spokojnie jadę w kierunku Bietowa. Tu, na moście, przesmyku pomiędzy dwoma jeziorami, zdarzył się przed laty straszny wypadek. Motocyklista jadąc zbyt szybko, wypadł z szosy. Motocykl się zapalił i kierowca zginął na miejscu. Jak mi opowiadał Stanisław Pobłocki, milicjant ze Zblewa, z odzienia motocyklisty został tylko skórzany pasek.
Za Bietowem po prawej stronie stoi jeszcze dom, w którym mieszkał znakomity rzeźbiarz, pan Alojzy Stawowy.
Lubichowo to prawie miasteczko. Tu na cmentarzu leży ksiądz prałat Adam Lorenc. Na stare lata mieszkał na plebanii w Zblewie u księdza Franciszka Wróblewskiego, który był jego krewniakiem. Pamiętam, jak skończył 90 lat, odprawiał jeszcze mszę świętą i powiedział dopóki mam w ręku siekierę, kostucha po mnie nie przyjdzie. A siekierkę miał w ręku często, bo lubił drobić chrust na plebańskim podwórku.
Przejeżdżam przez Zelgoszcz i przypominam sobie pożar wsi pod koniec lat pięćdziesiątych. Gasiłem ją jako strażak OSP w Zblewie. Tu też mieszkał brat mej mamy, wujek Walter Redzimski. Jadę wzdłuż starych torów kolejowych, mijam nieczynny dworzec i zostawiam po lewej Wielki Bukowiec. Tu też zostały wspomnienia z młodych lat. O tym innym razem. 
Kilka kilometrów lasem i jestem w Skórczu. To już inne miasto. Wyładniało, wiele sklepów, czyste i zadbane. Samochód zaparkowałem na parkingu przy kościele i idę na ulicę Sobieskiego w kierunku domu pana Kalinowskiego, a pan Roman czeka na mnie już w pobliżu swego siedliska. Witamy się serdecznie, przechodzimy przez bramę, wejście do kamienicy i schodami pniemy się do mieszkania państwa Kalinowskich. Tam zostałem miło powitany przez żonę pana Kalinowskiego i ich córkę. Siadam wygodnie na kanapie, a mój gospodarz w fotelu. Pani częstuje nas kawą, herbatą i ciastem. Pan Kalinowski zaczyna opowiadać o zdarzeniu, jakie miało miejsce w czasie II wojny światowej w Zblewie.
Mój kuzyn Edmund Werner urodził się 9 lutego 1916 roku tam gdzie ja, w Nadolnej Karczmie z ojca Jana Wrnera i matki Anastazji z Kalinowskich. Jego mama i mój ojciec byli rodzeństwem. 





                                           Edmund Werner w mundurku gimnazjalisty



Edmund po ukończeniu gimnazjum rozpoczął naukę w seminarium nauczycielskim w Tucholi, gdzie uczył się jego starszy brat. Ojciec jego był kolejarzem i pracował na stacji w Tucholi. Około 1930 roku przeprowadzają się do Zblewa, zamieszkują na dworcu w domu naprzeciw wieży ciśnień. 




              Budynek stacji kolejowej w Zblewie. Foto. Gerard Sulewski  12 września 2008 r.




                  Wieża ciśnień na stacji kolejowej w Zblewie. W głębi po prawej niski  budynek w którym ukrywał się Edmund Werner.  Foto. Gerard Sulewski 12 września 2008 r.


Wujek pracował teraz na stawidle(nastawnia kolejowa – przyp. E.Z.), tej pod CisemSzkołę Powszechną kończy Edmund w Tucholi, a Gimnazjum Męskie w Starogardzie, gdzie uczył się łaciny, greki i języka francuskiego. 
Po skończonym seminarium nauczycielskim w Tucholi Edmund miał objąć pracę na Podolu. Przed wojną tak właśnie robiono, że naszych nauczycieli wysyłano na Kresy, a tamtych przysyłano do nas. Moja wychowawczyni pochodziła gdzieś spod Pińska. Edmund mówił do mamy, że jednak w tamte strony nie chce iść, wolałby tutaj zostać. Tak się złożyło, że była oferta dla absolwentów seminarium ze strony szkoły chorążych w Toruniu i on tam wstąpił. Był po maturze, więc bardzo szybko awansował, tak, że przed wojną był już podporucznikiem i miał ordynansa.






                   
                                            Pan Roman Kalinowski z małżonką



Według relacji córki pana Edmunda – Szkoła Podchorążych Rezerwy należała do 65 pułku piechoty w Grudziądzu. Pod koniec kursu w 1936 roku, z uwagi na bardzo dobre wyniki w wyszkoleniu zaproponowano mu służbę zawodową i skierowano do Szkoły Podchorążych Piechoty w Ostrowcu Mazowieckim którą ukończył w 1938 roku w stopniu podporucznika. Zostaje skierowany do 18 pułku piechoty w Skierniewicach na stanowisko dowódcy plutonu. 
Pan Kalinowski mówi dalej. 
Jego jednostka macierzysta stacjonowała w Skierniewicach. Kiedy wybuchła wojna, oczywiście wszyscy ruszyli do boju. Jego ominęła bitwa nad Bzurą, ponieważ jego jednostka została skierowana na Warszawę. W wielkich walkach tam nie uczestniczył. Warszawa poddała się 28 września 1939 roku. On gdzieś tam zdobył cywilne ciuchy i udał się pieszo w kierunku Skierniewic. Gdy tam dotarł, działała już administracja niemiecka, a jego znajoma pracowała w biurze. On się jej poradził co i jak, bo chciałby dostać się na Pomorze. Jeszcze wtedy nie było granicy, jaką okupanci ustanowili później pomiędzy Generalną Gubernią a Rzeszą. Ale w pociągach kontrolowali. On nie miał jakichś mocnych dokumentów, tylko jakieś zaświadczenie i jego znajoma wypisała mu przepustkę czy bilet do miejscowości Stüblau. Zblewo nazywało się Hochstüblau, a Stüblau było gdzieś za Człuchowem. 
On spokojnie sobie na ten bilet jechał do Tczewa, z Tczewa do Zblewa i tam wysiadł. Mieszkali dalej na dworcu, ale interesowała się nimi policja. Raz byli w domu, zanim on z tych Skierniewic wrócił. Wrócił gdzieś tak w pierwszej połowie października. Kiedy drugi raz przyszli, on był już w domu. Ciocia miała w sypialni dosyć niskie łóżka. Widzą, że policja już się zbliża. Gdzie tu się schować, żadnej komórki nie było. On wsunął się pod te łóżka. Miał kaszel, ale jakoś wytrzymał. Przeszukali wszystko, łóżka też, ale pod nie nie zaglądali. To było całe szczęście. Gdyby go znaleźli, żołnierza – oficera, pewnie by go nie rozstrzelali, chociaż do końca nie wiadomo jak by to było. No i wtedy tam było już bardzo gorąco. 
Znał bardzo dobrze Fischerów. Już przed wojną się przyjaźnili i on jakoś do nich się skierował, by go ukryli. Zgodzili się. 





                                        Edmund Werner u państwa Fischerów



Mieli piwnice pod restauracją i tam miał schowek. Piwnice wysokie, na posadzce ułożył podest, raz, że nie było wilgoci, a dwa, był pod podłogą restauracji i słyszał rozmowy przebywających tam Niemców, co planują itd. Tam bywało dużo gości, bo budowano autostradę. On tam nawet planował i już częściowo miał zrobiony podkop, by połączyć piwnice ze stodółką. To mu się jednak nie powiodło. Ciocia z wujkiem wiedzieli, że ich z dworca wysiedlą i postanowili uprzedzić Niemców. Wynajęli pokój z kuchnią u państwa Szarmachów mieszkających blisko żwirowni, na uboczu, kilkaset metrów od Fischerów. Tam byli razem z Edmundem, bo kryjówka u Brunona Fischera stawała się niebezpieczna. 
Wujka zaciągnęli do Bauzugu (firma budowlana) i wywieźli do Francji. U Szarmachów w miarę spokojnie sobie żyli. Edmund tam nawet walizki robił, jednak na dwór wychodził tylko wieczorem, by go nikt nie widział. Później, by trochę pobyć w dzień na dworze, na podwórku postawili taki stożek z pociętego drewna na opał, blisko chlewika. Wykopali tunel i połączyli chlewik z pustym w środku stożkiem. On tam wchodził i przebywał jak na dworze. Mimo, że mieszkali na uboczu, Niemcy zawsze mogli tu zajechać. Jednego razu ciocia patrzy przez okno, a tam idzie trzech mundurowych, czarnych. To chyba było gestapo (Geheim Stadt Polizai). Edmund był w domu w tym czasie i jadł z mamą obiad, zupę. Gdy ciocia ich zobaczyła, to byli jakieś 500 metrów przed domem. Edmund szybko otworzył okno od strony ogrodu i czmychnął w żyto. Ciocia talerz Edmunda z zupą wrzuciła do wiadra ze zlewkami. Gdy przyszli, to już śladu po nim nie było. Zrobili rewizję i jak się okazało, miało to związek z wysadzeniem pociągu pod Strychem (z 8 na 9 czerwca 1942 roku partyzanci porJana Szalewskiego wykoleili pociąg pośpieszny Królewiec – Berlin - przyp. E.Z.). 
Po tym zdarzeniu Edmund zrobił sobie schowek w lesie. Tam przypadkowo spotkał się z dwoma Anglikami, którzy uciekli z obozu jenieckiego spod Gutowca. Oni budowali tą autostradę. Przez jakiś czas przebywali razem w lesie. Pewnego dnia Anglicy odeszli. Edmund, kiedy tylko mógł, przebywał w domu. Jednak odwiedziny policji były coraz częstsze. Na dłuższy czas przenosi się do lasu, którym zawiadywał leśniczy – Niemiec. Tyle co mi wiadomo, żona leśniczego wiedziała, że w tym lesie ukrywa się Edmund. Ja nie wiem, czy leśniczy nie wiedział. Myślę, że on nie chciał wiedzieć, zwłaszcza, że leśniczyna czasem podkarmiała Edmunda. 
W międzyczasie wydarzyła się taka historia. Niespodziewanie ktoś puka do drzwi. Edmund chowa się za szafę, a do mieszkania wchodzi naczelny inżynier budowy autostrady i powiada, że chce się zobaczyć z Edim. Ciocia niemal zemdlała. On uspakaja, że nie ma złych zamiarów, powołuje się na znajomość z Fischerami, gdzie faktycznie często przebywał. A oni ufając mu powiedzieli o Edmundzie. Edmund za szafą słyszy, że powołuje się również na dziewczynę Fischerów i dochodzi do wniosku, że ona by go nie zdradziła. Fischerowie chcieli go uprzedzić o wizycie tego inżyniera, ale on był szybszy. Edmund zza szafy wychodzi, a ten Niemiec go serdecznie uściskał i powiedział, że mieszka w Berlinie, ma trzy córki. Ale jakby któraś wyszła za hitlerowca, to by tego zięcia zastrzelił. 
Powiedział do Edmunda, że ma życzenie, aby jedna z córek została jego żoną. Odwiedzał ich jeszcze wielokrotnie. Kiedy budowa autostrady się skończyła – wyjechał. Przysyłał paczki, w których były również papierosy i cukierki. Z cukierkami była zawsze karteczka z napisem Für kleinen Edi (dla małego Edzia) dla zmylenia poszukujących Edmunda. Po wojnie chciał się jakoś odwdzięczyć i szukał inżyniera różnymi sposobami. Prawdopodobnie zginął w czasie bombardowania. 
Muszę tutaj dodać informację córki Pana Edmunda, że w czasie ukrywania się w lesie biegle opanował język angielski, posługując się książkami niemiecko-angielskimi. Wymowy nauczył się na podstawie rysunków pokazujących prawidłowe ułożenie języka.
I tak Edmund przetrwał wojnę. Po wyzwoleniu został powołany do wojska. Jako zastępca dowódcy kompanii wracał z Berlina przez Budziszyn, Kłodzko do Żywca. Widziałem go, jak przyjechał na urlop, była zima, a on w drelichowych spodniach. Wszystko robił, by z tego wojska się wydostać i jakoś się udało. 
Według relacji córki pana Wernera, proponowano mu dalszą karierę w wojsku, ale warunkiem było wstąpienie do partii komunistycznej, z czego nie skorzystał. Pani Beata pisze tak:
Zdegradowany przedwojenny oficer, wykształcony nauczyciel zafascynował się czymś nowym – ziemniakiem, i w 1946 roku rozpoczął pracę w Stacji Hodowlanej Bozniewice, później Wyszoborz gmina Manowo jako asystent i zastępca kierownika. Dwukrotnie został delegowany (1948 – 1950) do Francji do pracy nad stonką ziemniaczaną. Po powrocie z drugiej delegacji pracował jako asystent w Laboratorium Badań Ziemniaka I.H.A.R. w Gdańsku-Wrzeszczu (przy ulicy Jesionowej - przyp. mój). Pracuje jako organizator pracy badawczej nad stonką w Przczynie i Zamartem k/Chojnic, gdzie od 1952 do 1961 był kierownikiem Laboratorium Przeciwstonkowego i Działu Hodowli Ziemniaka. 
Tatko po raz trzeci wrócił do szkoły, tym razem do Akademii Rolniczej w Olsztynie, w której w 1956 roku uzyskał tytuł inżyniera, w 1962 – magistra, a 1968 doktora nauk rolniczych, pisząc pracę doktorską pt. „Uzyskiwanie haploidów ziemniaka oraz ich znaczenie w metodyce hodowli”. W międzyczasie (1959-1960) w ramach wymiany organizowanej przez Ministerstwo Rolnictwa przebywał na rocznej delegacji na Uniwersytecie Wisconsin w USA. Był kierownikiem Pracowni Ekologii w Laboratorium Badań Ziemniaka w Gdańsku-Wrzeszcu, a od 1965 roku do końca swej zawodowej kariery pracownikiem Zakładu Doświadczalnego Ziemniaka w Boninie k/Koszalina, którego jako współorganizator był zastępcą dyrektora ds. naukowych. Pełnił też funkcję kierownika Zakładu Hodowli Eksperymentalnej. W 1972 r. został docentem, a w 1983 profesorem nadzwyczajnym. Wkrótce zostaje ogólnokrajowym koordynatorem hodowli ziemniaka, znanym naukowcem w tej dziedzinie w Polsce i zagranicą. Zasiadał w wielu Radach Naukowych i zespołach doradczych. 
Bohater mego felietonu był autorem 14 odmian ziemniaka; Azalia, Bogna, Dalia, Ina, Irys, Jaśmin, Kama, Kora, Leda, Liwia, Malwa, Mila, Olsztyński i Ronda. Pan Kalinowski wspomina, że kiedyś w rozmowie na pytanie jak tam jest w Stanach Zjednoczonych miał powiedzieć: 
Co ja mogę powiedzieć. Byłem w trzynastu. Gdybym był we wszystkich, to mógłbym coś powiedzieć, jak tam w Stanach jest. 
Jednocześnie był bardzo solidnym i dokładnym. Współpracownicy mawiali, że Edmundowi to trudno dogodzić. Często sam brał się za łopatę i uprawiał poletka doświadczalne.
Rodzice Edmunda – Anastazja i Jan Werner od 1949 roku zamieszkali u pana Krajewskiego Franciszka w Zblewie. Ojciec był już na emeryturze i pomagał w gospodarstwie Krajewskiego. Pewnego razu zawoził szlófami (drewniane płozy z podestem) zboże na dworzec. W drodze powrotnej konie się spłoszyły i został szlófami poturbowany, co było powodem jego śmierci. Natomiast Janek Stachowiak tak opisał mi to zdarzenie:

(…) Jak Tobie opowiedziałem, pan Jan Werner codziennie odwoził mleko do mleczarni. W tym dniu był śnieg, więc wiózł to mleko na "szlufach". Po odstawieniu mleka do Kan nalał serwatki i przygotowywał się do powrotu. W tym czasie z dworca jechał ciągnik „Lanzbulldog” z węglem i konie o nazwach "Orzech" i "Pupa" wystraszone gwałtownie wyciągnęły szlufy na ulicę w kierunku Jóskowskiego. Pan Werner jeszcze nie siedział na kanach, więc przez niespodziewane szarpnięcie koni stracił równowagę i się przewrócił na tył szluf tak nieszczęśliwie, że wypadł poza nie, trzymając lejce zahaczył o tylny hak szluf. Konie spłoszone biegły całą szerokością drogi i na zakręcie uderzyły w bok drzewa. Pan Jan w to drzewo również uderzył i potem całe jego ciało było wleczone po szosie. Koło Richterow przed skrzyżowaniem na Pinczyn, któryś woźnica je zatrzymał i zabrał na swoje sanie pana Wernera do Ośrodka Zdrowia w Zblewie. Gdy przyjechało pogotowie, pan Jan jeszcze żył, ale był nieprzytomny. Pani Wernerowa, przywieziona saniami do Ośrodka Zdrowia, jeszcze zdążyła męża przytulić. Cały czas odmawiała modlitwę i prosiła Boga o pomoc. Kiedy pogotowie odjeżdżało, nakreśliła ręką krzyż na pożegnanie swego Męża. Była to bardzo bogobojna kobieta. Codziennie chodziła na mszę świętą. Pamiętam, jak na ławeczce pod stosem drewna złożonym u nas w podwórzu, z naszą Buśką w okresie letnim odmawiała Różaniec.

Pani Anastazja do śmierci mieszkała ze swoim synem Edmundem.
W trakcie pisania tego felietonu zadzwoniła do mnie pani Kawala, kuzynka Edmunda z informacją, że jest w posiadaniu zdjęć bohatera tego felietonu, ma też spisane wspomnienia córki Edmunda – pani Beaty (część z nich wyżej przytoczyłem). Jak nie skorzystać z takich materiałów? Pojechałem dziś (wtorek 15 maja 2007) na Przymorze pod wskazany adres. Niezwykle miła pani Kawala wręczyła mi archiwalne zdjęcia naszego bohatera i wspominki pani Beaty. Pani Kawala widziała mnie pierwszy raz i obdarzyła mnie pełnym zaufaniem. Powiedziała mi, że będę wiedział co z tego przyda mi się do tego reportażu. W domu wszystko zeskanowałem i natychmiast odwiozłem te cenne pamiątki. Teraz dopiero spojrzałem na człowieka, o którym piszę. Panie Edmundzie - mój imienniku, czy moje pisanie spodoba Ci się?
W swych wspomnieniach o kochanym ojcu pani Beata pisze: 
W czasie studiów w Olsztynie będąc na przyjęciu u znajomych w Sopocie, tatko poznał moją mamę Irenę z Górskich. Oboje znali język francuski i pożyczali sobie książkę pt. „Mały Książe” A. De Saint-Exupery. Ten, wtedy 36-letni mężczyzna i 30-letnia, energiczna blondynka, pokochali się i po roku znajomości pobrali – 19 kwietnia 1952 roku – w kościele pod wezwaniem św. Jerzego w Sopocie. W grudniu następnego roku urodziłam się ja – Beata, a potem przez kolejne dwa i pół roku moje rodzeństwo; brat Tadeusz (1954) i siostra Joanna (1956). 
Dalej pani Beata pisze: 
Moja pamięć sięga też do wspólnych weakendow i wakacji spędzonych, bądź nad morzem, bądź w górach, chwil przy rodzinnej grze w karty zwanej „durniem podrzucanym”, łowienia ryb w jeziorach lub rzekach, lecz najczęściej do tych wielogodzinnych wypraw do lasu, gdy tatko uczył nas jak zbierać jagody i jak rozpoznawać grzyby – prawdziwki, rydze, gąski, kozaki i odróżniać je od muchomorów i innych trujących grzybów. Wyprawom naszym często towarzyszył śpiew układanych wspólnie piosenek, jak np. ta: „Choć dzień smutny i ponury, ród Wernerów rusza w góry”.
Pan Edmund Werner pod koniec 1992 roku leci z żoną w odwiedziny do swojej córki – Beaty zamieszkującej w Los Angeles. Spędzają wspólnie kilka szczęśliwych miesięcy. Myślę, że warto oddać głos Pani Beacie, która tak wspomina tamte chwile.
Kocham Ciebie, tatku! I ja także cię kocham, Beatusiu! To były moje ostatnie słowa, jakie wymieniłam z moim tatą na lotnisku w Los Angeles w 1993 roku. Twarz mojego tatki, pokryta kalifornijską opalenizną, była pełna uśmiechu, ale jego niebieskie oczy, które zawsze patrzyły na mnie z taką wielką miłością – były pełne łez. Może ten siedemdziesięciosiedmioletni mężczyzna z siwą czupryna przeczuwał, że coś się stanie. Ale ja tego majowego dnia niczego nie przeczuwałam i łez tatki nie zrozumiałam. Po tym, jak spędziliśmy razem z moimi rodzicami niezapomniane cztery miesiące w moim domu w Kalifornii, było mi bardzo ciężko powiedzieć do widzenia mojej mamie i mojemu tacie. Tym bardziej, że po raz pierwszy w życiu mogłam gościć moich rodziców we własnym domu z moją rodziną – mężem i synem. Słowa „do widzenia” wywołały łzy. Słońce nie mogło osuszyć mojej płaczącej duszy. Do tej pory zastanawiam się, dlaczego wtedy powiedziałam te trzy słowa tylko mojemu tacie, a nie mojej mamie, którą przecież także kocham. Wydaje mi się, że w moim domu rodzinnym nie używało się zbyt wielu słów, by okazać uczucie. Było oczywistą rzeczą, że kochaliśmy się wzajemnie, więc po co słowa? Nie pamiętam, aby moi rodzice używali je w stosunku do nas, więc dlaczego w tym ostatnim momencie powiedziałam „Kocham Ciebie, tatku”? Może to moje serce mi je dyktowało; może to moje serce mówiło mi, że to twoja ostatnia szansa, abyś powiedziała te trzy proste słowa „Ja Ciebie kocham”.
Państwo Wernerowie spędzili u dzieci, bo i druga córka Joanna tam mieszka, szczęśliwe cztery miesiące. Zwiedzali słoneczną Kalifornię i jej ciekawą przyrodę. Podziwiali indiańskie tereny, kaniony Grand, Zion i Bryce, olbrzymią wodną zaporę na rzece Colorado. Byli w mieście Las Vegas i San Francisco. Dla pana Romana ciekawym było zobaczyć majestatyczne drzewa w Redwood Forest oraz olbrzymie sekwoje w Sequoia Park. Niedługo po powrocie państwa Wernerów do Polski pani Beata odbiera od brata Tadeusza telefon z wiadomością: tatuś zmarł godzinę temu. (14 czerwca 1993 r.) Nie chciałam wierzyć jego słowom; to niemożliwe, że już nigdy nie zobaczę mojego tatki i jego pełnych miłości niebieskich oczu; to niemożliwe, że już nigdy nie usłyszę z ust jego mojego zdrobniałego imienia „Beatuśka”, że już nigdy nie będę miała możliwości powiedzieć mojemu tatusiowi „kocham cię”. Przyleciałam na pogrzeb tatki, moje serce z bólu krzyczało, moja dusza krwawiła, a z oczu lały się łzy. 
Tego skromnego człowieka o wielkim sercu przepełnionym miłością, żegnało setki osób. Stojąc nad grobem tatki – wspomina dalej pani Beata – zapytałam po raz ostatni: Tatku, czy wiedziałeś, że już mnie nigdy nie zobaczysz, gdy twoje oczy były pełne łez na lotnisku w Los Angeles? Ale po raz pierwszy nie usłyszałam odpowiedzi. Wtedy byłam wdzięczna memu sercu, że owego pamiętnego dnia podszepnęło mi, aby po raz pierwszy i ostatni w moim życiu powiedzieć „TATKU, KOCHAM CIĘ” – i zawsze będę. Chciałbym dodać za księdzem Twardowskim: śpieszcie się kochać ludzi – tak szybko odchodzą.
To już cała historia, której byśmy nie poznali, gdyby nie moje spotkanie z panem Romanem Kalinowskim. A ile podobnych tajemnic kryją jeszcze wsie i miasteczka naszego Kociewia – trudno powiedzieć. Może ktoś mi coś opowie?
Gdańsk maj 2007 Edmund Zieliński

Postscriptum do mego felietonu Edmund Werner i historia jego życia
Breisach am Rhein 7.01.2016
Dzień dobry mój Drogi Przyjacielu. Na Fb. T. Majewski zamieścił na swoim profilu  zdjęcie zniszczonego „Zajazdu Fischerow”. Zaczęły sie komentarze, do których i ja się włączyłem. Redaktor Majewski "napomknął”, że gdzieś w jednym z reportaży ktoś wspomniał o tym, że u Fischerow  w czasie okupacji „ktoś” się ukrywał. Wiedząc że to Był Edmund Werner, odpowiedziałem kilkoma zdaniami. Kiedy pan Tadeusz poprosił mnie o szczegóły, po krótkim opisie na ten temat zdecydowałem, że odeślę go do Twojej Książki „Na ścieżkach wspomnień” z poleceniem przeczytania rozdziału – Historia życia Edmunda Wernera. Myślę, że zrobiłem dobrze, bo odnowi się pamięć o ludziach, o których prawie nikt nie wie. Jak widzisz, znów dotknąłem „coś” bardzo interesującego, o którym tylko Ty Edku i ja może wiemy.  Cieszę się, że mogę odnowić pamięć Janie Wernerze, jego żonie Anastazji i ich synach - Edmundzie i Brunonie, których w moim życiu spotkałem na swej drodze. Opisywałem Tobie moje przebywanie w towarzystwie pana Jana Wernera, który pracował na gospodarstwie Krajewskiego. Setki godzin z nim spędziłem w polu, stajni, w bryczce, na furmankach i szlufach. Są to miłe mojemu sercu wspomnienia.
Co, Edziu, o tym myślisz???
Janku – dziękuję Ci. Wspominając historię, przedłużamy wiedzę o naszej wsi, rodzinie, znajomych, a tego nigdy za wiele.



                                                                                   Breisach am Rhein 7.01.2016  21.30
Mój dobry, mądry Przyjacielu, z wielkim zainteresowaniem  przeczytałem kolejny raz historie rodziny  Edmunda Wernera. W pewnym momencie  popłynęła mi łezka na wspomnienie tych ludzi . Naprawdę, to byli bardzo dobrzy i uczciwi ludzie. Myślę,  że długo dzisiaj  nie będę mógł zasnąć - wrócą wspomnienia przebytych dni , miesięcy, lat zwłaszcza z Panem Janem Wernerem. Znalem bardzo dobrze ich wnuków Zbyszka i Dankę - dzieci Brunona ,nauczyciela z Malborka . Kiedy przyjeżdżali na wakacje razem bawiliśmy się ,a Danka dawała mi liściki dla Gerarda, bo się w nim zakochała. Byłem też w gościnie u nich  na ulicy Grunwaldzkiej ( z okna domu był widok na mały skwer na którym stal czołg).Opowiadałem Tobie sytuację,  kiedy z Panem Bronkiem i Zbyszkiem byliśmy nad jeziorem „u Zielińskich  kolo Białachowa Pan Bronek wiózł nas rowerem - ja siedziałem na ramie a Zbyszek na bagażniku. W miejscu gdzie się kąpaliśmy byl gwałtowny uskok i Zbyszek w pewnym momencie zniknął pod woda, ja zacząłem się „drzeć” i wołałem o pomoc! Pan Bronek niedaleko łowił ryby i natychmiast przybiegł i ja mu wskazałem gdzie wpadł Zbyszek . Skończyło się szczęśliwie , jego ojciec zanurzył się w to miejsce i go szukał pod wadą. Po wyciągnięciu na brzeg ( widzę to jeszcze dziś) Zbyszek przez kilka minut wymiotował, a potem był bardzo wystraszony i mizerny. Tyle wspomnień.
Życzę Danusi i Tobie dobrej nocy, dobra noc niech Was utuli - Dobranoc!


Dziękuję Edku, za dołączenie moich wspomnień.



O Maxie Ubowskim  w wywiadzie udzielonym  Panu Tadeuszowi Majewskiemu mówi Justyna M.
Kolejarskie życie 

- W Zblewie mieszkałam od 1946 roku. Wie pan, jak to jest - kolejarskie życie. Zblewo... Piękne mam wspomnienia - wzdycha pani Irena.
Kolejarskie życie, bo ojciec pani Ireny, Maksymilian Ubowski, w Zblewie był zawiadowcą stacji. Przed wojną i tuż po wojnie. Oprócz tego był też przez jakiś czas zawiadowcą stacji w Liniewie koło Skarszew. Żeby ukonkretnić, odtwórzmy kolejowy szlak ojca pani Ireny: Tuchola, Subkowy, Liniewo, Zblewo, Smętwo, Zajączkowo (?).
Tuż po wojnie Makasymilian został przeniesiony do Smętowa Granicznego. 
Maksymilian Ubowski był postacią nieprzeciętną. Zanim "osiadł" na kolei, był ułanem. Uczestniczył w wojnie w 1920 roku i brał udział w bitwie o Warszawę - w "cudzie nad Wisłą' Otrzymał srebrny krzyż Virtuti Militari. "Wiadomo nam tylko - czytamy w pismach rodziny Ubowskiego - że tak wysokie odznaczenie wojskowe otrzymał na froncie bolszewickim, wyprowadzając duże ilości wojska polskiego z okrążenia..."
- Przed wojną za Virtuti Militari otrzymywało się 300 zł rocznie – ciągnie pani Irena. - Była to niebagatelna kwota. Pamiętam, że pieniądze odbierało się w styczniu w Tczewie. Po wojnie tego odznaczenia nie uznano.

Blisko Piłsudskiego 

Pan Maksymilian był bardzo blisko Piłsudskiego - w Belwederze, w Szwadronie Przybocznym Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Chciał się przeprowadzić do Warszawy, ale mama pani Ireny Leokadia, wyraziła stanowczy sprzeciw. Nie da się dziś odpowiedzieć na pytanie, czy nie odpowiadał jej zgiełk stolicy, czy nie wyobrażała sobie życia z dala od Borów Tucholskich. W każdym razie na skutek stanowczego veto Leokadii "Max" Ubowski pożegnał się z karierą przy boku Pana Prezydenta, zaopatrzył się na drogę w przepiękną szablę i dwa rapiery, pamiątkową fotkę i wrócił na rodzinne łono, na Pomorze. Pani Leokadia zwyciężyła.

Jako ostatni 

Wrzesień 1939 roku. "Max" Ubowski musi opuścić stację w Zblewie jako ostatni. Z zawiadowcą stacji to tak jak z kapitanem na okręcie. Paskudna sytuacja - ordery, ojczyźniane papiery, a na dodatek działalność w Związku Zachodnim. Uciekł jako ostatni. Zdążył dojechać do Jeżewa pod Grudziądzem. Już wiedział – jak go złapią z takim obciążeniem, z taaaakimi papierami, od razu pod ścianę. Na stacji w Jeżewie, konkretnie w ubikacji, położył na desce wszystkie dokumenty. 





Przeleżały sześć lat! 


Po wrześniowej gorączce w Zblewie w ustępie utopił szablę i rapiery. Poszedł na na dworzec. Tam dowiedział się, że go szukają. Na szczęście przyjaciele byli pierwsi.
- Do dworca w Zblewie wiodą dwie drogi - wyjaśnia to zdarzenie pani Irena. - Dwóch jechało z obu stron, żeby go ostrzec. Jednym z nich był ksiądz Rudnik. Tata wsiadł na rower, wjechał w las, ostro pedałował. Ścigali go na motocyklu. Jakaś kobieta rozmyślnie pokazała im drugą stronę, zmyliła. Potem siedział w kopce siana i "na żywo" widział egzekucję kilku ludzi. Pytał o nas, rodzinę, ale myśmy jeszcze nie przyjechali z Chełmna. Ukrywał się tu i tam. Nikt specjalnie nie chciał ukrywać, bo z tym ukrywaniem zupełnie tak, jak mówi powiedzenie. "Wszy sobie za kołnierzem nie będę przetrzymywać, bo zjedzą". W końcu, zrozpaczony, zrezygnowany i skrajnie wycieńczony, postanowił się zgłosić. Szedł z lasu do Zblewa. „Pani Ubowski, gdzie pan idzie?! Co pan robi?! Przed chwilą rozstrzelali mojego wuja” - kręcił z przerażeniem głową napotkany zblewiak.

Schowała go w stodole 

Znowu w naszej opowieści pojawiła się jakaś kobieta. Schowała go w stodole. A potem różnie - też u Fischerów w piwnicy. Kiedy "szpręgowali" drogę do młyna (dziś droga nr 22 - przyp. red.), inżynier Hering pracował w Zarządzie Budowy Dróg. Zarząd urządził biura w domu Fischerów. Nawiasem mówiąc, za tym budynkiem były wielkie wyrwiska żwiru. Hering wiedział, że Ubowski był Polisch verdachitg (politycznie podejrzany) i początkowo kiedy do Fiszerów, przychodzili Niemcy, mówił: "Max masz uciekać". Ubowski zbiegł do piwnicy. W Zblewie inni też się ukrywali, jeden nawet przez 6 lat. Wyuczył się angielskiego.

W firmie Todt 

W 1941 roku Niemcy nieco się "ucywilizowali" - już nie było samosądów i "Max" mógł się ujawnić. Zatrudniono go w firmie Todt. Ta wysłała go daleko na wchód, za niemiecką armią, żeby budował drogi. Wysłano go w czas. 
- Ojciec miał powiązanie z partyzantami z Czarnej Wody (pani Irena ma zdjęcie grupy czarnowodzkich partyzantów!). Po wysadzeniu pociągu Niemcy przyszli do Ubowskich, żywotnie zainteresowani głową rodziny. Tymczasem Maksymilian był już od pewnego czasu na podbitych terenach ZSRR. Jak widać niemiecki porządek nie zawsze był taki "ordnung". W 1945 roku "Max" porzucił Todta, uciekł.




czwartek, 24 grudnia 2015

EDMUND ZIELIŃSKI. CZAS KOLĘDNIKÓW I RADOŚĆ Z PRZEŻYWANIA NAJPIĘKNIEJSZYCH ŚWIĄTDrukujE-mail
czwartek, 24 grudzień 2015
Jak ten czas szybko płynie. Było lato i już jesteśmy w okresie Bożego Narodzenia. To chyba najpiękniejszy okres w roku obrzędowym na wsi. Nic tak dzieci nie cieszy, jak umykające dni zbliżające nas do Wigilii Bożego Narodzenia. Bo choinka, a pod nią prezenty. To czas kolędników i radość z przeżywania najpiękniejszych świąt. A jak z kolędowaniem na Kociewiu dawniej bywało?







Do końca XIX wieku panował jeszcze ogólnie rozpowszechniony zwyczaj kolędowania z szopką obnośną zawieszoną na szyi kolędnika. W tym wypadku była to domena chłopców. Szopką była zazwyczaj niewielka skrzyneczka otwierana z przodu. Wewnątrz stajenki (bo i tak szopkę nazywano) umieszczona była święta rodzina, czyli mały Jezusek w żłobie na sianku z Maryją i Józefem. Na szerszej podstawie szopki rozstawione były pozostałe figurki wchodzące zwyczajowo w skład stajenki, jak króle i pasterze z owieczkami. Wystrój i wyposażenie szopki zależał od zdolności wykonawców i dostępności materiałów zdobniczych. Pani Anastazja Lange z Lubichowa ur. 1898 r. wykonała w 1961 r. szopkę, do której kukiełki uszyła z kolorowych szmatek. W moich młodych latach już sporadycznie kolędowano z szopkami w czasie adwentu.
Innym zwyczajem praktykowanym na Kociewiu były pochody przebierańców adwentowych. W skład takiego zespołu wchodziły maszkary niedźwiedzia, bociana, diabła, kominiarza, był też dziad i baba. Wszystkie postaci miały odpowiednie maski i odzienie. Taki zespół nazywano wówczas gwizdorami, gwiazdorami czy gwizduchami. Mieszkańcy poszczególnych chałup chętnie przyjmowali tych kolędników do swoich izb, gdzie każdy z przebierańców miał do wykonania określone zadanie. Bocian długim dziobem szczypał dziewczyny, diabeł z widłami straszył domowników a kominiarz smolił policzki i nosy. Niedźwiedź turlał się po podłodze, a dziad i baba w potwornie połatanym i podziurawionym odzieniu tańcowali i zbierali datki. Jeśli niedźwiedź odziany był w skóry – pół biedy. Natomiast jeśli okręcony był powrósłami ze słomy lub grochowinami, no to izba po występach wymagała gruntownego sprzątania.
Obrzędowość noworoczna miała też swoisty koloryt, bowiem wówczas wędrowali Trzej Królowie. Chłopcy zwykle pokryci białymi powłóczystymi szatami z kolorowymi koronami na głowach i odpowiednim makijażem. Przecież musiał być murzynek z twarzą usmarowaną sadzami. Ci kolędnicy nieśli ze sobą gwiazdę na kiju, którą niosący obracał za pomocą korbki lub zwyczajnie popychał ramie gwiazdy dłonią. Do konstrukcji gwiazdy często używano obłąka rzeszota, które wyklejano kolorowymi papierami.
Wielkie zasługi w upowszechnianiu obrzędowości dorocznej na Pomorzu ma Kaszubski Uniwersytet Ludowy we Wieżycy. To tutaj odbywał się cały cykl warsztatów dla nauczycieli, gdzie instruktorami byli uznani artyści ludowi. To dzięki tym warsztatom po wsiach chodzą kolędnicy umilając mieszkańcom piękny okres związany z Bożym Narodzeniem.
A jak jest dziś na Kociewiu? Jeśli chodzą kolędnicy, to jest to już odtwórczość dawnych zwyczajów, bowiem zanikła ich ciągłość. Tylko w niektórych miejscowościach (nie na Kociewiu) ten zwyczaj ma swoją kontynuację od pokoleń.
Odważne kroki w dawne zwyczaje stawia młodzież ze szkoły w Bytoni i chwała im za to. Pozwolę sobie wymienić kolędników z imienia i nazwiska. Są to: Daniela Wildman, Iwona Szwedowska, Dominika Para, Dominik Lampkowski, Arkadiusz Jaworański i Kacper Fierek. Postanowiłem tamtejszy zespół kolędników wyposażyć w konia obrzędowego - maszkarę kolędniczą, która nie występowała na Kociewiu, ale wiele zespołów kolędniczych w sąsiednim regionie na Kaszubach takim koniem się posługuje. Jest to wielkie urozmaicenie w czasie występu kolędników. Jeśli konia dosiądzie zwinny jeździec z dużym poczuciem humoru, zabawa będzie przednia. Może ktoś powie, jeśli tego nie było na Kociewiu, dlaczego to wprowadzać. Zgoda, daleki jestem od wprowadzania obcych elementów do obrzędowości danego regionu. A co jest z palma wielkanocną (kurpiowską czy wileńską), już masowo stosowaną na Kociewiu? Palmy wielkanocne czy konie obrzędowe jednak występują w obrzędach naszego kraju. A halloween, walentynki? Zupełnie obce w naszym kraju – tu jest dopiero problem.
Z serca życzę bytońskim kolędnikom sukcesów na drodze upowszechniania dawnych zwyczajów i obrzędów, zwłaszcza bliskich każdemu sercu zwyczajów związanych z okresem Bożego Narodzenia. Nam, starszym, przypomnicie, jak to dawniej bywało, gdy byliśmy w waszym wieku, a sobie i waszej wsi stworzycie piękną kartę historii z naszej kultury ludowej. Kolędujcie, już czas.
Gdańsk 3 grudnia 2015 roku Edmund Zieliński
Zdjęcia:

1. Kukiełki do szopki Trzej Królowie wykonała pani Anastazja Lange z Lubichowa około 1959 roku. Foto. Ryszard Petrajtis.




2. Kukiełka do szopki Kociewiak wykonała Anastazja Lange z Lubichowa około 1959 roku. Foto. Ryszard Petrajtis.



3. Gwiazda kolędnicza w kolorach zielonym i czerwonym z Koźmina około 1950 roku. Foto. Ryszard Petrajtis.




4. Gwiazda kolędnicza ze wsi Więckowy, wykonał Stanisław Rekowski około 1959 roku. Foto. Ryszard Petrajtis.




5. Bocian z Koźmina około 1970 roku. Foto. A. Kleina.



6. Koza z Koźmina około 1970 roku. Foto A. Kleina.




7. Szopka kolędnicza wykonał Stanisław Rekowski ze wsi Więckowy 1971 rok. Foto. Ryszard Petrajtis.




8. Kolędnicy z bytońskiej szkoły




9. Kolędnicy z bytońskiej szkoły




10. Kolędnicy z bytońskiej szkoły




11. Kolędnicy z bytońskiej szkoły




12. Maszkara krowy E. Zielińskiego w zbiorach muzeum w Oliwie




13. Maszkary E. Zielińskiego w zbiorach muzeum w Oliwie




14. Nauczyciele na zajęciach z wykonywania atrybutów kolędniczych w Kaszubskim Uniwersytecie Ludowym we Wieżycy w 2013 roku. Na pierwszym planie Teresa Jaszewska.




15. Szopka braci Edmunda, Rajmunda i Jerzego Zielińskich w kościele na Zaspie.




16. Korony i maski Trzech Króli E. Zielińskiego w zbiorach muzeum w Oliwie.




17. Koń obrzędowy dla bytońskich kolędników.


dalej »

niedziela, 6 grudnia 2015



Z przewodnika turystycznego  SZWAJCARIA KASZUBSKA



2 Kanon atrakcji Szwajcarii Kaszubskiej 30 31 Od XV w. jest on celem pielgrzymek Kaszubów, którzy przed figurą Maryi proszą o łaski za wstawiennictwem Najświętszej Panienki. O powstaniu sanktuarium opowiada piękna legenda. W noc świętojańską dwoje zakochanych wybrało się na poszukiwanie kwiatu paproci. W oddali dojrzeli słabą złotą poświatę bijącą z zarośli. Zaintrygowani podeszli bliżej i zamiast kwiatu paproci odnaleźli figurkę Matki Bożej z Dzieciątkiem. Zdecydowali się przekazać ją do pobliskiego kościoła w Mirachowie, gdyż Sianowo nie miało wówczas swej świątyni. Następnego wieczoru młodzi spotkali się w tym samym miejscu i ze zdziwieniem ujrzeli, że figurka wróciła tam, gdzie ją znaleźli. Odwieźli ją jeszcze raz do Mirachowa. Gdy następnego dnia znów pojawiła się w Sianowie, mieszkańcy wsi uznali to za znak, że Maryja szczególnie upodoba- ła sobie to miejsce. Wybudowali tu kaplicę, a potem kościół. Parafia sianowska powstała za czasów krzyżackich, w 1393 r. Mieszkańcy okolic Sianowa niedługo cieszyli się nowym ko- ściołem, bo ten spłonął już w 1480 r. Figurka Madonny jednak cudownie ocalała. Nowa świątynia przez długi czas przynale- żała do parafii w Strzepczu, pełniąc funkcję kościoła filialnego. Tymczasem kult Matki Bożej z Sianowa rozszerzał się, a wielu pielgrzymów doznawało tu uzdrowień. Mimo wojen i zaraz, które nękały okolicę w XVII i na początku XVIII w., kościół przetrwał. Tragiczny w skutkach okazał się dopiero pożar z 1811 r. Świątynia spłonęła, a ocalałą figurę Matki Bożej przeniesiono do kościo- ła w Strzepczu. Tym razem nie planowano odbudowy świątyni w Sianowie, jednak Maryja znów dała znak jednej z parafianek, że ma ona stanąć tu na nowo. Po pięciu latach wzniesiono nowy kościół – wg projektu pruskiej administracji. Sianowska świątynia została zbudowana na planie prostokąta. Pierwotnie drewniana konstrukcja była wypełniona suszonymi glinianymi bloczkami (tzw. pacą), potem zastąpiły je cegły. Wieża wieńcząca zachodnią ścianę objęta jest połaciami dachu. W jednoprzestrzennym wnętrzu wyodrębniono prezbiterium poprzez wydzielenie pomieszczeń po bokach. Z poprzedniego kościoła zachowały się trzy barokowe ołtarze. Cudowna figura Madonny znajduje się w oł- tarzu głównym za przesuwanym obrazem Maryi Niepokalanej. W kościele, na ścianie północnej nawy, przechowywana jest jeszcze jedna rzeźba Matki Bożej: z ok. 1500 r. Na wschód od świątyni znajduje się plac pielgrzymkowy. Otaczają go kapliczki drogi krzyżowej mające postać płaskorzeźb wykonanych przez twórców ludowych z Pomorza wg projektu Edmunda Zielińskiego. W czasie tzw. Wielkiego Odpustu Naj- świętszej Maryi Panny z Góry Karmel, tj. w niedzielę po 16 lipca, do sanktuarium w Sianowie przybywa kilka tysięcy pielgrzymów. Uroczystości trwają przez 10 dni. Nieco mniej pątników przybywa tu w niedzielę po 8 września na odpust Nawiedzenia NMP, zwany także Świętem Matki Bożej Siewnej (kaszubska nazwa września: séwnik). Parafia rzymskokatolicka Narodzenia NMP w Sianowie, Sianowo 16, tel.: 58 6855776, psianowo@diecezja-pelplin.pl, www.sanktuariumsianowo.pl; kościół można zwiedzać, jednak lepiej wcześniej się umówić, dzwoniąc na plebanię. Kościół św. Marcina w Sierakowicach Kościoły drewniane na środkowych Kaszubach to rzadkość. Jedną z trzech drewnianych świątyń Szwajcarii Kaszubskiej moż- na obejrzeć w Sierakowicach. Powstała ona w 1822 r. jako ostatnia świątynia konstrukcji zrębowej na Pomorzu Gdańskim, z fundacji ówczasnych dziedziców wsi – Łaszewskich, na miejscu wcześniejszego kościoła z po- łowy XVII w. W 1903 r. zdecydowano o jej rozbudowie. Drewnianą świątynię powiększono, dobudowując od strony zachodniej ceglaną część nawy i – również murowaną – wieżę w stylu neogotyckim. Rozrastająca się szybko sierakowicka parafia potrzebowa- ła większego kościoła, toteż postanowiono przesunąć drewnianą część świątyni i zrekonstruować ją jako osobną budowlę, a część murowaną rozbudować, tworząc nowy, przestrzenniejszy gmach. Prace renowacyjne zakończono na początku 2014 r. – dzięki nim zabytkowy kościół św. Marcina można teraz oglądać w jego pierwotnej formie. Wybudowana z drewna sosnowego zabytkowa świątynia składa się z nawy, wydłużonego, węższego od niej prezbiterium zamknię- tego trójbocznie oraz trójkondygnacyjnej dzwonnicy o konstrukcji szkieletowej, zwień- czonej wysokim, ostrosłupowym hełmem. Dachy pokrywa gont, a ściany są pionowo oszalowane. Od północy do kościoła przylegają kaplica św. Barbary oraz zakrystia, a od po- łudnia kruchta utworzona z rozebranej kiedyś wieży. We wnętrzu można zobaczyć ołtarz główny z XVIII w. z płaskorzeźbami – św. Anny Samotrzeć i Piety w górnej kondygnacji. Oł- tarze boczne pochodzą z przełomu XVIII i XIX w., a ambona z wizerunkami ewangelistów z XIX w. W kaplicy św. Barbary znajduje się obraz przedstawiający św. Franciszka adorującego krzyż. Obecnie gospodarzem obiektu jest Gminny Ośrodek Kultury w Sierakowicach. Organizowane są tu wystawy, wernisaże i koncerty.